Madzia odwróciła ostatnio kolej rzeczy. Zaprosiła mnie na koncert z okazji… swoich imienin!
Madziu Kochana, a to nie powinno być odwrotnie? - pytam nieśmiało. To chyba raczej solenizanta należałoby gdzieś zaprosić.
Czy to nie ja powinnam pomyśleć o niespodziance imieninowej dla Ciebie?
Na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że ostatnio to nie mam ani czasu, ani głowy, by o czymkolwiek myśleć (to znaczy o czymkolwiek innym niż szkoła).
Weszłam w fazę przetrwania do wakacji.
Na szczęście już blisko. I cieszę się bardzo, że nawet w takiej fazie czeka mnie tak wspaniały przerywnik.
Przerywnik rzeczywiście był wspaniały. Pojechałam z Madzią, jej mamą i ciocią Izą (skład, który już poznałam podczas wyjazdu sylwestrowego) do katowickiego NOSPR-u na koncert prawdziwego wirtuoza organów. Profesor Julian Gębalski zaproponował tym razem „Organowe improwizacje / od baroku do współczesności”. Zachwyciłam się, wzruszyłam, dźwięki organów poruszyły mnie aż do samych trzewi.
„Za co przełożeni najczęściej strofowali Johanna Sebastiana Bacha? Za zbyt długie improwizacje muzyczne między częściami nabożeństw. Takie właśnie improwizowane organowe interludia, fantazje i kaprysy stały się inspiracją do powstania koncertów organowych. Także i dziś chodzimy na improwizowane koncerty jazzowe – pamiętajmy, że wszystko zaczęło się właśnie w baroku, i choćby Leszek Możdżer zawdzięcza Bachowi więcej, niż nam się wydaje” – czytam na stronie NOSPR-u.
To już teraz wiem, dlaczego przy moim ukochaniu jazzu, koncert profesora zrobił na mnie takie wrażenie.
„Recital prof. Juliana Gembalskiego jest właśnie takim powrotem do organowych improwizowanych korzeni, spontanicznego wyrazu geniuszu. Stanowi hołd dla bogatej tradycji i przenosi słuchaczy do czasów, gdy muzyka była tworzona tu i teraz, wprost na oczach (i w uszach) publiczności” – taką piękną laurką NOSPR podsumowuje występ profesora.
Warto tu jeszcze wspomnieć o tym, jaki jest jego wkład w wygląd i brzmienie opanowanego przez niego do perfekcji instrumentu.
„Organy NOSPR są owocem niezliczonych godzin konsultacji i poszukiwań autora koncepcji organów NOSPR, Juliana Gembalskiego, głównego budowniczego, Antona Škrabla oraz architekta siedziby NOSPR, Tomasza Koniora. Monumentalny instrument w stylu francuskiego symfonizmu, mierzący 13 metrów wysokości, 9 metrów szerokości i 6 metrów głębokości, składający się ze 108 głosów i dwóch stołów gry, z których jeden wzbogacono o manuał w stylu niemieckim. Choć w organach NOSPR znalazło się wiele rozwiązań inspirowanych legendami z katedr w Rouen czy paryskiej Notre Dame, to przede wszystkim instrument współczesny, na miarę XXI wieku” (https://nospr.org.pl/pl/program/koncerty-organowe-2024-2025?setlang=true).
Cytowany powyżej tekst zaczyna się też ładnym wstępem: „ Łącząc bogactwo śląskich tradycji organowych z najlepszymi zdobyczami francuskich organmistrzów, organy NOSPR są pomostem między tym, co lokalne a tym, co globalne”. I tak dzięki tej notce (a także Madzinej cioci Izie) poznałam nowe słowo. „Organmistrz” – czy to nie brzmi nadzwyczaj dumnie?
No i na takich właśnie rozwijających kulturalnie konwersacjach upływa nam droga powrotna do domu. W głowie zostaje mi również znamienne stwierdzenie cioci Izy na temat planowanych w przyszłości wyjazdów na koncerty: „zawsze trzeba mieć coś w perspektywie”. Święta racja, tylko to nas czasem trzyma przy życiu, gdy ono daje w kość bardziej niż potrafimy wytrzymać. Właśnie w takiej perspektywie jest nadzieja, że czeka nas jeszcze coś dobrego w przyszłości.
Odnoszę to też do podróży, na których temat schodzi nam rozmowa z Madzią. Czy mam coś w perspektywie? No niby mam. Ale to chyba jednak tym razem nie łączy się z tą nadzieją, która trzyma przy życiu.
Niestety to, co mam, jest raczej planem z rodzaju: „lepszy rydz niż nic”. Oczywiście przeglądałam systematycznie oferty na stronach biur podróży od czasu, gdy zdecydowałyśmy się z Anią wspólnie wyjechać, ale niewiele to dało. Drogo, bardzo drogo i jeszcze drożej – tak mogę podsumować wyniki moich przeglądów. A dopóki Kacper nie odebrał w nowej pracy jeszcze żadnej wypłaty, to jednak starałam się oszczędzać kasę po prostu na zwyczajne, codzienne życie i nie wydawać kroci na przyjemności.
Wybrałam więc opcję najtańszą i zarezerwowałam wstępnie tygodniowe wczasy w Tunezji (okolice Hammamet) na przełomie lipca i sierpnia. Ale nie byłam z tego zadowolona.
„Generalnie Tunezja jest daleka od bycia krainą uśmiechu, nie spodziewajcie się tego tutaj. Ale personel hotelu jest dobrze wyszkolony” napisała w recenzji wybranego przeze mnie obiektu niejaka Olga_Kosova z Moskwy (Tripadvisor). No cóż, niestety myślę podobnie o kraju, do którego się wybieram. Pewnie to wynik złych doświadczeń z medyny w Susse, o czym pisałam już na tym blogu – https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/marrakesz-przed-wyjazdem-do-marrakeszu.html.
Ale zarezerwowana wstępnie oferta jest bezkonkurencyjna cenowo, więc przy niej pozostaję. Mimo, że konsultantka Coral Travel odradza jak może.
- Nigdy nie polecam trzygwiazdkowych hoteli w Tunezji – nawet ton głosu mojej rozmówczyni wyraża to, co o nich myśli. Niestety obiekty z jej polecenia mają cenę, za którą mogłabym w innym biurze podróży nabyć tygodniowe wczasy w luksusowym ośrodku na przykład na Sri Lance. A ona zdecydowanie jawi mi się jako coś bardziej atrakcyjnego niż Tunezja.
Ale i ta cejlońska oferta, która z niespodziewanych przyczyn zaczęła mi sie wyświetlać na internecie, ma swoje mankamenty. No bo to tylko tydzień (dokładnie 6 nocy) - może i dobre, by odpocząć po podróży na omal drugi koniec świata, ale żeby jeszcze pozwiedzać, to już w moim odczuciu nie wystarczy. Na dodatek w tamtej części świata rozpoczęła się pora deszczowa.
Więc podczas rozmowy na temat planowanych wakacji wychodzi na to, że generalnie nic mi nie odpowiada. Aż mi głupio przed Madzią tak na wszystko kręcić nosem. Ale ona z wielką wyrozumiałością przyjmuje moje wakacyjne rozterki i jeszcze stara się pomóc.
Wkrótce po powrocie do domu dostaję od niej polecajkę pobytu na… Malediwach – w pięknym ośrodku, gdzie kiedyś Madzia spędzała swoje wakacje. Opracowaną i opublikowaną na facebooku przez organizatora, który się sprawdził w przypadku jej wyjazdu.
Ale nawet nie biorę tej oferty pod uwagę, zważywszy na koszta, no i niepasujący Ani termin. Choć oczywiście przyglądam się tej propozycji z zaciekawieniem. I zaczynam kombinować. Bo przecież jeszcze nie tak dawno uważałam, że biura podróży są dla frajerów...
W międzyczasie Kacper dostaje pierwszą wypłatę. Jakoś powoli aklimatyzuje się w nowej pracy. Dociera do mnie, że już nie muszę tak drastycznie oszczędzać.
I na bazie tego wszystkiego rodzi się plan, który zaskakuje nawet mnie samą. Dziś zakończyłam rok szkolny w placówce masowej. Po weekendzie czeka mnie jeszcze konferencja podsumowująca w katolickiej szkole. A potem wyruszymy z Anią w podróż. Z moim autorskim planem skrojonym specjalnie pod nasze możliwości i potrzeby. Takim, którym jestem wreszcie w pełni usatysfakcjonowana...