Oczywiście nie wszystko wyszło idealnie. Ale zważywszy na to, że byłam jedynym świątecznym organizatorem (mąż dalej nie wstawał z łóżka), a na przygotowania miałam raptem jeden feriowy dzień, to i tak nieźle wszystko ogarnęłam.
Do stołu uroczyście nakryłam i choć inaczej sobie wyobrażałam efekt (w tym roku moje amarylisy zbojkotowały Święta, więc musiałam użyć takich z materiału), to mężowi się podobało. Choinki przytargałam dwie i to już w wigilijny ranek. Ta w doniczce powędrowała na cmentarz, a jadalnię po raz pierwszy chyba w historii naszej rodziny przyozdobiła cięta jodła kaukaska. No cóż, w ostatnim przedświątecznym momencie wybór był taki, że albo ta, albo już żadna. Zresztą, przyznać trzeba, że jest wyjątkowo piękna, choć oczywiście szkoda drzewa, które nadal mogłoby róść w jakimś jodłowym borze.
- Czy możecie zająć się ubieraniem choinki? - pytam Kacpra po wigilijnym śniadaniu.
- Nieee, taka naturalna wygląda najlepiej.
I choć wiem, że chodzi o to, by oszczędzić sobie fatygi, to muszę przyznać synowi rację. Taka naturalna wygląda najlepiej. Wystarczy włożyć pod nią kolorowe torebki z prezentami i świąteczny wystrój uważam za skończony.
Dobrze, że chociaż udało mi się zrobić z dziećmi porządne zakupy przed Świętami. Mogłam więc ratować swoją reputację kucharki, przygotowując świąteczne obiady. Choć szczerze mówiąc, niczego finezyjnego nie ugotowałam. Chyba już weszło mi w krew to, co jest praktyką w naszej codzienności z mężem. Prosto i szybko to ostatnio moje dwa główne kuchenne hasła. No i również w Święta się do nich dostosowałam. Zresztą nie bardzo się czułam na siłach, by pokazać się z bardziej produktywnej strony.
Gdy Ania pyta o nasze świąteczne wrażenia, to skarżę jej się na problemy ze zdrowiem. Głównie oczywiście mężowe. Ale szybko dodaję:
Mnie też coś złapało, jadę na aspirynie. Dobrze się po niej śpi. To będą najbardziej przespane Święta w historii moich Świąt
I takie trzeba też odbyć - odpisuje Ania.
No więc śpię, ile tylko się da, nie odbiegając zresztą w tym względzie od reszty rodziny. Nadrabiamy jakieś senne deficyty, a czas mija nam bardzo szybko.
Dużo go to kosztowało. Teraz na powrót w nim zaległ. Właśnie próbujemy się zmierzyć z zapaleniem żył w jego nogach, które się przyplątało w międzyczasie.
A jak u Was po Świętach? - pyta Ania
Znowu sennie - odpowiadam zgodnie z prawdą. Ale mimo wszystko jestem zmuszona zebrać się do pracy.
robię webinary jeden po drugim. Dyr. zadała nam po 10 na głowę do zrobienia w okresie świątecznym
Tak, konieczność pracowania w ferie z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku stała się w naszej szkole faktem. Na razie to praca zdalna i w ramach samokształcenia, ale to i tak wystarczyło, żeby nie odpoczywać psychicznie od szkoły i pozbyć się na długo chęci do uczestniczenia w webinarach z własnej woli. Ostatnie dwa robię już (z odrazą:( w sylwestrowy wieczór. Potem wyjmuję z lodówki schłodzone prosecco. Gdy uświadamiam sobie, że takie samo piliśmy rok wcześniej, to uśmiecham się na myśl, jak niewiele się u nas zmienia. I z taką refleksją zaczynam Nowy Rok.
Muszę przyznać, że to rozpoczęcie jest niezwykłe. W noworoczne Święto mam okazję zobaczyć kwitnące bratki pod grobem Bartka i aż otwieram usta ze zdziwienia. A potem wracam do starej szkoły i widzę wokół niej całe mnóstwo biało - żółtych stokrotek na trawnikach. Przecież ledwie co była mroźna zima, zwały śniegu zaczęły topnieć dopiero wraz z rozpoczęciem ferii świątecznych, skąd więc nagle tak wiosenna odsłona w przyrodzie? Zdumiewa mnie to bardzo, ale i cieszy.
Życie po powrocie do pracy znów znacznie przyspiesza. Nadchodzą imieniny Kacpra, później trzydniowa rocznica śmierci Bartka, a tuż po niej informacja o tragedii w rodzinie naszych przyjaciół. Ich najstarszy syn niespodziewanie zakończył swoje życie. Nie możemy po prostu w to uwierzyć. Michała znaliśmy od dziecka. Żal związany z jego utratą miesza nam się ze współczuciem dla rodziców chłopaka i z własnymi traumatycznymi wspomnieniami. Nie mogę przestać myśleć o naszych wspólnych wakacjach w Grecji, gdzie dwadzieścia lat temu byliśmy w dwie rodziny z naszymi wszystkimi czterema dzieciakami. Jak to się mogło stać, że zostało ich tylko dwoje, że nasi pierworodni już z nami nigdzie nigdy nie pojadą?
Weekend, w którym odbywa się pogrzeb, jest dla nas straszny. Gdy po jego zakończeniu w poniedziałek znów melduję się w szkole, to w dalszym ciągu przygniatają mnie bardzo ciężkie uczucia.
- Dziś mamy Blue Monday - słyszę tego dnia w radiu. No tak...
- Coś takiego nie istnieje. To jest tylko w naszych głowach - szkolna logopedka próbuje się przeciwstawić takiemu traktowaniu tego dnia.
Niewiele to pomaga. Co mi z tego, że coś obiektywnie nie istnieje, skoro to tak mocno siedzi w mojej głowie? I wypiera radosne wspomnienia Świąt, wdzierając się do każdej komórki mózgu?
Szkolną odpowiedzią na Blue Monday jest zaplanowane tego dnia przez dyrekcję obowiązkowe szkolenie. Na temat metod radzenia sobie ze stresem i relaksacji. Po siedmiu godzinach pracy z dzieciakami przymus słuchania przez całe popołudnie o tym, na czym się teoretycznie dobrze znam, wydaje się katorgą. Trudne emocje zalewają mnie już taką falą, że prawie tonę. Moja strategia radzenia sobie ze stresem domaga się z całych sił opuszczenia i odcięcia od szkolnych murów. Ale nie, na szkoleniu zaplanowano jeszcze część warsztatową. Późnym wieczorem w skrajnym zmęczeniu kładę się na szkolnym materacu i próbuję się przenieść wizualizacyjnie z głosem pani psycholog w jakieś bezpieczne, piękne miejsce. Niestety wciąż pozostaję w szkolnej auli, jest mi zimno i niewygodnie bez poduszki, o której w natłoku wydarzeń też zapomniałam. Przymusowa relaksacja nie działa. I w końcu się poddaję.
A blue, blue Monday, który nie istnieje, powoli przemija tak, jak wszystkie inne dni życia...
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz