poniedziałek, 30 listopada 2020

RRUGË E GJERE - droga do Sarandy z greckim akcentem

Gdy za oknem pierwszy jesienny śnieg, myśli wracają do wakacyjnych chwil. Postanawiam więc kontynuować relację z ubiegłorocznej objazdówki po Albanii.

No to szerokiej drogi! Rrugë e gjere!

*

Poprzedni wpis: PO DRUGIEJ STRONIE GRANICY - Albański Pogradec

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/07/dzien-podrozy-14-16-04-06.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek szesnasty - ALBANIA, GRECJA (przejazdem)


Dzień podróży: 16  (06.08)

Jakaż była nasza naiwność, gdy po dwóch dniach pobytu na albańskim brzegu Jeziora Ochrydzkiego uznaliśmy, że w nowym kraju na naszej trasie dajemy sobie radę równie dobrze, jak i w poprzednich: na Słowacji, Węgrzech, w Serbii, Bośni czy Macedonii.

Tak oto nadszedł dla nas dzień próby, o czym nie mieliśmy zielonego pojęcia tego poranka, gdy wyruszaliśmy z Hotelu Ohrid dalej na południe.

Wreszcie nasze wakacje miały zyskać nadmorski charakter. Chcieliśmy dotrzeć do Sarandy, która zastąpiła wpisany we wstępny plan Ksamil. Dlaczego zdecydowaliśmy się na zamianę? No wszystko przez to, co wyczytałam  o Sarandzie na stronie jednego z czołowych polskich organizatorów wypoczynku wakacyjnego: “najsłynniejszy kurort Albanii, kiedyś dostępny tylko dla dygnitarzy“ (Itaka)

Brzmi niezwykle obiecująco, prawda?

I tak, zwiedzeni tą niezwykłą obietnicą, znaleźliśmy się najpierw na ładnej, pełnej chabrowych pól drodze, prowadzącej do Korczy - miasta, w którym trafiliśmy chyba na jakiś dzień targowy. Ale odpuściliśmy jakikolwiek pomysł zwiedzania, ciesząc się, że w ogóle udało nam się nie utknąć tam na dobre między zajmującymi całe ulice sprzedającymi i kupującymi. Potem wjechaliśmy na górską trasę biegnącą równolegle do granicy z Grecją. Nie byliśmy aż tak naiwni, by spodziewać się, że to będzie dobra droga. Już z przejrzanej pobieżnie mapy wynikało, że wije się między górami, przypominając miejscami zapis z elektrokardiografu. Ale rzeczywistość okazała się niewyobrażalna.

I dobrze. Mogliśmy przez to co rusz przeżywać kolejne zaskoczenia, nie odczuwając przy tym lęku, że ta wyprawa będzie jak schody - każdy stopień trudniejszy od poprzedniego. Schody wiodły pod górę - od spokojnych podjazdów między rozłupanymi pagórkami z błyszczącymi w słońcu minerałami, przez odcinki prowadzące do maleńkich górskich osad, porzuconych ruin, ukwieconych łąk pełnych ruchliwych owadów po coraz bardziej surowe krajobrazy wznoszących się po horyzont szczytów.

A potem mieliśmy już tylko większy i większy hardcore. Kręta droga nad przepaściami bez żadnych zabezpieczeń, tak wąska, że  trudno było przejechać bez kołatania serca nawet wówczas, gdy jej nawierzchnia sprawiała wrażenie mniej więcej całości. Odcinki, na których zdarzały się w niej ubytki lub gdzieś znikała w ogóle, też nie należały do rzadkości. I wciąż wyżej i wyżej wzbijając się niczym (nieliczne) albańskie orły w najwyższe partie gór. Kilometry prawdziwego pustkowia. Świat, który nie wydawał się potrzebować ludzi.

A jednak czasem w tym wszystkim stykaliśmy się z dowodami ich (przeszłej lub teraźniejszej) obecności  - na przykład w postaci zagubionych gdzieś w lesie bunkrów czy też  kóz pasących się między drzewami. Doświadczałam wtedy zadziwienia, że człowiek może z jakiejś przyczyny wybrać życie w tak trudnych warunkach, choć mógłby sobie je ułatwić, decydując się po prostu na przemieszczenie w bardziej przyjazne rejony. Ale pewnie nie wszystkim chodzi o to, żeby było łatwiej. Tak ciężko wejść w cudze buty, nawet jeśli się skończyło psychoterapię, pedagogikę, studiowało socjologię i kończy psychologię. To wszystko jednak nie zmienia naszego mózgu i sposobu myślenia.

Przed zjazdem do Leskovika zaczęły nas “doganiać” i to całkiem dosłownie, inne przykłady obecności ludzi. Zgoła zupełnie odmienne od poprzednich. Mercedesy - to one pojawiły się na naszej drodze. Widok wielkich, przeważnie czarnych limuzyn z zaciemnionymi szybami na wybojach w takim odludziu był rodem z surrealistycznego obrazka. Z czasem te auta zaczęły niepokoić, wyobraźnia podsunęła mi pomysły o zjeździe albańskiej mafii w tej dziczy.

Ale przyczyna ich pojawienia się była chyba jednak bardziej prozaiczna - wkrótce dostrzegamy przy drodze strzałki kierujące potencjalnych turystów do miejsc noclegowych, w dolinie zaś piękne jeziorko.

Zresztą znajduję później na Booking com fajny trzygwiazkowy ośrodek agroturystyczny w tej okolicy (Farma Sotira w Gërmenj - 15 km przed Leskovikiem). W samym zaś Leskoviku widzimy już cały jeep z turystami, a do tego po staremu: pasące się zwierzęta - tym razem konie (niektóre osiodłane w oryginalny sposób) i bunkry, duuużo bunkrów.

Jeśli zaś chodzi o czarne mercedesy, to są one ulubionym albańskim środkiem transportu bez względu na jakość dróg, o czym po prostu nie miałam pojęcia przed wyjazdem do tego kraju. Trzeba też zauważyć, ze Albania rozwija się w sposób ekspresowy, powstaje sporo nowych szlaków komunikacyjnych, a ich jakość bywa znakomita (asfalt jakby z dedykacją dla limuzyn:).

My też trafiamy wreszcie na lepszą drogę, która nagle i niespodziewanie doprowadza nas do... albańsko - greckiego punktu granicznego. No tak, nie przygotowaliśmy się do tego wyjazdu w należyty sposób, ale i tak po wjeździe na nią właściwie nie za bardzo byłoby gdzie zjechać. Droga prowadziła sama.

Nie żebyśmy się tym jakoś zmartwili, wprost przeciwnie. Lubimy Grecję bardzo i fajnie było choć przez chwilę pobyć w tym cudnym kraju podczas naszej rocznicowej podróży. Tym bardziej, że przywitał nas kolejnymi spektakularnymi widokami. Tej górskiej Grecji w ogóle nie znałam, nigdy wcześniej nie zapuściliśmy się w okoliczne miejsca. A przecież mąż już od dawna marzył o powrocie do tego kraju tak bliskiego naszym sercom. I właśnie przypadkiem wróciliśmy...😀

Wjeżdżamy między zabudowania podobne do tych, które od jakiegoś czasu mijaliśmy po albańskiej stronie granicy, ale jakoś na greckiej ziemi czujemy się bardziej swojsko. W pobliskiej miejscowości decydujemy się zatankować. W markecie niedaleko stacji benzynowej kupuję butlę geckiego wina - wybór jest ogromny. Trunek w całej gamie kolorów od jasnej słomki do ciemnej purpury wygląda, jakby ktoś właśnie przelał go z beczki z myślą o tych, którzy wieczorem napełnią nim dzbany. Na Greków zawsze można liczyć w tym względzie:)

Robi nam się radośnie na myśl o czekającym nas tego dnia wieczorze. Przedwczesna to radość...

Jeszcze trochę błądzimy po okolicy, by odwiedzić widoczny z dala mały grecki monastyr, niestety bezskutecznie. Jedyna budowla sakralna, do której udaje nam się dotrzeć, to... cmentarna kaplica. No trudno, trzeba jechać dalej.

I znów podążamy w stronę Sarandy drogą czasem częściej używaną przez zwierzęta niż ludzi - tym razem na odmianę są tu krowy i świnki. Ale okolica z kilometra na kilometr staje się bardziej ludna. I tak dojechaliśmy w końcu ponownie do albańskiej cywilizacji.

*

Nie wierzyłam innym blogerom, że Saranda to brzydki, betonowy kurort. Gdy zobaczyłam taki tytuł na polecanym przez panią Izę blogu “Stacja Bałkany”, to nawet nie zabrałam się za czytanie wpisu. Po prostu nie chciałam przyjąć do wiadomości, że któreś z miejsc, gdzie zarezerwowaliśmy noclegi na 34 rocznicę ślubu, może nie być piękne i romantyczne.

Sarandę widzieliśmy już z daleka, zbliżając się od strony przejścia granicznego (Kakavia), choć jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to ona. Ot, zabudowania na górce, niczym nie różniące się od zabudowań na górkach, które oglądaliśmy od jakiegoś czasu po drodze. Nawet nie wiem, kiedy zaprowadziła nas pomiędzy budynki.

Potem też nie przywiązywałam jakiejś szczególnej wagi do ich wyglądu - ot, rogatki miasta, one przeważnie nigdy nie są jego wizytówką.

Prawdziwy obraz miało dać jego centrum, a ono było po drugiej stronie góry. Tam właśnie jej zbocza schodzą prosto do morza. Na nich rozlokowała się ta Saranda, której oczekiwałam. No przecież musi być cudownie...

I oto już zjeżdżamy ku niej z góry. I naszym oczom ukazuje się widok, który w pierwszym momencie sprawia, że aż mnie zatyka z wrażenia.

Hmm, oto centrum Sarandy w całej jego krasie... 




Nawet jeśli na zdjęciu tego dobrze nie widać, bo trudno było stanąć w miejscu odpowiednim do fotografowania, to zjeżdżając z górki zobaczyliśmy... betonową dżunglę.

Przepraszam “Stacjo Bałkany”...

*

Adres naszego apartamentu brzmi Gjashta Natural Houses Rruga 40 Shenjtorët, z mapy wynika, że to ścisłe centum miasta, na dodatek rzut beretem od morza. Spodobał mi się, zaprezentowany na stronie Booking.com, nowoczesny wystrój wnętrza z błękitnymi akcentami. Zarezerwowaliśmy tam trzy noclegi, żeby wreszcie wypocząć do porządku podczas tej podróży.  Tylko że po wjeździe do centrum Sarandy zadaje sobie raz po raz pytanie, jak my właściwie to tutaj zrobimy? Tłok, korek, tłum, hałas, chaos nie do opisania - wszystko to przygniata nas swoim rozmiarem.

Nawigacja prowadzi bez większego problemu na wskazaną ulicę, ale numeru nie jesteśmy w stanie wypatrzeć, chociaż przebijamy się nią wte i wewte, omal centymetr po centymetrze. Nawet cały dzień na górskiej krętej drodze nie zmęczył nas tak bardzo jak jeżdżenie tam i z powrotem tą jedną jedyną sarandyjską ulicą. Zapada zmrok, a my wciąż się kręcimy w koło właściwie już bez nadziei.

Gdy wreszcie uznajemy, że dalsze jeżdżenie nie ma żadnego sensu, pozostaje zdać się na nogi. Udaje nam się wreszcie zaparkować, oczywiście kawał drogi od centrum, ale i tak w Sarandzie to nie lada wyczyn.

Znów pokonuję tę samą trasę, tym razem piechotą. Zaczepiam każdego napotkanego człowieka, pokazując mu adres apartamentu. I zawsze kończy się podobnie - przechodnie wskazują mi ulicę, na której właśnie jestem i pytają o numer. No ludziska, co z wami, przecież stoi napisane czarno na białym, że 40.

Gdy wreszcie docieram do miejsca, gdzie zaczynają się sklepy i restauracje, to czuję się uratowana - tu dogadam się po angielsku i nikt mnie nie będzie nagabywał o ten nieszczęsny numer. Szybko znajduję osoby, które starają się mi pomóc w o wiele szerszym zakresie niż tylko wskazanie drogi.

Sindi z Bar Kafe Enea wchodzi na stronę Booking.com i sprawdza lokalizację obiektu.

- Wygląda na to, że to w którymś z tych budynków - pokazuje mi najbliższe wieżowce.

- Niestety, nie ma tam naszego numeru, już to sprawdzaliśmy.

Sindi patrzy na mnie trochę zdezorientowana.

- Spróbuję się tam dodzwonić (to też nie była łatwizna, ponieważ podany numer telefonu okazał się błędny - zawierał zbyt dużo cyfr:(.

Gdyby nie Sindi, to prawdopodobieństwo, że odnaleźlibyśmy nasz nocleg, byłoby bliskie zeru. Nie dogadałabym się przez telefon z kimś, kto zna parę angielskich słów, nie wytłumaczyłabym mu, gdzie parkujemy, nie załatwiłabym tego, by ktoś z naszych przyszłych gospodarzy po prostu po nas przyszedł. Wszystko to zrobiła nieoceniona Sindi.

Długo czekałam w jej barze na naszego przewodnika. Ale wreszcie mogłam wrócić do oczekującego w samochodzie męża (ciężko zestresowanego, że już dawno się zagubiłam) z tarczą i z młodziutkim chłopakiem, który miał nam wskazać drogę.

No i cóż napisać - prowadziła ona na drugą stronę góry. Na rogatki, które minęliśmy kilka godzin wcześniej...

 

*

Turystyka w Sarandzie to inny stan umysłu.

Podsumowując:

1. W adresie naszego apartamentu nie było numeru. Jak się potem okazało, Rruga 40 Shenjtorët to po prostu Ulica Czterdziestu Męczenników :)

2. Nawet gdybyśmy mieli ten numer, to i tak nigdy byśmy nie znaleźli apartamentu, bo go w ogóle na tej ulicy nie ma. Jak również w całej Sarandzie. Jest w małej wiosce przy rogatkach miasta. Taka niespodzianka dla potencjalnych turystów :)

3. Lokalizacja na stronie Booking.com służyła tylko do wprowadzenia w błąd. Nie wskazywała położenia apartamentu. Dzięki niej można było w zamian znaleźć ulicę 40-stu Męczenników :)

4. Apartament, w którym nas zakwaterowano był inny niż ten, który zamówiliśmy. Okazało się też, że w żadnym z nich nie było klimatyzacji, figurującej w opisie na Booking.com. To (oraz inne utrudnienia dla osób z niepełnosprawnościami) niestety przesądziło, że zdecydowaliśmy się pozostać tam tylko na jedną noc (zwłaszcza, że już trwała w najlepsze). Ale i tak, jak się później okazało, na naszym koncie na Booking.com pojawiła się wówczas adnotacja NO-SHOW :)

5. W tym roku na stronie tego pośrednika nie znalazłam obiektu Gjashta Natural Houses. Za to w najlepsze figuruje on na wielu innych stronach z ofertami turystycznymi - wciąż beztrosko pod adresem Rruga 40 Shenjtorët Sarandë. Mimo wielokrotnie powtarzanej przez nas gospodarzom informacji o tym, jak bardzo mylący to adres. Za to w opisie wyposażenia nie figuruje już klimatyzacja. Czyli postępy są :)


Teraz już mogę się z tego śmiać w najlepsze, ale tamtego pierwszego wieczora w Sarandzie wcale mi do śmiechu nie było. Ale co w tym wszystkim najbardziej zaskakujące? Nazajutrz po tej mało ciekawej przygodzie los i tak sprawi, że zaprzyjaźnimy się serdecznie z naszymi gospodarzami, którym "zawdzięczamy" te wszystkie wieczorne "atrakcje"... 

No to do jutra! Rrugë e gjerë!


*Rrugë e gjere to po albańsku - szerokiej drogi


 

Następna część relacjiALBANIA Z PRZYGODAMI - Butrint, Ksamil, Saranda


https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/07.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz