wtorek, 24 sierpnia 2021

Z ALBUMU NAJCIEPLEJSZYCH WSPOMNIEŃ - Zamek Kliczków

Od niecałych czterech miesięcy prowadzę na facebooku grupę poświęconą wychowaniu dzieci i młodzieży oraz pedagogizacji dorosłych. W tym czasie do mojej facebookowej “Akademii Rodzica” dołączyło blisko pół setki ludzi. Nie jest źle, zważywszy, że więcej niż połowa czasu istnienia grupy to był okres wakacji, podczas których jakiekolwiek powiązania ze szkołą nie cieszą się raczej żadnym zainteresowaniem.

https://www.facebook.com/groups/akademiarodzica1

Więc choć miałam różne obawy co do pracy z facebookiem, jestem z niej teraz bardzo zadowolona. Lubię wyzwania, które sprawiają, że mogę poczuć na nowo jakąś ożywczą nutę w tym, co robię nieprzerwanie już od trzydziestu lat. To też jest mój sposób na przeciwdziałanie wypaleniu zawodowemu, a także na odwrócenie niekorzystnych trendów, jakie od dłuższego czasu dzieją się w relacjach nauczycieli i rodziców. Stworzenie z nas na powrót wspierającej się w osiągnięciu wspólnego celu społeczności to pewnie nad wyraz idealistyczne założenie, ale i takie zagościło gdzieś z tyłu głowy, napędzając tę w pełni społeczną facebookową działalność.

Zastanawiając się nad potrzebami odbiorców, zadecydowałam, że przez dwa letnie miesiące moja Akademia Rodzica będzie miała wakacyjną odsłonę (no bo jakże by inaczej:), a to oznaczało, że dominowały tam wątki urlopowego relaksu i dzielenia się osobistymi relacjami na temat spędzania czasu z dala od szkolnych problemów. Oczywiście jako moderator grupy musiałam zachęcić Resztę do podjęcia aktywności własnym przykładem. Wakacyjna Akademia Rodzica zawiera więc szereg moich postów, wykraczających poza zawodowe zagadnienia.

Jeden z nich zamieściłam tam w przeddzień konferencji pedagogicznej, otwierającej nowy rok szkolny. Bardzo chciałam jeszcze podczas wakacji podzielić się z grupowiczami historią o tym, jak można w turystyce bezinteresownie obdarzyć innych dobrem i pozwolić im dzięki temu uwierzyć nie tylko w ludzi, ale i w taki sposób prowadzenia biznesu, w którym klient jest obdarzanym troską gościem, a nie tylko chodzącą sakiewką, wyciskaną do ostatniego grosza.

Oto więc (przeklejona z facebooka:) historia z pozytywnym bohaterem w roli głównej. Jest nim ukochany przeze mnie od naszego pierwszego spotkania Zamek Kliczków.

Skoro już rozpoczęłam temat wakacyjnych wyjazdów, to chciałabym jeszcze opowiedzieć o cudownej niespodziance, która mnie ostatnio spotkała

Otóż dwa lata temu wykupiłam voucher na dwudniowy pobyt w obiekcie hotelowym na Zamku Kliczków, którego nie udało mi się wykorzystać aż do obecnych wakacji, bo: najpierw była choroba męża, potem zaczęła się pandemia, następnie powróciła choroba męża, a po niej kolejne obostrzenia pandemii itd...

Toteż kiedy w tym roku w pierwsze wakacyjne dni skierowałam do hotelu zapytanie, czy jest jeszcze możliwość realizacji vouchera, to właściwie nie robiłam sobie żadnych nadziei. Dwa lata to jednak szmat czasu... Ale, ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedź hotelu brzmiała: oczywiście, że może pani wykorzystać zaległy voucher!

No i właśnie go wykorzystałam - w ostatnie dwa dni przed powrotem do szkolnych obowiązków. Przed chwilą wróciłam z przemiłego pobytu w hotelu, który stał się dla mnie synonimem dobrej woli w podejściu do klientów.

ZAMEK KLICZKÓW - dla mnie THE BEST!

Tak naprawdę to nie jest tak, że nie byłam w Zamku Kliczków wtedy – dwa lata temu. Wizytą w tym miejscu zapoczątkowałam cykl podróży zaplanowanych na czas mojego urlopu zdrowotnego (ale o tym innym razem).

Jednak w tamtym czasie miałam dwa zamkowe vouchery na ten sam termin. Tak to jest, gdy próbuje się uszczęśliwiać świat na siłę, organizując większy wyjazd rodzinny z dziećmi, które tego wcale nie chcą. Niemniej jeden z voucherów został wówczas wykorzystany. Schody rozpoczęły się wraz z próbą realizacji drugiego. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dla nas wyszło nawet na bardzo dobre:) Teraz więc chyba powinnam za taką schedę podziękować Wiki i Kacprowi.

No ale oczywiście najbardziej gorące podziękowania należą się Zamkowi Kliczków. Bo nie dość, że nas przyjął, to jeszcze zapewnił nam dodatkowe udogodnienia ze względu na niepełnosprawność męża – darmowy parking i wspaniały pokój na parterze z oknami na dwie strony świata. Jedna z nich to ta od pięknego ogrodu, w który pruskim murem wchodzi dawna ujeżdżalnia przerobiona na basen. Z drugiej strony zaś mieliśmy - tak, mój ulubiony widok na zamkowy dziedziniec – wprawdzie tym razem trochę zasłonięty przez parasole słoneczne nad kawiarnianymi stoliczkami, ale nam to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Akurat podczas naszej wizyty miejsca pod nimi nie były prawie w ogóle używane, gdyż wkrótce po przyjeździe zaczęła się mżawka, a potem spadł deszcz, który trwał nieprzerwanie aż do dnia, w którym musieliśmy pożegnać hotel.

Ale deszcz też nam w niczym nie przeszkadzał. Przyjechaliśmy do Kliczkowa nie po to, by tu coś zwiedzać i krótkie spacery po parku w okienkach pogodowych oraz wypady przed wyjazdem do domu nad tamę na rzece Kwisie i do Folwarku Książęcego wyczerpały naszą potrzebę aktywności. Głównym powodem wizyty w Zamku był relaks w przepięknym basenie z przeszkloną ścianą i zamkowa kuchnia – wprawdzie z nowymi zasadami wydawania posiłków w czasach covidowych (minikarta podczas obiadokolacji), ale wciąż bardzo smaczna.

I jeszcze jedna opowieść z wypadu do Kliczkowa:

Po drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w Bolesławcu. O tym, że od kilku dni odbywa się tam Święto Ceramiki dowiedzieliśmy się z... telewizyjnej Prognozy Pogody, kiedy sprawdzaliśmy, jaki typ ubrań zapakować na nasz krótki wypad. O tym, że to impreza wielkiego formatu nie mieliśmy pojęcia, bo w telewizji widzieliśmy zaledwie parę straganów i niewielką ilość spacerujących między nimi ludzi. Tymczasem na miejscu zastaliśmy tłumy świętujących - zainteresowanych ceramiką i nie tylko (można się tam było zaopatrzyć w przysłowiowe “szwarc, mydło i powidło”). Szybko więc się stamtąd zmyliśmy, bo oprócz gofrów i lodów nie mieliśmy żadnych innych zakupowych planów, a przepychanie się przez taką ciżbę, jaka była tego dnia w Bolesławcu, nie należy do naszego ulubionego sposobu spędzania czasu.

Ale że znam jedną ceramiczną pasjonatkę, którą po zwolnieniu się z pracy na cmentarzu stała się moja siostra, to postanowiłam, że muszę ją niezwłocznie o tego typu święcie poinformować.

Pozdrawiam z targów ceramiki w Bolesławcu. Przymierz się w przyszłym roku:) - piszę więc do Moniki.

No i przychodzi odpowiedź, która wydaje się nieprawdopodobna:

Też jesteśmy w Bolesławcu. A konkretniej w Zamku Kliczków. Dziś już drugi dzień zbieram inspiracje.

No tego bym sama nigdy nie wymyśliła.

No to razem jesteśmy w Zamku Kliczków - odpisuję, a Monika ze szwagrem czekają już na mnie po wyjściu z basenu. Nie wiem wciąż, jak to było możliwe, że doszło do tego spotkania, zwłaszcza że, jak potem poinformował mnie szwagier, w dniach obchodów Święta Ceramiki bardzo trudno było o noclegi w całej okolicy.

- Pół roku wcześniej rezerwowałem miejsca na Booking.com i wziąłem przedostatni już pokój w Zamku. Jak Wam się udało wyhaczyć taki termin? - docieka szwagier.

No cóż, żadna w tym nasza zasługa. To była propozycja cudownego Zamku Kliczków - i znów zasłużona kolejna laurka. Przystaliśmy ochoczo, bo proponowany termin objął rówież przypadkiem... naszą rocznicę ślubu! Do tego wykupiłam sobie na ten dzień za pół ceny voucher Groupona na masaż w hotelowym SPA (pojawił się na OLX - ie po raz pierwszy chyba w jego historii w przeddzień wyjazdu do Kliczkowa - jakby specjalnie dla mnie!).

I tak, hojnie obdarowani przez życie i przez ludzi z Zamku, wklejamy tę wizytę w album najcieplejszych wspomnień. Kończymy wakacje w pięknym stylu, a to sprawia, że nie mam czasu na przeżywanie stresu związanego z jutrzejszym powrotem do szkoły.

Może też mniej się stresuję zakończeniem wakacji ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną - wczoraj w całej Polsce było tylko 107 osób zarażonych, w tym jedynie 3 w województwie dolnośląskim (sprawdzone ze względu na Kliczków). Oczywiście nie mam wątpliwości, że to się wkrótce zmieni, a powracające do szkoły z całego świata po wakacjach dzieciaki po gruntownym wymieszaniu znów okażą się błyskawicznym transmiterem nowej fali pandemii. Ale cóż, sytuacja z zeszłego roku widać musi się powtórzyć, skoro ktoś ma taki właśnie pomysł na krzewienie oświaty. Kolejna propozycja, żeby odroczyć naukę stacjonarną o 2 tygodnie pojawiła się chyba tylko po to, by natychmiast zgasnąć.

Od jutra więc czeka mnie codzienna praca w szkole. Mogę sobie tylko życzyć, żebym miała w tym roku tyle szczęścia, co w zeszłym. Optymizmu w tym nie ma. I nie będzie. A więc zaczynamy...