wtorek, 10 września 2024

PRAGA - PEŁEN PIWA ŁEB W CHMURACH


"Ciemną nocą, po schodach uliczek,
Po gorących Mostu kamieniach,
Pełen piwa łeb niosę w chmurach
I gitarę i pustkę w kieszeniach...
Żegnam się z Miastem, które stało się moje,
Jego wieże, jego drogi - kroki moje.
Żegnam się z Miastem, jego Mostem, gdzie wieczorem
Spadały gwiazdy monet za muzykę.
Nazbierałem po całym Mieście
Sprawy ważne i te, nic nie warte:
Ot, w podeszwach dziury na wylot,
Bicie dzwonów, bramy otwarte...
Żegnam się z Miastem...
Gwiazdy w rzece - tu się zaczyna
I tu kończy opowieść moja.
Chciałbym dzisiaj, jak wtedy wieczorem
Siedzieć z Tobą na Moście Karola.
Żegnam się z Miastem..."

https://www.youtube.com/watch?v=jkQBxLUZsr4

Tak pisał i śpiewał o Pradze Krzysztof Jurkiewicz. A jego utwór pod tytułem „Miasto”, odnaleziony na facebooku koleżanki ze szkoły, którą dopiero co pożegnałam w czerwcu, przywołał tyle pięknych wspomnień…

Przede wszystkim wraz z artystą wspominam Most Karola. Bo my z Anią, mając w perspektywie wyjazd do domu o świcie, ostatniego dnia w Pradze także żegnałyśmy się wieczorem, czy też już właściwie nocą, w takim miejscu z miastem.

Ale wyprawy na Most przewijały się w tle naszego praskiego pobytu omal ciągle. Towarzyszyły mu codziennie. W jakiś naturalny sposób Most stał się dla nas sercem, od którego rozpoczynał się cały, interesujący nas krwiobieg ulic miasta. W naszym odczuciu ten zabytek miał moc spajania całej Pragi w jedność.

Toteż cieszyłyśmy się, że po trzech nocach w obiekcie Augustus et Otto udało nam się zmienić miejsce pobytu na takie, które było bliżej Mostu Karola. Nie to, że odczuwałyśmy wcześniej niezadowolenie z hotelu. Wprost przeciwnie, nasz apartament, gdzie mieszkałyśmy początkiem wycieczki, był naprawdę przestronny – mogłybyśmy zaprosić do siebie jeszcze kilku znajomych z Polski:), czysty – nawet ściany odświeżono (to znaczy przemalowano z czerwonych na brąz, skutkiem czego odbiegały znacznie od fotek na Booking.com i w pierwszej chwili byłam przekonana, że dokonałam jednak rezerwacji gdzie indziej:) i gustownie urządzony. Każda z nas miała pokoik z dużym „księżniczkowym łóżkiem”, jak mawiała Ania i klimatyzacją.

Bardzo ją docenimy po przeprowadzce. Tak, następny obiekt jest jej pozbawiony – wstyd się przyznać, ale nie sprawdziłam tego przed rezerwacją. No ale któż mógłby się spodziewać, że hotel tej klasy (i z tą ceną) co Pytloun Old Armory może nie mieć takiego udogodnienia. Mnie to nawet do głowy nie przyszło. I to był pierwszy zawód w kwestii hotelu. Drugi przeżyłam, gdy weszłam do pokoju (nr 302 - odradzam). Niby wszystko ładnie urządzone, ale klitka tak mała, że łóżko nawet częściowo (choć nie że jakoś bardzo) zachodziło na okno. Źle się tam czułam – jakoś mi było klaustrofobicznie i depresyjnie, bo z kolei drzewo, które zachodziło (tym razem całkowicie) na okno z zewnątrz, bardzo mocno zaciemniało pomieszczenie. Wymienić się go nie dało, bo podobno nie było na co, choć nie wyglądało na to, że hotel ma maksymalne obłożenie.

Ani pokój (zamówiłam dwa jednoosobowe w kategorii superior) był obszerniejszy, zmieścił się w nim nawet kącik wypoczynkowy (stolik z fotelem) i przynajmniej było gdzie wypić prosecco:). Więc jakby co, to pokój 315 jest okej.

I żeby nie było, że zamieszczam tutaj tyle krytyki, to wspomnę też o dobrych stronach hotelu: świetna lokalizacja na wyspie Kampa, zielone miejsce do wypoczynku na zewnątrz, zresztą tuż przy parku, doskonałe śniadanie, z możliwością własnoręcznego upieczenia gofrów i wyciśnięcia soku owocowo – warzywnego, popołudniowe przekąski (super pomysł na realizację hasła zero waste po bufetowym śniadaniu:), powitalne drinki. Wybrałyśmy białe wino (bo prosecco miałyśmy w bagażu), dobre, ale nic więcej o nim rzec nie mogę, bo nalano je w taki sposób, że trudno było nawet zerknąć na etykietę butelki. Do tego piękny wystrój historycznych wnętrz (XVIII - wieczna stara zbrojownia - Stará Zbrojnice), nawiązujący do czasów rycerskich oraz … pluszowy miś, który siedział nad łóżkiem – można było go zakupić jako pamiątkę z podróży, ale nasze psie dziecko rozprawiłoby się z nim w parę chwil, a żadnego innego w domu nie mamy:).

W sumie więc, choć spodziewałam się czegoś, co bardziej mi przypasuje, zaakceptowałam Hotel Pytloun Old Armory. Wybrałam go, bo miał być dobrą bazą wypadową do zwiedzania lewobrzeżnej Pragi i był. Dzień w którym wspięłyśmy się z Anią na wzgórze Petrin (można też wyjechać tam kolejką szynową) do Strachowskiego Klasztoru z Bazyliką Wniebowzięcia NMP (na organach grywał tu sam Mozart) i biblioteką z najstarszym w Czechach księgozbiorem (miejsce to wystąpiło w kilku znanych filmach), a potem zrobiłyśmy sobie spacer wśród sadów i ogrodów do planetarium (na kolejne już tego dnia "ostatnie piwo":) jest tym punktem naszej podróży, do którego najczęściej wracam myślami. Może to z powodu pięknych widoków na Pragę z góry, a może z powodu pięknych wspomnień, które mnie tam dopadły - z rodzinnego pobytu w pełnym składzie i w dodatku w towarzystwie Lunki.

Dla prawobrzeżnej Pragi trochę nam czasu zabrakło. Ale oczywiście na Rynku Starego Miasta spędziłyśmy parę chwil i to nawet nie byle gdzie, lecz w Einstein Bistrot, o którym można przeczytać na stronie Tripadvisor: Pod tym adresem prowadziła swój salon literacki i kulturalny znana praska intelektualistka Berta Fantová, do którego uczęszczali różni uczeni, w tym sam Albert Einstein” (https://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g274707-d23780411-Reviews-Einstein_Bistrot-Prague_Bohemia.html).

Lokal oceniono pod powyższym linkiem jako drogi (cztery znaczki z dolarem:) i jest to zgodne z prawdą. My z Anią załapałyśmy się na piwo w ramach Happy hours i niby fajnie, ale prawda jest taka, że w innym lokalu w kwocie, którą tam zostawiłyśmy, miałybyśmy tego napoju więcej (a przynajmniej tyle samo) bez żadnej promocji. Co do reszty opinii zamieszczonych na Tripadvisorze to panuje tam pewne zamieszanie, gdyż lokale z nazwiskiem Einsteina są w Pradze dwa. Ale dla nas atrakcją była możliwość spędzenia czasu z lokalizacją na Rynku Staromiejskim. Cóż, cenimy piękne widoki:). 

W następnej więc kolejności zjadłyśmy obiad w restauracji Most Karola - na tarasie widokowym na Wełtawie. Tak właśnie, spoglądając przy tym na najsłynniejszy praski zabytek. Bardzo mi zależało, by ten wyjazd pozostawił niezapomniane wspomnienia…

Ale prawda jest taka, że właściwie każde z miejsc, w którym się zatrzymywałyśmy, bodajże na szybkie piwo:), było niezapomniane. Ilość knajp, knajpeczek i wszelkiego rodzaju miejsc na posiadówki jest w Pradze przeogromna. Właściwie mogłabym sobie robić przerwę w zwiedzaniu miasta w każdym z nich. I na pewno za każdym razem byłabym zadowolona.

Oczywiście nie wybierałyśmy z Anią lokali najbardziej ekskluzywnych, a co za tym zwykle idzie, również najdroższych. Nasz nadszarpnięty z uwagi na drogi hotel budżet, był jednak ograniczony. Dosyć entuzjastycznie podeszłyśmy więc do czeskiej wersji Groupona i to się naprawdę u nas sprawdzało. A ile przy tym nabiłyśmy dodatkowych kilometrów w poszukiwaniu wybranych lokali, to nasze:).

Ale to też był fajny sposób na poznanie Pragi. Taki nie do końca komercyjny. Dzięki niemu spędziłyśmy miłe chwile również w restauracji na Rynku Vinohradów, zobaczyłyśmy kawał dzielnicy Nové Město (na przekór swej nazwie powstałe w XIV wieku) oraz dotarłyśmy do uroczych zakątków, skrywających takie atrakcje, jak na przykład obrotowa głowa Kafki (dzieło Davida Černego z 2014 roku). By pójść dalej śladami pisarza nie starczyło już czasu (z wyjątkiem Złotej Uliczki:). To samo miałyśmy z innymi czeskimi literatami, ale o odnośniki do literatury się jednak otarłyśmy. Na przykład na dwie praskie restauracje ze Szwejkiem w nazwie udało nam się (również przypadkiem:) natrafić. Na wszystko inne w Pradze przyjdzie jeszcze czas, mam nadzieję. W tym na planowaną przeze mnie wizytę w Muzeum Alfonsa Muchy, które nigdy się nie mieści w czasie jakiegokolwiek pobytu w czeskiej stolicy (dobrze, że chociaż witraż tego artysty udało się tym razem zobaczyć w Katedrze Świętego Wita), a także na odwiedziny dzielnicy Josefov, co planowała Ania.

Ale za to tegoroczny pobyt w Pradze obejmował jeszcze dwa miejsca, których nigdy wcześniej nie widziałam:

1. Kościół Matki Boskiej Zwycięskiej z XVII wieku (wystrój z wieku XVIII) ze słynnym Dzieciątkiem Praskim (Pražské Jezulátko). I to był prawdziwie pielgrzymkowy akcent naszej podróży, na którym bardzo mi zależało. Bo praskie Jezulątko czyni cuda, a mnie i moim bliskim bardzo, bardzo ich teraz potrzeba. Pokryta woskiem, 47- centymetrowa figurka Dzieciątka jest podobno chroniona srebrną kapsułą, którą ukrywa się pod zmienianymi Mu szatkami. Zdaje się, że każdy może ufundować Jezuskowi stosowną sukieneczkę, choć nie wiem, czy każdego na to stać (niektóre wersje są pokryte drogocennymi klejnotami i prawdziwie królewskie). Można je zobaczyć w kościelnym muzeum.

Na naszą wizytę opiekujące się figurką Siostry Karmelitanki przywdziały Jezuskowi niebiesko – granatowy strój - wyglądał naprawdę bosko:). Jak możemy przeczytać na stronie https://timelesstravel.pl/praskie-dzieciatko-jezus/„Figurka zainspirowała Antoine’a de Saint-Exupéry’ego do napisania swojej najpiękniejszej książki, Małego Księcia. Oczarowała także Paula Coelho, który w 1982 roku odwiedził, razem z żoną, ówczesną Czechosłowację i kościół Matki Boskiej Zwycięskiej. „Modliłem się przed figurką, abym został pisarzem”, wspomina Coelho. „Figurka Dzieciątka Jezus ubrana była wtedy w ubogie szaty. Obiecałem, że jeśli spełni moją prośbę, wrócę do Pragi i przywiozę Dzieciątku nowe szaty. “Słowa dotrzymał, wrócił do Pragi z nowymi szatami w 2005 roku, gdy miał na koncie 200 milionów sprzedanych książek”.

2. Prawosławny Sobór Świętych Cyryla i Metodego i tu akurat inicjatorem zwiedzania była Ania. Przed wizytą w Pradze oglądała bowiem film pt. „Operacja Anthropoid” i zapragnęła odwiedzić miejsce wydarzeń, o których opowiadał. Filmowa historia jest oparta o prawdziwe (i kontrowersyjne jeśli chodzi o ich następstwa) okoliczności zamachu na Reinharda Heydricha – kata Pragi podczas II wojny światowej. A prawosławny Sobór Świętych Cyryla i Metodego to miejsce, gdzie niemieccy okupanci zamordowali zamachowców. W sumie więc, jak zawsze podczas wycieczek, gdzie w tle historii czai się śmierć, towarzyszył nam tego przedpołudnia smutek. Odczuwałyśmy go szczególnie wyraźnie w katakumbach, gdzie najdłużej bronili się osaczeni żołnierze. Młodzi chłopcy. Znów trudno mi pojąć, czemu musieli zginąć, czemu ktoś im taki rozkaz wydał, osłaniając życie własne, a może w jego odczuciu „życie cenniejsze”?

Ginąc, stali się bohaterami Pragi? No nie wiem, czy tak uważali ówcześni mieszkańcy, których dosięgły okrutne konsekwencje tego zamachu. Ta bohaterska narracja zadaje mi się być raczej wytworem dzisiejszych czasów. Miasto, któremu brakowało takich wydarzeń w swoich wojennych dziejach, bardzo się nią teraz chlubi. A mnie po prostu żal chłopaków i wszystkich zamordowanych przy okazji tego zamachu Czechów, w tym ukrywających żołnierzy księży.

Ale Sobór Świętych Cyryla i Metodego znajduje dla nas pocieszenie, gdy go z Anią zwiedzamy. Natrafiamy tu na piękną uroczystość prawosławnego chrztu. To jakby znów dowód na zwycięstwo życia nad śmiercią. Przesłanie, które przywraca nam optymizm i nadzieję. Zabieramy je sobie ze świątyni na dalszy pobyt w Pradze.

Co jeszcze oglądamy podczas pobytu w mieście? Już zupełnie nieintencjonalnie dwa miejsca. Pierwsze to Pomnik ofiar komunizmu – wychodzimy na niego co rusz, bo jest w sąsiedztwie naszego hotelu, najbliższego przystanku tramwajowego i włoskiej restauracji, gdzie się zajadamy pizzą. To też początek drogi na wzgórze Petrin, właściwie stopnie wiodące na górę. „Siedem postaci idących po schodach opowiada historię cierpienia więźniów, ich odwagi i niezłomności. Pierwsza postać jest cała, pozostałe stopniowo coraz bardziej okaleczone, ale wciąż stoją pomimo wielu ran” – jak opisano je na stronie https://www.smart-guide.org/destinations/pl/praga/?place=Pomnik+ofiar+komunizmu.

Drugie miejsce, które oglądałam już sama (od środka), to Kościół Świętego Mikołaja (Kostel Svatého Mikuláše) na Rynku Małej Strany. W niedzielny wieczór miałam tam okazję uczestniczyć we mszy świętej, w związku z czym zostałam wpuszczona do wnętrza bez konieczności zakupu biletu (która akurat zawsze u mnie jako osoby wierzącej wywołuje jakiś rodzaj wewnętrznego sprzeciwu). Zobaczyłam piękne, barokowe wnętrze w ciepłych barwach, z harmonią fresków, złoceń i marmurem o różowym odcieniu. Wiernych nie przybyło tego dnia zbyt wielu, więc msza miała charakter kameralny. Pięknie wpisała się w klimat nastrojowego praskiego wieczoru. "Bicie dzwonów, bramy otwarte..."

I do tego jeszcze wiele, wiele miejsc, na które trafiłyśmy przypadkiem, czasami oglądanych jedynie  ukradkiem w zakamarkach Pragi: Valdštejnská zahrada (kiedyś mieszkaliśmy po drugiej stronie ulicy, ale to miało miejsce zimą, gdy ogrody były zamknięte), ruchomy motyl (dzieło na fasadzie Domu Towarowego Máj Národní) - to znów David Černý, również jego autorstwa Miminka, czyli dzieci przy Muzeum Kampa, pracownia ceramiczna na pięterku uroczej kawiarni Kafe & Hrnky, nawet Galeria Handlowa Nový Smíchov była dla nas atrakcją. Jak wiele, wiele innych skarbów miasta. „Jego wieże, jego drogi - kroki moje…” Aż appka w telefonie nie nadążała ich liczyć...

Gwiazdy w rzece - tu się zaczyna
I tu kończy opowieść moja.
Chciałbym dzisiaj, jak wtedy wieczorem
Siedzieć z Tobą na Moście Karola…”

I wychylać przy tym kufel za kuflem pysznego, zimnego czeskiego piwa, którym, jak zauważył Mariusz Szczygieł, upić po prostu się nie da...


Na temat śladów Szwejka w Czechach można trochę poczytać tutaj:

https://dziennikpolski24.pl/darmo-szukac-wojaka-szwejka-w-pradze/ar/1985980

https://globtroter.info/czechy-sladami-autora-dobrego-wojaka-szwejka/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz