poniedziałek, 29 lipca 2024

ODROCZONA ŻAŁOBA

 

Sama sobie to chyba zafundowałam. Wielki, czarny dół, do którego zaczęłam zjazd już końcem roku szkolnego, żeby ostatecznie podczas wakacji zalec na jego dnie. To, że powróciła odroczona żałoba, akurat mnie nie zdziwiło. Jakoś do tej pory nie było szans na jej przeżycie do porządku. Poprzednie wakacje upłynęły mi na szoku połączonym z niedowierzaniem, albo nie, to była raczej kompletna niewiara w to, co się stało. Po wakacjach zaś rozpoczęłam intensywną pracę w obu nowych miejscach (no bo przecież początek drugiego roku w katolickiej szkole trudno uznać za zakończenie nowicjatu) i po prostu byłam na okrągło zajęta. A mój rozkład zajęć musiał jeszcze pomieścić ogarnięcie wszystkich domowych spraw, wcześniej ogarnianych  przez Andrzeja i wizyty w firmie, która po jego śmierci potrzebowała reorganizacji. Patrząc wstecz, aż trudno mi uwierzyć w to, że dałam radę.

Chyba powinnam być z siebie dumna. Ale przy dumie nawet nie stałam, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo temu wszystkiemu było daleko do perfekcji. Nowi ludzie, nowe placówki, nowe wyzwania - trochę mnie to przerosło... Czy jest w tym cokolwiek dziwnego, że ledwie wyrabiałam na zakręcie, próbując się jednocześnie zaadaptować i sprostać wszystkim wymaganiom? Głównie dotyczy to oczywiście codzienności szkolnej. Bo niby każda ze szkół pracuje według tych samych zasad, ale jednocześnie każda inaczej je rozumie i realizuje. Bez żadnych odstępstw w zakresie własnej koncepcji i bez miejsca choćby na najmniejszą kreatywność. Wszystko wyznaczają niezliczone, drobiazgowe przepisy wewnętrzne, procedury, zarządzenia, formularze, tabelki i protokoły. W każdej szkole inne.

Samo poznanie nowych obowiązków jest bardzo trudne. Wcale się nie dziwię, że moja siostra, rozpoczynając pracę w zawodzie nauczyciela, już następnego dnia po pierwszej konferencji chciała się zwolnić. Nikomu, kto nie miał do czynienia z oświatą, nawet się nie śniło, ile tam jest rozmaitych proceduralnych wymogów. Jednocześnie chyba to jedna z najbardziej zbiurokratyzowanych dziedzin z całego funkcjonującego obecnie systemu życia społecznego.

Tak więc, jakby nie było, narobiłam się w tym trudnym dla mnie roku szkolnym. Nic dziwnego, że jego końcem padałam już na przysłowiowy pysk. Wszystko inne zaś, co związku ze szkołą nie miało, odkładałam na czas wakacyjnego urlopu. Każdego dnia powiększała mi się więc lista spraw, które pilnie trzeba załatwić po rozpoczęciu wakacji. A najlepiej, żeby to oczywiście można było zrobić na wczoraj. Bo właściwie wszystko miało status pilniejszego od pilnego.

I to mnie właśnie przytłoczyło. Poczułam, że ta góra spraw do załatwienia mnie przygniotła. Zwłaszcza w połączeniu z odroczoną żałobą, która nadeszła z siłą tsunami wraz z rocznicą ostatniego pobytu męża w szpitalu i zbiegła się z zakończeniem roku szkolnego. To było najprawdziwsze psychiczne dobicie.  

Podłączył się pod nie strach, że sobie nie dam rady ze wszystkim, co podczas wakacji zrobić muszę. Każdego dnia narastał bardziej i bardziej, aż w końcu zupełnie mnie sparaliżował. A wówczas załatwienie najbłahszej nawet sprawy z mojej wakacyjnej listy zadań stało się misją przekraczającą ludzkie siły. To znaczy moje. No bo ten, kto nie doświadczył w swoim życiu depresji na pewno tego nie zrozumie. W takim stanie każda najprostsza czynność (na przykład wykonanie telefonu do jakiejkolwiek instytucji) jest wyzwaniem z gatunku wyprawy na Mont Everest. I podejmuje się ją jedynie w sytuacji, gdy już żadną miarą nie można tego przesunąć w czasie, odroczyć czy w jakikolwiek sposób od tego uciec.

Oczywiście nawet, gdy w końcu musimy się ze sprawą zmierzyć, to wszystko idzie i tak, jak krew z nosa, wydłuża się do granic możliwości, przeciąga, staje w miejscu lub, co u mnie było najczęstsze, działa według zasady: krok w przód, trzy do tyłu… Jednym słowem, przy maksymalnym wysiłku własnym, efektów i tak nie ma, lub są zupełnie niewspółmierne do poświęconego na tę czynność czasu. Zwłaszcza, że w 99 procentach schodzi nam on na... bicie się z myślami. To więc, że przez ostatni miesiąc udało mi w ogóle o czymkolwiek zadecydować, to i tak nieziemski sukces.

Przykład? Proszę bardzo – sprawa przedłużenia umowy na telefony służbowe, które są w naszym użyciu. Przymierzałam się do tego od początku roku, wreszcie oczywiście odłożyłam decyzje na wakacje. Do działania przystąpiłam zaś dopiero po przyparciu do muru przez Kacpra (od roku nowy członek naszej firmy:), z którym telefon ostatnio zupełnie przestał współpracować.

Tak, załatwiłam to w końcu, wyjścia innego nie było, ale sam proces zawierania (lub rozwiązywania) umowy (nie decydowania o nich, bo to zupełnie inna historia) trwał … 5 dni przy 4 numerach do przedłużenia! (po 1 telefonie dziennie + dzień dodatkowy na założenie internetowego konta, na którym mogłam bez pośrednika sprawdzić sobie sama wszystkie warianty podpisanego dokumentu po sto tysięcy razy!). Do dziś jeszcze mam rozkminki na temat: czy decyzje, które podjęłam w tym temacie były właściwe? I choć staram się tępić takie rozkminianie już w zarodku, to i tak, jeśli nie pozwalam sobie na nie w dzień, to myśli wracają w nocy, a wtedy już są praktycznie nie do upilnowania…

No to może jeszcze o tym, co było w sytuacji z telefonami najtrudniejsze, czyli o rezygnacji z czwartego numeru... Bo kiedyś należał on do Bartka i przez laty konieczność podjęcia decyzji o pozbyciu się go odczuwałam tak, jakbym czegoś moje zmarłe dziecko pozbawiała. Że to nieracjonalne? I cóż z tego, odczucia rządzą się swoimi prawami i o żadną racjonalność nie dbają. Ja zresztą też nie dbałam. Nawet jeśli to oznaczało ponoszenie zbędnych kosztów za telefon, którego przez cały ten czas od śmierci syna nikt nigdy nie używał.

Teraz zaś, w ósmym roku, gdy go z nami nie ma, względy finansowe zadecydowały o rezygnacji właściwie same. Po podliczeniu kosztów rat za nowe (i fajne - dzieci wybierały:) aparaty telefoniczne, dołączone do naszych 3 abonamentów, opłata za dodatkowy – niepotrzebny i nieużywany, już nie zmieściła się w budżecie. W ten właśnie sposób załatwiam teraz bieżące sprawy. Dobrze, że czasem decyzje decydują zupełnie samodzielnie:)...

Wiem, że narażam się tu na zarzut, że to wszystko jest nienormalne. Ale cóż mnie obchodzą jakieś normy, zaakceptowane przez ludzi, którym w życiu nie przytrafiło się nic takiego jak mnie? Czy ktoś z nich może chciałby mieć na koncie doświadczenie ze śmiercią własnego dziecka, żeby móc się wypowiadać na temat tego, co jest wówczas normalne? Nie sądzę…

Nie potrzeba mi nikogo, kto będzie osądzał mnie na podstawie tego, co sobie tu wypisuję w moim terapeutycznym blogu. To nie pomaga. Wszelka zaś inna wakacyjna pomoc jest na ten moment mile widziana. I to by było na tyle w temacie…