sobota, 21 lutego 2026

FERIOWE SZCZĘŚCIE

Zima nie odpuszcza. Choć w zeszłym tygodniu zrobiła taką podpuchę, że niby już się z nami żegna, to zanim zdążyliśmy się naprawdę tym ucieszyć, znowu zaśnieżyła i ścisnęła mrozem. Wszyscy już wydają się być zmęczeni jej nieustannymi powrotami, co oczywiście najlepiej uwidacznia się w nastrojach panujących w internecie. Pojawiło się tam mnóstwo memów na temat zimy ciągnącej się jak flaki z olejem, sama przesłałam kilka do Ani. Zaczęłam od filmiku, na którym pani zaatakowała torebką bałwana. Podpis głosił: „Kiedy zima ciągnie się tak długo, że nie wiesz już, czy to pora roku, czy stan psychiczny”. Potem był załamany kot opatulony czapką i szalikiem. „To już nie jest zima, to jest nękanie” można było przeczytać pod obrazkiem. Wreszcie wczoraj przesłałam fotografię, którą na stronie https://www.se.pl/trojmiasto/ktokolwiek-modlil-sie-o-snieg-prosimy-aby-przestal-pomorska-parafia-tak-walczy-z-pogoda-aa-UCw8-1AGN-n6WC.html skomentowano w następujący sposób:

"Bez wątpienia na promienie słońca i kwitnące drzewa wyczekuje również Parafia w Gwieździnie w woj. pomorskim nieopodal Rzeczenicy.Na Facebooku parafii pojawił się w ostatnich dniach post, który zebrał niemal 1000 polubień i mnóstwo komentarzy. Okazuje się, że parafia w ramach programu "uśmiechnij się" dodała na stronę fotografię, która miała na celu rozbawić nieco wiernych. Zdjęcie przedstawia bowiem w tle budynek kościoła, a tuż przed nim znajduje się tablica wygenerowana za pomocą AI z napisem "Ktokolwiek modlił się o śnieg, prosimy, aby przestał". 

Niestety, chyba ten ktoś jednak nie przestał;). I nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się zmienić w najbliższym czasie.

W katolickiej szkole zamiast dzwonków słyszymy teraz słowa piosenki: „Zima, zima, zima, pada, pada śnieg” (Katarzyna Godzisz).

Do tego dziecięcego repertuaru dołączyła jeszcze ostatnio Anna Jurksztowicz z tekstem:

Zima lubi dzieci najbardziej na świecie,
dorośli mi mówią: "nie wierzę".
Dzieci roześmiane stawiają bałwana,
a dorośli stawiają kołnierze”.

W internecie widziałam nawet porównanie, w którym zima z Doliny Muminków wydaje się betką w stosunku do tej naszej. Oj, bardzo nam się ona dała w tym roku we znaki.

Chociaż mnie akurat najgorsze mrozy ominęły, kiedy byłam w Afryce. Pamiętam swoje niebotyczne zdumienie, gdy nasza pilotka wyliczyła, że różnica temperatur między Polską a Senegalem wynosiła wówczas sześćdziesiąt stopni! Nie wiem, jakbym przetrwała to w domu przy naszym niesprawnym w pełni piecu.

Gdy wróciłam, to Kacper (który jednak dogrzewa elektrycznie) oznajmił mi, że właśnie nadszedł pierwszy dzień ocieplenia. I tak co prawda było zimno, ale już takie do wytrzymania. A do tego tak bardzo wciąż mnie grzały afrykańskie wspomnienia! Dzięki nim, nie bacząc na pogodę, mogłam wycisnąć z końcówki swoich ferii zimowych, co tylko jeszcze się dało. Miałam więc okazję spotkać się z przyjaciółkami ze studiów, pojechać do knajpy do Krakowa i na seans w kinie, umówić się na masaż ciała i twarzy. A dodatkowo udało mi się znaleźć dla siebie świetną wycieczkę! Nosiła nazwę: „Zakopane: kolejka linowa, termy w Chochołowie, ser i wódka”. Z dopiskiem: „Najwyżej oceniana wycieczka 1-dniowa (4,9/5, ponad 7 tys. opinii)”. I muszę przyznać, że te oceny były w pełni zasłużone.

Chyba dzięki wyjazdowi do Afryki zasmakowałam jednak w zorganizowanych wycieczkach. Albo może to pesel sprawia, że coraz bardziej gustuję w komforcie, związanym z beztroską podróży, w której nie ma żadnej odpowiedzialności za jej przebieg, a dobra organizacja powoduje oszczędność sił i czasu podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce.

Zimowe termy pod Tatrami marzyły mi się już od dawna. Ale zniechęcały: potencjalnie długi czas za kierownicą, stanie w kolejkach, towarzyszących atrakcjom i związane z tym całodzienne zmęczenie. Toteż potraktowałam wycieczkę, która była wolna od tych trudności, jakby mi spadła z nieba. Zwłaszcza, że udało mi się wykupić opcję pod tytułem odbiór z hotelu. I poprosiłam o dowóz na miejsce spod dworca kolejowego.

W przypadku tej opcji odbiór jest organizowany bezpośrednio z wybranego przez ciebie hotelu lub apartamentu w Krakowie lub z najbliższego dostępnego miejsca zbiórki w ciągu kilku minut spacerem, jeśli dostęp do pojazdu jest utrudniony lub ograniczony” – można przeczytać w ofercie organizatora. No więc w końcu zostałam odebrana spod Galerii Krakowskiej - spoko, bo to akurat był żaden problem.

Uczestnicy wycieczki byli prawie w całości anglojęzyczni, ale przecież zdecydowałam się pojechać nie po to, by sobie z kimś pogadać, tylko po to, by:

1. popatrzeć na Tatry;

2. poplątać się sentymentalnie po Krupówkach;

3. wymoczyć kolana w ciepłej wodzie.

Jeśli chodzi o punkt pierwszy, to niestety już w chwili wyjazdu było wiadomo, że nie zostanie zrealizowany. Tego dnia niestety towarzyszyły nam sine, ciężkie, wypełnione śniegiem chmury, zawieszone nisko nad horyzontem i przesłaniające świat. Pogoda nie sprzyjała. Tylko przez chwilę, podczas degustacji grilowanego oscypka i alkoholi (trzeba przyznać, że wszystko smakowało wybornie), można było wypatrzeć zarysy, niektóre fragmenty ośnieżonych górskich stoków. Poniżej śnieg był akurat w totalnym odwrocie. Królowała więc raczej szaro – burość, co przy braku słonecznego światła nie dodawało krajobrazom uroku.

Wyjazd kolejką linową na Gubałówkę w celu ich podziwiania też więc nie był najciekawszym punktem programu. Na szczęście na szczycie odbywały się akurat imprezy związane z obchodzonymi tego dnia Walentynkami. I nieoczekiwanie dla siebie samej wkręciłam się w przygotowywanie walentynkowej kartki i serduszka dla Kacpra. Gdy o tym teraz pomyślę już na trzeźwo, bez ekscytacji, to trochę mi się chce śmiać z siebie samej. Musiało to naprawdę zabawnie wyglądać: stoisko z z mnóstwem krzykliwych ozdób i materiałów plastycznych, a przy nim cała masa dzieciaków w różnym wieku, jakaś zakochana para i ja. Przepełniona zadowoleniem z siebie i efektów swojej pracy. Brak plastycznych talentów tego dnia mi w niczym nie przeszkadzał;).

Ale ich rozwijanie już trochę tak;). Uczestnictwo w walentynkowych zajęciach rękodzieła zajęło mi tyle czasu, że już niewiele go pozostało na realizację drugiego punktu z mojej listy wycieczkowych założeń.

Nie było to jednak jakąś większą stratą dla całokształtu wycieczki. Okazało się bowiem, że tego dnia po Krupówkach spacerowało tylu turystów, że jakiekolwiek swobodne plątanie się w tym miejscu stanowiło dość konkretną trudność. Apetyt na sentyment zaspokoiłam więc grzańcem w Góraleczce i pobiegłam realizować ze swoją wycieczką ostatni punkt programu.

No i tu też ilość ludzi, korzystających tego dnia z kąpieli termalnych zaskoczyła. Termy Chochołowskie były wypełnione turystami po brzegi. Niewiele to miało wspólnego z wymarzonym relaksem.

Ach Aniu, one były jeszcze chyba bardziej zapchane niż Uniejów w długi weekend [majowy] – zdaję relację z termalnych atrakcji.

W pewnej chwili [prowadzący obiekt] ogłosili nawet, że z powodu zapełnienia miejsc ograniczają sprzedaż biletów.

Nawet w strefie ciszy nie było ciszy, ale też nie było [tam] miliona dzieciaków, więc jakoś do wytrzymania.

Dodatkowo udało się w niej przynajmniej znaleźć miejsce przy dyszy w basenie, bo w ogólnodostępnej mogłam tylko postać na jego środku.

No ale kolanka i tak są wdzięczne.

A przecież o to właśnie chodziło. W sumie więc jestem z wycieczki bardzo zadowolona. Wszystko na gotowo i w „lastminutowych” kosztach.

Same Termy Chochołowskie mają taką cenę – przesyłam komentarz koleżance, z którą kiedyś pracowałam. Ponownie utwierdzam się w przekonaniu, że jestem mistrzynią turystycznych okazji:).

A gdy wracamy do domu, to sine, ciężkie chmury wreszcie pękają i zaczyna się z nich wysypywać śnieg.

Jak wysadzili nas pod dworcem w Krakowie, to już padało. I tak do samego Ch……. - komentuję dalej.

A potem sypało jeszcze przez całą noc.

Ale Śnieżna Kraina – zachwyca się Ania, gdy posyłam jej fotki następnego ranka.

Czy to Ch…… czy Narnia? - pyta z kolei zachwycona Madzia.

I nawet ja się zachwycam, choć bardzo mi ten powrót zimy na koniec ferii nie na rękę. Ale dla dzieciaków z sąsiedniego województwa, które dopiero je zaczynają, to na pewno bajka. Zwłaszcza dla tych, wybierających się na wypoczynek do naszej zimowej stolicy. No bo cóż można o niej powiedzieć, gdy trafia się tam w szaro – bury czas bez śniegu i widoku, za to z niezliczoną rzeszą turystów? Chyba najlepiej nic nie mówić, tylko po prostu czym prędzej uciekać.

Ja z radością powróciłam tego dnia do domu po odhaczeniu wszystkich punktów programu. I choć to była dla mnie niewątpliwie atrakcja, to nie wiem, co bym mogła w tych warunkach robić, gdybym się zdecydowała na dłuższy pobyt w Zakopanym. A przecież spędzanie tam ferii zimowych, to często szczyt turystycznych marzeń. 

Jakie to szczęście, że zamiast tego poleciałam sobie zimą do Afryki...

niedziela, 15 lutego 2026

AFRYKA WIDZIANA SERCEM


Afryka nie jest dla każdego. Ale dla mnie na pewno jest. Oczywiście trudno byłoby zaprzeczyć, że czasem przedstawia się zgodnie z powszechnym stereotypem o nazwie „brud, smród i ubóstwo”, ale… ja nie potrafiłabym już na nią patrzeć inaczej niż Mały Książę na różę. Widzę Afrykę sercem.

I nie chodzi tu tylko o przepiękne krajobrazy, przyjaznych, uśmiechniętych ludzi, klimat w którym dobrze się czuję (tak przynajmniej było na Zachodzie w porze suchej), ale przede wszystkim o jakąś prawdę o świecie. I to można sobie uzmysłowić nawet na tygodniowej wycieczce.

Afryka nie jest sztuczna, upozorowana, odpicowana. Niczego nie udaje, żeby się dobrze sprzedać. Nie stara się przypodobać. Jest pełna prawdziwego życia, które w niewymuszony sposób wypływa z natury i płynie z jej biegiem. I ta naturalna symbioza wzbudza zaufanie do świata, jego mądrości i odwiecznych praw. Wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Uspokaja wylęknioną życiem duszę. Ma moc jej uzdrawiania.

To najlepsze, co mogłam dla siebie zrobić – napisałam do Kacpra, starając się możliwie najcelniej spuentować wszystko, czego w afrykańskiej podróży doświadczałam. Wyrażam to zresztą na wszelkie możliwe sposoby.

- To najlepsze, co mogło mi się wydarzyć – podsumowuję naszej przewodniczce ostatni okres mojego życia.

O wyjeździe do Afryki marzyłam od dziecka. Gdy na pierwszą Komunię Świętą w drugiej klasie ktoś podarował mi książkę „W pustyni i w puszczy”, zaczytywałam się w niej bez końca. Później plan wyprawy naukowej na studiach skonstruowałam w taki sposób, by dotrzeć choć na skraj Czarnego Lądu. Jakby nie było, to się udało, choć zaledwie w egipskim zakresie. No ale i tak byliśmy tam polskimi pionierami. Masowe wyjazdy z Polski do Egiptu wówczas w ogóle nie istniały.

A potem życie zacisnęło pasa. A może sami to zrobiliśmy? Gdy uścisk trochę poluzował, znów zaczęliśmy wyjeżdżać. Ale już inaczej – w rodzinnych wczasach z dziećmi w Egipcie czy Tunezji przestała się liczyć dzika przygoda, musiało być bezpiecznie i przewidywalnie. Ostatni nasz afrykański wyjazd z mężem to Maroko, gdzie wręcz nieprzewidywalność trochę w jego chorobie uwierała (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/marrakesz-przed-wyjazdem-do-marrakeszu.html).

I choć ta północna Afryka ma mnóstwo do zaoferowania i dostarczyła wielu pięknych wspomnień, to jednak tęsknota za odkrywaniem lądów na południe od Sahary pozostała.

- Już Cię do Afryki nie zabiorę – mąż smutno skonstatował swój stan zdrowia w ostatniej fazie choroby. Ale przecież wtedy podróże nie miały żadnego znaczenia. Afryka zeszła na daleki plan, pozostawiając w zasięgu uwagi to, co naprawdę się wówczas liczyło. To, czego w końcu nie udało się uratować.

Nasze wspólne życie umarło. Znów na długi czas zapanowała ciemność.

- Po śmierci męża, byłam przekonana, że etap podróży bezapelacyjnie się dla mnie zakończył – tłumaczę nowo poznanym w Afryce znajomym swoją historię. Do tamtej pory podróżowałam tylko z Andrzejem i w dużej mierze dzięki niemu. Nigdy wcześniej nawet nie myślałam o samotnym wyjeździe. To mój pierwszy taki raz.

- Podczas wyjazdów zawsze wszystko organizowaliśmy sobie sami z mężem, we własnym zakresie. Nawet nie wiedziałam, czy podróż przygotowana przez zewnętrznego organizatora to coś, co mi będzie odpowiadało. Coś, w czym się odnajdę.

Wyjazd do Afryki był więc taki trochę „na próbę”. Czy mi się podobał? Grupa afrykańskich znajomych podpytuje o moje odczucia.

- Teraz czuję jakby to życie, uznane za utracone, właśnie do mnie wracało… - kończę swoje zwierzenia.

Ale właściwie, czy mogłoby być inaczej, jeśli od chwili, gdy trafiłam na ofertę wyjazdu do Gambii i Senegalu, słyszałam w swojej głowie tyle słów zachęty od męża? I dopingowanie do tego, abym się odważyła. To trochę tak, jakby jednak chciał mnie do tej Afryki zabrać pomimo swojej śmierci.

- Jesteś otoczona samymi dobrymi duchami – powie mi gambijski marabut (ichniejszy czarownik) podczas indywidualnego spotkania w świętym lesie Makasutu. Tak, wiem o tym.

Marabut będzie mówił też o szczęśliwym, długim życiu i różnych rodzajach dobra. Jeden z nich, to ten, którego doświadczam. Drugi rodzaj będę przekazywać światu, a przede wszystkim ludziom ze mną związanym. Dobro, którym obdarzam.

- Będą chcieli być z Tobą – twierdził mężczyzna

Czyż nie opłaca się uiścić drobnej wpłaty, by usłyszeć, że jest się błogosławieństwem dla swoich najbliższych? Uszczęśliwienie nie zawsze bywa drogie. Mnie słowa marabuta wciąż cieszą. Każdemu polecam.

I to nie jest wpis o Afryce. To wpis o mnie:)… Ale to już chyba jest jasne.

„You can't buy happiness, but you can go to Africa and that's kind of the same thing”* – taki napis umieszczono na koszulce, którą przywiozłam Kacprowi z Gambii. Souvenir, niezmiennie przypominający o tym, w którym kierunku powinnam podążać. Każdemu polecam...


*"Szczęścia nie da się kupić, ale można pojechać do Afryki i to jest mniej więcej to samo" (tłumacz google)