piątek, 6 września 2024

CUDA Z CZTEREMA PIWAMI I KONCERTEM JAZZOWYM W ROLI GŁÓWNEJ - PRAGA

Kiedy napisałam w pierwszym sierpniowym poście (i to tak bez żadnych pretensji, bo potrafię to zrozumieć), iż nikomu z wyjątkiem Eli nie przyszło do głowy, że można mnie wyrwać z domu na jakąś wakacyjną wycieczkę/wyprawę/wczasy, to oczywiście brałam pod uwagę tylko stan z początku sierpnia. Bo potem wszystko się rozkręciło. I właściwie do końca swoich wakacji byłam poza domem. Kolejną oprócz Eli osobą, która o mnie pomyślała w kategorii towarzyszenia w podróży, okazała się moja nieoceniona Ania. Nasz wspólny wyjazd do Pragi to jedno z najpiękniejszych letnich wspomnień.

Nie pierwszy raz byłam w tym mieście. Zapytana przez Beatę o Pragę mogłam napisać (zresztą ponownie podczas tych wakacji) tylko „Och!, Ach!” Bo nie sposób znaleźć słowa na oddanie tego, czego podczas pobytów tam doświadczam. A to nie tylko wynik zachwytu nad urodą miasta, lecz również sprawa samopoczucia, które w tym miejscu zawsze, nawet bez jakichkolwiek starań, zmienia się, osiągając wyższy „level":).

Praga to takie miejsce, w którym mogłabym żyć (Ania stwierdza to samo). I chciałabym - chociaż przez parę miesięcy. W zeszłym roku dostałam od Madzi książkę Mariusza Szczygła pt. „Nie ma” i po jej przeczytaniu najsilniejszym z odczuć była zazdrość, że reportażyście udało się zrealizować właśnie taki pomysł czasowej przeprowadzki do czeskiej stolicy. O tym, że się myliłam, dowiedziałam się znacznie później - z wywiadu na stronie https://poranny.pl/mariusz-szczygiel-w-czechach-mieszka-moja-dusza/ar/5373276:

Skąd pomysł, by zamieszkać w Pradze?

Mariusz Szczygieł: Tam mieszka moja dusza, a ja cały czas - w Warszawie. W Czechach jestem co najmniej 10 razy w roku, stąd wiele osób sądzi, że tam się przeniosłem”.

Choć z drugiej strony to pomyłka o optymistycznym wydźwięku. Okazuje się bowiem, że można być z Pragą w bliskim, a nawet w miłosnym związku, bez przeprowadzki, skutkującej zapewne przewróceniem sobie życia do góry nogami. Ot, wystarczy tam częściej wracać...

Tylko, czy to ma szansę się udać w moim przypadku? Przecież już tyle razy sobie to obiecywałam i jakoś zawsze brakowało – no właśnie czego? - determinacji, możliwości, napędu?, żeby ten plan zrealizować… Ostatni raz myślałam o powrocie z mężem do Pragi w ferie – niecałe pięć miesięcy przed jego śmiercią. Tyle, że mężowe nogi ten plan zbojkotowały. Ale i tak miło było przed feriami wspólnie pomarzyć sobie o koncertach jazzowych w praskich klubach. Klubowy jazz w Pradze – tak, to właśnie to, co tygrysy lubiły najbardziej…

No bo jak się już zna miejsca typu: Rynek Staromiejski z ruchomym zegarem, Zamek Praski na Hradczanach, czy Most Karola, to rzeczywiście można w tym mieście skupić się wreszcie na tym, co w stolicy Czech mniej turystyczne i mniej oczywiste. I tak właśnie robiliśmy. Lubiliśmy spędzać z Andrzejem czas w Pradze na muzyczno – piwnych ucztach dla ducha i ciała, a zamiłowanie to zdążyliśmy nawet zaszczepić w naszym starszym synu (młodszy był wówczas zbyt młody na zalewane czeskim piwem wieczory z muzyką, a poza tym ktoś przecież musiał wówczas zostawać w apartamencie z Luną:). I och, ach!, jakie to piękne wspomnienia.

Ale w tym roku bym do nich nie powróciła (a do Pragi to już wcale), gdyby nie upór Ani. Co prawda wcześniej, w związku z wprowadzeniem połączenia kolejowego wprost z naszego miasta do czeskiej stolicy, pojawiły się we wspólnych rozmowach wizje, marzenia, mrzonki, ale zawsze to wszystko szybko wyparowywało z mojej głowy. Po śmierci Andrzeja jakoś mi się zaczęło zdawać, że etap podróży w moim życiu został dość gruntownie ograniczony, żeby tu nie napisać zupełnie zamknięty. I to, co mi jeszcze z niego pozostało, to właśnie wizje, marzenia i mrzonki…

Ale Ania konsekwentnie postanowiła zmienić je w rzeczywistość. I późnym wieczorem końcem sierpnia jednak zameldowałyśmy się w Pradze.

Jako miejsce pobytowe wybrałyśmy Hotel Augustus et Otto – choć prawda jest jednak taka, że właściwie wyboru nie było wcale. Niestety zbyt późno zaczęłyśmy poszukiwania, a w dodatku były one obwarowane wieloma kryteriami. Chciałam, żeby to miejsce miało ładną lokalizację, żeby każda z nas mogła się cieszyć własnym pokojem, no i oczywiście, żebym przy tym nie musiała pójść z torbami… Jeśli chodzi o ostatnie kryterium, to jakoś wyszło z tym słabo, bo podwójne przewalutowanie (złotówki na euro – w nich podana była cena, euro na czeskie korony – w nich pobrano opłatę), na które można się nabrać w Booking.com, zrobiło swoje, ale poza tym nie narzekałyśmy. Lokalizacja wprawdzie była poza ścisłym centrum, lecz za to od rzeki dzielił nas tylko pas przybrzeżnych kamienic i biegnąca pod nimi droga, co biorąc pod uwagę czas dokonywania rezerwacji, stanowiło najbardziej satysfakcjonującą opcję. Napisałam oczywiście do hotelu zapytanie, czy nasz apartament ma ładny widok (no bo wolę wiedzieć na co się nastawiać:) i dostałam odpowiedź, że widać z niego dobrze, hmm… niebo:). I rozbawiło mnie to, lubię, jak obsługa obiektu ma poczucie humoru:). A z okien naszego apartamentu na poddaszu widziałam nie tylko niebo z pięknym księżycem centralnie w jednym z nich, ale też wierzchołki kamienic, okalających podwórze.

Lecz i tak spędzałyśmy tak niewiele czasu w hotelu, że właściwie poza nocą, nie było specjalnie możliwości, by na nie spoglądać. Gdy już się wybierałyśmy na miasto, to zwiedzanie zabierało nam praktycznie całe dnie. Ania pierwszy raz była w Pradze, więc uznałam, że trzeba zaliczyć przede wszystkim typowo turystyczny tour z Rynkiem Staromiejskim, Zamkiem Praskim, Mostem Karola i tym podobnymi atrakcjami. No i tak dreptałyśmy od jednego zabytku do drugiego, nabijając przy tym liczbę kroków do dwudziestu, a nawet trzydziestu tysięcy (mam apkę w komórce, to wiem;). 

Szczególnie dał mi w kość dzień, gdy zwiedzałyśmy Hradczany. Bilety, które można tam kupić (po odstaniu w sporej kolejce), obejmują całą grupę obiektów do odwiedzenia. Nie można sobie wybrać na przykład tylko jednego kościoła (co miałam w zamyśle) i resztę odpuścić. To znaczy można, ale i tak trzeba zapłacić za wstęp do reszty wymienionych na bilecie obiektów. Zwyczajnie więc taka rezygnacja nie jest opłacalna z finansowego punktu widzenia. I być może on to właśnie powoduje, że tłumy turystów w lejącym się z nieba żarze, spędzają na Hradczanach długie godziny, kręcąc się po całym kompleksie między zajmującymi wzgórze zabytkami.

My też byłyśmy zdane na taki maraton. Nasz łączony bilet obejmował Katedrę Świętego Wita, Bazylikę Świętego Jerzego, Stary Pałac Królewski i Złotą Uliczkę wraz z wieżą Daliborka. Uff, jakoś podołałam, choć przy temperaturze, która wówczas panowała, było to strasznie męczące i przygaszało radość zwiedzania. Zdecydowanie bardziej wolałabym podzielić je sobie na mniejsze porcje. Zwłaszcza że tłumne miejsca zawsze powodują u mnie chęć jak najszybszej ucieczki. Lecz oczywiście zostałam tam z Anią aż do zamknięcia kompleksu…

A potem, bardzo zmęczone wracałyśmy do apartamentu, próbując znaleźć najkrótsza drogę i zdając się przy tym na GPS w telefonie. A on raz po raz wyprowadzał nas na manowce.

Ale to wszystko tylko po to, żebyśmy w końcu dotarły w takie miejscu, gdzie oczy mi wyszły prawie z orbit z zadziwienia, a wzruszenie ścisnęło za gardło tak mocno, że przez dłuższą chwilę w ogóle nie mogłam złapać oddechu…

*

O tym, że dzień zwiedzania Hradczan będzie trudny, wiedziałam od dawna. I wbrew pozorom wcale nie chodziło o względy fizyczne. Bałam się własnej reakcji psychicznej na fakt, że tego dnia zbiegały się imieniny Bartka z moją, już czterdziestą z kolei, rocznicą ślubu. Okazje, które powinnam świętować z tymi najbliższymi mi mężczyznami. Tyle, że ich już nie ma po tej stronie życia… A pobyt w Pradze, którą obaj tak bardzo lubili, nie pomagał w tej sytuacji…

Snułam się więc po niej przepełniona tęsknotą, żalem i okruchami wspomnień… Choć przyznać muszę, że dość skutecznie je zagłuszały na Hradczanach i zmęczenie, i ból w kolanach, i dyskomfort z powodu niewygodnych butów. Ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, gdy moje smutki znów dojdą do głosu. I bałam się tego, wracając z centrum miasta do apartamentu. Ten strach mi towarzyszył dopóty, dopóki GPS nie doprowadził mnie nagle i niespodziewanie pod takie drzwi, których nigdy bym nie odnalazła, gdybym nawet bardzo chciała.

„U Maleho Glena” to ten klub muzyczny w Pradze, gdzie przez większość wieczorów odbywają się koncerty jazzowe. Kiedyś nasz ulubiony. To tu właśnie upływały nam z mężem najmilsze chwile, gdy mieszkaliśmy na zlokalizowanym nieopodal Małostrańskim Rynku.

Ale po śmierci Andrzeja wspomnienia o tym były zbyt bolesne, toteż rozmazałam je w pamięci, pozbawiając ostrości i szczegółów. Nie starałam się tego zmienić, będąc w Pradze. Nie szukałam miejsc z przeszłości, nie próbowałam przypomnieć sobie nazw, ani chodzić po niegdysiejszych śladach. Oczywiście, myślałam o tym, że miło byłoby zahaczyć o jakiś jazzowy klub podczas tego pobytu, bo co znaczy nawyk. Ale nawet nie marzyłam, że to będzie TEN KLUB. Ten, którego nazwy już nie było w pamięci, a cóż dopiero mówić o sprawie lokalizacji. Ten, na który w absolutnie pokrętny i niezrozumiały sposób wyprowadził nas GPS, choć to wcale po drodze do hotelu nie było.

Popatrzyłam na wywieszony w oknie repertuar. Zapowiadał wieczorny koncert zespołu „Stay in Tune” (Levíček/Goncalves/Tengler Trio). I wiedziałam, że tego wieczoru jazzmani zagrają specjalnie dla mnie. Specjalnie dla nas.

I zagrali.

*

Ledwo zdążyłyśmy się z Anią przebrać, a już trzeba było wracać z powrotem do klubu. Dla bolących nóg, które cały dzień spędziły w niewygodnych butach, stanowiło to duże wyzwanie, zwłaszcza, że to też duży dystans do pokonania. 

Cóż, nie da się niczego przyspieszyć. Trudno, jesteśmy spóźnione. Ale na miejscu okazuje się, że i koncert jest spóźniony – muzycy zwlekali z rozpoczęciem, bo mieli chyba nadzieję, że ich nieobecnemu basiście uda się jeszcze tego wieczoru do nich dołączyć.

Basiście się jednak nie udało, ale nam tak, jazzmani wychodzą na scenę w momencie, gdy wchodzimy do klubu. Zajmujemy miejsca tuż przy scenie, akurat tam znajdują się cztery puste krzesła. Pozostałe są już zajęte.

Błyskawicznie zjawia się kelner i wyjaśnia, że te miejsca były zarezerwowane. Jak zresztą wszystkie inne w klubie na dzisiejszy wieczór. Ach, czy to być może? Więc nie możemy zostać na koncercie?

- Możecie – odpowiada kelner. - Jeśli nikt nie przyszedł, to wystarczy, że po koncercie zapłacicie za wejściówkę (tu pada cena). Czy to jest dla was ok?

Czy jest ok? Patrzę na dwa miejsca, które zajęłyśmy z Anią i na dwa puste – jedno przy jej boku, drugie przy moim i myślę sobie, że, zamiast dwóch, powinnam była od razu zamówić cztery piwa…

Tak oto spędziłyśmy ten wieczór z naszymi najbliższymi mężczyznami w najlepszym miejscu w Pradze, dając się ponieść najlepszym zapewne rytmom w całej historii jazzu;). Z goryczką jasnego Pilznera Urquell na językach, tak, jak zawsze lubiliśmy… Ach, och!, co to był za wieczór! Odczucia Ani są podobne do moich.

Do domu wróciłyśmy tuż przed północą, dyskutując o nich po drodze. I zanim zdążyłam przygotować się do snu, zakończył się ten pełen wcześniejszego strachu dzień. Odeszły w przeszłość imieniny Bartka. Odeszła w przeszłość rocznica ślubu z człowiekiem, z którym pomimo śmierci, jestem już razem czterdzieści lat.

Chciałam zrobić coś dla siebie i dla niego – napisałam przed snem do Madzi.

Piękny gest pamięci, miłość jest potężniejsza od śmierci – odpowiedziała.

W książce, którą od niej dostałam, jest imienna dedykacja dla mnie. „Bożeno, czy nie ma?” napisał, wykorzystując tytuł swojej książki, Mariusz Szczygieł. To naprawdę miło z jego strony, ale raczej nie mam potrzeby, by to rozkminiać. Otóż od dawna już, proszę pana, znam odpowiedź na to pytanie i mam na to dowody...

P.s. To jeszcze nie koniec o Pradze z sierpniowego wyjazdu. Ona tu jeszcze w głównej roli wystąpi;)...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz