Miało być o czymś zupełnie innym. Ale niepodobna odciąć się od tego, co się wydarzyło w Polsce w ostatnich dniach. Jeszcze we mnie tyle emocji, tyle refleksji, które wciąż napędzają serce i głowę, zmuszając do przypatrywania się sprawom, w których stronę dawno już nie spoglądałam.
Gdy przeglądam dziś internet, to mam wrażenie, że o akcji Łatwoganga napisano już wszystko, co można było napisać i nie ma sensu tego powielać. Lecz to, co z nią związane wciąż we mnie żyje – rezonuje i odtwarza się na nowo.
Że byliśmy wczoraj świadkami historycznego wydarzenia, to fakt. Że pobito rekord Guinessa jeśli chodzi o wysokość zebranych pieniędzy podczas internetowego streamu charytatywnego, to zupełnie nieoczekiwane osiągnięcie. Że koleś działający jako influenser wespół w zespół z raperem zrobili dla dzieci chorych na raka znacznie więcej niż wszystkie czołowe sławy, politycy, czy celebryci razem wzięci, to po prostu niewiarygodna sytuacja. Bez rządowego wsparcia. Bez pieniędzy z państwowej kasy. Bez finansowego zaplecza jakiejkolwiek organizacji.
To jest to wszystko, o czym donosi internet. Ale we mnie dzieje się chyba jeszcze więcej.
Uruchomiły mi się takie obszary myślenia i zachowania, o których istnieniu w sobie nawet chyba nie wiedziałam. Już skala otwartości na nowe zaskoczyła mnie na maksa. To ona spowodowała, że wczorajszy dzień przesiedziałam prawie w całości przed komputerem, po raz pierwszy w życiu obserwując i wkręcając się w coś takiego jak internetowy stream, na dodatek prowadzony przez kogoś, kto na dobrą sprawę przy przychylnym układzie czasowym mógłby być moim wnukiem. I w tym czasie odkryłam, ile tak naprawdę łączy nasze pokolenia. Mimo różnic w języku, wyglądzie, sposobie bycia nagle w młodych ludziach zobaczyłam coś, co cechowało moją młodość – chęć naprawiania świata. Obdarowania dobrem tych, którzy ze względu na swoją życiową sytuację, nie mogą sami po nie sięgnąć.
I patrząc na świat przez pryzmat takiego celu nagle okazało się, że różnice w kwestii języka, wyglądu czy też sposobu bycia są zupełnie nieistotne. To tylko zewnętrzna otoczka dla tego, co w człowieku najważniejsze i co zawsze stanowiło jego istotę. I mimo swojego wieku, doświadczenia, funkcjonowania w zupełnie innych realiach, zaczęłam się nagle utożsamiać z tym, co głosi influenser (choć do tej pory nie miałam zbyt wysokiego mniemania o ludziach, którzy się tym parają), raper (tu z kolei zawsze żywiłam niechęć do wykrzykiwanych przez takich typów tekstów, naszpikowanych często przekleństwami czy też wulgaryzmami), gość wytatuowany w najprzeróżniejszych miejscach (to zaś przejaw mojego negatywnego stosunku do każdej z form okaleczania ciała). Bo mimo wszystko okazało się, że więcej nas łączy niż dzieli.
Czuje przecież te same emocje, co ludzie prowadzący streama – niepewność, radość, ekscytację… To połączenie na emocjonalnym poziomie, nie racjonalnym, bo absolutnie nie roszczę sobie prawa do tego, by od razu stwierdzić, że rozumiem świat młodych. Ale to mi nie przeszkadza. Najważniejsze wartości są wspólne i to w ich obronie dziś wystąpiliśmy ramię w ramię – cała społeczność po dwóch stronach ekranu, starzy z młodymi, znane osobistości z szaraczkami, takimi jak ja. Wzajemnie się wspierając.
I na tym polu przeżyłam największe zaskoczenie dla samej siebie. Bo czy mogłam się kiedyś spodziewać, że dla dobra sprawy, będę godzinami warować przy kompie, obserwując program, gdzie z punktu widzenia pokolenia wychowanego na kinie szybkiej akcji, nic się tak naprawdę nie dzieje? Że będę w internecie wyszukiwać informacje na tematy hip hopu i kultury tego zjawiska, poczynając od nowego dla mnie słowa „diss”? Że będę lajkowała wyświetlające mi się reklamy każdego studia tatuażu, które włączyło się w akcję Łatwoganga, „ozdabiając” skórę klientów kultowym już chyba wizerunkiem pary tłukącej maczugami raka (a właściwie kraba, bo to ten biedak niestety widnieje na tatuażowym wzorze)? Wygląda to nawet trochę tak, jakbym popierała przemoc wobec zwierząt w najczystszej postaci. Zwłaszcza w kontekście trudnej dla mnie do przyjęcia narracji walki.
Nie czułam się do tej pory komfortowo, gdy docierały do mnie historie o tym, że ktoś wygrał lub przegrał z chorobą nowotworową. Bo miałam wrażenie, że dodatkowo obarcza się chorego człowieka odpowiedzialnością za coś, na co przy raku raczej nie ma się żadnego wpływu. Choroba onkologiczna najczęściej rządzi się swoimi prawami i nie do końca potrafią je zmienić ludzkie działania. To czasem wygląda tak, jakby przypisać jednostce porażkę lub zwycięstwo w walce z tsunami czy też trąbą powietrzną. Burzyłam się na takie podsumowania, które gdzieś, jak dla mnie zahaczały o ocenę – czy to ludzkiej waleczności, czy to obranej strategii wojennej, czy może odporności na przeciwności życiowe.
Ale nigdy nie myślałam o tym w kontekście dzieci, chorujących na nowotwory. I dopiero akcja Łatwoganga mnie do takich przemyśleń zmusiła. Bo przecież dzieci nie kierują się takimi rozkminami jak my dorośli. One potrzebują w swoim życiu wiary w dobrze kończące się baśnie. I w magiczne możliwości bohaterów, którzy w imię dobrych zakończeń podejmują walkę ze złem. Bez względu na to, jakie będzie miało oblicze. Bohaterów, którzy dla obrony ich życia wezmą do ręki maczugę, kij bejsbolowy czy jakąkolwiek inną broń i będą walić nią w każdego zagrażającego stwora – niezależnie od tego, czy to krab, czy też rak stają się wizerunkiem choroby.
I zdaje mi się, że to dobrze, że dziecięcy bohaterowie mają dziś wygląd wielkich, łysych zakapiorów, wytatuowanych na każdym skrawku ciała. Takie typy są zwykle postrachem dla świata, budzą z jednej strony obawy, z drugiej respekt. Nawet w raku. Dają dzieciom nadzieję na ochronę przed każdym niewyobrażalnym złem. Na zwycięstwo w walce podjętej w ich imieniu. W czasie, gdy są najbardziej słabe i bezbronne.
Panowie, dobrze że jesteście. Chapeau bas Chłopaki. Z całego serca dziękuję. Nie tylko za to, co zrobiliście dla dzieciaków. Ale także za to, że dzięki Wam znów zakiełkowała we mnie potrzeba zmieniania świata. Niech sobie wzrasta. I staje się częścią Dobra, które właśnie zapoczątkowaliście.