piątek, 27 czerwca 2025

ZAWSZE TRZEBA MIEĆ COŚ W PERSPEKTYWIE

 

Madzia odwróciła ostatnio kolej rzeczy. Zaprosiła mnie na koncert z okazji… swoich imienin!

Madziu Kochana, a to nie powinno być odwrotnie? - pytam nieśmiało. To chyba raczej solenizanta należałoby gdzieś zaprosić.

Czy to nie ja powinnam pomyśleć o niespodziance imieninowej dla Ciebie?

Na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że ostatnio to nie mam ani czasu, ani głowy, by o czymkolwiek myśleć (to znaczy o czymkolwiek innym niż szkoła).

Weszłam w fazę przetrwania do wakacji.

Na szczęście już blisko. I cieszę się bardzo, że nawet w takiej fazie czeka mnie tak wspaniały przerywnik.

Przerywnik rzeczywiście był wspaniały. Pojechałam z Madzią, jej mamą i ciocią Izą (skład, który już poznałam podczas wyjazdu sylwestrowego) do katowickiego NOSPR-u na koncert prawdziwego wirtuoza organów. Profesor Julian Gębalski zaproponował tym razem „Organowe improwizacje / od baroku do współczesności”. Zachwyciłam się, wzruszyłam, dźwięki organów poruszyły mnie aż do samych trzewi.

Za co przełożeni najczęściej strofowali Johanna Sebastiana Bacha? Za zbyt długie improwizacje muzyczne między częściami nabożeństw. Takie właśnie improwizowane organowe interludia, fantazje i kaprysy stały się inspiracją do powstania koncertów organowych. Także i dziś chodzimy na improwizowane koncerty jazzowe – pamiętajmy, że wszystko zaczęło się właśnie w baroku, i choćby Leszek Możdżer zawdzięcza Bachowi więcej, niż nam się wydaje” – czytam na stronie NOSPR-u.

To już teraz wiem, dlaczego przy moim ukochaniu jazzu, koncert profesora zrobił na mnie takie wrażenie.

Recital prof. Juliana Gembalskiego jest właśnie takim powrotem do organowych improwizowanych korzeni, spontanicznego wyrazu geniuszu. Stanowi hołd dla bogatej tradycji i przenosi słuchaczy do czasów, gdy muzyka była tworzona tu i teraz, wprost na oczach (i w uszach) publiczności” – taką piękną laurką NOSPR podsumowuje występ profesora.

Warto tu jeszcze wspomnieć o tym, jaki jest jego wkład w wygląd i brzmienie opanowanego przez niego do perfekcji instrumentu.

Organy NOSPR są owocem niezliczonych godzin konsultacji i poszukiwań autora koncepcji organów NOSPR, Juliana Gembalskiego, głównego budowniczego, Antona Škrabla oraz architekta siedziby NOSPR, Tomasza Koniora. Monumentalny instrument w stylu francuskiego symfonizmu, mierzący 13 metrów wysokości, 9 metrów szerokości i 6 metrów głębokości, składający się ze 108 głosów i dwóch stołów gry, z których jeden wzbogacono o manuał w stylu niemieckim. Choć w organach NOSPR znalazło się wiele rozwiązań inspirowanych legendami z katedr w Rouen czy paryskiej Notre Dame, to przede wszystkim instrument współczesny, na miarę XXI wieku” (https://nospr.org.pl/pl/program/koncerty-organowe-2024-2025?setlang=true).

Cytowany powyżej tekst zaczyna się też ładnym wstępem: „ Łącząc bogactwo śląskich tradycji organowych z najlepszymi zdobyczami francuskich organmistrzów, organy NOSPR są pomostem między tym, co lokalne a tym, co globalne”. I tak dzięki tej notce (a także Madzinej cioci Izie) poznałam nowe słowo. „Organmistrz” – czy to nie brzmi nadzwyczaj dumnie?

No i na takich właśnie rozwijających kulturalnie konwersacjach upływa nam droga powrotna do domu. W głowie zostaje mi również znamienne stwierdzenie cioci Izy na temat planowanych w przyszłości wyjazdów na koncerty: „zawsze trzeba mieć coś w perspektywie”. Święta racja, tylko to nas czasem trzyma przy życiu, gdy ono daje w kość bardziej niż potrafimy wytrzymać. Właśnie w takiej perspektywie jest nadzieja, że czeka nas jeszcze coś dobrego w przyszłości.

Odnoszę to też do podróży, na których temat schodzi nam rozmowa z Madzią. Czy mam coś w perspektywie? No niby mam. Ale to chyba jednak tym razem nie łączy się z tą nadzieją, która trzyma przy życiu.

Niestety to, co mam, jest raczej planem z rodzaju: „lepszy rydz niż nic”. Oczywiście przeglądałam systematycznie oferty na stronach biur podróży od czasu, gdy zdecydowałyśmy się z Anią wspólnie wyjechać, ale niewiele to dało. Drogo, bardzo drogo i jeszcze drożej – tak mogę podsumować wyniki moich przeglądów. A dopóki Kacper nie odebrał w nowej pracy jeszcze żadnej wypłaty, to jednak starałam się oszczędzać kasę po prostu na zwyczajne, codzienne życie i nie wydawać kroci na przyjemności.

Wybrałam więc opcję najtańszą i zarezerwowałam wstępnie tygodniowe wczasy w Tunezji (okolice Hammamet) na przełomie lipca i sierpnia. Ale nie byłam z tego zadowolona.

„Generalnie Tunezja jest daleka od bycia krainą uśmiechu, nie spodziewajcie się tego tutaj. Ale personel hotelu jest dobrze wyszkolony” napisała w recenzji wybranego przeze mnie obiektu niejaka Olga_Kosova z Moskwy (Tripadvisor). No cóż, niestety myślę podobnie o kraju, do którego się wybieram. Pewnie to wynik złych doświadczeń z medyny w Susse, o czym pisałam już na tym blogu – https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/marrakesz-przed-wyjazdem-do-marrakeszu.html.

Ale zarezerwowana wstępnie oferta jest bezkonkurencyjna cenowo, więc przy niej pozostaję. Mimo, że konsultantka Coral Travel odradza jak może.

- Nigdy nie polecam trzygwiazdkowych hoteli w Tunezji – nawet ton głosu mojej rozmówczyni wyraża to, co o nich myśli. Niestety obiekty z jej polecenia mają cenę, za którą mogłabym w innym biurze podróży nabyć tygodniowe wczasy w luksusowym ośrodku na przykład na Sri Lance. A ona zdecydowanie jawi mi się jako coś bardziej atrakcyjnego niż Tunezja. 

Ale i ta cejlońska oferta, która z niespodziewanych przyczyn zaczęła mi sie wyświetlać na internecie, ma swoje mankamenty. No bo to tylko tydzień (dokładnie 6 nocy) - może i dobre, by odpocząć po podróży na omal drugi koniec świata, ale żeby jeszcze pozwiedzać, to już w moim odczuciu nie wystarczy. Na dodatek w tamtej części świata rozpoczęła się pora deszczowa.

Więc podczas rozmowy na temat planowanych wakacji wychodzi na to, że generalnie nic mi nie odpowiada. Aż mi głupio przed Madzią tak na wszystko kręcić nosem. Ale ona z wielką wyrozumiałością przyjmuje moje wakacyjne rozterki i jeszcze stara się pomóc.

Wkrótce po powrocie do domu dostaję od niej polecajkę pobytu na… Malediwach – w pięknym ośrodku, gdzie kiedyś Madzia spędzała swoje wakacje. Opracowaną i opublikowaną na facebooku przez organizatora, który się sprawdził w przypadku jej wyjazdu. 

Ale nawet nie biorę tej oferty pod uwagę, zważywszy na koszta, no i niepasujący Ani termin. Choć oczywiście przyglądam się tej propozycji z zaciekawieniem. I zaczynam kombinować. Bo przecież jeszcze nie tak dawno uważałam, że biura podróży są dla frajerów...

W międzyczasie Kacper dostaje pierwszą wypłatę. Jakoś powoli aklimatyzuje się w nowej pracy. Dociera do mnie, że już nie muszę tak drastycznie oszczędzać.

I na bazie tego wszystkiego rodzi się plan, który zaskakuje nawet mnie samą. Dziś zakończyłam rok szkolny w placówce masowej. Po weekendzie czeka mnie jeszcze konferencja podsumowująca w katolickiej szkole. A potem wyruszymy z Anią w podróż. Z moim autorskim planem skrojonym specjalnie pod nasze możliwości i potrzeby. Takim, którym jestem wreszcie w pełni usatysfakcjonowana...


niedziela, 1 czerwca 2025

WYBORCZY DZIEŃ DZIECKA

 

Skończył się miesiąc, który konsekwentnie był zimny i deszczowy do samego końca. Dziś na swoim fanpagu na facebooku niejaki Viralowy góral informował, że był to najzimniejszy maj od 35 lat. „Chociaż miał być cieplejszy o 1,5 /2 stopnie niż wynosi norma”. Cóż, bywa i tak…

Czerwiec na odmianę wkroczył na scenę ze słońcem nad głową. I z wyborczą burzą na horyzoncie. Dzisiaj w Polsce wybieramy nowego prezydenta.

Obiecałam koleżankom ze szkoły katolickiej, że pójdę na te wybory, mimo że tak w ogóle staram się być od polityki najdalej, jak się tylko da. No i poszłam - raniutko skoro świt.

Choć żaden z kandydatów mi nie odpowiadał. Mogłabym nawet napisać, że według mnie jeden był gorszy od drugiego. Cóż, pozostało mi więc tylko zagłosować przeciwko temu, który był gorszy od drugiego. 

Przez całe swoje dorosłe życie dokonuję dokładnie takich wyborów prezydenckich. A chciałabym jeszcze kiedyś przed śmiercią zagłosować choć raz na kogoś, kto wzbudzi we mnie jakiekolwiek przekonanie, że to będzie właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jakoś mam jednak nikłą nadzieję, że się tego doczekam, choćbym nawet żyła sto lat. „Polityka została wymyślona, aby kłamstwo brzmiało jak prawda” stwierdził G. Orwell, ale ja je nawet pod grubą otoczką lukrowanych półprawd bezbłędnie wyczuwam i ono mi zawsze rani uszy.

Niestety ludzie, którzy zajmują się polityką to nie są moi ulubieni ludzie. Nie rozumiem tego parcia do władzy i publicznej ekspozycji. Jak grubą trzeba mieć skórę, aby przypłacać to opluwaniem z każdej możliwej strony? To taka sytuacja jak ta z opowieści „Zaszczyt burmistrza” A. de Mello.


ZASZCZYT BURMISTRZA

Reporter zapytał kilka osób w małym miasteczku, czy znają burmistrza.

„To kłamca i oszust”, powiedział pracownik stacji benzynowej.

„To nadęty osioł”, powiedział nauczyciel.

„W życiu na niego nie głosowałem”, powiedział aptekarz.

„Najbardziej skorumpowany polityk, jakiego znałem”, powiedział fryzjer.

Kiedy reporter w końcu spotkał się z burmistrzem, zapytał go, jaką otrzymuje pensję. „Dobry Boże, żadnej pensji nie dostaję”, powiedział burmistrz.

„Więc czemu podjął się pan tej pracy?”

„Dla zaszczytu”.

https://docer.tips/anthony-de-mello-modlitwa-zaby.html

To jedna z moich ulubionych opowieści „Chrześcijanina Wschodu”, jak zwykł mawiać o sobie de Mello.


No i jeszcze przytoczę tu ostatni, bardzo zresztą dosadny, cytat na temat polityki, który tak często powtarzam, że w zasadzie już stał mi się mottem. Za "Autoportretem Witkacego" Jacka Kaczmarskim mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że polityka dla mnie to w krysztale pomyje”. Jestem z tego samego pokolenia, co autor zacytowanych słów i tak jak on, miałam w życiu okazję obserwować wystarczającą ilość politycznych elit i ich przemian na przestrzeni dobrych kilku dekad. Wciąż jednak mam wrażenie, że w tych kręgach żadne mechanizmy działania się nie zmienia. Władza jakoś działa na polityków wszystkich ugrupowań i szczebli zawsze w ten sam sposób. Uzależnia, korumpuje, skłania do wykorzystywania w każdy możliwy sposób. Ach, jakiż by trzeba mieć charakter, żeby się temu oprzeć. Nie wiem, na ile to w ogóle możliwe. I jako przykład przytoczyć tu mogę słynny eksperyment Zimbardo (Stanford Prison Experiment), „często przywoływany jako ilustracja wpływu przypisanych ról społecznych na zachowanie jednostek” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanfordzki_eksperyment_wi%C4%99zienny). Ale oczywiście to tylko luźne skojarzenie podstarzałej psycholożki zafascynowanej psychologią społeczną już od pierwszego roku studiów.

Zaś moje młodsze koleżanki z katolickiej szkoły najwyraźniej jednak fascynuje polityka. Dużo więc było politycznych dyskusji, które mnie mocno zmęczyły, przed tymi wyborami. Ciężko znoszę takie klimaty. Żeby więc zamknąć pewne dyskusyjne wątki i już ich więcej nie roztrząsać, złożyłam nawet obietnicę, której dziś konsekwentnie dotrzymałam.

Ale tak naprawdę moje zmęczenie u progu końcoworocznego finiszu spowodowane jest zapewne nie tyle polityką, co nauczycielską codziennością. Mam w tym roku szkolnym więcej godzin do wypracowania niż kiedykolwiek dotąd. Pracuję na ponad półtora etatu, który na dodatek ma większy wymiar w jednej ze szkół niż w placówkach, zatrudniających mnie do tej pory. Ciągnę już w ostatnim okresie na absolutnych oparach.

Gdy pani dyrektor nowszej szkoły spytała ostatnio, czy w przyszłym roku podjęłabym się dodatkowo nauczania przedmiotu „Wychowanie zdrowotne” (w ilości 4 godzin tygodniowo), który ma zastąpić dotychczasowe „Wychowanie do życia w rodzinie”, to nie wahałam się z odmową ani chwili. Zresztą, najpewniej gdybym tego nie zrobiła, to weszłabym wkrótce w wyższy próg podatkowy i żadnej gratyfikacji pieniężnej z powodu zwiększonej ilości pracy i tak bym nie miała.

Ot, taka polityka finansowa. A nowy prezydent, którego bez żadnego przekonania dziś wybierałam, na pewno nie zrobi nic w kierunku, żeby to zmienić.