Byłam przekonana, że turyści, których spotkamy w Międzyzdrojach, będą pochodzili głównie z Niemiec. Myliłam się, Język, który najczęściej słyszałam na naszych nadbałtyckich wczasach stanowił rosyjski (ewentualnie ukraiński, bo rozróżnienie ich jest dla mnie trudne).
Niemieckojęzyczni turyści też oczywiście byli. Ale niemiecka turystyka nie miała aż takiego natężenia, żeby zmęczyć. Była zjawiskiem spokojnym, nie zrażającym do bliższego zapoznania się z nim. Toteż nie miałyśmy nic przeciwko chwilowemu zintensyfikowaniu niemieckojęzycznych kontaktów podczas naszej ostatniej wycieczki na wczasach. I tak oto trafiłyśmy nawet do Niemiec.
Ta wycieczka to było takie dwa w jednym. Połączenie rejsu po Morzu Bałtyckim ze zwiedzaniem wyjątkowych niemieckich kurortów.
„Wzdłuż brzegu Bałtyku wyrósł rząd miejscowości, które istnieją dlatego, że ludzie chcą plażować na białym piasku. Ale tylko trzy zasłużyły na miano cesarskich, bo odwiedzali je cesarze Niemiec [Wilhelm I oraz Fryderyk Wilhelm II – przyp. aut] i Austro-Węgier [Franciszek Józef – przyp. aut] – czytamy na stronie https://www.krajoznawcy.info.pl/trzy-cesarskie-uzdrowiska-nad-baltykiem-4671#:~:text=Cesarskie%20kurorty%20to%20Ahlbeck. „Cesarskie Uzdrowiska są do siebie nieco podobne: w każdym jest wychodzące w morze molo, w każdym ładne, zadbane letniskowe wille, szerokie białe plaże i nadmorskie promenady pozwalające na niekończące się spacery wzdłuż brzegu”. Prawda, że brzmi bardzo zachęcająco?
No to Ahoj, Kapitanie!, jak napisała mi w wycieczkowy poranek Beata. Płyniemy. Najpierw w kierunku Świnoujścia. Coraz dokładniej możemy przyglądać się widocznym z plaży w Międzyzdrojach zabudowaniom świnoujskiego portu. Właściwie miasto kojarzyło mi się zawsze tylko z nim.
Trudno się dziwić, skoro: „Leżący nad samym morzem, Port w Świnoujściu razem z Portem w Szczecinie tworzy jeden z największych na Bałtyku zespół portowy. (…) Główny fragment portu to największy w naszym kraju terminal przyjmujący suche ładunki masowe - głównie węgiel, rudę dla hut w Polsce, ale również w Czechach i na Słowacji. Jest tutaj również nowy terminal "specjalizujący się" w płodach rolnych - jego magazyny mogą pomieścić do 50 tysięcy ton produktów. Świnoujski port to również największy w Polsce, pod względem zawinięć promów i wielkości ruchu pasażerskiego i towarowego, terminal promowy”, jak podaje strona https://www.swinoujscie.info.pl/atrakcje/port-w-swinoujsciu.
No jak dla mnie to nigdy nie brzmiało jak zachęcająca do zwiedzania miasta reklama. Zwłaszcza, że do tego dołożył się jeszcze otwarty w 2015 roku gazoport. Toteż Świnoujście nigdy nie trafiło na moją listę „must see”, a nawet więcej, skłonna je byłam omijać w swoich podróżach po Polsce.
Dopiero obecny pobyt nad Bałtykiem złagodził mój niechętny stosunek do miasta. Spacerowałam w jego kierunku z Międzyzdrojów zarówno plażą, jak i leśną ścieżką rowerowa i muszę przyznać, że były to piękne spacery. Gdy wyobrażałam sobie, że od strony Świnoujścia wygląda to podobnie, to zapisywałam dla niego duży plus.
O istniejącym już, 16-kilometrowym szlaku pieszym między miastami można przeczytać pod linkiem http://www.wyspiarzniebieski.pl/turystyka/katalog/14,1,szlak-pieszy-swinoujscie-miedzyzdroje.html, a wkrótce rowerzyści też będą mieli możliwość przejechać całość tej trasy w bardzo komfortowych warunkach (https://www.eswinoujscie.pl/2024/08/19/nowy-odcinek-szlaku-rowerowego-swinoujscie-miedzyzdroje-juz-wkrotce/).
Kolejnym plusem, który zapisałam na koncie Świnoujścia jest jego położenie. Jak można przeczytać w Wikipedii jest to ”jedyne w Polsce miasto położone na 3 dużych wyspach: Uznam, Wolin, Karsibór oraz na kilkudziesięciu (łącznie 44) wyspach i wysepkach” (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awinouj%C5%9Bcie). A z ich pięknem miałam już okazję zapoznać się na poprzedniej wycieczce (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/09/wkrotce_22.html).
No i jeszcze jedna atrakcja, dzięki której Świnoujście u mnie zaplusowało. To promenada łącząca je z pierwszym z Cesarskich Uzdrowisk. „Wszystkie drogi prowadzą do… Ahlbeck. To jest, jeśli akurat przebywacie w Świnoujściu” - napisano na stronie https://apartpark.pl/artykuly/ahlbeck-dawne-uzdrowiska-cesarskie-nieopodal-swinoujscia/. „ Jeśli do Ahlbeck postanowicie dotrzeć piechotą, będziecie mieli do wyboru dwie możliwości. Pierwszą z nich jest około godzinny spacer po malowniczej plaży. Drugą opcją jest wycieczka po Transgranicznej Promenadzie (…). Trasa liczy 4 km i częściowo przebiega przez wydmy”.
Ale uwaga! Za stroną https://finanse.wp.pl/perelka-w-cieniu-polskiego-kurortu-to-inny-swiat-7052672646285984a podaję ostrzeżenie: „Władze Ahlbeck prowadzą dość kontrowersyjną politykę polegającą na pobieraniu opłat od każdej osoby przekraczającej granicę. Musimy ją uiścić nawet jeżeli zamierzamy spędzić w okolicach uzdrowiska kilka minut. Automaty umożliwiające kupno biletu znajdują się kilkaset metrów za granicą i obsługują płatności kartą i gotówką . (…) Egzekucję przepisów zapewniają krążący po promenadzie kontrolerzy”. Polska strona oczywiście nie stosuje tego typu praktyk.
Mocno jesteśmy nimi zniesmaczone. Ale na szczęście nas one nie dotyczą - my wraz z naszą wycieczką dopływamy do Ahlbeck statkiem. Najbardziej mi wtedy żal turystów, którzy wykupili sobie sam rejs po Bałtyku bez możliwości zejścia na ląd. Chyba bym się rozpłakała, gdybym po spędzeniu blisko półtorej godziny na morzu miała w perspektywie kolejną taką dawkę pływania.
Tego dnia, co już zapowiadałam, chcemy zwiedzić „Ahlbeck, Heringsdorf, Bansin – dawne uzdrowiska cesarskie, z eklektyczną zabudową, zwaną często architekturą uzdrowiskową bądź „kajzerowską”. Jedyny w swoim rodzaju styl architektoniczny ukształtował się na Uznamie na przełomie XIX i XX wieku. Rodziny królewskie oraz cesarskie znalazły tu raj wypoczynkowy. Wille, pensjonaty, hotele i ogrody powstające wówczas w kurortach stanowiły o statusie społecznym ich właścicieli. Nawiązujące do renesansu, baroku czy klasycyzmu obiekty są dzisiaj pomnikami architektury, które dodają okolicy nieco bajkowego uroku oraz przepychu. Kolumny klasycznych tarasów, malownicze drewniane wille z pięknymi cyzelowanymi jak koronki werandami, wieżyczki pensjonatów zauroczą każdego kto zdecyduje się na spacer uliczkami nadmorskich miejscowości”, o czym napisano na stronie .https://www.swinoujscie.pl/pl/artykul/348/1535/ahlbeck-heringsdorf-bansin
Statek zostawia nas na molo w Ahlbeck (polska nazwa Czemin) i płynie dalej do Heringsdorf i Bansin – to od każdego z turystów zależy, gdzie zechce wysiąść. Ale my, po zasięgnięciu opinii załogi jednostki Adler-Schiffe, decydujemy się przejść do pozostałych Cesarskich Uzdrowisk łączącą je promenadą. Dowiadujemy się, że to trasa licząca około sześciu kilometrów, więc uznajemy, że zanim prom kolejny raz przypłynie z Międzyzdrojów, to damy radę
Wraz z nami statek opuszcza spora grupa wycieczkowiczów. Molo w Ahlbeck jest miłą odmianą od tego, które oglądamy na co dzień w Międzyzdrojach. U nas mamy na nim przysłowiowe „szwarc, mydło i powidło’, tutaj to tylko miłe, romantyczne miejsce spacerowe. Lecz może to dlatego, że „Molo w Ahlbecku, o długości 280 m jest jedynym zachowanym historycznym morskim pomostem na całym wybrzeżu Meklemburgii-Pomorza Przedniego i jako jedno z nielicznych w Europie uznane za zabytek” – jak informuje podlinkowane powyżej źródło. W miejscu, gdzie styka się on z lądem, mieści się piękna (choć widziałam ją tylko z zewnątrz) kawiarnia. Nie wchodzimy, chcemy najpierw trochę pooglądać miasto. Na ulicy prowadzącej na molo znajduje się słynny, ufundowany przez kuracjusza (1911r.) zegar. Ładny, ale to taki rodzaj zabytku, o którym nie mam nic więcej do napisania. Za zegarem wchodzimy na główną ulicę miasta i tu od razu bardzo miła niespodzianka – jest po prostu urocze.
W Centrum można znaleźć parę kramów i sklepików z pamiątkami, jest też kilka bardziej eleganckich obiektów handlowych. Reszta to kawiarnie i hotele w pięknej zabudowie. Nie ma tego całego chaosu, który mamy w Międzyzdrojach – bud z wszelkim chińskim pamiątkowym badziewiem, prowizorycznie skleconych z byle czego smażalni ryb, gofrów czy placków, przyklejonych do fasad budynków na promenadzie sezonowych jadłodajni i lodziarni. Rozumiem względy finansowe, ale niestety takie praktyki z każdego eleganckiego kurortu potrafią uczynić omal trzeci świat. Bez tego w Niemczech jest po prostu elegancko i nic nie psuje wrażeń wizualnych.
Po wyjściu na promenadę do Heringsdorf jest tylko lepiej. Zachwycamy się pełnym spokoju i szyku nadmorskim krajobrazem z willami w ogrodach i sosnowym lesie oraz romantyczno – nostalgicznymi zejściami na plażę. Pozbawionymi handlu smażoną kiełbasą i chińskimi klapkami. Zjeść lub napić się można w lokalach mieszczących się w zabytkowych pensjonatach i hotelach. My nawet nie próbujemy tego robić – wszystko wskazuje na to, że ten niemiecki blichtr jest jednak kosztowny.
Mimo to, niestety z żalem przyznajemy, że podoba nam się tutaj bardziej niż w miasteczkach na polskim Wybrzeżu. Ale z komentarzy pod artykułami wiemy, że niektórym wydaje się w takim miejscu po prostu nudno. Być może rzeczywiście to, co atrakcyjne dla turystów w naszym wieku, dla młodych już takie nie jest. Niejaki Tomi na przykład napisał na przedostatniej ze wspomnianych tu stron (pisownia oryginalna):
„Nawet Niemcy tam nie chcą przebywać, nawet wtedy gdy była tam granica przyjeżdżali na polską stronę z tą różnicą że Świnoujście wtedy było brzydkie to woleli bardziej wypasione Międzyzdroje niemiecka młodzież golfami III rządzili jak dziś Angole na Ibizie”.
Ale my, dreptając promenadą, cieszymy się wdychaniem pachnącego sosną i morzem powietrza, nabijaniem kroków, skrupulatnie liczonych przez appkę, podziwianiem i fotografowaniem widoków. I w ten oto sposób dochodzimy do centum Herringsdorf.
Miasteczko zdaje się mieć nieco inny charakter niż Ahlbeck. Jest głośniejsze i bardziej handlowe. No ale może to dlatego, że akurat odbywa się tam zjazd historycznych pojazdów. Niby fajna impreza, ale łączy się to z mnóstwem turystów, spalin i rykiem zabytkowych silników. I tak, tu już sprzedaje się smażone kiełbasy w budach na placu za kompleksem sklepów na zadaszonym targu. Ela kupuje mi tam na pamiątkę ręcznie robione miejscowe cukierki i kubek z morskim motywem. Tak, niemieckie pamiątki są jednak mniej chińskie niż nasze. Co raczej nie odbija się negatywnie na handlu. Gołym okiem widać, że ten ma się w Herringsdorf bardzo dobrze. Gdy na molo widzę małą galerię handlową, to jestem w szoku. No, to już nie jest dla mnie do przyjęcia.
Kiedyś, wkrótce po powstaniu (lata 1891–1893) to molo było najdłuższym tego typu obiektem w Europie. Ale w 1958 roku zniszczył je pożar, odbudowa zaś dobiegła końca dopiero w 1995 roku. Obecnie jest najdłuższym molo na Wyspie Uznam (508 metrów w głąb morza). Poza wspomnianą galerią handlową robi całkiem dobre wrażenie. Znajdziemy na nim długi szlak spacerowy, przystań dla statków turystycznych oraz restaurację.
Jednak, jeśli chcemy jeszcze dojść do Bansin, to nie możemy zbyt długo w Herringsdorf zabawić. Wracamy na nadmorską promenadę i cieszymy się takimi samymi wrażeniami, jak na jej poprzednim odcinku. Co warte zapamiętania, nazwy obu odwiedzonych miasteczek są związane z rybami – Ahlbeck z węgorzem, Herringsdorf to zaś w tłumaczeniu z niemieckiego „wioska śledzi”, lub może, jak proponuje się w internecie Śledziowo? Jak widać, powstanie cesarskich kurortów poprzedza rybacka historia tych miejsc.
Bansin (polska nazwa Bądzin, Bądzino, Bądzyń Morski) jest najmniejszym z odwiedzonych miasteczek – z najmłodszą historią i liczącym 285 metrów molo. Ze względu na jego rozmiar jest tu mniej historycznej zabudowy i ogólnie, jak dla mnie, jakoś bardziej „swojsko” niż w poprzednich kurortach. Podobno w okolicy są urocze jeziorka, ale to już chyba pomysł na bardziej eksplorującą Uznam wycieczkę.
Dla nas Bansin to przede wszystkim miejsce skąd odpływamy do Międzyzdrojów. To był naprawdę piękny dzień, zobaczyłyśmy świat w trochę innych nadbałtyckich klimatach, ale w gruncie rzeczy miło się wraca na stare śmieci. Tam, gdzie tłok i hałas, a czasowe budy, stragany i stoiska zasłaniają nawet urokliwe międzyzdrojskie wille.
Tym bardziej doceniam ten powrót, że w pewnym momencie stanął on pod znakiem zapytania.
I z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować załodze Adler-Schiffe za to, że zabrała nas na pokład w drodze powrotnej, mimo że... zgubiłam bilety. Tak, wszystkie trzy, które miałam pod swoją opieką. Wyrazy wdzięczności należą się również Eli i Stasi, które nie utopiły mnie za to w morzu, gdy sprawa się rypła. Nie wiem, jakim sposobem to zrobiłam, ani jakim cudem trafiłam na grono tak wyrozumiałych ludzi. Ale dzięki nim cała przygoda skończyła się szczęśliwie – czyli na szczęście wróciłyśmy tego dnia do Polski. Bo jakkolwiek Cesarskie Kurorty nas urzekły, to o pozostaniu dłużej w Niemczech nie było już mowy. Zaspokoiłyśmy potrzebę bliższego poznania niemieckiego oblicza turystyki i jak dla mnie, to na razie w zupełności wystarczy...