niedziela, 15 stycznia 2023

OD RADOSNYCH ŚWIĄT PO BLUE MONDAY



Tegoroczne Święta były takie, jakie powinny być. Rodzinne, ciepłe, pobrzmiewające śmiechem, wypełnione  radością, która tworzyła oprawę naszego spotkania z dziećmi.



Oczywiście nie wszystko wyszło  idealnie. Ale zważywszy na to, że byłam jedynym świątecznym organizatorem (mąż dalej nie wstawał z łóżka), a na przygotowania miałam raptem jeden feriowy dzień, to i tak nieźle wszystko ogarnęłam.




Do stołu uroczyście nakryłam i choć inaczej sobie wyobrażałam efekt (w tym roku moje amarylisy zbojkotowały Święta, więc musiałam użyć takich z materiału), to mężowi się podobało. Choinki przytargałam dwie i to już w wigilijny ranek. Ta w doniczce powędrowała na cmentarz, a jadalnię po raz pierwszy chyba w historii naszej rodziny przyozdobiła cięta jodła kaukaska. No cóż, w ostatnim przedświątecznym momencie wybór był taki, że albo ta, albo już żadna. Zresztą, przyznać trzeba, że jest wyjątkowo piękna, choć oczywiście szkoda drzewa, które nadal mogłoby róść w jakimś jodłowym borze.



- Czy możecie zająć się ubieraniem choinki? - pytam Kacpra po wigilijnym śniadaniu.

 - Nieee, taka naturalna wygląda najlepiej.

I choć wiem, że chodzi o to, by oszczędzić sobie fatygi, to muszę przyznać synowi rację. Taka naturalna wygląda najlepiej. Wystarczy włożyć pod nią kolorowe torebki z prezentami i świąteczny wystrój uważam za skończony.




Na wigilijną kolację zostaliśmy zaproszenie do rodziny brata. Może nie jest tam jakoś niezwykle tradycyjnie (mnie akurat taki brak sztywnego podtrzymywania tradycji odpowiada), ale zawsze miło i mega smacznie. Bratowa jest fantastyczną kucharką. Na dodatek gotuje wszystko w takich ilościach, że zawsze potem dostajemy jedzenie na wynos:). Z ciastami włącznie;). W ten oto sposób Beata znów ratuje nasz świąteczny stół domowymi wypiekami. Gdyby nie ona, to jedlibyśmy w tym roku jedynie marketowe słodkości. Ja nie zdążyłam nawet upiec pierniczków (ale fuksem i tak załapałam się na takie domowe w katolickiej szkole:).



Dobrze, że chociaż udało mi się zrobić z dziećmi porządne zakupy przed Świętami. Mogłam więc ratować swoją reputację kucharki, przygotowując świąteczne obiady. Choć szczerze mówiąc, niczego finezyjnego nie ugotowałam. Chyba już weszło mi w krew to, co jest praktyką w naszej codzienności z mężem. Prosto i szybko to ostatnio moje dwa główne kuchenne hasła. No i również w Święta się do nich dostosowałam. Zresztą nie bardzo się czułam na siłach, by pokazać się z bardziej produktywnej strony.



Gdy Ania pyta o nasze świąteczne wrażenia, to skarżę jej się na problemy ze zdrowiem. Głównie oczywiście mężowe. Ale szybko dodaję:

Mnie też coś złapało, jadę na aspirynie. Dobrze się po niej śpi. To będą najbardziej przespane Święta w historii moich Świąt

I takie trzeba też odbyć - odpisuje Ania.

No więc śpię, ile tylko się da, nie odbiegając zresztą w tym względzie od reszty rodziny. Nadrabiamy jakieś senne deficyty, a czas mija nam bardzo szybko.




A potem już trzeba odstawić Zuzię i Kacpra do Krakowa - nazajutrz mają w planach jeszcze wyjazd na Sylwestra do Warszawy. Mąż po raz drugi (za pierwszym była to “wyprawa” na wigilijną wieczerzę) mobilizuje się do opuszczenia łóżka.

Dużo go to kosztowało. Teraz na powrót w nim zaległ. Właśnie próbujemy się zmierzyć z zapaleniem żył w jego nogach, które się przyplątało w międzyczasie.




A jak u Was po Świętach? - pyta Ania

Znowu sennie - odpowiadam zgodnie z prawdą. Ale mimo wszystko jestem zmuszona zebrać się do pracy.

robię webinary jeden po drugim. Dyr. zadała nam po 10 na głowę do zrobienia w okresie świątecznym



Tak, konieczność pracowania w ferie z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku stała się  w naszej szkole faktem. Na razie to praca zdalna i w ramach samokształcenia, ale to i tak wystarczyło, żeby nie odpoczywać psychicznie od szkoły i pozbyć się na długo chęci do uczestniczenia w webinarach z własnej woli. Ostatnie dwa robię już (z odrazą:( w sylwestrowy wieczór. Potem wyjmuję z lodówki schłodzone prosecco. Gdy uświadamiam sobie, że takie samo piliśmy rok wcześniej, to uśmiecham się na myśl, jak niewiele się u nas zmienia. I z taką refleksją zaczynam Nowy Rok.




Muszę przyznać, że to rozpoczęcie jest niezwykłe. W noworoczne Święto mam okazję zobaczyć kwitnące bratki pod grobem Bartka i aż otwieram usta ze zdziwienia. A potem wracam do starej szkoły i widzę wokół niej całe mnóstwo biało - żółtych stokrotek na trawnikach. Przecież ledwie co była mroźna zima, zwały śniegu zaczęły topnieć dopiero wraz z rozpoczęciem ferii świątecznych, skąd więc nagle tak wiosenna odsłona w przyrodzie? Zdumiewa mnie to bardzo, ale i cieszy.



Życie po powrocie do pracy znów znacznie przyspiesza. Nadchodzą imieniny Kacpra, później trzydniowa rocznica śmierci Bartka, a tuż po niej informacja o tragedii w rodzinie naszych przyjaciół. Ich najstarszy syn niespodziewanie zakończył swoje życie. Nie możemy po prostu w to uwierzyć. Michała znaliśmy od dziecka. Żal związany z jego utratą miesza nam się ze współczuciem dla rodziców chłopaka i z własnymi traumatycznymi wspomnieniami. Nie mogę przestać myśleć o naszych wspólnych wakacjach w Grecji, gdzie dwadzieścia lat temu byliśmy w dwie rodziny z naszymi wszystkimi czterema dzieciakami. Jak to się mogło stać, że zostało ich tylko dwoje, że nasi pierworodni już z nami nigdzie nigdy nie pojadą? 


Weekend, w którym odbywa się pogrzeb, jest dla nas straszny. Gdy po jego zakończeniu  w poniedziałek znów melduję się w szkole, to w dalszym ciągu przygniatają mnie bardzo ciężkie uczucia.



- Dziś mamy Blue Monday - słyszę tego dnia w radiu. No tak...

- Coś takiego nie istnieje. To jest tylko w naszych głowach - szkolna logopedka próbuje się przeciwstawić takiemu traktowaniu tego dnia.




Niewiele to pomaga. Co mi z tego, że coś obiektywnie nie istnieje, skoro to tak mocno siedzi w mojej głowie? I wypiera radosne wspomnienia Świąt, wdzierając się do każdej komórki mózgu?




Szkolną odpowiedzią na Blue Monday jest zaplanowane tego dnia przez dyrekcję obowiązkowe szkolenie. Na temat metod radzenia sobie ze stresem i relaksacji. Po siedmiu godzinach pracy z dzieciakami przymus słuchania przez całe popołudnie o tym, na czym się teoretycznie dobrze znam, wydaje się katorgą. Trudne emocje zalewają mnie już taką falą, że prawie tonę. Moja strategia radzenia sobie ze stresem domaga się z całych sił opuszczenia i odcięcia od szkolnych murów. Ale nie, na szkoleniu zaplanowano jeszcze część warsztatową. Późnym wieczorem w skrajnym zmęczeniu kładę się na szkolnym materacu i próbuję się przenieść wizualizacyjnie z głosem pani psycholog w jakieś bezpieczne, piękne miejsce. Niestety wciąż pozostaję w szkolnej auli, jest mi zimno i niewygodnie bez poduszki, o której w natłoku wydarzeń też zapomniałam. Przymusowa relaksacja nie działa. I w końcu się poddaję. 



A blue, blue Monday, który nie istnieje, powoli przemija tak, jak wszystkie inne dni życia...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz