Nastał wreszcie ostatni dzień roku szkolnego. Jestem nim tak zmęczona, że nawet nie potrafię się cieszyć, że się wreszcie skończył. Te półtora etatu w godzinach nadliczbowych dało mi w kość przez ostatnie trzy miesiące. Sytuacja niby wróciła do punktu wyjścia w tym tygodniu wraz z powrotem do szkoły chyba już zdrowej logopedki, ale te pięć dni przed rozpoczęciem wakacji to też nie był dobry czas na złapanie oddechu. Dopadł mnie nawał sprawozdań i spraw do zamknięcia czyli kolejna fala biurokratycznych wymogów, z którymi podobno miał się rozprawić nasz obecny minister.
Tylko ucieczka od rzeczywistości w planowanie długich i pięknych wakacji trzymała mnie wciąż przy zdrowych zmysłach. Mąż rzucił pomysłem na kolejny projekt - tym razem będzie to 37 dni na 37 rocznicę ślubu:).
No i super! Znowu można rozważać rozmaite warianty trasy, badać możliwości noclegów i zwiedzania po drodze. To taki miły etap podróży - z dreszczykiem niepokoju, ale i ekscytacji na skórze.
Padło na wschodnią Turcję - zawsze nam się marzyły przejazd wybrzeżem Morza Czarnego, dotarcie nad Jezioro Van, zobaczenie Góry Ararat. Marzenia ożyły zimą, gdy podczas wczasów w Side usłyszeliśmy od jednego z gości naszego hotelu o możliwościach połączeń samolotowych ze Wschodem kraju.
Niestety mąż nie jest fanem latania (zresztą ja też to tak średnio lubię). Dla niego objazdówka jest ważna tylko wtedy, gdy robi się ją własnym samochodem. Ale to jeszcze dłuższa droga niż ta, którą trzy lata temu przemierzyliśmy podczas podróży po Bałkanach. Czy damy radę przy obecnym stanie zdrowia tego nie jesteśmy pewni. Od czasu, gdy przechodziliśmy covid - 19 co rusz powracają do nas różne niespodziewane dolegliwości, a mężowe leczenie leży odłogiem.
Ale też nie jesteśmy zdeterminowani, by tegoroczny plan wykonać od początku do końca. Przecież ma być także wakacyjnie, co oznacza i relaks, i wypoczynek. Jeśli to się nie uda i podróż będzie nad wyraz wielkim wysiłkiem i pasmem zmęczenia, to plan zostanie zmodyfikowany. W takim kraju jak Turcja przecież na pewno nie zabraknie nam miejsc i okazji na spędzenie miłych wakacji, które zamiast wyssać z nas energię, pozwolą doładować akumulatory. Bierzemy również pod uwagę możliwość skrócenia podróży i wcześniejszego powrotu do domu. Nie przywiązujemy się za nadto do wywoławczej liczby 37.
Poza tym po drodze do Turcji są jeszcze dwa piękne kraje i zawsze można w nich zostać na wakacjach, jeśli trasa do miejsc docelowych okaże się dla nas zbyt długa. Jesteśmy fanami Rumunii i tam też byłoby nam dobrze, gdybyśmy postanowili nie jechać już dalej. A Bułgaria? Właściwie to dopiero teraz odkrywam skarby jej interioru. Planując przejazd przez ten kraj natrafiłam w internecie na takie zakątki, że aż zaczęłam na poważnie rozważać, czy przypadkiem nie skupić się raczej na nich w te wakacje.
W którymś momencie mój plan przejazdu tranzytowego przez Bułgarię rozrósł się do takich rozmiarów, że w jego ramach zmieściłyby się regularne wczasy. Mąż zaczął się obawiać, że w tej sytuacji po prostu nigdy do Turcji nie dotrzemy. Z bólem serca skorygowałam więc plan, wykreślając z niego noclegi w miejscach z termalnymi źródłami i w zabytkowych monastyrach:(. W moich notatkach pozostało tylko miasta: Ruse na granicy rumuńsko - bułgarskiej i Kazanłyk. Z tego ostatniego postanowiłam za żadną cenę nie rezygnować z racji czerwcowego terminu przejazdu przez Bułgarię. Kazanłyk to stolica Doliny Róż, których zbiory przypadają właśnie na czerwiec. Być może to jedyna okazja, by być wówczas w takich rejonach. Dolina Róż już mi się kiedyś zamarzyła (podczas naszych pierwszych rodzinnych wczasów w tym kraju), ale było nam z nią wtedy zupełnie nie po drodze. Teraz zaś tamtędy będzie prowadziła nasza trasa do Stambułu.
Jeszcze tylko muszę zadbać o to, by nie było żadnych niedoróbek w dzienniku pedagoga i wszystkich (ośmiu!) dziennikach zajęć dodatkowych i mogę się żegnać ze szkołą.
W ostatnim dniu roku szkolnego jak zwykle dopadają mnie smętnawe refleksje. No bo gdzie się podziały te wszystkie dzieci, z którymi pracowałam od września? Żeby choć jedno z nich włożyło głowę przez drzwi do naszego gabinetu i powiedziało: dziękuję. Sprawa nie dotyczy oczywiście tylko mnie - cała rzesza specjalistów jest zupełnie pominięta w takich dniach: pracuje przecież u nas jeszcze dwóch innych pedagogów, psycholog, logopeda... Trudno byłoby powiedzieć, że nasza całoroczna praca została przez kogoś zauważona czy też doceniona. I tak to ciągniemy rok za rokiem... Może pora wreszcie powiedzieć, że to jakoś nas specjalnie do pracy nie motywuje...
Na szczęście teraz w końcu będzie od niej dłuższa przerwa. Po weekendzie jeszcze zaplanowana jest konferencja podsumowująca i wreszcie rozpoczną się wymarzone wakacje. Pora już opuścić szkolne mury...
Wakacje czas start!