Afryka nie jest dla każdego. Ale dla mnie na pewno jest. Oczywiście trudno byłoby zaprzeczyć, że czasem przedstawia się zgodnie z powszechnym stereotypem o nazwie „brud, smród i ubóstwo”, ale… ja nie potrafiłabym już na nią patrzeć inaczej niż Mały Książę na różę. Widzę Afrykę sercem.
I nie chodzi tu tylko o przepiękne krajobrazy, przyjaznych, uśmiechniętych ludzi, klimat w którym dobrze się czuję (tak przynajmniej było na Zachodzie w porze suchej), ale przede wszystkim o jakąś prawdę o świecie. I to można sobie uzmysłowić nawet na tygodniowej wycieczce.
Afryka nie jest sztuczna, upozorowana, odpicowana. Niczego nie udaje, żeby się dobrze sprzedać. Nie stara się przypodobać. Jest pełna prawdziwego życia, które w niewymuszony sposób wypływa z natury i płynie z jej biegiem. I ta naturalna symbioza wzbudza zaufanie do świata, jego mądrości i odwiecznych praw. Wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Uspokaja wylęknioną życiem duszę. Ma moc jej uzdrawiania.
To najlepsze, co mogłam dla siebie zrobić – napisałam do Kacpra, starając się możliwie najcelniej spuentować wszystko, czego w afrykańskiej podróży doświadczałam. Wyrażam to zresztą na wszelkie możliwe sposoby.
- To najlepsze, co mogło mi się wydarzyć – podsumowuję naszej przewodniczce ostatni okres mojego życia.
O wyjeździe do Afryki marzyłam od dziecka. Gdy na pierwszą Komunię Świętą w drugiej klasie ktoś podarował mi książkę „W pustyni i w puszczy”, zaczytywałam się w niej bez końca. Później plan wyprawy naukowej na studiach skonstruowałam w taki sposób, by dotrzeć choć na skraj Czarnego Lądu. Jakby nie było, to się udało, choć zaledwie w egipskim zakresie. No ale i tak byliśmy tam polskimi pionierami. Masowe wyjazdy z Polski do Egiptu wówczas w ogóle nie istniały.
A potem życie zacisnęło pasa. A może sami to zrobiliśmy? Gdy uścisk trochę poluzował, znów zaczęliśmy wyjeżdżać. Ale już inaczej – w rodzinnych wczasach z dziećmi w Egipcie czy Tunezji przestała się liczyć dzika przygoda, musiało być bezpiecznie i przewidywalnie. Ostatni nasz afrykański wyjazd z mężem to Maroko, gdzie wręcz nieprzewidywalność trochę w jego chorobie uwierała (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/marrakesz-przed-wyjazdem-do-marrakeszu.html).
I choć ta północna Afryka ma mnóstwo do zaoferowania i dostarczyła wielu pięknych wspomnień, to jednak tęsknota za odkrywaniem lądów na południe od Sahary pozostała.
- Już Cię do Afryki nie zabiorę – mąż smutno skonstatował swój stan zdrowia w ostatniej fazie choroby. Ale przecież wtedy podróże nie miały żadnego znaczenia. Afryka zeszła na daleki plan, pozostawiając w zasięgu uwagi to, co naprawdę się wówczas liczyło. To, czego w końcu nie udało się uratować.
Nasze wspólne życie umarło. Znów na długi czas zapanowała ciemność.
- Po śmierci męża, byłam przekonana, że etap podróży bezapelacyjnie się dla mnie zakończył – tłumaczę nowo poznanym w Afryce znajomym swoją historię. Do tamtej pory podróżowałam tylko z Andrzejem i w dużej mierze dzięki niemu. Nigdy wcześniej nawet nie myślałam o samotnym wyjeździe. To mój pierwszy taki raz.
- Podczas wyjazdów zawsze wszystko organizowaliśmy sobie sami z mężem, we własnym zakresie. Nawet nie wiedziałam, czy podróż przygotowana przez zewnętrznego organizatora to coś, co mi będzie odpowiadało. Coś, w czym się odnajdę.
Wyjazd do Afryki był więc taki trochę „na próbę”. Czy mi się podobał? Grupa afrykańskich znajomych podpytuje o moje odczucia.
- Teraz czuję jakby to życie, uznane za utracone, właśnie do mnie wracało… - kończę swoje zwierzenia.
Ale właściwie, czy mogłoby być inaczej, jeśli od chwili, gdy trafiłam na ofertę wyjazdu do Gambii i Senegalu, słyszałam w swojej głowie tyle słów zachęty od męża? I dopingowanie do tego, abym się odważyła. To trochę tak, jakby jednak chciał mnie do tej Afryki zabrać pomimo swojej śmierci.
- Jesteś otoczona samymi dobrymi duchami – powie mi gambijski marabut (ichniejszy czarownik) podczas indywidualnego spotkania w świętym lesie Makasutu. Tak, wiem o tym.
Marabut będzie mówił też o szczęśliwym, długim życiu i różnych rodzajach dobra. Jeden z nich, to ten, którego doświadczam. Drugi rodzaj będę przekazywać światu, a przede wszystkim ludziom ze mną związanym. Dobro, którym obdarzam.
- Będą chcieli być z Tobą – twierdził mężczyzna
Czyż nie opłaca się uiścić drobnej wpłaty, by usłyszeć, że jest się błogosławieństwem dla swoich najbliższych? Uszczęśliwienie nie zawsze bywa drogie. Mnie słowa marabuta wciąż cieszą. Każdemu polecam.
I to nie jest wpis o Afryce. To wpis o mnie:)… Ale to już chyba jest jasne.
„You can't buy happiness, but you can go to Africa and that's kind of the same thing”* – taki napis umieszczono na koszulce, którą przywiozłam Kacprowi z Gambii. Souvenir, niezmiennie przypominający o tym, w którym kierunku powinnam podążać. Każdemu polecam...
*"Szczęścia nie da się kupić, ale można pojechać do Afryki i to jest mniej więcej to samo" (tłumacz google)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz