środa, 4 stycznia 2023

14. TURCJA: Tokat, Ünye - Bezpłatny bilet na koncert Morza Czarnego

 Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/11/blog-post_26.html



Od rana różne grupy rodzinno - przyjacielskie znów zaczęły składać wizyty naszym gospodarzom. Na szczęście już bez mięsa:). Zasiadano razem do stołu, racząc się herbatą i wspólnym posiłkiem. Yazmacilar Hani Hotel jest prowadzony przez przemiłe rodzeństwo. Na głównodowodzącą wyglądała mi Ceres, ale jej młodsi bracia - Batuhan i Yunus też byłi ogromnie zaangażowani w hotelowy  interes. Oprócz życzliwości i otwartości na potrzeby gości, widać u nich również dbałość o zawodowy profesjonalizm. Jako przykład niech służy fakt, że przygotowując się do prowadzenia hotelu, Batuhan terminował w Hiltonie w Antalyi. Nie słyszałam o tym, żeby w naszym kraju ktoś, kto ma kasę na tego typu interes, zdecydował się wysłać dziecko na takie przygotowanie do zawodu zupełnie dosłownie "od kuchni"... To naprawdę wyjątkowa rodzina, tworząca wyjątkową rodzinną atmosferę w hotelowym wnętrzu - szczerze ich polecamy.


Poznaliśmy też pracującego w ich kuchni Halila. Rodzeństwo zaprosiło go do naszego stołu tuż po przyjeździe do hotelu, gdy tylko dowiedziało się, że możemy się porozumiewać w języku rosyjskim. Halil był półkrwi Tatarem, wychowanym w Kazachstanie. Ciągnęło go z powrotem na kazachskie stepy, jego starsi bracia już tam na niego czekali. Ale Halil chciał się najpierw czegoś dorobić w kraju swojego ojca.


Ucieszyliśmy się możliwością zdobycia nowych informacji, gdy chłopak ujawnił, że wcześniej pracował w Van. W zamian zdradziliśmy  mu, że to jest właśnie docelowe miejsce naszej podróży i że od lat chcieliśmy je zobaczyć. I wtedy Halil wybuchnął niepohamowanym śmiechem.

- Van? A cóż wy chcecie zobaczyć w Van?

Poczuliśmy się nieco zbici z tropu. No bo o co może chodzić? Przecież w Van jest  jezioro, a na jego brzegu pięciogwiazdkowy Hilton, w którym zamierzamy się zatrzymać. Czyż to nie brzmi świetnie? Widząc nasze strapione miny, Halil zaczął nie do końca jasno tłumaczyć, co miał na myśli i snuć opowieść o tym, że ludzie tam są znacznie gorsi niż w okolicach Tokatu. No cóż, trudno, decydujemy, że w takim razie nie będziemy nawiązywać żadnych nowych znajomości w Van. I, jak się okazało, słowa dotrzymaliśmy:).


Ta rozmowa uzmysłowiła nam jednak, jak daleko jesteśmy od miejsca, które miało być ukoronowaniem naszej podróży. Podziękowaliśmy więc grzecznie Halilowi, który zaproponował, że może nas oprowadzić po mieście. Inshallah - jeśli Bóg pozwoli, to wrócimy kiedyś do Tokatu. Tymczasem rankiem trzeba było ruszać dalej.



Ale jak tu się spieszyć, gdy świąteczne śniadanie okazało się prawdziwą ucztą. Był nawet tort! Niemniej świadomość,  że podróżujemy już dwa tygodnie, a nie dojechaliśmy nawet do morza, trochę nas zaczęła uwierać.


W końcu żegnamy się więc z naszą “Izbą Wiary”. Żeby ta nazwa nie była gołosłowna, to w opisie pokoju znajdujemy historię o tokatowych  powiązaniach z Mevlaną - założycielem Zakonu Derwiszy w Turcji. Można też zerknąć na ciekawostki na stronie hotelu. Czytamy tam: “Po Konyi wiadomo, że Mevlana zbudował swoje 2 (drugie) Ognisko w Tokat” (tłumacz google).


Ale to nie wszystko, czego o sprawach wiary można się tam dowiedzieć. “Jesteśmy prawie w samym centrum alewizmu” - brzmi kolejna informacja. Wspomniałam ledwie o tym ruchu religijnym w poprzednim wpisie, ale temat jest naprawdę fascynujący i nieco owiany tajemnicą, zważywszy na fakt, że: Całość doktryny ujawniana jest jedynie niektórym wiernym po przejściu dodatkowych rytuałów, alewici nie ujawniają również szczegółów swoich praktyk religijnych ani nie zgadzają się na publikację większości świętych ksiąg. Nie ma możliwości przyjęcia religii z własnej woli, decyduje bowiem urodzenie w rodzinie alewickiej” (http://himalaya-wiki.org/index.php?title=Alewici).

Autor tego tekstu uchyla jednak rąbka tajemnicy: W XII wieku na świeżo podbite przez Turków obszary Azji Mniejszej przybywa ze wschodu mistrz i cudotwórca – Harci Bektas Veli. Uczy koczujące jeszcze plemiona takiego islamu, jakiego chcą – nieortodoksyjnej mieszanki kultu świętych, szamanizmu, może nawet chrześcijaństwa i gnozy. Głównym patronem tego ruchu staje się Ali, w zasadzie dość obcy koczownikom, arabski bohater z niejasnej przeszłości. Nadają mu więc nową osobowość i reinterpretują znaczenie jego misji





Wyznawcy alewizmu to jakieś 20 - 30 % mieszkańców Turcji, więc, jakby na to nie patrzeć, całkiem niemała populacja. A teraz jeszcze ciekawostka dotycząca znacznie mniej liczebnych tureckich grup wyznaniowych. Około 50 km za Tokatem znajduje się Niksar, z którego pochodzi Grzegorz Cudotwórca - święty kościoła katolickiego, ormiańskiego, koptyjskiego i prawosławnego z III w.n.e. To właśnie przez to miasto będziemy przejeżdżać po opuszczeniu Tokatu.



Tego dnia musimy się przeprawić przez Góry Pontyjskie. Wyruszając z doliny rzeki Yeşilırmak (tak, to ta  przepływająca również przez Amasyę), nad którą położony jest Tokat,  mamy całkiem sporą wysokość do pokonania.  Za Niksar  nasza droga staje się coraz bardziej kręta i ciasna. Ale też przepięknie zielona. Aż trudno oderwać oczy od otaczającej nas przyrody. Nad potokiem w Gökçebayır tuż przy restauracji rybnej Hasan Gümüşoğlu Alabalık Tesisi (alabalik znaczy pstrąg:) robimy postój. Po świątecznym śniadaniu nic więcej już nie jesteśmy w stanie w siebie wcisnąć, ale miło jest pospacerować nad szemrzącą wodą i przyglądać się tureckim rodzinom, które zajeżdżają się posilić, świętując w tym rejonie. 



Jesteśmy już w krainie leszczynowych gajów,  najlepszym dowodem jest możliwość zakupu tutaj całych worków orzechów laskowych. Może nawet bym się skusiła, bo to całkiem fajna pamiątka z podróży, gdyby nie tak długa jeszcze droga przed nami oraz własna leszczyna w przydomowym ogródeczku:).






Jedziemy więc dalej. Trochę zaskoczeni tym, jak bardzo Turcy lubią poziomki (później się dowiemy, że w Turcji trudno o owoce leśne). Na każdym nawet niezwykle stromym zboczu przy drodze widzimy całe rodziny, które zatrzymały się w podróży tylko po to, by nie pozwolić się zmarnować małym czerwonym owockom. No cóż, parę poziomek też mam we własnym ogródeczku, ale w końcu, chcąc się upodobnić do tureckich podróżników, robimy poziomkowy postój. Można również kupić po drodze grzyby, ale w naszym przypadku, gdy stołujemy się w restauracjach, to raczej nie miałoby większego sensu.


To już okolice, gdzie szczyty gór zaczynają zasnuwać się chmurami, robi się coraz bardziej mglisto i tajemniczo. Zaczyna nawet troszkę siąpić, gdy wznosimy się wyżej i wyżej. W końcu wjeżdżamy w chmury. To też miejsce, w którym widzimy pierwszy (i ostatni) wypadek w Turcji. Nie sprawiał wrażenia bardzo groźnego, ktoś po prostu nie wyrobił się na śliskiej, mokrej drodze przy zakręcie i trzeba było wyciągać samochód z pomocą traktora z rowu. Ale zdarzenie wyglądało tak, jakby cała wieś przyszła potrzebującym z pomocą. To zdało mi się bardzo pokrzepiającą świadomością w podróży.




Obrazy, które oglądamy po przejechaniu na drugą stronę pasma Gór Pontyjskich są niesamowite. Wszystko tutaj wprost tonie w zieleni leszczynowych plantacji. Pogoda się poprawia, choć czuć wyraźnie, że to zupełnie inny klimat niż ten, z którego przybywamy. Jesteśmy już blisko morza i w końcu, tak, wreszcie możemy się nim cieszyć. Dojechaliśmy do Ünye.





Na miejsce noclegowe wybraliśmy jeden z “takich zwykłych” hoteli z internetu, o którym pisałam Beacie rankiem. Ale za to mamy tutaj spokój - od morza nie oddziela nas pas drogi, co wydaje się powszechne w lokalizacji większości tutejszych obiektów. 

Ten nasz dumnie nosi nazwę na cześć tureckiej stolicy i nawet całkiem nieźle się prezentuje z zewnątrz a także w okolicach recepcji, ale w pokojach jest raczej bardziej niż skromnie (nie mówiąc już o łazienkach:(. W dodatku podobno zepsuła się winda, więc musimy zrezygnować z zaproponowanej nam miejscówki na czwartym piętrze. Martwię się, że z niższego będzie słaby widok, ale na szczęście się mylę.


Wkrótce więc mogę podzielić się z przyjaciółmi relacją z kolejnego odcinka podróży:

Mieszkamy nad samym morzem w hotelu Ankara.

To nic specjalnego, ale widok z balkonu zniewala



Widoczność taka sobie, ale już się z morzem witałam

Plaża z ciemnym piaskiem, ale dużo muszli i zielono od drzew





No i właśnie tam przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo chciałam przyjechać do Ünye . Wakacje bez morza? Nie, takie się nie liczą...



Muszle wielkie

I robi się widoczność - donoszę po dłuższym spacerze.





Wszystko też takie piękne, choć faktycznie, już bardziej swobodnie, nawet pod względem widoków - odpisuje Beata.





Poprzednie krajobrazy powalały dostojnością, wielkością i przepychem (mam na myśli i przyrodę, i budowle).

Tutaj ciut inaczej... Wielka różnorodność.



Sam hotel (...) nie powala, ale te hortensje przy wejściu już tak  - kontynuuję.

Pod balkonem mamy podwórko z restauracją. Fajne klimaty.





A najfajniejszy wydawał mi się tam drewniany restauracyjny taras ze stolikami  - właściwie na samej plaży. Fantastyczne miejsce, do którego wieczorem zaczęli schodzić się goście - wyszykowani i bardzo odświętni. I tu dochodzimy do wieczornej niespodzianki...



Okazało się, że tego dnia hotel przygotował na tarasie...  turecki koncert. I to wcale niezły, pod każdym zresztą względem - doboru instrumentarium, ciekawych aranżacji, przyjemnego dla ucha brzmienia. Nie znaliśmy występującego zespołu, nie słyszeliśmy też nigdy wcześniej żadnego z jego utworów. Ale dla zgromadzonej licznie publiczności nie były one nowe. Wszyscy śpiewali wraz z solistą i w ogóle bawili się świetnie. My zresztą też - i to bez konieczności zakładania wieczorowych kreacji (bo takich nasz bagaż po prostu nie obejmował:), bez biletów i nawet bez wychodzenia z pokoju (no chyba że na balkon:). 


Nawet zmęczony jazdą po górskiej drodze mąż mógł cieszyć się muzyką i jednocześnie rozprostowywać swoje członki już w łóżku. Jednym słowem - mieliśmy pełen koncertowy KOMFORT. I przybyło nam bardzo miłe doświadczenie do kolekcji wakacyjnych wrażeń.


W końcu, przepełnieni nimi po brzegi, zasypiamy nie wiedzieć kiedy. A tutejsza noc też jest pełna muzyki i to takiej, która robi na mnie największe wrażenie. Po raz pierwszy w tej podróży koncertuje dla nas Morze Czarne. Darmowy bilet. I nocne dźwięki otaczającego świata..., tak, takie lubię najbardziej...





Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/01/rankiem-winda-w-hotelu-nadal-jest.html




GALERIA - przeprawa przez Góry Pontyjskie 









































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz