środa, 29 kwietnia 2026

Chęć naprawiania świata - do poprawy

 

Miało być o czymś zupełnie innym. Ale niepodobna odciąć się od tego, co się wydarzyło w Polsce w ostatnich dniach. Jeszcze we mnie tyle emocji, tyle refleksji, które wciąż napędzają serce i głowę, zmuszając do przypatrywania się sprawom, w których stronę dawno już nie spoglądałam.

Gdy przeglądam dziś internet, to mam wrażenie, że o akcji Łatwoganga napisano już wszystko, co można było napisać i nie ma sensu tego powielać. Lecz to, co z nią związane wciąż we mnie żyje – rezonuje i odtwarza się na nowo.

Że byliśmy wczoraj świadkami historycznego wydarzenia, to fakt. Że pobito rekord Guinessa jeśli chodzi o wysokość zebranych pieniędzy podczas internetowego streamu charytatywnego, to zupełnie nieoczekiwane osiągnięcie. Że koleś działający jako influenser wespół w zespół z raperem zrobili dla dzieci chorych na raka znacznie więcej niż wszystkie czołowe sławy, politycy, czy celebryci razem wzięci, to po prostu niewiarygodna sytuacja. Bez rządowego wsparcia. Bez pieniędzy z państwowej kasy. Bez finansowego zaplecza jakiejkolwiek organizacji.

To jest to wszystko, o czym donosi internet. Ale we mnie dzieje się chyba jeszcze więcej.

Uruchomiły mi się takie obszary myślenia i zachowania, o których istnieniu w sobie nawet chyba nie wiedziałam. Już skala otwartości na nowe zaskoczyła mnie na maksa. To ona spowodowała, że wczorajszy dzień przesiedziałam prawie w całości przed komputerem, po raz pierwszy w życiu obserwując i wkręcając się w coś takiego jak internetowy stream, na dodatek prowadzony przez kogoś, kto na dobrą sprawę przy przychylnym układzie czasowym mógłby być moim wnukiem. I w tym czasie odkryłam, ile tak naprawdę łączy nasze pokolenia. Mimo różnic w języku, wyglądzie, sposobie bycia nagle w młodych ludziach zobaczyłam coś, co cechowało moją młodość – chęć naprawiania świata. Obdarowania dobrem tych, którzy ze względu na swoją życiową sytuację, nie mogą sami po nie sięgnąć.

I patrząc na świat przez pryzmat takiego celu nagle okazało się, że różnice w kwestii języka, wyglądu czy też sposobu bycia są zupełnie nieistotne. To tylko zewnętrzna otoczka dla tego, co w człowieku najważniejsze i co zawsze stanowiło jego istotę. I mimo swojego wieku, doświadczenia, funkcjonowania w zupełnie innych realiach, zaczęłam się nagle utożsamiać z tym, co głosi influenser (choć do tej pory nie miałam zbyt wysokiego mniemania o ludziach, którzy się tym parają), raper (tu z kolei zawsze żywiłam niechęć do wykrzykiwanych przez takich typów tekstów, naszpikowanych często przekleństwami czy też wulgaryzmami), gość wytatuowany w najprzeróżniejszych miejscach (to zaś przejaw mojego negatywnego stosunku do każdej z form okaleczania ciała). Bo mimo wszystko okazało się, że więcej nas łączy niż dzieli.

Czuje przecież te same emocje, co ludzie prowadzący streama – niepewność, radość, ekscytację… To połączenie na emocjonalnym poziomie, nie racjonalnym, bo absolutnie nie roszczę sobie prawa do tego, by od razu stwierdzić, że rozumiem świat młodych. Ale to mi nie przeszkadza. Najważniejsze wartości są wspólne i to w ich obronie dziś wystąpiliśmy ramię w ramię – cała społeczność po dwóch stronach ekranu, starzy z młodymi, znane osobistości z szaraczkami, takimi jak ja. Wzajemnie się wspierając.

I na tym polu przeżyłam największe zaskoczenie dla samej siebie. Bo czy mogłam się kiedyś spodziewać, że dla dobra sprawy, będę godzinami warować przy kompie, obserwując program, gdzie z punktu widzenia pokolenia wychowanego na kinie szybkiej akcji, nic się tak naprawdę nie dzieje? Że będę w internecie wyszukiwać informacje na tematy hip hopu i kultury tego zjawiska, poczynając od nowego dla mnie słowa „diss”? Że będę lajkowała wyświetlające mi się reklamy każdego studia tatuażu, które włączyło się w akcję Łatwoganga, „ozdabiając” skórę klientów kultowym już chyba wizerunkiem pary tłukącej maczugami raka (a właściwie kraba, bo to ten biedak niestety widnieje na tatuażowym wzorze)? Wygląda to nawet trochę tak, jakbym popierała przemoc wobec zwierząt w najczystszej postaci. Zwłaszcza w kontekście trudnej dla mnie do przyjęcia narracji walki.

Nie czułam się do tej pory komfortowo, gdy docierały do mnie historie o tym, że ktoś wygrał lub przegrał z chorobą nowotworową. Bo miałam wrażenie, że dodatkowo obarcza się chorego człowieka odpowiedzialnością za coś, na co przy raku raczej nie ma się żadnego wpływu. Choroba onkologiczna najczęściej rządzi się swoimi prawami i nie do końca potrafią je zmienić ludzkie działania. To czasem wygląda tak, jakby przypisać jednostce porażkę lub zwycięstwo w walce z tsunami czy też trąbą powietrzną. Burzyłam się na takie podsumowania, które gdzieś, jak dla mnie zahaczały o ocenę – czy to ludzkiej waleczności, czy to obranej strategii wojennej, czy może odporności na przeciwności życiowe.

Ale nigdy nie myślałam o tym w kontekście dzieci, chorujących na nowotwory. I dopiero akcja Łatwoganga mnie do takich przemyśleń zmusiła. Bo przecież dzieci nie kierują się takimi rozkminami jak my dorośli. One potrzebują w swoim życiu wiary w dobrze kończące się baśnie. I w magiczne możliwości bohaterów, którzy w imię dobrych zakończeń podejmują walkę ze złem. Bez względu na to, jakie będzie miało oblicze. Bohaterów, którzy dla obrony ich życia wezmą do ręki maczugę, kij bejsbolowy czy jakąkolwiek inną broń i będą walić nią w każdego zagrażającego stwora – niezależnie od tego, czy to krab, czy też rak stają się wizerunkiem choroby.

I zdaje mi się, że to dobrze, że dziecięcy bohaterowie mają dziś wygląd wielkich, łysych zakapiorów, wytatuowanych na każdym skrawku ciała. Takie typy są zwykle postrachem dla świata, budzą z jednej strony obawy, z drugiej respekt. Nawet w raku. Dają dzieciom nadzieję na ochronę przed każdym niewyobrażalnym złem. Na zwycięstwo w walce podjętej w ich imieniu. W czasie, gdy są najbardziej słabe i bezbronne.

Panowie, dobrze że jesteście. Chapeau bas Chłopaki. Z całego serca dziękuję. Nie tylko za to, co zrobiliście dla dzieciaków. Ale także za to, że dzięki Wam znów zakiełkowała we mnie potrzeba zmieniania świata. Niech sobie wzrasta. I staje się częścią Dobra, które właśnie zapoczątkowaliście.

środa, 22 kwietnia 2026

KOCI PSYCHOLOG - do poprawy

 

Dziesięć tygodni. Podczas weekendu obliczyłam, że tyle czasu muszę przetrwać, radząc sobie ze zintensyfikowanym wysiłkiem. No i cóż, mamy środek pierwszego (z tych dziesięciu), a ja już powoli wymiękam. 

Jestem bardzo zmęczona fizycznie, ale chyba jeszcze bardziej psychicznie. To tydzień podejmowania nie tylko nowych wyzwań, ale także decyzji, które powodują dużo zamętu emocjonalnego i generują wizję nowych rozstań.

A przecież jeszcze nie zdążyłam odpłakać rozstania się z Elą. Mimo że już w najbliższy weekend przypadnie miesięcznica jej śmierci. A to nie wszystkie utraty, które przyniósł ostatni miesiąc. Całkiem niedawno, dowiedziałam się, że zmarł Tito, a także uczeń klasy integracyjnej, której byłam wychowawczynią. A do tego na wieczny spoczynek odeszła nauczycielka szkoły masowej, w której dwa lata temu pracowałam na zastępstwie. Zresztą znałam ją już dużo wcześniej, lata temu spotkałyśmy się podczas prowadzenia zajęć w College’u.

Madzia, która uczestniczyła w jej pogrzebie, opowiadała mi potem o poruszających momentach w trakcie ceremonii. Największe wrażenie zrobił na mnie syn Zmarłej, który, nawiązując do ulubionego czworonoga mamy, odczytał nad jej trumną wiersz Wisławy Szymborskiej pod tytułem „Kot w pustym mieszkaniu”. Przypomniałam sobie o tym, gdy pierwszy raz po rehabilitacji stawiłam się do pracy w katolickiej szkole. I pomyślałam wówczas, że gdyby w tytule wiersza Szymborskiej słowo kot zamienić na psycholog, a mieszkanie na gabinet, to słowa poetki oddawałyby w pełni to, co teraz czuję. Tak jakby były właśnie dla mnie napisane.

„Umrzeć - tego nie robi się kotu.

Bo co ma począć kot

w pustym mieszkaniu.

Wdrapywać się na ściany.

Ocierać między meblami.

Nic niby tu nie zmienione,

a jednak pozamieniane.

Niby nie przesunięte,

a jednak porozsuwane.

I wieczorami lampa już nie świeci.”

A choć może wieczorową porą tych naszych wspólnych z Elą zajęć nie było zbyt wiele, to przecież przyjdzie taki moment na pewno, że przy następnych z nich boleśnie odczuję brak tego światła, o którym wspomina poetka. I będę wyrażać tęsknotę jej słowami:

„Coś się tu nie zaczyna

w swojej zwykłej porze.

Coś się tu nie odbywa

jak powinno.

Ktoś tutaj był i był,

a potem nagle zniknął

i uporczywie go nie ma.”

Ale może nawet nie ta pustka jest dla mnie najgorsza. Trudno przeżyć żałobę w miejscu, gdzie człowiek, który nagle odchodzi, natychmiast zostaje zastąpiony innym.

„Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.

Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,

także nie ta, co kładła.”

Miejsce Eli zajęła Agnieszka. W żaden sposób nie jest winna temu, co się wydarzyło.

- Nie możemy o tym myśleć w taki sposób, że Agnieszka jest z nami zamiast Elusi. To nowa koleżanka, która zaczyna pracę w naszym zespole – Krysia stara się jak zwykle jakoś ogarniać sytuację.

Tak, takie myślenie jest teraz najlepsze. Nowemu pracownikowi się pomaga, opiekuje się nim. Przynajmniej ja tak mam. A dodatkowo, ze względu na brak doświadczenia Agnieszki, zostałam o to poproszona przez dyrekcję. Trzeba wdrożyć nowego pedagoga do pracy w naszej szkole.

Tak więc znów przybyło mi obowiązków. A to zapoczątkowało proces zmian.

Nowe obowiązki są związane z przydzieleniem mi godzin nadliczbowych. W tym momencie to dla mnie kolejne obciążenie. Już teraz ledwie zipię ze zmęczenia.

Ale w przyszłym roku te godziny wejdą mi w etat w szkole katolickiej i go dopełnią. To będzie dla mnie istotna zmiana.

Na razie więc wszystkiego jest za dużo, ale jakoś postaram się wytrwać w tym przez te dziesięć tygodni do zakończenia obecnego roku szkolnego. Natomiast w przyszłym kontynuować tego niepodobna.

Musiałam podjąć trudne decyzje. I uznałam, że jeden etat w jednej placówce będzie dla mnie w zupełności wystarczający.

W następnym roku nie podejmę więc już pracy w drugiej szkole. Uprzedziłam dziś panią dyrektor, że złożę wypowiedzenie. Muszę odejść, choć to będzie oznaczało rozstanie z miejscem, które szczerze polubiłam.

Nade wszystko zaś tak trudno mi się żegnać z Małgosią. Kot znów zostanie pozbawiony towarzystwa kogoś, kto stał mu się bardzo bliski. Wszystko to dzieje się tak szybko, za szybko. Ale przecież ja, jak każdy kot, muszę dalej iść swoimi ścieżkami. Taki to koci los, nieprawdaż Pani Wisławo?


niedziela, 12 kwietnia 2026

ZAKOŃCZENIE REHABILITACJI

 

Powrót do szkoły zbliża się wielkimi krokami. Jutro lub pojutrze – ta różnica wynika z przyczyn ode mnie niezależnych, zasiądę znowu za naszym, nie tak dawno jeszcze wspólnym z Elą, biurkiem. I niestety bardzo się tego boję.

Nie chodzi w tym lęku tylko o Eliną nieobecność. Oprócz niej muszę się przygotować na obecność kogoś nowego. A jeszcze kompletnie nie czuję się na to gotowa.

No ale życie toczy się dalej i aby katolicka szkoła mogła w dalszym ciągu istnieć, to musi mieć zatrudnionego pedagoga. Oczywiście, że to rozumiem. Ale wyobrazić sobie tego na razie nie potrafię.

Bożenko, to na pewno będzie dla Ciebie trudny czas… Może się okaże, że nowy pedagog jest do wytrzymania – napisała dzisiaj Małgosia.

Myślę, że to miła osoba, po prostu okoliczności są niewyobrażalne – dzielę się swoimi odczuciami.

Przytulam Cię z całych sił – wspiera mnie Małgosia. Naprawdę mam szczęście do współpracowników.

I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na to liczyć w dalszym ciągu, przygotowując się do spotkania z następczynią Eli. Albo też, próbując o nim jak najdłużej nie myśleć. W końcu jakoś to będzie, bo być musi. Zrobiłam już w tej sprawie, co tylko mogłam.

Starałam się pomóc szczęściu do współpracowników na tyle, na ile się dało. Jestem wdzięczna pani dyrektor szkoły, że zaprosiła mnie do przeglądu podań o pracę naszych potencjalnych pedagogów. Wybrałyśmy najlepszą z ofert. Decyzja w sprawie nowego pedagoga zapadła. Choć dużo bym dała, żeby to jeszcze można było odwlec w czasie.

To znaczy jutro jeszcze niby mam (...) ostatnią rehabilitacje (tu [Ośrodek rehabilitacji leczniczej dziennej – przyp. aut] jest solidnie, więc odrabiamy Wielkanocny Poniedziałek), ale zobowiązałam się, że jeśli nowej pani pedagog uda się już zrobić badania [profilaktyczne – przyp. aut], to po zabiegach przyjdę, by ją wprowadzić w pracę – napisałam rankiem do Ani. Ale przecież profilaktyka czasami może potrwać dłużej. I to nie są złe życzenia dla nowej pani pedagog – nic się przecież nie stanie, jeśli zacznie pracować dzień później.

Jeszcze się trochę łudzę, że może jej się nie uda wyrobić z badaniami do jutra.

Nie mam co do niego wielkich oczekiwań. Marzę jedynie o tym, żeby jutrzejszy dzień, kończący rehabilitację, był jeszcze w miarę spokojny. Żebym mogła iść na luzie na rozluźniający kręgosłup masaż do pani Asi o cudownych dłoniach, na inne zabiegi, których efekty podobno uwidocznią się później (pole magnetyczne, prądy interferencyjne, krioterapię i ugul, zwany tu podwieszkami lub po prostu sznurkami), a po nich na świeże jagodzianki do piekarni po drodze do domu i na spacerek nad rzekę z Wafelkiem. Żebym po tym wszystkim nie musiała się z niczym mierzyć i niczemu stawiać czoła. Jeden dodatkowy dzień ze świętym spokojem – czy oczekuję za wiele?

Naprawdę nie wiem, kiedy upłynęły mi te wyczekiwane trzy tygodnie zwolnienia na rehabilitację. Ale w ciągu tego czasu tyle się wydarzyło, że właściwie nie było szans na obiecywane sobie odpoczynek i naładowanie akumulatorów. Choroba Eli, jej śmierć i pogrzeb zupełnie wytrąciły mnie z równowagi. Nawet Wielkanoc po tym wszystkim trudno mi było przeżyć w świątecznym nastroju.

Mam wrażenie, że wraz z Kacprem trochę podeszliśmy do niej z marszu. Bez przygotowań, większych starań i nakładów pracy. Za to z sernikiem i babką od Madzi, sałatkami, w których obecność jarzyn została zapewniona przez pęczek włoszczyzny i dekoracją wyjętą z kilku pudełek, będących aktualnie pod ręką. Czyli po linii najmniejszego oporu.

Ale żadnych braków nie odczuliśmy. Nie mieliśmy też specjalnych potrzeb. A nasze nakrycie stołu, uwiecznione na kilku fotkach i tak się spodobało.

Bożenko, ponownie oglądam Wasze świąteczne dekoracje. Oglądam i się zachwycam. Fotografie jak z najlepszych magazynów wnętrzarskich – chwali mnie Madzia.

Masz oko do aranżacji.

Dziękuję Ci bardzo, choć prawda jest taka, że czas, gdy miałam do tego serce i chęci już przeminął. Teraz wszystko jest takie trochę, aby było – odpowiadam ze szczerością.

Nasze obecne podejście do tradycji podsumował trafnie Kacper, który aż się zawstydził nieco, gdy przez wielkanocnym śniadaniem wypalił trochę bez przemyślenia:

- Nie wykładaj tyle jedzenia. Odwalimy to szybko…

No cóż, w ten sposób właśnie „odwaliliśmy” tegoroczną Wielkanoc.

A zwieńczenia tej wielkanocnej porażki dokonał Maciek, który wywlekł spomiędzy dekoracji na stole świątecznego baranka z ciasta i wyżarł mu cztery litery. Podsumowując, nie popisaliśmy się rodzinnie w sztuce świętowania.

Wielki to stanowi rozdźwięk z hasłami Beaty Pawlikowskiej, które przesłałam moim najbliższym po przebudzeniu w Święto Zmartwychwstania:

„Poranki są znów pełne najpiękniejszej muzyki świata, czyli śpiewu ptaków, brzozy ubrały się w zielone sukienki, rozkwitły magiczne magnolie. Znów wszystko jest możliwe! W te święta będę celebrować wszelką obfitość, jaka pojawiła się w moim życiu. Znajdę i podziękuję za wszystkie drobne i wielkie cuda, jakie się wydarzyły. Napełniam się wiosenną wdzięcznością, nadzieją i miłością. Świętuję nowy początek, nowe życie i nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”.

No cóż, może jeszcze te słowa będą miały okazję się ziścić, choć już po Wielkanocy. W końcu jest w nich świąteczna moc. Może jeszcze afirmacje pani Beaty zdołają zadziałać tej wiosny. Może spełnią się wywołane oczekiwania, pragnienia i marzenia. A do tego wszystkiego może nawet jeszcze pojawi się to wspomniane „nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”… No kto to wie?

środa, 8 kwietnia 2026

KWIECIEŃ - PLECIEŃ

 

Kwiecień plecień, bo przeplata – na szczęście na razie nie tyle zimę z latem, co dni słoneczne z bezsłonecznymi. Przy tym temperatury utrzymują się wciąż na bardzo niskim poziomie. Ale możliwe, że to i lepiej, bo w chłodzie przyroda wyraźnie zwolniła. I może dłużej będzie można cieszyć się tego roku rozkwitającymi krzewami i drzewami, wiosennymi kwiatami, kolorami wczesnej zieleni. Zawsze miałam wrażenie, że przy ostro przygrzewającym słonku te kwietniowe cuda przemijają omal na biegu. I jakoś było mi wtedy żal, że nie zdążyłam się tym wszystkim, co w kwietniu najpiękniejsze, wystarczająco nasycić…

Teraz więc w zasadzie nasycam się w odpowiednim tempie, ale z kolei trapi mnie coś innego. To, że moje ciało również wyraźnie zwolniło. Mimo zbliżania się do końca trzytygodniowej rehabilitacji jakoś nie może wystartować do przodu. Trudno mi nad nim zapanować. Co rusz odmawia posłuszeństwa.

A tyle sobie robiłam nadziei w związku z tą wiosną. Tak pięknie ją przywitałam – i to znów dzięki Madzi. Dostałam od niej fantastyczny prezent – bilet na koncert „Wiosna z Fryderykiem w Zamku Pszczyńskim”. Przeżycie to było ogromne, usłyszeć na żywo, jak Piotr Pawlak - półfinalista, a zarazem faworyt publiczności, zeszłorocznego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina wykonuje Chopinowskie Mazurki, Poloneza-Fantazję a także Koncert fortepianowy f-moll op. 21 przy współudziale Quartetu Mimesis i kontrabasisty NOSPR-u Jacka Burzyka. A do tego w takiej oprawie – pszczyńskie wnętrza (i zewnętrza) kocham całym sercem.

Dawno mnie w nich nie było. Ostatni raz miałam okazję odwiedzić Pszczynę jeszcze przed ciążą z Kacprem. Ale dla kilkuwiecznego zamku moja nieobecność to zapewne ledwie chwila. Nic się w nim w tym czasie nie zmieniło.

Znowu więc mogłam się tu poczuć niczym księżna i korzystałam z tego upojnego poczucia na maksa. Przechadzałam się razem z nim długimi korytarzami od komnaty do komnaty w magnackiej posiadłości. Zasiedliśmy wspólnie przy fortepianie mistrza w sali lustrzanej. I cieszyliśmy oczy rozkwitającymi pąkami magnolii na dziedzińcu.

A na Pszczyńskim Rynku Daisy i ja posiedziałyśmy chwilę na ławeczce w marcowym słonku. Wypiłyśmy kawę z dodatkiem ręcznie robionych czekoladek (kolejny prezent). I wraz z Madzią i jej Mamą cieszyłyśmy się wiosną, która właśnie pojawiła się na scenie. Jak widać więc, towarzystwo tego dnia miałam naprawdę wyśmienite.

I nie było nawet okazji żałować, że zrezygnowałam w ten weekend z wyjazdu do Swystowego Sadu i przywitania wiosny z Edytą i jej kobiecą grupą. Choć z tego, co widziałam na facebooku, to tam też działy się wspaniałe rzeczy. Szczególnie podobała mi się rolka z relacją jednej z uczestniczek. Podkładem muzycznym na niej był utwór „Jestem spełnieniem” Quantum Mentis. Jego słowa bardzo pięknie wpisują się w powitalne rytuały na zmianę pory roku:

„Stoję boso na progu świtu

W korze drzew mam swoje imię

Z rosą piję nowe życie

A lęk topnieje jak szron w dolinie.

To co było dziękuję puszczam

To co idzie witam śmiało

W moich dłoniach rośnie światło

w mojej piersi bije prawo”.

Na Youtube pod piosenką można znaleźć zakładkę "Informacje", gdzie zamieszczono taki wpis:

„Quantum Mentis to autorski projekt słowno-muzyczny, łączący duchowość, psychologię, słowiańską symbolikę i nowoczesne brzmienia. Piszę teksty, tworzę koncepcje i prompty muzyczne, w których słowo staje się narzędziem przekazu, wglądu, wzmocnienia i wewnętrznej przemiany. (…) Muzyka tworzona jest z wykorzystaniem narzędzia Suno AI zgodnie z warunkami licencji”.

To tylko taka ciekawostka. A może i znak czasów, w których sztuczna inteligencja zaczyna z powodzeniem zastępować prawdziwych wykonawców. Ale że robi to naprawdę dobrze w tym przypadku, to można w pełni przyklasnąć takiemu hymnowi na cześć wiosny. Szkoda tylko, że i on nie przyniósł mi wiosennego zrywu do życia, mimo wielokrotnego wysłuchania.

Ale może po prostu mój czas jeszcze nie nadszedł. Zgodnie z hasłem z kalendarza Beaty Pawlikowskiej, które przesłałam moim przyjaciołom, zdaje się, że powinnam teraz cierpliwie czekać.

„Bądź jak ziarno w żyznej ziemi, miej w sobie gotowość do nowego początku i rozpoczęcia nowego życia. Słońce poprowadzi Cię dalej” – takie hasło autorka zamieściła na przedostatni wtorek marca.

Tyle, że od tamtej pory minęły ponad dwa tygodnie i nic. Jakoś ta wiosna nie może się przebić przez śmierć Eli. Właśnie gdy próbowałam wykiełkować, to przyszedł do mojego życia przymrozek. Czy jestem nasionem wystarczająco odpornym, żeby to przetrwać? Czy to tylko spowolnienie wzrostu w zimnym kwietniu? Czy światło jeszcze mnie ożywi i poprowadzi dalej? I czy nadejdzie taki czas, gdy powiem o sobie, że jestem swoim spełnieniem?


Aneks z dnia 10.04.

A dziś w nocy całkiem realny przymrozek zniszczył kwiaty czereśni, nektaryny, jagody kamczackiej i agrestu. I już żadna pozytywna narracja w tej sytuacji nie pomoże. Można tylko się pocieszać tym, że kwitnienie dopiero się zaczęło, więc być może drzewa i krzewy jeszcze się pozbierają i wytworzą owoce z późniejszego zakwitu. Ale gwarancji żadnej nie ma. Dokładnie tak, jak to jest u ludzi...

środa, 1 kwietnia 2026

ROZWAŻANIA WIELKOPOSTNE

 

Trudno byłoby narzekać na wiosenną odsłonę tegorocznego marca. Pogoda zepsuła się dopiero nazajutrz po śmierci Eli. I taki stan trwa do dziś.

Najpierw nawet się ucieszyłam z dwudniowego deszczu. Ziemia wygrzana po zimie słonkiem była już bardzo sucha. I choć wiosenne kwiaty korzystały z niego na maksa, to dopiero pierwsze opady sprawiły, że wszystko wokół zaczęło się zielenić na biegu. Z kolei niskie temperatury, które nadeszły po deszczu, spowodowały, że okres wegetacyjny znacznie przyhamował. Zrobiło się naprawdę zimno.

Czy więc jest coś dziwnego w tym, że nie udało mi się uchronić przed przeziębieniem? W dzień pogrzebu Eli przewiało mnie na wylot. Ale na zupełnie innym cmentarzu niż ten, na którym została pochowana moja przyjaciółka.

Poranny udział w Drodze Krzyżowej na terenie obozu Auschwitz-Birkenau zaproponowała mi nieoceniona Madzia. Wydarzenie było częścią Rekolekcji Wielkopostnych w CDiM w Oświęcimiu, w których corocznie bierze udział Madzina ciocia Iza. Tegoroczne odbywały się pod hasłem „Droga do pokoju to Droga Krzyżowa”.

"Życie miłością w napiętych sytuacjach wymaga odwagi i gotowości do poświęceń. Bez ofiarnej miłości nie ma pokoju. (...) Jezus kochał, cierpiał i został zabity. Ale nie przegrał. Zwyciężył" – czytamy na stronie organizatorów wydarzenia.

Madzia uczestniczyła już w nim w zeszłym roku. Zrobiło to na niej ogromne wrażenie.

- Wiesz, udział w całych rekolekcjach to dla mnie jakby za dużo. Już ta Droga Krzyżowa jest niesamowitym przeżyciem.

Rozumiem ją, bo sama bym się też nie pisała na całość. To mogłoby mnie po prostu przeróść. Już samo miejsce z taką historią jest wystarczającym powodem do obaw o granice swojej wytrzymałości na empatyzowanie z ofiarami kaźni.

Byłam w Auschwitz wcześniej zaledwie dwa razy w życiu, ale za każdym razem prawie to odchorowałam.

Pierwszy raz w zaawansowanej ciąży z Kacprem. Jako wychowawczyni terapeutycznej klasy ósmej, która miała w programie zwiedzanie obozu. Mimo że prosiłam, by ze względu na złe samopoczucie ktoś inny się tym zajął. Usłyszałam jednak wówczas, że nie ma nikogo, kto mógłby mnie zastąpić.

Drugi raz był po śmierci Andrzeja. Sąsiadka Bożenka namówiła mnie na uczestnictwo w pielgrzymce z okazji 82 rocznicy śmierci o. Maksymiliana Kolbego. Do obozu mieliśmy przejść z podoświecimskich Harmęż, gdzie przy klasztorze franciszkanów znajduje się centrum poświęcone postaci Świętego. Myślałam, że jak zwykle w pielgrzymce, bardziej uciążliwa będzie dla mnie fizyczna strona przedsięwzięcia niż udział w Mszy Świętej na terenie Auschwitz. I być może tak by się stało, gdyby nie oprawa całego wydarzenia.

By uniknąć zaskoczenia, powinnam była wcześniej przeczytać jego opis w internecie.

Główne wydarzenie poprzedzi nabożeństwo "Transitus" w Centrum św. Maksymiliana w podoświęcimskich Harmężach. Wierni wysłuchają opisu męczeńskiej śmierci zakonnika, powstałego na podstawie dokumentów, zeznań i świadectw. Odczytany zostanie też jedyny list, który Maksymilian wysłał z obozu do matki. Z Harmęż, po nabożeństwie, wyruszy do byłego obozu franciszkańska pielgrzymka z relikwiami św. Maksymiliana.

Na miejsce celebry wierni przyjdą w dwóch pielgrzymkach - z Harmęż i z kościoła św. Maksymiliana w Oświęcimiu. Spotkają się przed historyczną bramą „Arbeit mach frei” i wspólnie przejdą poobozowymi alejami na miejsce odprawienia mszy św. Duchowni oraz świeccy złożą wieńce na placu apelowym – miejscu, gdzie ojciec Kolbe zgłosił gotowość pójścia na śmierć za innego więźnia, pod Ścianą Śmierci, przed którą w czasie istnienia obozu Niemcy rozstrzelali wiele tysięcy osób, głównie Polaków, a także w celi śmierci franciszkanina, w podziemiach bloku 11.

Ołtarz zostanie ustawiony obok wejścia do bloku 11 nazywanego Blokiem Śmierci” (https://dzieje.pl/dziedzictwo-kulturowe/uroczystosci-w-82-rocznice-smierci-o-maksymiliana-kolbego).

Już samo nabożeństwo „Transitus” zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Organizatorzy dołożyli starań, by opowieść o obozowym życiu Świętego była jak najbardziej realistyczna. W jej tle umieszczono podkład dźwiękowy, na którym słychać było prawdziwe życie obozu. Niemieckie krzyki halt, halt”, mieszające się z ujadaniem wściekłych owczarków, sprawiły, że wczułam się całkowicie w rolę obozowego więźnia.

To było straszne doświadczenie, z którego ochłonęłam dopiero na trasie wędrówki. Świeże powietrze i odkładające się w nogach kilometry dobrze mi zrobiły. Nawet wejście między baraki obozu zniosłam dosyć dzielnie, bo wcześniej się na to wewnętrznie przygotowałam. I wówczas, gdy uwierzyłam, że najgorsze już za mną, rozpoczęła się Msza Święta.

Tutaj znów odwołam się do opisu wydarzenia w internecie.

Po raz 14. w uroczystościach poświęconych ojcu Kolbe wziął udział arcybiskup Bambergu Ludwig Schick, który nawiązał do współczesnych wydarzeń. (...) Święty Maksymilian Kolbe wie, czym jest wojna i co znaczy wojna dla ludzi, dlatego ostrzega nas dzisiaj, w 2023 roku, zwłaszcza tych odpowiedzialnych politycznie, abyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, aby wkrótce na Ukrainie został przywrócony sprawiedliwy pokój, aby tamtejsza ludzkość nie musiała już cierpieć, a uchodźcy mogli wrócić do ojczyzny – mówił Ludwig Schick” (https://www.auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/82-rocznica-smierci-o-maksymiliana-kolbe,2427.html).

Tyle, że mówił to po niemiecku! I gdy między obozowymi barakami padły pierwsze słowa w tym języku, to nogi się pode mną ugięły, bo moje ciało oczekiwało już tylko na „halt, halt” i wściekłe ujadanie owczarków. No szanowny Arcybiskupie, tego się w takim miejscu ludziom nie robi. Czy nie byłoby lepiej, żeby Pańskie przesłanie przeczytał tłumacz, skoro i tak Pan korzystał z jego usług w trakcie swojego wystąpienia? Przecież wystarczyłaby jedynie obecność tak znamienitego gościa i może po prostu zwykłe „dzień dobry” po polsku. Zakładam, że po wzięciu udziału 14 razy tylko w tego typu uroczystościach, miał Pan okazję ten zwrot przyswoić nawet przy dużej trudności w opanowaniu naszego języka.

I mając w pamięci tamto doświadczenie, trochę się spinam, gdy Madzia zapowiada, że Drogę Krzyżową w Auschwitz-Birkenau będzie prowadzić niemiecki duchowny.

Ale ksiądz Manfred Deselaers okazuje się osobą z ogromnym wyczuciem. Szczęściem mówi do nas po polsku i to nie ma najmniejszego znaczenia, w jaki sposób. Nikt nie oczekuje perfekcji, a jedynie dobrej woli.

Ta Droga Krzyżowa z księdzem Manfredem i kilkunastoosobową grupką pielgrzymów w pochmurny i zimny marcowy poranek zostanie mi więc w pamięci na długo. Trasa poprzez najmroczniejsze przystanki obozowego piekła. I budynek, w którym miałam okazję przeczytać rozważania stacji jedenastej – z wystawą zdjęć, przywiezionych z sobą przez więźniów do Auschwitz. Tam właśnie śmierć przybrała oblicza konkretnych ludzi.

Ale czułam ją także podczas przemierzania ogromnego pustego cmentarzyska, naznaczonego wspólnymi, bezimiennymi grobami tylu istnień ludzkich. Na świeżo zazielenionej trawie z zakwitłymi fiołkami i zawilcami, skąd widać sarny, biegające po pobliskich łąkach za ogrodzeniem obozu. Między drzewami, na których ptaki nawołują się już do wiosennych godów najpiękniejszymi trelami.

Bo życie, jak zwykle, powoli przesłania widmo śmierci. Zmartwychwstaje. I to chyba dla mnie najmocniejsze przesłanie przed zbliżającą się Wielkanocą.


P.s. Po powrocie Madzia pożyczyła mi książkę o księdzu Manfredzie. Gdy ją przeczytam, to być może pojawi się on w którymś z kolejnych wpisów na blogu.