poniedziałek, 30 listopada 2020

RRUGË E GJERE - droga do Sarandy z greckim akcentem

Gdy za oknem pierwszy jesienny śnieg, myśli wracają do wakacyjnych chwil. Postanawiam więc kontynuować relację z ubiegłorocznej objazdówki po Albanii.

No to szerokiej drogi! Rrugë e gjere!

*

Poprzedni wpis: PO DRUGIEJ STRONIE GRANICY - Albański Pogradec

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/07/dzien-podrozy-14-16-04-06.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek szesnasty - ALBANIA, GRECJA (przejazdem)


Dzień podróży: 16  (06.08)

Jakaż była nasza naiwność, gdy po dwóch dniach pobytu na albańskim brzegu Jeziora Ochrydzkiego uznaliśmy, że w nowym kraju na naszej trasie dajemy sobie radę równie dobrze, jak i w poprzednich: na Słowacji, Węgrzech, w Serbii, Bośni czy Macedonii.

Tak oto nadszedł dla nas dzień próby, o czym nie mieliśmy zielonego pojęcia tego poranka, gdy wyruszaliśmy z Hotelu Ohrid dalej na południe.

Wreszcie nasze wakacje miały zyskać nadmorski charakter. Chcieliśmy dotrzeć do Sarandy, która zastąpiła wpisany we wstępny plan Ksamil. Dlaczego zdecydowaliśmy się na zamianę? No wszystko przez to, co wyczytałam  o Sarandzie na stronie jednego z czołowych polskich organizatorów wypoczynku wakacyjnego: “najsłynniejszy kurort Albanii, kiedyś dostępny tylko dla dygnitarzy“ (Itaka)

Brzmi niezwykle obiecująco, prawda?

I tak, zwiedzeni tą niezwykłą obietnicą, znaleźliśmy się najpierw na ładnej, pełnej chabrowych pól drodze, prowadzącej do Korczy - miasta, w którym trafiliśmy chyba na jakiś dzień targowy. Ale odpuściliśmy jakikolwiek pomysł zwiedzania, ciesząc się, że w ogóle udało nam się nie utknąć tam na dobre między zajmującymi całe ulice sprzedającymi i kupującymi. Potem wjechaliśmy na górską trasę biegnącą równolegle do granicy z Grecją. Nie byliśmy aż tak naiwni, by spodziewać się, że to będzie dobra droga. Już z przejrzanej pobieżnie mapy wynikało, że wije się między górami, przypominając miejscami zapis z elektrokardiografu. Ale rzeczywistość okazała się niewyobrażalna.

I dobrze. Mogliśmy przez to co rusz przeżywać kolejne zaskoczenia, nie odczuwając przy tym lęku, że ta wyprawa będzie jak schody - każdy stopień trudniejszy od poprzedniego. Schody wiodły pod górę - od spokojnych podjazdów między rozłupanymi pagórkami z błyszczącymi w słońcu minerałami, przez odcinki prowadzące do maleńkich górskich osad, porzuconych ruin, ukwieconych łąk pełnych ruchliwych owadów po coraz bardziej surowe krajobrazy wznoszących się po horyzont szczytów.

A potem mieliśmy już tylko większy i większy hardcore. Kręta droga nad przepaściami bez żadnych zabezpieczeń, tak wąska, że  trudno było przejechać bez kołatania serca nawet wówczas, gdy jej nawierzchnia sprawiała wrażenie mniej więcej całości. Odcinki, na których zdarzały się w niej ubytki lub gdzieś znikała w ogóle, też nie należały do rzadkości. I wciąż wyżej i wyżej wzbijając się niczym (nieliczne) albańskie orły w najwyższe partie gór. Kilometry prawdziwego pustkowia. Świat, który nie wydawał się potrzebować ludzi.

A jednak czasem w tym wszystkim stykaliśmy się z dowodami ich (przeszłej lub teraźniejszej) obecności  - na przykład w postaci zagubionych gdzieś w lesie bunkrów czy też  kóz pasących się między drzewami. Doświadczałam wtedy zadziwienia, że człowiek może z jakiejś przyczyny wybrać życie w tak trudnych warunkach, choć mógłby sobie je ułatwić, decydując się po prostu na przemieszczenie w bardziej przyjazne rejony. Ale pewnie nie wszystkim chodzi o to, żeby było łatwiej. Tak ciężko wejść w cudze buty, nawet jeśli się skończyło psychoterapię, pedagogikę, studiowało socjologię i kończy psychologię. To wszystko jednak nie zmienia naszego mózgu i sposobu myślenia.

Przed zjazdem do Leskovika zaczęły nas “doganiać” i to całkiem dosłownie, inne przykłady obecności ludzi. Zgoła zupełnie odmienne od poprzednich. Mercedesy - to one pojawiły się na naszej drodze. Widok wielkich, przeważnie czarnych limuzyn z zaciemnionymi szybami na wybojach w takim odludziu był rodem z surrealistycznego obrazka. Z czasem te auta zaczęły niepokoić, wyobraźnia podsunęła mi pomysły o zjeździe albańskiej mafii w tej dziczy.

Ale przyczyna ich pojawienia się była chyba jednak bardziej prozaiczna - wkrótce dostrzegamy przy drodze strzałki kierujące potencjalnych turystów do miejsc noclegowych, w dolinie zaś piękne jeziorko.

Zresztą znajduję później na Booking com fajny trzygwiazkowy ośrodek agroturystyczny w tej okolicy (Farma Sotira w Gërmenj - 15 km przed Leskovikiem). W samym zaś Leskoviku widzimy już cały jeep z turystami, a do tego po staremu: pasące się zwierzęta - tym razem konie (niektóre osiodłane w oryginalny sposób) i bunkry, duuużo bunkrów.

Jeśli zaś chodzi o czarne mercedesy, to są one ulubionym albańskim środkiem transportu bez względu na jakość dróg, o czym po prostu nie miałam pojęcia przed wyjazdem do tego kraju. Trzeba też zauważyć, ze Albania rozwija się w sposób ekspresowy, powstaje sporo nowych szlaków komunikacyjnych, a ich jakość bywa znakomita (asfalt jakby z dedykacją dla limuzyn:).

My też trafiamy wreszcie na lepszą drogę, która nagle i niespodziewanie doprowadza nas do... albańsko - greckiego punktu granicznego. No tak, nie przygotowaliśmy się do tego wyjazdu w należyty sposób, ale i tak po wjeździe na nią właściwie nie za bardzo byłoby gdzie zjechać. Droga prowadziła sama.

Nie żebyśmy się tym jakoś zmartwili, wprost przeciwnie. Lubimy Grecję bardzo i fajnie było choć przez chwilę pobyć w tym cudnym kraju podczas naszej rocznicowej podróży. Tym bardziej, że przywitał nas kolejnymi spektakularnymi widokami. Tej górskiej Grecji w ogóle nie znałam, nigdy wcześniej nie zapuściliśmy się w okoliczne miejsca. A przecież mąż już od dawna marzył o powrocie do tego kraju tak bliskiego naszym sercom. I właśnie przypadkiem wróciliśmy...😀

Wjeżdżamy między zabudowania podobne do tych, które od jakiegoś czasu mijaliśmy po albańskiej stronie granicy, ale jakoś na greckiej ziemi czujemy się bardziej swojsko. W pobliskiej miejscowości decydujemy się zatankować. W markecie niedaleko stacji benzynowej kupuję butlę geckiego wina - wybór jest ogromny. Trunek w całej gamie kolorów od jasnej słomki do ciemnej purpury wygląda, jakby ktoś właśnie przelał go z beczki z myślą o tych, którzy wieczorem napełnią nim dzbany. Na Greków zawsze można liczyć w tym względzie:)

Robi nam się radośnie na myśl o czekającym nas tego dnia wieczorze. Przedwczesna to radość...

Jeszcze trochę błądzimy po okolicy, by odwiedzić widoczny z dala mały grecki monastyr, niestety bezskutecznie. Jedyna budowla sakralna, do której udaje nam się dotrzeć, to... cmentarna kaplica. No trudno, trzeba jechać dalej.

I znów podążamy w stronę Sarandy drogą czasem częściej używaną przez zwierzęta niż ludzi - tym razem na odmianę są tu krowy i świnki. Ale okolica z kilometra na kilometr staje się bardziej ludna. I tak dojechaliśmy w końcu ponownie do albańskiej cywilizacji.

*

Nie wierzyłam innym blogerom, że Saranda to brzydki, betonowy kurort. Gdy zobaczyłam taki tytuł na polecanym przez panią Izę blogu “Stacja Bałkany”, to nawet nie zabrałam się za czytanie wpisu. Po prostu nie chciałam przyjąć do wiadomości, że któreś z miejsc, gdzie zarezerwowaliśmy noclegi na 34 rocznicę ślubu, może nie być piękne i romantyczne.

Sarandę widzieliśmy już z daleka, zbliżając się od strony przejścia granicznego (Kakavia), choć jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to ona. Ot, zabudowania na górce, niczym nie różniące się od zabudowań na górkach, które oglądaliśmy od jakiegoś czasu po drodze. Nawet nie wiem, kiedy zaprowadziła nas pomiędzy budynki.

Potem też nie przywiązywałam jakiejś szczególnej wagi do ich wyglądu - ot, rogatki miasta, one przeważnie nigdy nie są jego wizytówką.

Prawdziwy obraz miało dać jego centrum, a ono było po drugiej stronie góry. Tam właśnie jej zbocza schodzą prosto do morza. Na nich rozlokowała się ta Saranda, której oczekiwałam. No przecież musi być cudownie...

I oto już zjeżdżamy ku niej z góry. I naszym oczom ukazuje się widok, który w pierwszym momencie sprawia, że aż mnie zatyka z wrażenia.

Hmm, oto centrum Sarandy w całej jego krasie... 




Nawet jeśli na zdjęciu tego dobrze nie widać, bo trudno było stanąć w miejscu odpowiednim do fotografowania, to zjeżdżając z górki zobaczyliśmy... betonową dżunglę.

Przepraszam “Stacjo Bałkany”...

*

Adres naszego apartamentu brzmi Gjashta Natural Houses Rruga 40 Shenjtorët, z mapy wynika, że to ścisłe centum miasta, na dodatek rzut beretem od morza. Spodobał mi się, zaprezentowany na stronie Booking.com, nowoczesny wystrój wnętrza z błękitnymi akcentami. Zarezerwowaliśmy tam trzy noclegi, żeby wreszcie wypocząć do porządku podczas tej podróży.  Tylko że po wjeździe do centrum Sarandy zadaje sobie raz po raz pytanie, jak my właściwie to tutaj zrobimy? Tłok, korek, tłum, hałas, chaos nie do opisania - wszystko to przygniata nas swoim rozmiarem.

Nawigacja prowadzi bez większego problemu na wskazaną ulicę, ale numeru nie jesteśmy w stanie wypatrzeć, chociaż przebijamy się nią wte i wewte, omal centymetr po centymetrze. Nawet cały dzień na górskiej krętej drodze nie zmęczył nas tak bardzo jak jeżdżenie tam i z powrotem tą jedną jedyną sarandyjską ulicą. Zapada zmrok, a my wciąż się kręcimy w koło właściwie już bez nadziei.

Gdy wreszcie uznajemy, że dalsze jeżdżenie nie ma żadnego sensu, pozostaje zdać się na nogi. Udaje nam się wreszcie zaparkować, oczywiście kawał drogi od centrum, ale i tak w Sarandzie to nie lada wyczyn.

Znów pokonuję tę samą trasę, tym razem piechotą. Zaczepiam każdego napotkanego człowieka, pokazując mu adres apartamentu. I zawsze kończy się podobnie - przechodnie wskazują mi ulicę, na której właśnie jestem i pytają o numer. No ludziska, co z wami, przecież stoi napisane czarno na białym, że 40.

Gdy wreszcie docieram do miejsca, gdzie zaczynają się sklepy i restauracje, to czuję się uratowana - tu dogadam się po angielsku i nikt mnie nie będzie nagabywał o ten nieszczęsny numer. Szybko znajduję osoby, które starają się mi pomóc w o wiele szerszym zakresie niż tylko wskazanie drogi.

Sindi z Bar Kafe Enea wchodzi na stronę Booking.com i sprawdza lokalizację obiektu.

- Wygląda na to, że to w którymś z tych budynków - pokazuje mi najbliższe wieżowce.

- Niestety, nie ma tam naszego numeru, już to sprawdzaliśmy.

Sindi patrzy na mnie trochę zdezorientowana.

- Spróbuję się tam dodzwonić (to też nie była łatwizna, ponieważ podany numer telefonu okazał się błędny - zawierał zbyt dużo cyfr:(.

Gdyby nie Sindi, to prawdopodobieństwo, że odnaleźlibyśmy nasz nocleg, byłoby bliskie zeru. Nie dogadałabym się przez telefon z kimś, kto zna parę angielskich słów, nie wytłumaczyłabym mu, gdzie parkujemy, nie załatwiłabym tego, by ktoś z naszych przyszłych gospodarzy po prostu po nas przyszedł. Wszystko to zrobiła nieoceniona Sindi.

Długo czekałam w jej barze na naszego przewodnika. Ale wreszcie mogłam wrócić do oczekującego w samochodzie męża (ciężko zestresowanego, że już dawno się zagubiłam) z tarczą i z młodziutkim chłopakiem, który miał nam wskazać drogę.

No i cóż napisać - prowadziła ona na drugą stronę góry. Na rogatki, które minęliśmy kilka godzin wcześniej...

 

*

Turystyka w Sarandzie to inny stan umysłu.

Podsumowując:

1. W adresie naszego apartamentu nie było numeru. Jak się potem okazało, Rruga 40 Shenjtorët to po prostu Ulica Czterdziestu Męczenników :)

2. Nawet gdybyśmy mieli ten numer, to i tak nigdy byśmy nie znaleźli apartamentu, bo go w ogóle na tej ulicy nie ma. Jak również w całej Sarandzie. Jest w małej wiosce przy rogatkach miasta. Taka niespodzianka dla potencjalnych turystów :)

3. Lokalizacja na stronie Booking.com służyła tylko do wprowadzenia w błąd. Nie wskazywała położenia apartamentu. Dzięki niej można było w zamian znaleźć ulicę 40-stu Męczenników :)

4. Apartament, w którym nas zakwaterowano był inny niż ten, który zamówiliśmy. Okazało się też, że w żadnym z nich nie było klimatyzacji, figurującej w opisie na Booking.com. To (oraz inne utrudnienia dla osób z niepełnosprawnościami) niestety przesądziło, że zdecydowaliśmy się pozostać tam tylko na jedną noc (zwłaszcza, że już trwała w najlepsze). Ale i tak, jak się później okazało, na naszym koncie na Booking.com pojawiła się wówczas adnotacja NO-SHOW :)

5. W tym roku na stronie tego pośrednika nie znalazłam obiektu Gjashta Natural Houses. Za to w najlepsze figuruje on na wielu innych stronach z ofertami turystycznymi - wciąż beztrosko pod adresem Rruga 40 Shenjtorët Sarandë. Mimo wielokrotnie powtarzanej przez nas gospodarzom informacji o tym, jak bardzo mylący to adres. Za to w opisie wyposażenia nie figuruje już klimatyzacja. Czyli postępy są :)


Teraz już mogę się z tego śmiać w najlepsze, ale tamtego pierwszego wieczora w Sarandzie wcale mi do śmiechu nie było. Ale co w tym wszystkim najbardziej zaskakujące? Nazajutrz po tej mało ciekawej przygodzie los i tak sprawi, że zaprzyjaźnimy się serdecznie z naszymi gospodarzami, którym "zawdzięczamy" te wszystkie wieczorne "atrakcje"... 

No to do jutra! Rrugë e gjerë!


*Rrugë e gjere to po albańsku - szerokiej drogi


 

Następna część relacjiALBANIA Z PRZYGODAMI - Butrint, Ksamil, Saranda


https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/07.html

czwartek, 19 listopada 2020

MAGIA DROBNYCH SPRAW


 Jeszcze wczoraj rozsyłając przez messengera tę fotkę zrobioną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, wymieniałam ze znajomymi słowa zachwytu nad zjawiskowym obliczem tegorocznej jesieni.


- złoty listopad - napisała siostra. Kto by się spodziewał, że tak właśnie można będzie podsumować miesiąc, który do niedawna stanowił dla nas symbol jesiennej szarugi.

 - I nawet z motylami, które fruwają po domu:)- dorzucam, załączając kolejne listopadowe zdjęcie.

- Dokładnie😉  - otrzymuję natychmiastową odpowiedź wraz z fotką Moniki:)

fot. Monika

Tak było wczoraj. A dziś... otworzyłam oczy i ujrzałam świat zabielony pierwszym przygruntowym przymrozkiem. Zapowiedź nadchodzącej zimy. Śmierć ostatnich nasturcji w ogródku. Oszronione płatki czerwonego anemona. I zmroziło się lekko serce. No bo niby wiedziałam, że zima nadejść musi, ale trochę udawałam, że może niekoniecznie do mnie... Bo mnie tak dobrze było w tej złocistej jesieni.

A tak w ogóle to myślę, że zima jest dobra dla dzieci. A ja, no cóż, ja się zestarzałam...


Co prawda, potem już dzisiejszy dzień starał się jak mógł, nadrobić niekorzystne wrażenie, jakie wywołał na samym wstępie. Ale mój humor długo pozostawał lekko zważony. Nawet spacer w jesiennym słonku nie od razu pomógł, choć mam teraz nowego towarzysza wypadów nad rzekę .


Maksiu - cudowny, malamutowy mieszaniec od sąsiadów postanowił być mi pocieszycielem podczas żałoby po moim ukochanym psim Przyjacielu. To prawdziwa magia. Bo podczas tego weekendu Maksiu zjawił się przy moim boku w momencie, gdy tęsknie patrzyłam w stronę rzeki i sprawiał wrażenie, jakby chciał, żebyśmy poszli razem. Czy mogłam go nie posłuchać?

A ze wszystkich psów na świecie, to właśnie obecność Maksia jest dla mnie teraz najbardziej kojąca. Towarzystwo ojca Lunkowego szczeniaczka. Psa, który stanął nad grobem Luny w momencie, gdy złożyliśmy w nim jej ciało. Czy to nie jest zdarzenie rodem z bajek dla dzieci w disneyowskim stylu? Maksiu i ja w czasie pogrzebania Luny. A teraz Maksiu i ja w miejscu, gdzie mi jej najbardziej brakuje. Jak pomost między przeszłością a przyszłością. Magia trwa nadal.










Teraz wystarczy tylko machnąć ręką na Maksia za płotem, a już jest przy nodze. Na kolejnym spacerze. Dla Maksia żaden płot nie jest zbyt wysoki:)

Oglądaliśmy więc wczoraj we dwoje zmiany, jakie zachodzą teraz na świecie. Gospodarskim okiem trzeba było przecież zerknąć przed zimą na owoce drzew i krzewów, które, mam wrażenie, jakby kwitły nad rzeką dopiero wczoraj - kasztanowców, ligustru, kaliny. Na łące pod domem znaleźliśmy malutkie czerwone jabłuszka opadłe z połamanej jabłonki, owocuje głóg i dzika róża. Na gruszy, pod którą tak lubiłam fotografować Lunkę, ostał się jeszcze jakiś zagubiony i zasuszony owoc. Tylko orzechy i żołędzie wyzbierane do czysta - trochę przez ludzi, a trochę przez dziki, które o nas wciąż pamiętają. 
Sarenki natomiast zaczęły grasować nawet w moim ogródeczku - objadły mi dalię i czerwoną stokrotkę. Fotografuję je we mgle o świcie już w burych, zimowych futerkach.


- Takim Słodziakom można wybaczyć- pisze Ania. Wybaczam.

Po nocnym przymrozku liście z drzew sypią się jak złoty deszcz. Już niedługo na pustych konarach będzie się zwieszać jedynie nostalgia.

Ale może nie będę miała dla niej zbyt dużo czasu tej jesieni. Nauczanie zdalne zabiera mi go więcej niż mogłabym przypuszczać. Ale umiem już sporo i wciąż się uczę. A spokój łapię w otwarte ramiona - ile tylko zdołam go objąć.
Czuję, jakby moje życie powracało na wiosenne tory, kiedy to z domowego azylu podglądałam jedynie to, co działo się w głównym nurcie świata, właściwie w nim nie uczestnicząc. Bardzo mi to odpowiada w tych czasach pełnych szaleństwa. Zwłaszcza, że świat pogrąża się dalej, o czym można co dnia usłyszeć i przeczytać w mediach, ot, np. w artykule pt. “Lekarze nie pozostawiają złudzeń. “System się zawalił", a ja nie mam na to żadnego wpływu (https://www.money.pl/gospodarka/lekarze-nie-pozostawiaja-zludzen-system-sie-zawalil-krzyk-rozpaczy-minierstwa-6572009160338112a.html).











Jestem już zmęczona rolą kronikarza czasów zarazy, którą na siebie wzięłam. Nie chcę dłużej koncentrować się na ogólnoludzkich problemach, sprawiających, że czuję się coraz bardziej nieszczęśliwa z powodu bezsilności. Mój świat składa się z rzeczy małych, więc teraz będę znów skupiać się na swoich drobiazgach. Tych, z którymi obcuję na co dzień. W nich znajduję siłę do przetrwania.

- Pamiętasz o winie online? - pyta wieczorem Paulina przed kolejnym spotkaniem zdalnym, dedykowanym moim urodzinom.

- Tak, już się doczekać nie mogę:)

 I niech ta magia drobnych spraw trwa i daje moc...



sobota, 7 listopada 2020

USPOKOJENIE

Znów zrobiło się pięknie, mamy pogodę, która jakoś nie kojarzy się z listopadem. Wprawdzie część liści z pomocą ostatnich deszczy już opadła (na przykład te czerwone z winorośli), ale wciąż błyszczą w słońcu kolory od żółtego przez pomarańczowy i rdzawy - po brązy: miedziane, orzechowe, cynamonowe...

Staram się tymi barwami, widokami ukoić oczy, ukoić duszę urodą i wizualnym bogactwem jesiennego świata. Powoli się uspokajam. To mi teraz najbardziej potrzebne.

Podejmuję decyzje, które mają zakończyć sprawy, odbierające mi od dawna spokój.

Pierwsza z nich wraca do mnie jak bumerang już początkiem tygodnia, z zamierzchłej, jak mi się wydaje, przeszłości. To sprawa sądowa dotycząca wypadku mojej mamy sprzed ponad pięciu lat i trzech miesięcy! Siostra dzwoni, że mamy kolejną rozprawę, wyznaczoną już na środek tygodnia. Czuję, jak robi mi się słabo.

Stan moich nerwów w ostatnim czasie jest naprawdę kiepski. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby w tym i tak trudnym teraz czasie, niezałatwione sprawy z przeszłości odbierały mi resztki sił. Uzgadniam z rodzeństwem, że trzeba ten proces sądowy zakończyć za wszelką cenę, bez względu na wynik. Podjęta decyzja zostaje zakomunikowana naszej pani mecenas i, mimo jej wątpliwości, wdrożona w życie. Mam więc nadzieję, że to już ostatnia nasza wizyta w sądzie w maminej sprawie. I choć teraz strasznie mi ciężko, że musiałam podjąć taką decyzję, to wiem, że jej konsekwencje okażą się dla mnie błogosławieństwem. Przyniosą uspokojenie.

Jego kolejną dawkę dostarczy na pewno nauczanie zdalne. Już nie muszę się martwić, że będę musiała przyjeżdżać do szkoły prawie codziennie na zajęcia z uczniami klas I - III. Na swoim wystąpieniu w ostatnim tygodniu premier zarządził nauczanie zdalne także dla tych dzieci. Od nadchodzącego tygodnia będę się kontaktować również z nimi przez internet. To daje duże poczucie bezpieczeństwa. I choć to nauczanie zdalne rzeczywiście jest mało przyjazne i dla nas, i dla uczniów, to jednak ma jeden bezcenny walor - znosi poczucie zagrożenia. Dla mnie to teraz najważniejsze. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy kolejny szczyt zachorowań - dzisiaj jest ich już 27 875.

Również w ciągu samego procesu prowadzenia zajęć przez internet jestem coraz bardziej spokojna. Już nie przeżywam omal ataków paniki na myśl, że muszę obsługiwać nowy program. Trochę się w niego wgryzłam i choć daleko mi do biegłości, to wreszcie dałam sobie prawo do uczenia się w trakcie spotkań online z uczniami i popełniania błędów, wynikających z niewiedzy. Takie nastawienie (jedyne sensowne przy braku profesjonalnego przeszkolenia) sprawia, że stres powoli puszcza. 

W tym momencie najwięcej niepokoju budzi u mnie sprawa sprzętu. Nie wiem, czy ten, którym dysponuję, udźwignie całość nauczania zdalnego - niestety mam do dyspozycji tylko starego laptopa (ale cóż, w szkole było jeszcze gorzej). Wprawdzie premier zadeklarował, że nauczyciele będą mieli takie swoje 500+ na zakup potrzebnych akcesoriów, ale ja przecież nie potrzebuję jakichś drobiazgów, tylko wymiany całego komputera. Wychodzi mi na to, że jeśli chciałabym w tym względzie skorzystać z rządowej dotacji, to musiałabym dołożyć do nauczania zdalnego jeszcze ze cztery razy tyle, ile mogłabym dostać od państwa.  Podobno taka jest teraz cena laptopa, który spełnia wysokie wymagania, związane z obsługą programów, z jakich powinniśmy korzystać w czasie spotkań online z uczniami. Ech, nie uśmiecha mi się wydawanie tak dużych pieniędzy. Z drugiej jednak strony, jeśli będę musiała to zrobić, to i tak każda, nawet najmniejsza dotacja, jest mile widziana.

Pozostając w temacie spotkań online, to jeszcze chciałam się podzielić dzisiejszą radością. I genialnym po prostu pomysłem Beaty. Na wieczór moja szkolna przyjaciółka zaplanowała “wino online”:) W składzie identycznym jak impreza otwierająca obecny rok szkolny. O tak, przyda mi się relaks po dniu, w którym muszę powrócić zdalnie na seminarium magisterskie, by nadrobić zaległości spowodowane urlopem zdrowotnym.

Wino online - jakie to cudowne i kreatywne przełamanie rutyny jesiennych wieczorów w domu. Zdalna imprezka otwierająca, mam nadzieję, lepszy rozdział naszego szkolnego życia w czasach pandemii. Wino online - i NA ZDROWIE!

wtorek, 3 listopada 2020

ANDRA TUTTO BENE

W tym roku i Wszystkich Świętych, i Dzień Zaduszny przechodzimy na deszczowo. Mam wrażenie, że już nie tylko my, ale nawet cały świat płacze nad pomysłem rządu, który nagle i niespodziewanie zdecydował jednak o zamknięciu na trzy dni - od soboty do poniedziałku włącznie, cmentarzy w całej Polsce. To, co się działo tam w piątek do północy po ogłoszeniu rządowej decyzji, jest trudne do opisania. Wszyscy, którzy zaplanowali wcześniej wizytę na grobach w ciągu całego weekendu, ruszyli z kopyta, by zdążyć w ekspresowym tempie z pozostawieniem ich na czas zamknięcia w odświętnej odsłonie. W piątkowy wieczór gromadzenie się Polaków na cmentarzach, którego podobno rząd chciał uniknąć, sięgnęło zenitu.

Dobrze, że nie musiałam w tym uczestniczyć. Zrobiłam wszystko, co trzeba kilka godzin przed wystąpieniem premiera. W sobotę napisałam do Ani o decydentach, którzy do dnia komunikatu o takim obostrzeniu zarzekali się, że nie jest ono brane pod uwagę ze względu na ważną rolę polskiej, listopadowej tradycji:

Miałam rację, że im nie zaufałam. A poza tym wiedziałam, że sama sobie nie poradzę w ostatniej chwili ze wszystkim 

Jednym słowem udało się. Przynajmniej u naszego Synka w piątkowe popołudnie wszystko zostawiłam przygotowane na nadejście Święta Zmarłych.

Na szczęście miałam nosa i zdążyłam - wczoraj skończyłam akcję z chryzantemami, przeniosłam na grób Bartka 5 ogromnych donic. I zapaliłam wszystkie znicze (...) w tym 2 z wkładem na 100 godzin palenia, będą się paliły do wtorku, gdy już otworzą cmentarze.

I (...) się cieszę, że to ogarnęłam w tym roku tak wcześnie - donoszę Ani w kolejnej wiadomości.

Jakież dziwne mogą być powody do radości. Tak zawsze strasznie smutne dla mnie Święto Zmarłych w tym roku jest zabarwione samozadowoleniem z siebie. Miałam farta i w porę pochwyciłam możliwość wypełnienia tradycyjnego obowiązku wobec zmarłego Dziecka. Ale przecież w tych trudnych czasach każdy powód do doświadczania jakichkolwiek dobrych odczuć jest niezwykle cenny.

Dokładam więc szczególnych starań, by je w swoim obecnym życiu odnaleźć i przeżywać. Tak oto przygotowałam na dziś porcję dobrych wieści. To, co się ostatnio u mnie działo, sięgnęło już bowiem takiego dna, że chyba wreszcie dane mi było poczuć grunt pod nogami i odbić się od niego na tyle mocno, by zmienić kierunek poruszania się. I mam nadzieję, że w końcu wypłynę na powierzchnię.

Moje szkolne dno doprowadziło mnie do tak wielkiej rozpaczy, że pierwszy raz wyartykułowałam wreszcie w zeszłym tygodniu, iż trzeba po prostu ze szkoły uciekać. Jeśli tuż przed emeryturą, po trzydziestu latach pracy (nie policzyłam ich, po prostu uświadomiłam sobie ogrom upływającego czasu, gdy w poprzednim miesiącu wpłynęła mi na konto nagroda jubileuszowa), człowiek bez żadnych asów w rękawie w postaci alternatywnych ofert pracy formułuje taką wypowiedź, to stan jest już naprawdę krytyczny. Ale jak może być inaczej, kiedy czujemy się w szkole teraz uwięzieni jak w sieci i bezbronni jak niemowlaki.

my przynajmniej jak wiemy, że ktoś ma lub jest podejrzany, to się odpowiednio ubieramy - pisze do mnie o koronawirusie bratowa, pracująca w służbie zdrowia.

Kombinezony, maski, przyłbice - wylicza w kolejnej wiadomości.

No cóż, u nas chyba już wszyscy jesteśmy podejrzani - coraz większa ilość nauczycieli ma pozytywny wynik testu - jak możemy się nie zarażać od siebie, użytkując wspólnie pokój nauczycielski, stoliki na stołówce, klasy uczniowskie i sale z komputerami do nauki zdalnej? Ale wiemy tylko o tych chorych osobach, które same decydują się na ujawnienie takiej wiedzy koleżankom i kolegom. Niestety z jakichś względów to nie jest powszechne. Ale za to na pewno bardzo zagrażające.

W akcie desperacji, popychana przez instynkt samozachowawczy, idę więc na zakończenie pracy w piątek do pani dyrektor, prosić, bym mogła prowadzić lekcje przez internet z domu. Nie powiem, otrzymuję zgodę. Tyle że u progu następnego tygodnia, we Wszystkich Świętych, dostaję również informację, że nauczyciel musi pracować w szkole w dniu, w którym ma choć jedną lekcję w klasach I - III. A dla mnie to oznacza, że w poniedziałek, wtorek, czwartek znów bezpieczna nie będę. Jeśli do tego dodam również środę, kiedy będziemy mieli posiedzenia Zespołu Wychowawczego, to wychodzi mi, że jedynym dniem, gdy mogę prowadzić zajęcia z domu, pozostanie piątek. Szkoda tylko, że akurat mam wtedy (ze względu na weekendowe studia) najkrótszy czas pracy w ciągu całego tygodnia. No ale cóż, trzeba się cieszyć choć tym jednym dniem bez szkoły - jakby nie było, jest to drugi powód do radości w ostatnim czasie.

Trzeci jest najbardziej spektakularny. Dostaję ofertę nowej pracy...

Następnego dnia po tym, jak ogłosiłam, że chcę uciekać ze szkoły, nasza szkolna psycholożka informuje mnie o możliwości zatrudnienia się w roli psychoterapeutki w nowo powstającym ośrodku w okolicy. Odbiera mi przez chwilę mowę - czuję się, jakby Wszechświat po usłyszeniu moich dopiero co wypowiedzianych słów, natychmiast zareagował. Decyzję muszę podjąć bardzo szybko. Ale przecież to jest właśnie to, o czym ostatnio dużo myślałam - już podczas pierwszego w tym roku akademickim zjazdu na studiach deklarowałam, że chciałabym powrócić do psychoterapii. I oczywiście, choć to rodzi jakąś niepewność co do przyszłości, to w sprawie nowej pracy jestem na tak.

- Przecież już gorzej niż w szkole to nigdzie nie będzie - motywuję swoją decyzję zaprzyjaźnionym osobom. Nad czym więc mam się zastanawiać?

Dzwonię do autora projektu, przesyłam dokumenty aplikacyjne i już teraz czekam tylko na otwarcie nowego ośrodka. Być może stanie się to nawet w przyszłym miesiącu. Wiem, że będzie trudno, bo na razie muszę to jeszcze pogodzić z pracą w szkole, ale i tak się cieszę. Mam poczucie, że to początek dobrych zmian w moim życiu. A to napełnia optymizmem.

I mimo, że wychodząc ze szkoły usłyszałam przed weekendem od naszej pani woźnej, że mamy już w Polsce ponad 20000 zakażeń, to jednak zaczęłam patrzeć w przyszłość wreszcie z nadzieją. I dziś mogę podpiąć się pod hasła, którymi dotkliwie dotknięci koronawirusem Włosi dodawali sobie otuchy już na początku pandemii: “Wszystko będzie dobrze”. Jeszcze nie czas tracić ducha...

Andrà tutto bene 🌈