sobota, 7 stycznia 2023

15. TURCJA: Ünye, Giresun - Festiwal spełnionych marzeń

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/01/od-rana-rozne-grupy-rodzinno.html


Rankiem winda w hotelu nadal jest nieczynna.Trochę bezradnie patrzymy na taras nad morzem, gdzie serwuje się śniadanie. Dla męża to kawał drogi, przerażający zdaje mu się zwłaszcza ciąg długich schodów w dół na podwórze (choć właściwie to bardziej ogród). Solidarnie decyduję, że sama też tam nie pójdę.




I gdy już odpuszczamy restaurację hotelu Ankara, miły pan recepcjonista proponuje, żebyśmy zjedli śniadanie... w hotelowym holu. To tylko parę schodów z naszego piętra, no dobrze, damy radę...


To, co przynosi nam kelner, znacznie odbiega od wyobrażeń świątecznego śniadania (choć być może chodzi o to, by zaoszczędzić obsłudze fatygi), ale pierwszy głód zostaje zaspokojony. Czekam aż mąż skończy swój posiłek i przenoszę się z resztą mojego na taras. Już nie muszę być solidarna w poczuciu głodu:), a przecież tak miło zjeść śniadanie z szumem fal.

Marzenie - odpisuje Beata.



Trafia w punkt. Ta podróż jest jak spełnienie wszystkich moich marzeń. Dzieje się tak całym ciągiem odkąd wyruszyliśmy z domu, czasem nawet zanim zdążę je sobie uświadomić. Czy przed tą podróżą marzyłam na przykład o śniadaniu w restauracji na plaży? No nie - nie przyszło mi to do głowy... Życie tutaj wyprzedza nawet moje marzenia.


Już oglądam mapy  - Beata wykonuje za mnie kawał dobrej roboty:).

2758 km





No tak trochę zygzakami jeździmy  - zaczynam się tłumaczyć, gdy uświadamiam sobie, że w ciągu ostatnich dni oddaliliśmy się ledwie 358 kilometrów od Safranbolu.

Ale czasem najfajniejsze to, co po drodze.


Moje zachwyty i podziw mają tu taki stopień przypływu, o którym żadnemu morzu nawet się nie śniło. Festiwal spełniania marzeń trwa dalej w najlepsze.

Dziś morze pokazuje wszystkie swoje kolory - kontynuuję.


Na plaży pojawia się kilku młodzieńców, którzy ostatecznie decydują się na kąpiel. Ja poprzestaję na kolejnym spacerze z zamoczeniem nóg. Takie spotkanie z morzem w zupełności mi wystarczy. A potem wsiadam z mężem do samochodu, żeby trochę pozwiedzać okolicę. Chcemy wykorzystać piękną pogodę ze świetną widocznością.


Ünye charakteryzuje mniejsza niż w pozostałej Turcji czarnomorskiej ilość opadów” - czytam na ulubionym tureckim bloguInną ciekawą cechą wyróżniającą Ünye od miejscowości nadmorskich jest jego wyludnienie w miesiącach letnich. Podczas gdy inne miasta zlokalizowane na wybrzeżu przeżywają w lipcu i sierpniu najazd wczasowiczów, Ünye - wyludnia się. Powodem są zbiory orzechów laskowych w głębi lądu, na które wyrusza znaczny odsetek mieszkańców miasta” (https://turcjawsandalach.pl/content/%C3%BCnye).


No my tego nie widzimy. Ale po pierwsze nie mamy żadnej skali porównawczej,  a po drugie wciąż trwają święta i może to jest właśnie czas odpoczynku od pracy przy zbiorach. W ładnym centrum miasteczka spotykamy ludzi, którzy spacerują po plaży, robią zakupy, sporo z nich zasiadło za kółkiem. Trudno wręcz przejść przez ulicę, nie mówiąc już nawet o zaparkowaniu.

Robię więc tam tylko parę fotek i jedziemy dalej - kilka kilometrów w głąb lądu.. Omal pod samą bramę zamku Ünye. Zamkniętą zresztą:(. Nie wiem, czy z powodu świąt, czy też trwającego remontu. Na osłodę mamy za to przepiękną panoramę okolicy z uprawami leszczyny w roli głównej. Oraz (tu wielka niespodzianka) grobowiec pontyjski (Tetrasil) w zboczu wzgórza przy bramie. Ale może to nie powinno mnie dziwić, skoro zamek powstał w czasach panowania królów Pontu (strona tureckiego MSW uznaje Mitrydatesa II za władającego wówczas tą krainą). Potem w zmiennych kolejach losu budowla służyła tym, którzy akurat osiedlali się na tych ziemiach.

Tym razem robię dziesiątki fotek. Zamku i drogi, którą się stamtąd zjeżdża na wybrzeże. Wszystko przy niej zasługuje na to, żeby zostało utrwalone na dłużej niż mogłoby pozostać w ulotnej pamięci: spichlerz na palach, wolnostojący piec (do chleba?, mięsiwa?), kamieniołom... 


I wreszcie zajeżdżamy znów nad morze. Ale bynajmniej nie do Ünye. Mijamy je tylko po drodze...


Nie żebyśmy narzekali na poprzedni hotel, bo sprawił nam wczoraj niespodziankę (oczywiście chodzi o koncert).

Ale uznaliśmy że są jeszcze inne nadmorskie możliwości
















I dziś przenieśliśmy się do Giresun do hotelu Huseyin. Mamy tu bardzo wygodny pokój, przepiękny widok i HB




Tak, całe popołudnie spędziliśmy na poszukiwaniach. Wybrzeże Morza Czarnego, mimo swojej ogromnej bazy noclegowej okazało się dla nas najtrudniejszym do tej pory wyzwaniem logistycznym. Może dlatego, że postawiliśmy poprzeczkę bardzo wysoko. Marzyło nam się ciche miejsce z widokiem na morze, czyste i komfortowe (chodziło przede wszystkim o udogodnienia dla osób z niepełnosprawnością ruchową). Czułam, że mąż potrzebuje porządnej dawki wypoczynku. Tymczasem we wszystkich obiektach, do których trafialiśmy coś było nie tak. I trzeba było szukać dalej.

W końcu poddaliśmy się i sięgnęliśmy do takiej półki cenowej, która znów przekraczała nasz budżet. Nie byłam przekonana do tego pomysłu, ale poddałam się namowom męża, bo  zrobiło się późno i pilnie potrzebowaliśmy łóżka do rozprostowania kości. 


Podjechaliśmy więc pod hotel Huseyin. Tu wszystko było takie jak trzeba - parking przed samym wejściem, spokojna lokalizacja nad morzem poza centrum miasta, działająca winda. No tylko ta cena...



I wtedy znów zdarzył się cud. Na dzień dobry właściciel obniżył nam ją do poziomu akceptowalności. Bez żadnego proszenia  czy targowania się. Ot, po prostu uznał, że lepiej mieć pełne obłożenie hotelu za niższe pieniądze niż czekać z pustymi pokojami na bogatszych klientów. To samo zrobił z ceną kolacji. 


Oczywiście natychmiast przystaliśmy na wszystko. Co znaczy “pańskie oko”! Gdy właściciel sam angażuje się w prowadzenie obiektu, to naprawdę dba o swój interes. I o zadowolenie klientów. Dlatego z czystym sumieniem możemy polecić ten hotel. Smaczna kolacja, piękny, obszerny pokój. Zresztą myślę, że nasze zdjęcia będą najlepszą reklamą.


No i ten widok (...) na morze i zamek w Giresun



W Waszej podróży wszystko takie piękne i luksusowe.

Fajnie, że wysyłasz mi zdjęcia.

Sama w necie na pewno bym tego nie wyszukała.

Nawet nie wiedziałabym czego szukać - pisze na dobranoc Beata.


Tego dnia mamy okazję oglądać jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w podróży. A potem roziskrzoną światłami nocną panoramę Giresun. “Life is not measured by the number of breaths we take, but by the moments that take our breath away” (życie nie jest mierzone liczbą oddechów, które bierzemy, ale chwilami, które zapierają nam dech w piersiach” - podpowiada jeden z motywatorów wypisanych na ścianach korytarzy w hotelu Huseyin...







GALERIA - zachód słońca w Giresun




































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz