niedziela, 29 września 2024

TURYSTYKA NIEMIECKOJĘZYCZNA - rejs do Cesarskich kurortów na Wyspie Uznam (Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin)

Byłam przekonana, że turyści, których spotkamy w Międzyzdrojach, będą pochodzili głównie z Niemiec. Myliłam się, Język, który najczęściej słyszałam na naszych nadbałtyckich wczasach stanowił rosyjski (ewentualnie ukraiński, bo rozróżnienie ich jest dla mnie trudne).

Niemieckojęzyczni turyści też oczywiście byli. Ale niemiecka turystyka nie miała aż takiego natężenia, żeby zmęczyć. Była zjawiskiem spokojnym, nie zrażającym do bliższego zapoznania się z nim. Toteż nie miałyśmy nic przeciwko chwilowemu zintensyfikowaniu niemieckojęzycznych kontaktów podczas naszej ostatniej wycieczki na wczasach. I tak oto trafiłyśmy nawet do Niemiec.

Ta wycieczka to było takie dwa w jednym. Połączenie rejsu po Morzu Bałtyckim ze zwiedzaniem wyjątkowych niemieckich kurortów.

Wzdłuż brzegu Bałtyku wyrósł rząd miejscowości, które istnieją dlatego, że ludzie chcą plażować na białym piasku. Ale tylko trzy zasłużyły na miano cesarskich, bo odwiedzali je cesarze Niemiec [Wilhelm I oraz Fryderyk Wilhelm II – przyp. aut] i Austro-Węgier [Franciszek Józef – przyp. aut] – czytamy na stronie https://www.krajoznawcy.info.pl/trzy-cesarskie-uzdrowiska-nad-baltykiem-4671#:~:text=Cesarskie%20kurorty%20to%20Ahlbeck. „Cesarskie Uzdrowiska są do siebie nieco podobne: w każdym jest wychodzące w morze molo, w każdym ładne, zadbane letniskowe wille, szerokie białe plaże i nadmorskie promenady pozwalające na niekończące się spacery wzdłuż brzegu”. Prawda, że brzmi bardzo zachęcająco?

No to Ahoj, Kapitanie!, jak napisała mi w wycieczkowy poranek Beata. Płyniemy. Najpierw w kierunku Świnoujścia. Coraz dokładniej możemy przyglądać się widocznym z plaży w Międzyzdrojach zabudowaniom świnoujskiego portu. Właściwie miasto kojarzyło mi się zawsze tylko z nim.

Trudno się dziwić, skoro: Leżący nad samym morzem, Port w Świnoujściu razem z Portem w Szczecinie tworzy jeden z największych na Bałtyku zespół portowy. (…) Główny fragment portu to największy w naszym kraju terminal przyjmujący suche ładunki masowe - głównie węgiel, rudę dla hut w Polsce, ale również w Czechach i na Słowacji. Jest tutaj również nowy terminal "specjalizujący się" w płodach rolnych - jego magazyny mogą pomieścić do 50 tysięcy ton produktów. Świnoujski port to również największy w Polsce, pod względem zawinięć promów i wielkości ruchu pasażerskiego i towarowego, terminal promowy”, jak podaje strona https://www.swinoujscie.info.pl/atrakcje/port-w-swinoujsciu.

No jak dla mnie to nigdy nie brzmiało jak zachęcająca do zwiedzania miasta reklama. Zwłaszcza, że do tego dołożył się jeszcze otwarty w 2015 roku gazoport. Toteż Świnoujście nigdy nie trafiło na moją listę „must see”, a nawet więcej, skłonna je byłam omijać w swoich podróżach po Polsce.

Dopiero obecny pobyt nad Bałtykiem złagodził mój niechętny stosunek do miasta. Spacerowałam w jego kierunku z Międzyzdrojów zarówno plażą, jak i leśną ścieżką rowerowa i muszę przyznać, że były to piękne spacery. Gdy wyobrażałam sobie, że od strony Świnoujścia wygląda to podobnie, to zapisywałam dla niego duży plus.

O istniejącym już, 16-kilometrowym szlaku pieszym między miastami można przeczytać pod linkiem http://www.wyspiarzniebieski.pl/turystyka/katalog/14,1,szlak-pieszy-swinoujscie-miedzyzdroje.html, a wkrótce rowerzyści też będą mieli możliwość przejechać całość tej trasy w bardzo komfortowych warunkach (https://www.eswinoujscie.pl/2024/08/19/nowy-odcinek-szlaku-rowerowego-swinoujscie-miedzyzdroje-juz-wkrotce/).

Kolejnym plusem, który zapisałam na koncie Świnoujścia jest jego położenie. Jak można przeczytać w Wikipedii jest to ”jedyne w Polsce miasto położone na 3 dużych wyspach: Uznam, Wolin, Karsibór oraz na kilkudziesięciu (łącznie 44) wyspach i wysepkach” (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awinouj%C5%9Bcie). A z ich pięknem miałam już okazję zapoznać się na poprzedniej wycieczce (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/09/wkrotce_22.html).

No i jeszcze jedna atrakcja, dzięki której Świnoujście u mnie zaplusowało. To promenada łącząca je z pierwszym z Cesarskich Uzdrowisk. „Wszystkie drogi prowadzą do… Ahlbeck. To jest, jeśli akurat przebywacie w Świnoujściu” - napisano na stronie https://apartpark.pl/artykuly/ahlbeck-dawne-uzdrowiska-cesarskie-nieopodal-swinoujscia/. „ Jeśli do Ahlbeck postanowicie dotrzeć piechotą, będziecie mieli do wyboru dwie możliwości. Pierwszą z nich jest około godzinny spacer po malowniczej plaży. Drugą opcją jest wycieczka po Transgranicznej Promenadzie (…). Trasa liczy 4 km i częściowo przebiega przez wydmy”.

Ale uwaga! Za stroną https://finanse.wp.pl/perelka-w-cieniu-polskiego-kurortu-to-inny-swiat-7052672646285984a podaję ostrzeżenie: „Władze Ahlbeck prowadzą dość kontrowersyjną politykę polegającą na pobieraniu opłat od każdej osoby przekraczającej granicę. Musimy ją uiścić nawet jeżeli zamierzamy spędzić w okolicach uzdrowiska kilka minut. Automaty umożliwiające kupno biletu znajdują się kilkaset metrów za granicą i obsługują płatności kartą i gotówką . (…) Egzekucję przepisów zapewniają krążący po promenadzie kontrolerzy”. Polska strona oczywiście nie stosuje tego typu praktyk.

Mocno jesteśmy nimi zniesmaczone. Ale na szczęście nas one nie dotyczą - my wraz z naszą wycieczką dopływamy do Ahlbeck statkiem. Najbardziej mi wtedy żal turystów, którzy wykupili sobie sam rejs po Bałtyku bez możliwości zejścia na ląd. Chyba bym się rozpłakała, gdybym po spędzeniu blisko półtorej godziny na morzu miała w perspektywie kolejną taką dawkę pływania.

Tego dnia, co już zapowiadałam, chcemy zwiedzić „Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin – dawne uzdrowiska cesarskie, z eklektyczną zabudową, zwaną często architekturą uzdrowiskową bądź „kajzerowską”. Jedyny w swoim rodzaju styl architektoniczny ukształtował się na Uznamie na przełomie XIX i XX wieku. Rodziny królewskie oraz cesarskie znalazły tu raj wypoczynkowy. Wille, pensjonaty, hotele i ogrody powstające wówczas w kurortach stanowiły o statusie społecznym ich właścicieli. Nawiązujące do renesansu, baroku czy klasycyzmu obiekty są dzisiaj pomnikami architektury, które dodają okolicy nieco bajkowego uroku oraz przepychu. Kolumny klasycznych tarasów, malownicze drewniane wille z pięknymi cyzelowanymi jak koronki werandami, wieżyczki pensjonatów zauroczą każdego kto zdecyduje się na spacer uliczkami nadmorskich miejscowości”, o czym napisano na stronie .https://www.swinoujscie.pl/pl/artykul/348/1535/ahlbeck-heringsdorf-bansin

Statek zostawia nas na molo w Ahlbeck (polska nazwa Czemin) i płynie dalej do Heringsdorf i Bansin – to od każdego z turystów zależy, gdzie zechce wysiąść. Ale my, po zasięgnięciu opinii załogi jednostki Adler-Schiffe, decydujemy się przejść do pozostałych Cesarskich Uzdrowisk łączącą je promenadą. Dowiadujemy się, że to trasa licząca około sześciu kilometrów, więc uznajemy, że zanim prom kolejny raz przypłynie z Międzyzdrojów, to damy radę

Wraz z nami statek opuszcza spora grupa wycieczkowiczów. Molo w Ahlbeck jest miłą odmianą od tego, które oglądamy na co dzień w Międzyzdrojach. U nas mamy na nim przysłowiowe „szwarc, mydło i powidło’, tutaj to tylko miłe, romantyczne miejsce spacerowe. Lecz może to dlatego, że „Molo w Ahlbecku, o długości 280 m jest jedynym zachowanym historycznym morskim pomostem na całym wybrzeżu Meklemburgii-Pomorza Przedniego i jako jedno z nielicznych w Europie uznane za zabytek” – jak informuje podlinkowane powyżej źródło. W miejscu, gdzie styka się on z lądem, mieści się piękna (choć widziałam ją tylko z zewnątrz) kawiarnia. Nie wchodzimy, chcemy najpierw trochę pooglądać miasto. Na ulicy prowadzącej na molo znajduje się słynny, ufundowany przez kuracjusza (1911r.) zegar. Ładny, ale to taki rodzaj zabytku, o którym nie mam nic więcej do napisania. Za zegarem wchodzimy na główną ulicę miasta i tu od razu bardzo miła niespodzianka – jest po prostu urocze.

W Centrum można znaleźć parę kramów i sklepików z pamiątkami, jest też kilka bardziej eleganckich obiektów handlowych. Reszta to kawiarnie i hotele w pięknej zabudowie. Nie ma tego całego chaosu, który mamy w Międzyzdrojach – bud z wszelkim chińskim pamiątkowym badziewiem, prowizorycznie skleconych z byle czego smażalni ryb, gofrów czy placków, przyklejonych do fasad budynków na promenadzie sezonowych jadłodajni i lodziarni. Rozumiem względy finansowe, ale niestety takie praktyki z każdego eleganckiego kurortu potrafią uczynić omal trzeci świat. Bez tego w Niemczech jest po prostu elegancko i nic nie psuje wrażeń wizualnych.

Po wyjściu na promenadę do Heringsdorf jest tylko lepiej. Zachwycamy się pnym spokoju i szyku nadmorskim krajobrazem z willami w ogrodach i sosnowym lesie oraz romantyczno – nostalgicznymi zejściami na plażę. Pozbawionymi handlu smażoną kiełbasą i chińskimi klapkami. Zjeść lub napić się można w lokalach mieszczących się w zabytkowych pensjonatach i hotelach. My nawet nie próbujemy tego robić – wszystko wskazuje na to, że ten niemiecki blichtr jest jednak kosztowny.

Mimo to, niestety z żalem przyznajemy, że podoba nam się tutaj bardziej niż w miasteczkach na polskim Wybrzeżu. Ale z komentarzy pod artykułami wiemy, że niektórym wydaje się w takim miejscu po prostu nudno. Być może rzeczywiście to, co atrakcyjne dla turystów w naszym wieku, dla młodych już takie nie jest. Niejaki Tomi na przykład napisał na przedostatniej ze wspomnianych tu stron (pisownia oryginalna):

„Nawet Niemcy tam nie chcą przebywać, nawet wtedy gdy była tam granica przyjeżdżali na polską stronę z tą różnicą że Świnoujście wtedy było brzydkie to woleli bardziej wypasione Międzyzdroje niemiecka młodzież golfami III rządzili jak dziś Angole na Ibizie”.

Ale my, dreptając promenadą, cieszymy się wdychaniem pachnącego sosną i morzem powietrza, nabijaniem kroków, skrupulatnie liczonych przez appkę, podziwianiem i fotografowaniem widoków. I w ten oto sposób dochodzimy do centum Herringsdorf.

Miasteczko zdaje się mieć nieco inny charakter niż Ahlbeck. Jest głośniejsze i bardziej handlowe. No ale może to dlatego, że akurat odbywa się tam zjazd historycznych pojazdów. Niby fajna impreza, ale łączy się to z mnóstwem turystów, spalin i rykiem zabytkowych silników. I tak, tu już sprzedaje się smażone kiełbasy w budach na placu za kompleksem sklepów na zadaszonym targu. Ela kupuje mi tam na pamiątkę ręcznie robione miejscowe cukierki i kubek z morskim motywem. Tak, niemieckie pamiątki są jednak mniej chińskie niż nasze. Co raczej nie odbija się negatywnie na handlu. Gołym okiem widać, że ten ma się w Herringsdorf bardzo dobrze. Gdy na molo widzę małą galerię handlową, to jestem w szoku. No, to już nie jest dla mnie do przyjęcia.

Kiedyś, wkrótce po powstaniu (lata 1891–1893) to molo było najdłuższym tego typu obiektem w Europie. Ale w 1958 roku zniszczył je pożar, odbudowa zaś dobiegła końca dopiero w 1995 roku. Obecnie jest najdłuższym molo na Wyspie Uznam (508 metrów w głąb morza). Poza wspomnianą galerią handlową robi całkiem dobre wrażenie. Znajdziemy na nim długi szlak spacerowy, przystań dla statków turystycznych oraz restaurację.

Jednak, jeśli chcemy jeszcze dojść do Bansin, to nie możemy zbyt długo w Herringsdorf zabawić. Wracamy na nadmorską promenadę i cieszymy się takimi samymi wrażeniami, jak na jej poprzednim odcinku. Co warte zapamiętania, nazwy obu odwiedzonych miasteczek są związane z rybami – Ahlbeck z węgorzem, Herringsdorf to zaś w tłumaczeniu z niemieckiego „wioska śledzi”, lub może, jak proponuje się w internecie Śledziowo? Jak widać, powstanie cesarskich kurortów poprzedza rybacka historia tych miejsc.

Bansin (polska nazwa Bądzin, Bądzino, Bądzyń Morski) jest najmniejszym z odwiedzonych miasteczek – z najmłodszą historią i liczącym 285 metrów molo. Ze względu na jego rozmiar jest tu mniej historycznej zabudowy i ogólnie, jak dla mnie, jakoś bardziej „swojsko” niż w poprzednich kurortach. Podobno w okolicy są urocze jeziorka, ale to już chyba pomysł na bardziej eksplorującą Uznam wycieczkę.

Dla nas Bansin to przede wszystkim miejsce skąd odpływamy do Międzyzdrojów. To był naprawdę piękny dzień, zobaczyłyśmy świat w trochę innych nadbałtyckich klimatach, ale w gruncie rzeczy miło się wraca na stare śmieci. Tam, gdzie tłok i hałas, a czasowe budy, stragany i stoiska zasłaniają nawet urokliwe międzyzdrojskie wille.

Tym bardziej doceniam ten powrót, że w pewnym momencie stanął on pod znakiem zapytania.

I z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować załodze Adler-Schiffe za to, że zabrała nas na pokład w drodze powrotnej, mimo że... zgubiłam bilety. Tak, wszystkie trzy, które miałam pod swoją opieką. Wyrazy wdzięczności należą się również Eli i Stasi, które nie utopiły mnie za to w morzu, gdy sprawa się rypła. Nie wiem, jakim sposobem to zrobiłam, ani jakim cudem trafiłam na grono tak wyrozumiałych ludzi. Ale dzięki nim cała przygoda skończyła się szczęśliwie – czyli na szczęście wróciłyśmy tego dnia do Polski. Bo jakkolwiek Cesarskie Kurorty nas urzekły, to o pozostaniu dłużej w Niemczech nie było już mowy. Zaspokoiłyśmy potrzebę bliższego poznania niemieckiego oblicza turystyki i jak dla mnie, to na razie w zupełności wystarczy...



niedziela, 22 września 2024

ZŁOTE WSPOMNIENIA Z OKOLIC MIĘDZYZDROJÓW - Wyspa Wolin

No i astronomicznie rzecz biorąc, przyszła jesień… "A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień" - napisałam rankiem rodzince, przywołując z pamięci piosenkę Andrzeja Boguckiego.

https://www.youtube.com/watch?v=h8b1aHYDq-U&ab_channel=mian2008ami

Choć może te najzłocistsze to jeszcze przed nami…

oby ta jesień była istotnie złocista - odpisała Ania.

Wygląda na to, że życzenie ma szansę się spełnić. Po fali wielkiego ochłodzenia i nawału deszczy, które przyniosły powodzie i straty wielu ludziom, znów mamy piękną pogodę. Rankiem, gdy wszyscy jeszcze w domu śpią, mam okazję obserwować rudą wiewiórkę, która podbiera sąsiadom orzechy prosto z drzewa, robiąc zapasy na zimę. Świat skąpany jest w świetle słońca, które nie wypala mózgu, tylko koi zmysły, eksponując najcieplejsze wersje kolorów. Lubię ten czas, szczególnie że mam takie cudowne miejsce do obserwacji tych wszystkich zapierających dech w piersiach zmian w przyrodzie.

Ale letnie wspomnienia są wciąż jeszcze bardzo żywe. Zwłaszcza, gdy codziennie widuję się z Elą, z którą spędziłam tak miły czas w Międzyzdrojach. Często wracam myślami do morza, plaży i … wycieczek po okolicach miasta.

A było ich trochę. I na podsumowanie lata warto je tutaj wyliczyć. Co więc możemy polecić wszystkie trzy (ja, Ela i Stasia) w okolicach Międzyzdrojów?

I. Woliński Park Narodowy;

Cudne widoki, urzekające mnie w młodości na fotkach w mojej pierwszej książce do geografii. Podmywany przez morze najwyższy w Polsce klif, pod którym nie można spacerować w sztormową pogodę. Czepiające się go spazmatycznie drzewa na skraju urwiska, przechodzące w coraz spokojniejszy las na szczycie piaskowej góry.

Pierwszym niedzielnym popołudniem wczasów zmierzamy jej grzbietem na punkt widokowy na Kawczej Górze. Można na nią podejść również schodami z plaży i z tego, co obserwujemy, to nawet nie trzeba wówczas płacić za wstęp do Wolińskiego Parku Narodowego. Tyle, że to chyba opcja bardziej męcząca niż nasza i na pewno też bardziej zatłoczona.

Kawcza Góra wznosi się na wysokość 61 m., a punkt widokowy mieści się około czterech metrów poniżej. Nazwa być może pochodzi od kawki, ale chyba takiej do picia, gdyż przed wojną na szczycie wzniesienia mieściła się popularna wśród letników kawiarnia. Wówczas mieli oni do dyspozycji dwa tarasy widokowe, gdzie mogli posiedzieć z filiżanką małej czarnej w dłoni. Oczywiście wojna zakończyła definitywnie ten interes.

Z punktu widokowego można przejść do zagrody żubrów, ale gdy wreszcie odnalazłyśmy prowadzący do niej szlak, co nie było wcale takie oczywiste, to okazało się, że wychodzi on z lasu prosto na asfalt. I tu Ela zaprotestowała, że spacerowanie drogą asfaltową to nic miłego. Co racja, to racja, zawróciłyśmy bez żalu, bo w końcu obserwacja zwierząt w zagrodzie pokazowej, to i tak nie to samo, co bezpośrednio w naturze. Ale może bez protestu Eli byśmy tam tego dnia dotarły – ot, siłą rozpędu i miałabym swoje własne, a nie tylko internetowe uwagi na temat nieprzebytego szlaku. Z internetu zaś wiem, że w zagrodzie oprócz żubrów mieszkają jeszcze inne, nieliczne zwierzęta, które same z różnych względów nie poradziłyby sobie na wolności. Dokładne informacje można znaleźć pod linkiem: https://wopn.gov.pl/zagroda-pokazowa-zubrow-1#%C5%Bbubry.

W Wolińskim Parku Narodowym miałam okazję pobyć także bez towarzyszących mi na wakacjach dziewcząt. Było to związane z kolejną rocznicą urodzin Bartka, kiedy to potrzebowałam i samotności, i zmęczenia, powodującego przekierowanie mojej uwagi z tego, co w głowie, na to, co w innych częściach ciała, głównie w nogach. Przeszłam wówczas ponad 18 kilometrów plażą z Międzyzdrojów do zejścia na wydmę z kierunkowskazem na Grodno i oczywiście z powrotem. Było warto i polecam tę trasę każdemu, kto w kontakcie z morzem poszukuje wyciszenia, uspokojenia i nadziei na odzyskanie zdrowych zmysłów.

II. Wyspa Wolin;

Madziu umarłam ze śmiechu. Ty mi tu [jako inspirację] przesyłasz fotki Kawasaki [jakiś najnowszy model motocykla] i jachtu pod pełnymi żaglami, a ja w ramach emeryckiej fantazji pojechałam na wycieczkę tuktukiem. Ahoj przygodo :) - napisałam kolejnej niedzieli do drugiej psycholożki

Drogie Panie! Widzę, że nie ustajecie w trudzie wakacyjnego wypoczynku – Madzia jak zwykle nie dość, że odpowiada z wielkim taktem, kulturą i dyplomacją, to jeszcze z poczuciem humoru:), gdy przesyłam jej relację z tuktukowej wycieczki:). O dziwo, okazało się, że był to miło spędzony czas i że tego dnia odwiedziłyśmy kilka bardzo interesujących miejsc.

Tak naprawdę pojechałyśmy na wycieczkę kolejką o nazwie Holiday Express No1. Jej oferta obejmuje przejazd po mieście lub trzygodzinny objazd Wyspy Wolin. Wybrałyśmy tę drugą opcję i to ze względu na mnie – Ela ze Stasią zaliczyły tę atrakcję już rok wcześniej. To było bardzo miłe z ich strony, że mimo wszystko zdecydowały się mi towarzyszyć. Co prawda na pierwszym przystanku kolejki nie wysiadły wcale, lecz się nie dziwię, że nie były zainteresowane powtórnym zwiedzaniem obiektu militarnego. Ja też mam zawsze mieszane odczucia w takich miejscach.

Ale do rzeczy, czyli do pierwszego punktu w programie wycieczki:

1. „Muzeum broni V3 w bunkrze
Zadaniem ekspozycji muzealnej zlokalizowanej na byłym ,
tajnym poligonie w Międzyzdrojach - Zalesiu, jest przedstawienie techniki wojskowej, która miała zmienić tok wojny. Ekspozycja jest (…) umiejscowiona w bunkrze, gdzie były składowane pociski V-3” – jak możemy przeczytać w reklamie obiektu (https://www.miedzyzdroje.com/bunkier-v3-poligon-tajnej-broni-326c9d16).

O dziwo, z bunkra wyszłam zachwycona – dawno nie spotkałam przewodnika, który by oprowadzał wycieczki z takim zaangażowaniem, że nawet czasy wojny zaczęły mi się wydawać mega ciekawe. Słuchałam wszystkiego z zapartym tchem.

Tylko logistycznie nie było to do końca dobrze zorganizowane – podzielono nas na grupy z językiem polskim oraz niemieckim i zwiedzanie jednopomieszczeniowego bunkra w dwóch turach zajęło mnóstwo czasu, którego brakło na następny punkt programu.

2. Jezioro Turkusowe w Wapnicy

jest bardzo małe (1,6 ha), ale za to dość głębokie. Znane jest jednak z turkusowo zielonej barwy wody. Co prawda woda jest taka sama jak w innych jeziorach, lecz na skutek białego kredowego dna i rozszczepienia światła wydaje się, iż jest zielona” – to informacje ze strony https://www.miedzyzdroje.net.pl/atrakcje/jezioro-turkusowe.

- Zeszłym razem mogliśmy wokół niego spacerować – stwierdza zawiedziona organizacją wycieczki Stasia. Rzeczywiście miejsce jest tak malownicze, że ogromnie szkoda, iż wyszliśmy z kolejki tylko po to, by zrobić sobie zdjęcia.

3. Zwiedzanie obiektów w Lubinie: 

- dziewiętnastowieczny Kościół Matki Bożej Jasnogórskiej i Grodzisko z X – XII wieku;

„Odkryj tajemniczą historię znajdującego się tu przed wiekami grodu obronnego i pierwszego kościoła na Pomorzu” – można przeczytać pod adresem http://www.grodziskolubin.pl/#. Tak naprawdę chyba tylko ona jest tu interesująca, no i samo położenie grodziska - wielka gratka dla miłośników wyjątkowo pięknych widoków. 

„Zobacz zapierającą dech w piersiach panoramę 44 wysp Zlewu Szczecińskiego oraz dziko żyjące ptaki, m.in. bielika” – czytam dalej. I choć to reklamowe hasło nijak się ma do rzeczywistości, to, i tak przyznać trzeba, że tarasy widokowe w Lubinie absolutnie nie są przereklamowane. Wprawdzie nikt nie zobaczy tam panoramy 44 wysp, a i bielika pewnie ciężko by było tu wypatrzeć, niemniej i tak warto przyjechać w to miejsce. Choćby dla tego jednego punktu programu wycieczki rekomenduję, żeby wziąć w niej udział.

Co zatem widziałyśmy z tarasów? Rozlewiska delty wstecznej rzeki Świny, które sięgały aż po przymglony horyzont. Nie miałam wcześniej pojęcia ani o ich ogromie, ani o uroku. Z pewnością było to największe zaskoczenie w ciągu całych nadmorskich wczasów. Jeśli zaś chodzi o ptaki, to z tarasów można zaobserwować całe stada kormoranów, ale trzeba by dysponować dobrym teleobiektywem lub lornetką, by im się lepiej przyjrzeć.

Czasu nie ma na to jednak zbyt wiele – tak naprawdę po relaksie w znajdującym się na terenie Grodziska Caffe Barze uczestnicy naszej wycieczki zaczęli już powoli zbierać się do powrotu. Mogłabym jeszcze z przyjemnością zostać dłużej na tarasie widokowym, ale wówczas chyba naprawdę musiałabym gonić kolejkę Holiday Express No1 aż do Międzyzdrojów. I tak już dobiegałam do parkingu, by w ostatniej chwili jeszcze do niej wskoczyć. I to wszystko tylko po to, by dojechać z powrotem 20 minut przed planowanym czasem zakończenia wycieczki, eh… Coś mi się zdaje, że nad jej logistyką organizatorzy muszą jeszcze popracować…

Oczywiście wszystkie te zabytki są dostępne również bez wyprawy kolejką, ale dla nas to była fajna opcja turystyki bezsamochodowej. Co nie zmienia faktu, że tego typu wycieczka wpisuje się w kanon emeryckich rozrywek i nawet w internecie figuruje w katalogu  „sezonowych atrakcji dla seniorów” (https://miedzyzdroje-strony3.alfatv.pl/katalog/sezonowe-atrakcje-dla-seniorow-2).

Inną propozycją, która się tam znajduje jest rejs statkiem Adler-Schiffe. No i też się na niego załapałyśmy:). Normalnie nie przepadam za wycieczkami po morzu, nie lubię huśtania i rzucania żołądkiem na wszystkie strony. Gdy patrzę na kołyszący się na falach Bałtyku, stylizowany na łódź Wikingów stateczek wycieczkowy Viking, to właściwie od razu mam objawy choroby morskiej. Ale Adler-Schiffe jest dużo większy i stabilniejszy. Można nim popływać po morzu, ale można też udać się na całodzienną wycieczkę do kurortów po niemieckiej stronie. Brzmi dobrze? No to ruszajmy w rejs… Ahoj przygodo! Ale relację z pobytu w Niemczech przedstawię już w kolejnym wpisie...



To ta relacja:

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/09/prawie-na-ukonczeniu.html

piątek, 20 września 2024

ROZRYWKA SPOŁECZNIE ZAGWARANTOWANA

Po przeszło roku bycia wdową (tak, próbuje wreszcie oswoić to słowo) mam nieodparte wrażenie, że społeczeństwo próbuje takie osoby jak ja przyciąć według pewnej matrycy i narzucić im sposób funkcjonowania odpowiedni do roli, czy może raczej wyobrażeń o roli. W moim środowisku mieszczą się w nich wizyty na cmentarzu i w kościele, szare życie w szarym stroju oraz izolacja od głównego nurtu życia.

Tymczasem to jakoś coraz bardziej rozmija się z moimi potrzebami. Po ośmioipółletnich wizytach na cmentarzu (a przez pierwsze lata po śmierci syna było to codziennie) i na nabożeństwach z modlitwami za zmarłych, odczuwam pewien przesyt, żeby całkiem szczerze nie wyznać, że na widok bramy cmentarnej wręcz cofa mnie z powrotem. Gdzieś mi się już do bólu przebrało – tego dreptania w kółko tą samą dróżką i w tym samym celu (kwiaty, znicze, modlitwy, kwiaty, znicze, modlitwy…).  A także czerni, samotności i odsuwania się na boczne życiowe tory. To, co było dla mnie ważne kiedyś i co sprawiało ulgę, teraz ciąży nadmiarem i powoduje znużenie.

Chciałabym nauczyć się radzić sobie ze swoim życiem w jakiś inny, nowy sposób. Czuję w sobie zachodzącą zmianę...

Rzecz w tym jednak, że inni jej nie widzą. Przekonałam się o tym dosyć boleśnie w wakacje. No bo któż chciałby spędzać je ze smutasem czy też wiecznym żałobnikiem? Tego, że w kontaktach społecznych wyrabiam już w sobie inność, jakoś nikt nie zauważył.

Tak, częściowo pewnie sama jestem sobie winna. Jakby nie było, przez ostatnie lata codziennie zakładałam maskę przed wyjściem z domu. Nie okazywałam prawdziwych uczuć i ludzie zapewne nie potrafili mnie właściwie odczytać.

Ale zakładanie masek to też usankcjonowany kulturowo nakaz. Żałobnikiem nie można być zbyt długo, swojego przygnębienia nie można bez społecznego osądu obnosić jak wierzchniego ubrania, które jest już dawno niemodne, bo to dyskomfort dla otoczenia. Budzi niesmak. Ludzie boją się zarażenia smutkiem, żalem, czy bólem.

Cóż więc miałam robić po śmierciach, które mnie spotkały? Zakładałam swoje maski dzień po dniu i zagrałam te wszystkie oskarowe role, o których nawet nikt nie wiedział. Chodziłam do pracy, wychowywałam cudze dzieci, prowadziłam dom i utrzymywałam rodzinę. A Filmowa Akademia przez te wszystkie lata milczała. I milczy nadal. Zaś mnie już te wciąż odgrywane pod publiczność role zaczęły coraz bardziej męczyć. Coraz bardziej potrzebuję przestrzeni, w której będę mogła żyć bez zakładania jakiejkolwiek maski. Bez osądów i matryc. Bez podporządkowywania się społecznym wyobrażeniom tego, w jaki sposób powinnam być osieroconą wdową.

Myślę o tym dużo na ostatniej pielgrzymce w pierwszy weekend roku szkolnego. Po wakacjach, które tylko Ela z Anią zechciały spędzić z wdową. Bo właściwie co to znaczy, że się takiej osobie jak ja zachciało jakichś dłuższych wycieczek czy wczasów? Chyba nikt nie był na to przygotowany.

Zdaje mi się, że jedyną akceptowalną przez moje otoczenie formą wdowich wyjazdów są, tak, pielgrzymki. Również te piesze – ja właśnie w takiej brałam w tym roku udział. W zeszłe wakacje zresztą też.

Idziemy, śpiewamy. Rozglądam się po moich pielgrzymkowych towarzyszach: kilku księży, garstka młodzieży z gitarą i głowami pełnymi ideałów, parę małżeństw z oazy rodzin, niektóre z dziećmi i, tak, cała rzesza samotnych kobiet. Z przewagą wdów oczywiście, ale są też wśród nas panie porzucone przez mężów, albo takie, które się z nimi, co nie jest tajemnicą, słabo dogadują. Wszystkie mamy rozrywkę społecznie dla nas zagwarantowaną.

Idziemy, śpiewamy. I raz to jest „Szła dzieweczka do laseczka” („nigdy nie śpiewałam takiej piosenki na pielgrzymce” – dziwi się pani tuż obok mnie) z akompaniamentem księżowego akordeonu, a raz zaintonowany przez młodzieżową Oazę utwór „Na drugi brzeg” Arki Noego:

"Tak jest mało czasu mało dni

Serce bije tylko kilka chwil

Nie wiem czy Cię poznam, ale wiem

Że na pewno Ty rozpoznasz mnie 

Zabierzesz mnie na drugi brzeg

Za Tobą będę do Nieba biegł”

Łzy napływają mi do oczu. Mam nadzieję, że tak właśnie wyglądała Wasza śmierć Kochani…

Idziemy dalej, śpiewamy. I choć pielgrzymka odpustowa do Płok przebiega w miłej atmosferze, to jednak nachodzą mnie w czasie jej trwania rozmaite, nie zawsze radosne refleksje, dotyczące moich obecnych relacji z ludźmi, którzy mają za sobą długą historię stanowienia ważnej części mojego życia.

Nie, nikogo jeszcze z niej nie wykreśliłam. To nie ten etap. Ale ostatnio na moim facebooku pojawił się ważny dla mnie wpis. Wiele mówiący o tym, w jakim kierunku teraz zmierzam. Umieszczony tam przy okazji chłodnego, deszczowego dnia, przypominającego już o jesiennych wieczorach, idealnych wprost do spędzenia w towarzystwie lektury. Ot, taka dobra rada dla siebie:

Czasem trzeba odpuścić. Przestać walczyć o relacje, które zaczęły być jednostronne. Jeśli ktoś chce być w Twoim życiu, niech sam o to zadba.”

Rafał Wicijowski „Milion rozbitych kawałków”. Lekcja 75


piątek, 13 września 2024

MIĘDZYZDROJE - BEZ WISIENKI NA TORCIE

Kolejnym miastem (choć właściwie raczej pierwszym w kolejności:), na którego temat napisałam podczas tych wakacji „Och! Ach!” były Międzyzdroje.

Ponad miesiąc tam pracowałam przed pójściem na studia xd. Dobre wspomnienia napisała Ania

A ja tu na starość przyjechałam po raz pierwszysama się temu dziwię:).

Jak ja byłam, to głównie same sanatoria tam były xd

Teraz są głównie apartamentowce. Wszystkie podobne do siebie - minimalizm, szkło, przestronne balkony widokowe dookoła pięter. Powstają jak grzyby po deszczu. Ela z mamą były tu zaledwie rok temu, a już chwilami mają problem, by rozpoznać stare kąty sprzed roku. W sumie wszystko to jakby szło w kierunku zrobienia z uzdrowiska wielkiego miasta z nowoczesną zabudową

To bym na pewno nie poznała miejsca

Ale my mamy uroczy, spokojny zakątek w wyremontowanej rezydencji, a za nami (...) tylko budynek przy promenadzie, z której jest zejście na plażę. Tak że lokalizacja fantastyczna - 11 na 10.

Z balkonu naszego apartamentu można zobaczyć kawałek promenady, a z promenady balkonową balustradę.

O Rezydencji Bielik pewnie bym mogła jeszcze dużo napisać, Głównie dobrego. Tyle, że chyba nie ma po co, bo każdy może zapoznać się z ofertą obiektu na stronie internetowej. Cisza w centrum miasta, taras na dachu czynny całodobowo:), restauracja z naprawdę smaczną pizzą to niewątpliwe atuty hotelu. Dziedziniec rezydencji przeznaczony na parking, więc dla nas mało interesujący, choć, przyznać trzeba, że z potencjałem – podświetlona nocą rzeźba orła Bielika, na klombach ładne kwiaty, ławki pod kwitnącymi wisteriami robią dobre wrażenie.

Inne udogodnienia – znajdujące się w strefie SPA (basen, sauna jakuzzi), już dla nas, jako wynajmujących apartament prywatny, niedostępne – nawet za ekstra dopłatą. Trochę szkoda, bo mogły być wisienką na torcie, choć przyznać trzeba, że i bez niej tort jawi się jako wystarczająco atrakcyjny.

Bliskość morza jest takim atutem, który pozwala machnąć ręką na wszystko, co odbiega od doskonałości. Zwłaszcza, że podczas naszego pobytu pogodę mamy tak piękną, że właściwie codziennie zachęca do pobytu na plaży.

Temperatura powietrza. 23º, wody 20º!!!,boskozaczynam relacjonować pobyt moim bliskim już w pierwszym dniu. A potem robi się jeszcze cieplej (dotyczy to oczywiście powietrza, nie wody:). I tylko z informacji zwrotnych od najbliższych wiem, że latem nad Bałtykiem to wcale nie jest taka norma.

Lubię Morze Bałtyckie. Dawno mnie tu nie było. Jakie to cudowne uczucie – zwolnić tempo i nigdzie nie musieć gnać. Nie trzeba robić nic, można pozwolić, by czas leniwie płynął podczas plażowania, spacerów na molo, czy też na promenadzie, albo na dyskusjach przy rytuale zakupu pamiątek:). Można wybierać klimatyczne knajpki na małe i większe co nieco. Można wreszcie poczuć smak wakacji…

Lepiej chyba oddaje ten klimat cytat, który w formie przerobionej na mema dostałam w Międzyzdrojach od Beaty: „ Przyszliśmy nad morze, bo tu się czas zatrzymuje. Po to się przecież przychodzi nad morze; pod naporem wielkiej przestrzeni zegarki przestają działać, znikają kwadranse i godziny.” (Anna Janko - Pasja według św. Hanki)

Nigdy bym nie pomyślała, że wyjazd z Elą i jej mamą dostarczy mi tyle radości. Oczywiście cieszyłam się, że mogę z nimi pojechać, ale nie obiecywałam sobie zbyt wiele.

po tym katastrofalnym lipcu, który dopiero co przeszłam, czuję się teraz jakbym na powrót ożyła dzielę się z drugą pedagożką swoimi nadmorskimi refleksjami.

Masz miłą niespodziankęodpisuje Beata.

Najlepszą, jaka mi się mogla przydarzyć

Jestem zachwycona. Absolutnie wszystkim. To było dokładnie to, czego mi teraz potrzeba

Szczęścia mam więcej niż mogę unieść. Doprawionego smakiem kawy na apartamentowym balkonie, okrzykami mew, wiwatujących na cześć każdego wakacyjnego dnia, zapachem różanych kosmetyków do opalania. Jak miło rozprowadzać je na skórze, która jednak trochę się spiekła na słońcu (nic w tym dziwnego - upałów nie czuć, bo wietrzyk od morza powiewa), sprawiając jej pachnącą ulgę. Kiedyż ja się opalałam ostatnio? No nie pamiętam, ale zapewne jeszcze w młodości:). Kto by pomyślał, że po latach znów będę dzielnie odwiedzała plażę, dzierżąc pod pachą leżaczek rozkładany w cieniu wynajmowanego przez Elę i jej mamę kosza?

Aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży” - to już słowa z mema, którym ja okraszam swoją nadmorską relację.

Dobrze mi tu było bardzo w towarzystwie Eli i jej Mamy zwierzam się Madzi na zakończenie pobytu.

Oddały mi salon w wynajmowanym apartamencie, ścieśniając się w sypialni. Troszczyły się o moje uczucia i samopoczucie. Poddawały propozycje spędzania czasu, niczego na mnie nie wymuszając. 

Cieszę się, że zechciały spędzić ze mną ten czas.

To dla Was właśnie, Kochane Wy moje, na moim koncie na facebooku umieściłam ostatnio wiersz Elżbiety Bancerz (bo ja sama nie umiem jakoś ubrać w słowa tego, co czuję):

"Toast za ludzi o złotych sercach, którzy pojawili się w moim życiu.

Za tych, którzy podają rękę, choć często

skrywają swoje problemy, swoją udrękę.

Za tych, którzy byli, gdy innych nie było.

Za tych, co stali się wzorem i siłą.

Za tych, przy których dzień jest zbyt krótki.

Za tych, co zawsze przegonią smutki.

Za tych, przy których jest jaśniej, radośniej a życie bywa naprawdę znośne.

Za tych, co dzielą się czasem i chlebem.

Za tych, co zawsze są gwieździstym niebem”

(Dusza zaklęta w słowa” - przesłane z konta użytkownika "Nigdy się nie poddawaj")

Dziękuję...

Dziękuję...

Dziękuję...


P.s. O wycieczkach w okolice Międzyzdrojów napisałąm tutaj: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/09/wkrotce_22.html




wtorek, 10 września 2024

PRAGA - PEŁEN PIWA ŁEB W CHMURACH


"Ciemną nocą, po schodach uliczek,
Po gorących Mostu kamieniach,
Pełen piwa łeb niosę w chmurach
I gitarę i pustkę w kieszeniach...
Żegnam się z Miastem, które stało się moje,
Jego wieże, jego drogi - kroki moje.
Żegnam się z Miastem, jego Mostem, gdzie wieczorem
Spadały gwiazdy monet za muzykę.
Nazbierałem po całym Mieście
Sprawy ważne i te, nic nie warte:
Ot, w podeszwach dziury na wylot,
Bicie dzwonów, bramy otwarte...
Żegnam się z Miastem...
Gwiazdy w rzece - tu się zaczyna
I tu kończy opowieść moja.
Chciałbym dzisiaj, jak wtedy wieczorem
Siedzieć z Tobą na Moście Karola.
Żegnam się z Miastem..."

https://www.youtube.com/watch?v=jkQBxLUZsr4

Tak pisał i śpiewał o Pradze Krzysztof Jurkiewicz. A jego utwór pod tytułem „Miasto”, odnaleziony na facebooku koleżanki ze szkoły, którą dopiero co pożegnałam w czerwcu, przywołał tyle pięknych wspomnień…

Przede wszystkim wraz z artystą wspominam Most Karola. Bo my z Anią, mając w perspektywie wyjazd do domu o świcie, ostatniego dnia w Pradze także żegnałyśmy się wieczorem, czy też już właściwie nocą, w takim miejscu z miastem.

Ale wyprawy na Most przewijały się w tle naszego praskiego pobytu omal ciągle. Towarzyszyły mu codziennie. W jakiś naturalny sposób Most stał się dla nas sercem, od którego rozpoczynał się cały, interesujący nas krwiobieg ulic miasta. W naszym odczuciu ten zabytek miał moc spajania całej Pragi w jedność.

Toteż cieszyłyśmy się, że po trzech nocach w obiekcie Augustus et Otto udało nam się zmienić miejsce pobytu na takie, które było bliżej Mostu Karola. Nie to, że odczuwałyśmy wcześniej niezadowolenie z hotelu. Wprost przeciwnie, nasz apartament, gdzie mieszkałyśmy początkiem wycieczki, był naprawdę przestronny – mogłybyśmy zaprosić do siebie jeszcze kilku znajomych z Polski:), czysty – nawet ściany odświeżono (to znaczy przemalowano z czerwonych na brąz, skutkiem czego odbiegały znacznie od fotek na Booking.com i w pierwszej chwili byłam przekonana, że dokonałam jednak rezerwacji gdzie indziej:) i gustownie urządzony. Każda z nas miała pokoik z dużym „księżniczkowym łóżkiem”, jak mawiała Ania i klimatyzacją.

Bardzo ją docenimy po przeprowadzce. Tak, następny obiekt jest jej pozbawiony – wstyd się przyznać, ale nie sprawdziłam tego przed rezerwacją. No ale któż mógłby się spodziewać, że hotel tej klasy (i z tą ceną) co Pytloun Old Armory może nie mieć takiego udogodnienia. Mnie to nawet do głowy nie przyszło. I to był pierwszy zawód w kwestii hotelu. Drugi przeżyłam, gdy weszłam do pokoju (nr 302 - odradzam). Niby wszystko ładnie urządzone, ale klitka tak mała, że łóżko nawet częściowo (choć nie że jakoś bardzo) zachodziło na okno. Źle się tam czułam – jakoś mi było klaustrofobicznie i depresyjnie, bo z kolei drzewo, które zachodziło (tym razem całkowicie) na okno z zewnątrz, bardzo mocno zaciemniało pomieszczenie. Wymienić się go nie dało, bo podobno nie było na co, choć nie wyglądało na to, że hotel ma maksymalne obłożenie.

Ani pokój (zamówiłam dwa jednoosobowe w kategorii superior) był obszerniejszy, zmieścił się w nim nawet kącik wypoczynkowy (stolik z fotelem) i przynajmniej było gdzie wypić prosecco:). Więc jakby co, to pokój 315 jest okej.

I żeby nie było, że zamieszczam tutaj tyle krytyki, to wspomnę też o dobrych stronach hotelu: świetna lokalizacja na wyspie Kampa, zielone miejsce do wypoczynku na zewnątrz, zresztą tuż przy parku, doskonałe śniadanie, z możliwością własnoręcznego upieczenia gofrów i wyciśnięcia soku owocowo – warzywnego, popołudniowe przekąski (super pomysł na realizację hasła zero waste po bufetowym śniadaniu:), powitalne drinki. Wybrałyśmy białe wino (bo prosecco miałyśmy w bagażu), dobre, ale nic więcej o nim rzec nie mogę, bo nalano je w taki sposób, że trudno było nawet zerknąć na etykietę butelki. Do tego piękny wystrój historycznych wnętrz (XVIII - wieczna stara zbrojownia - Stará Zbrojnice), nawiązujący do czasów rycerskich oraz … pluszowy miś, który siedział nad łóżkiem – można było go zakupić jako pamiątkę z podróży, ale nasze psie dziecko rozprawiłoby się z nim w parę chwil, a żadnego innego w domu nie mamy:).

W sumie więc, choć spodziewałam się czegoś, co bardziej mi przypasuje, zaakceptowałam Hotel Pytloun Old Armory. Wybrałam go, bo miał być dobrą bazą wypadową do zwiedzania lewobrzeżnej Pragi i był. Dzień w którym wspięłyśmy się z Anią na wzgórze Petrin (można też wyjechać tam kolejką szynową) do Strachowskiego Klasztoru z Bazyliką Wniebowzięcia NMP (na organach grywał tu sam Mozart) i biblioteką z najstarszym w Czechach księgozbiorem (miejsce to wystąpiło w kilku znanych filmach), a potem zrobiłyśmy sobie spacer wśród sadów i ogrodów do planetarium (na kolejne już tego dnia "ostatnie piwo":) jest tym punktem naszej podróży, do którego najczęściej wracam myślami. Może to z powodu pięknych widoków na Pragę z góry, a może z powodu pięknych wspomnień, które mnie tam dopadły - z rodzinnego pobytu w pełnym składzie i w dodatku w towarzystwie Lunki.

Dla prawobrzeżnej Pragi trochę nam czasu zabrakło. Ale oczywiście na Rynku Starego Miasta spędziłyśmy parę chwil i to nawet nie byle gdzie, lecz w Einstein Bistrot, o którym można przeczytać na stronie Tripadvisor: Pod tym adresem prowadziła swój salon literacki i kulturalny znana praska intelektualistka Berta Fantová, do którego uczęszczali różni uczeni, w tym sam Albert Einstein” (https://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g274707-d23780411-Reviews-Einstein_Bistrot-Prague_Bohemia.html).

Lokal oceniono pod powyższym linkiem jako drogi (cztery znaczki z dolarem:) i jest to zgodne z prawdą. My z Anią załapałyśmy się na piwo w ramach Happy hours i niby fajnie, ale prawda jest taka, że w innym lokalu w kwocie, którą tam zostawiłyśmy, miałybyśmy tego napoju więcej (a przynajmniej tyle samo) bez żadnej promocji. Co do reszty opinii zamieszczonych na Tripadvisorze to panuje tam pewne zamieszanie, gdyż lokale z nazwiskiem Einsteina są w Pradze dwa. Ale dla nas atrakcją była możliwość spędzenia czasu z lokalizacją na Rynku Staromiejskim. Cóż, cenimy piękne widoki:). 

W następnej więc kolejności zjadłyśmy obiad w restauracji Most Karola - na tarasie widokowym na Wełtawie. Tak właśnie, spoglądając przy tym na najsłynniejszy praski zabytek. Bardzo mi zależało, by ten wyjazd pozostawił niezapomniane wspomnienia…

Ale prawda jest taka, że właściwie każde z miejsc, w którym się zatrzymywałyśmy, bodajże na szybkie piwo:), było niezapomniane. Ilość knajp, knajpeczek i wszelkiego rodzaju miejsc na posiadówki jest w Pradze przeogromna. Właściwie mogłabym sobie robić przerwę w zwiedzaniu miasta w każdym z nich. I na pewno za każdym razem byłabym zadowolona.

Oczywiście nie wybierałyśmy z Anią lokali najbardziej ekskluzywnych, a co za tym zwykle idzie, również najdroższych. Nasz nadszarpnięty z uwagi na drogi hotel budżet, był jednak ograniczony. Dosyć entuzjastycznie podeszłyśmy więc do czeskiej wersji Groupona i to się naprawdę u nas sprawdzało. A ile przy tym nabiłyśmy dodatkowych kilometrów w poszukiwaniu wybranych lokali, to nasze:).

Ale to też był fajny sposób na poznanie Pragi. Taki nie do końca komercyjny. Dzięki niemu spędziłyśmy miłe chwile również w restauracji na Rynku Vinohradów, zobaczyłyśmy kawał dzielnicy Nové Město (na przekór swej nazwie powstałe w XIV wieku) oraz dotarłyśmy do uroczych zakątków, skrywających takie atrakcje, jak na przykład obrotowa głowa Kafki (dzieło Davida Černego z 2014 roku). By pójść dalej śladami pisarza nie starczyło już czasu (z wyjątkiem Złotej Uliczki:). To samo miałyśmy z innymi czeskimi literatami, ale o odnośniki do literatury się jednak otarłyśmy. Na przykład na dwie praskie restauracje ze Szwejkiem w nazwie udało nam się (również przypadkiem:) natrafić. Na wszystko inne w Pradze przyjdzie jeszcze czas, mam nadzieję. W tym na planowaną przeze mnie wizytę w Muzeum Alfonsa Muchy, które nigdy się nie mieści w czasie jakiegokolwiek pobytu w czeskiej stolicy (dobrze, że chociaż witraż tego artysty udało się tym razem zobaczyć w Katedrze Świętego Wita), a także na odwiedziny dzielnicy Josefov, co planowała Ania.

Ale za to tegoroczny pobyt w Pradze obejmował jeszcze dwa miejsca, których nigdy wcześniej nie widziałam:

1. Kościół Matki Boskiej Zwycięskiej z XVII wieku (wystrój z wieku XVIII) ze słynnym Dzieciątkiem Praskim (Pražské Jezulátko). I to był prawdziwie pielgrzymkowy akcent naszej podróży, na którym bardzo mi zależało. Bo praskie Jezulątko czyni cuda, a mnie i moim bliskim bardzo, bardzo ich teraz potrzeba. Pokryta woskiem, 47- centymetrowa figurka Dzieciątka jest podobno chroniona srebrną kapsułą, którą ukrywa się pod zmienianymi Mu szatkami. Zdaje się, że każdy może ufundować Jezuskowi stosowną sukieneczkę, choć nie wiem, czy każdego na to stać (niektóre wersje są pokryte drogocennymi klejnotami i prawdziwie królewskie). Można je zobaczyć w kościelnym muzeum.

Na naszą wizytę opiekujące się figurką Siostry Karmelitanki przywdziały Jezuskowi niebiesko – granatowy strój - wyglądał naprawdę bosko:). Jak możemy przeczytać na stronie https://timelesstravel.pl/praskie-dzieciatko-jezus/„Figurka zainspirowała Antoine’a de Saint-Exupéry’ego do napisania swojej najpiękniejszej książki, Małego Księcia. Oczarowała także Paula Coelho, który w 1982 roku odwiedził, razem z żoną, ówczesną Czechosłowację i kościół Matki Boskiej Zwycięskiej. „Modliłem się przed figurką, abym został pisarzem”, wspomina Coelho. „Figurka Dzieciątka Jezus ubrana była wtedy w ubogie szaty. Obiecałem, że jeśli spełni moją prośbę, wrócę do Pragi i przywiozę Dzieciątku nowe szaty. “Słowa dotrzymał, wrócił do Pragi z nowymi szatami w 2005 roku, gdy miał na koncie 200 milionów sprzedanych książek”.

2. Prawosławny Sobór Świętych Cyryla i Metodego i tu akurat inicjatorem zwiedzania była Ania. Przed wizytą w Pradze oglądała bowiem film pt. „Operacja Anthropoid” i zapragnęła odwiedzić miejsce wydarzeń, o których opowiadał. Filmowa historia jest oparta o prawdziwe (i kontrowersyjne jeśli chodzi o ich następstwa) okoliczności zamachu na Reinharda Heydricha – kata Pragi podczas II wojny światowej. A prawosławny Sobór Świętych Cyryla i Metodego to miejsce, gdzie niemieccy okupanci zamordowali zamachowców. W sumie więc, jak zawsze podczas wycieczek, gdzie w tle historii czai się śmierć, towarzyszył nam tego przedpołudnia smutek. Odczuwałyśmy go szczególnie wyraźnie w katakumbach, gdzie najdłużej bronili się osaczeni żołnierze. Młodzi chłopcy. Znów trudno mi pojąć, czemu musieli zginąć, czemu ktoś im taki rozkaz wydał, osłaniając życie własne, a może w jego odczuciu „życie cenniejsze”?

Ginąc, stali się bohaterami Pragi? No nie wiem, czy tak uważali ówcześni mieszkańcy, których dosięgły okrutne konsekwencje tego zamachu. Ta bohaterska narracja zadaje mi się być raczej wytworem dzisiejszych czasów. Miasto, któremu brakowało takich wydarzeń w swoich wojennych dziejach, bardzo się nią teraz chlubi. A mnie po prostu żal chłopaków i wszystkich zamordowanych przy okazji tego zamachu Czechów, w tym ukrywających żołnierzy księży.

Ale Sobór Świętych Cyryla i Metodego znajduje dla nas pocieszenie, gdy go z Anią zwiedzamy. Natrafiamy tu na piękną uroczystość prawosławnego chrztu. To jakby znów dowód na zwycięstwo życia nad śmiercią. Przesłanie, które przywraca nam optymizm i nadzieję. Zabieramy je sobie ze świątyni na dalszy pobyt w Pradze.

Co jeszcze oglądamy podczas pobytu w mieście? Już zupełnie nieintencjonalnie dwa miejsca. Pierwsze to Pomnik ofiar komunizmu – wychodzimy na niego co rusz, bo jest w sąsiedztwie naszego hotelu, najbliższego przystanku tramwajowego i włoskiej restauracji, gdzie się zajadamy pizzą. To też początek drogi na wzgórze Petrin, właściwie stopnie wiodące na górę. „Siedem postaci idących po schodach opowiada historię cierpienia więźniów, ich odwagi i niezłomności. Pierwsza postać jest cała, pozostałe stopniowo coraz bardziej okaleczone, ale wciąż stoją pomimo wielu ran” – jak opisano je na stronie https://www.smart-guide.org/destinations/pl/praga/?place=Pomnik+ofiar+komunizmu.

Drugie miejsce, które oglądałam już sama (od środka), to Kościół Świętego Mikołaja (Kostel Svatého Mikuláše) na Rynku Małej Strany. W niedzielny wieczór miałam tam okazję uczestniczyć we mszy świętej, w związku z czym zostałam wpuszczona do wnętrza bez konieczności zakupu biletu (która akurat zawsze u mnie jako osoby wierzącej wywołuje jakiś rodzaj wewnętrznego sprzeciwu). Zobaczyłam piękne, barokowe wnętrze w ciepłych barwach, z harmonią fresków, złoceń i marmurem o różowym odcieniu. Wiernych nie przybyło tego dnia zbyt wielu, więc msza miała charakter kameralny. Pięknie wpisała się w klimat nastrojowego praskiego wieczoru. "Bicie dzwonów, bramy otwarte..."

I do tego jeszcze wiele, wiele miejsc, na które trafiłyśmy przypadkiem, czasami oglądanych jedynie  ukradkiem w zakamarkach Pragi: Valdštejnská zahrada (kiedyś mieszkaliśmy po drugiej stronie ulicy, ale to miało miejsce zimą, gdy ogrody były zamknięte), ruchomy motyl (dzieło na fasadzie Domu Towarowego Máj Národní) - to znów David Černý, również jego autorstwa Miminka, czyli dzieci przy Muzeum Kampa, pracownia ceramiczna na pięterku uroczej kawiarni Kafe & Hrnky, nawet Galeria Handlowa Nový Smíchov była dla nas atrakcją. Jak wiele, wiele innych skarbów miasta. „Jego wieże, jego drogi - kroki moje…” Aż appka w telefonie nie nadążała ich liczyć...

Gwiazdy w rzece - tu się zaczyna
I tu kończy opowieść moja.
Chciałbym dzisiaj, jak wtedy wieczorem
Siedzieć z Tobą na Moście Karola…”

I wychylać przy tym kufel za kuflem pysznego, zimnego czeskiego piwa, którym, jak zauważył Mariusz Szczygieł, upić po prostu się nie da...


Na temat śladów Szwejka w Czechach można trochę poczytać tutaj:

https://dziennikpolski24.pl/darmo-szukac-wojaka-szwejka-w-pradze/ar/1985980

https://globtroter.info/czechy-sladami-autora-dobrego-wojaka-szwejka/