piątek, 20 września 2024

ROZRYWKA SPOŁECZNIE ZAGWARANTOWANA

Po przeszło roku bycia wdową (tak, próbuje wreszcie oswoić to słowo) mam nieodparte wrażenie, że społeczeństwo próbuje takie osoby jak ja przyciąć według pewnej matrycy i narzucić im sposób funkcjonowania odpowiedni do roli, czy może raczej wyobrażeń o roli. W moim środowisku mieszczą się w nich wizyty na cmentarzu i w kościele, szare życie w szarym stroju oraz izolacja od głównego nurtu życia.

Tymczasem to jakoś coraz bardziej rozmija się z moimi potrzebami. Po ośmioipółletnich wizytach na cmentarzu (a przez pierwsze lata po śmierci syna było to codziennie) i na nabożeństwach z modlitwami za zmarłych, odczuwam pewien przesyt, żeby całkiem szczerze nie wyznać, że na widok bramy cmentarnej wręcz cofa mnie z powrotem. Gdzieś mi się już do bólu przebrało – tego dreptania w kółko tą samą dróżką i w tym samym celu (kwiaty, znicze, modlitwy, kwiaty, znicze, modlitwy…).  A także czerni, samotności i odsuwania się na boczne życiowe tory. To, co było dla mnie ważne kiedyś i co sprawiało ulgę, teraz ciąży nadmiarem i powoduje znużenie.

Chciałabym nauczyć się radzić sobie ze swoim życiem w jakiś inny, nowy sposób. Czuję w sobie zachodzącą zmianę...

Rzecz w tym jednak, że inni jej nie widzą. Przekonałam się o tym dosyć boleśnie w wakacje. No bo któż chciałby spędzać je ze smutasem czy też wiecznym żałobnikiem? Tego, że w kontaktach społecznych wyrabiam już w sobie inność, jakoś nikt nie zauważył.

Tak, częściowo pewnie sama jestem sobie winna. Jakby nie było, przez ostatnie lata codziennie zakładałam maskę przed wyjściem z domu. Nie okazywałam prawdziwych uczuć i ludzie zapewne nie potrafili mnie właściwie odczytać.

Ale zakładanie masek to też usankcjonowany kulturowo nakaz. Żałobnikiem nie można być zbyt długo, swojego przygnębienia nie można bez społecznego osądu obnosić jak wierzchniego ubrania, które jest już dawno niemodne, bo to dyskomfort dla otoczenia. Budzi niesmak. Ludzie boją się zarażenia smutkiem, żalem, czy bólem.

Cóż więc miałam robić po śmierciach, które mnie spotkały? Zakładałam swoje maski dzień po dniu i zagrałam te wszystkie oskarowe role, o których nawet nikt nie wiedział. Chodziłam do pracy, wychowywałam cudze dzieci, prowadziłam dom i utrzymywałam rodzinę. A Filmowa Akademia przez te wszystkie lata milczała. I milczy nadal. Zaś mnie już te wciąż odgrywane pod publiczność role zaczęły coraz bardziej męczyć. Coraz bardziej potrzebuję przestrzeni, w której będę mogła żyć bez zakładania jakiejkolwiek maski. Bez osądów i matryc. Bez podporządkowywania się społecznym wyobrażeniom tego, w jaki sposób powinnam być osieroconą wdową.

Myślę o tym dużo na ostatniej pielgrzymce w pierwszy weekend roku szkolnego. Po wakacjach, które tylko Ela z Anią zechciały spędzić z wdową. Bo właściwie co to znaczy, że się takiej osobie jak ja zachciało jakichś dłuższych wycieczek czy wczasów? Chyba nikt nie był na to przygotowany.

Zdaje mi się, że jedyną akceptowalną przez moje otoczenie formą wdowich wyjazdów są, tak, pielgrzymki. Również te piesze – ja właśnie w takiej brałam w tym roku udział. W zeszłe wakacje zresztą też.

Idziemy, śpiewamy. Rozglądam się po moich pielgrzymkowych towarzyszach: kilku księży, garstka młodzieży z gitarą i głowami pełnymi ideałów, parę małżeństw z oazy rodzin, niektóre z dziećmi i, tak, cała rzesza samotnych kobiet. Z przewagą wdów oczywiście, ale są też wśród nas panie porzucone przez mężów, albo takie, które się z nimi, co nie jest tajemnicą, słabo dogadują. Wszystkie mamy rozrywkę społecznie dla nas zagwarantowaną.

Idziemy, śpiewamy. I raz to jest „Szła dzieweczka do laseczka” („nigdy nie śpiewałam takiej piosenki na pielgrzymce” – dziwi się pani tuż obok mnie) z akompaniamentem księżowego akordeonu, a raz zaintonowany przez młodzieżową Oazę utwór „Na drugi brzeg” Arki Noego:

"Tak jest mało czasu mało dni

Serce bije tylko kilka chwil

Nie wiem czy Cię poznam, ale wiem

Że na pewno Ty rozpoznasz mnie 

Zabierzesz mnie na drugi brzeg

Za Tobą będę do Nieba biegł”

Łzy napływają mi do oczu. Mam nadzieję, że tak właśnie wyglądała Wasza śmierć Kochani…

Idziemy dalej, śpiewamy. I choć pielgrzymka odpustowa do Płok przebiega w miłej atmosferze, to jednak nachodzą mnie w czasie jej trwania rozmaite, nie zawsze radosne refleksje, dotyczące moich obecnych relacji z ludźmi, którzy mają za sobą długą historię stanowienia ważnej części mojego życia.

Nie, nikogo jeszcze z niej nie wykreśliłam. To nie ten etap. Ale ostatnio na moim facebooku pojawił się ważny dla mnie wpis. Wiele mówiący o tym, w jakim kierunku teraz zmierzam. Umieszczony tam przy okazji chłodnego, deszczowego dnia, przypominającego już o jesiennych wieczorach, idealnych wprost do spędzenia w towarzystwie lektury. Ot, taka dobra rada dla siebie:

Czasem trzeba odpuścić. Przestać walczyć o relacje, które zaczęły być jednostronne. Jeśli ktoś chce być w Twoim życiu, niech sam o to zadba.”

Rafał Wicijowski „Milion rozbitych kawałków”. Lekcja 75


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz