niedziela, 26 stycznia 2020

O ŻAŁOBIE PO ŚMIERCI DZIECKA - JAKO MATKA I PRZYSZŁY PSYCHOLOG



Ostatnie zajęcia na studiach w tym semestrze należą do modułu Psychologia zdrowia i choroby. Na ćwiczeniach zajmujemy się głównie tym drugim zagadnieniem. Żeby je zaliczyć muszę udać się do szpitala klinicznego w Zabrzu. W białym fartuchu wyjeżdżam wraz ze swoją grupą na oddział dziecięcy. I wszystko tu ma dla mnie ciężki kaliber. W bezpośredni sposób muszę dotknąć historii, z którymi do tej pory mogłam głównie zapoznać się „na odległość’ na przykład na stronie „Się pomaga”. Ciężko tu oddychać szpitalną atmosferą, która jest koncentratem bólu, rozpaczy i tak mocno w tym zakleszczonej nadziei, że prawie uduszonej. Jak się okazuje, niektórzy pacjenci (przykładowo czekający na przeszczep)  muszą sobie radzić z funkcjonowaniem w takich warunkach czasem nawet dwa lata.
Nade wszystko zaś ciężko mi nosić na sobie biały fartuch mojego zmarłego Syna. To trochę tak, jakbym przywdziała się w jego marzenia o przyszłej pracy w którejś z takich placówek. Bartek wybrał ten niesamowicie trudny zawód i nie mogę o tym przestać myśleć, ubrana w jego lekarski fartuch, który w gotowości i wyprasowaniu od czterech lat cichutko czekał w garderobie na użycie.

Nie, nie byłam w stanie przez ten czas wyrzucić niczego, co należało do Bartka. Czułabym się wtedy tak, jakbym pozbywała się jakiejś cząstki jego samego, związanej z uczuciami czy też przekonaniami, dotyczącymi tego przedmiotu – może się cieszył, że go dostał/zdobył/zakupił, może wyjątkowo dbał o niego i uważał za cenny, może przykładał wielką wagę do łączącej się z nim historii... Nie mogę teraz uczynić tego bezwartościowym.
Nie mam za to żadnych problemów z rozdawaniem tych rzeczy ludziom, o których wiem, że im się to przyda. Niech to, co zostało po Bartku, ma swoje drugie życie. Widzę, że jako rodzina jesteśmy w tym zgodni. Z tego powodu też staramy się używać jego rzeczy - wszystkiego, czego się da, w naszej rodzinnej codzienności. Na początku towarzyszą nam często uczucia takie, jak w przypadku fartucha. Z czasem jednak te rzeczy stają się już tak samo „nasze”, jak i Bartkowe. To jedyne zmiany, na które jestem na razie gotowa pozwolić.
I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że moja żałoba trwa zbyt długo, lub że przeżywam ją w innym trybie niż by należało, to natychmiast zakończę taki kontakt. Nie godzę się na mieszanie kogokolwiek w to, co odczuwam i co mam prawo odczuwać na swój własny sposób. Mierżą mnie te psychologiczne wymysły na temat żałoby, wypisywane przez ludzi, którzy nigdy nie mierzyli się ze stratą własnego dziecka. Mierzi mnie roszczenie sobie prawa do mówienia takim ludziom jak ja, co mamy czuć, tylko dlatego, że można przy tym pomachać dyplomem psychologa.








Nie wiem, jak można wrzucać wszystkie procesy żałoby do jednego worka i wymyślać dla nich jakieś prawidła bez względu na okoliczności. Straciłam już wcześniej kolejno rodziców i swoje nienarodzone dziecko, umierali ludzie, którzy byli mi bliscy. Ale niczego nawet w najmniejszej cząsteczce nie mogę porównać do tego, co przeżywam obecnie. Jeśli każda żałoba ma tak diametralnie różny obraz u jednego tylko człowieka, to jak porównać ten stan u wszystkich nim doświadczonych? Dlatego prosiłabym psychologów, którzy wszystko rozumieją, by dali spokój takim osobom jak ja. Bo nie rozumieją. A my, jeśli będziemy potrzebowali ich pomocy, to wiemy, gdzie jej szukać.
Niech nikt nam na siłę nie próbuje pomagać. Bądźcie przy nas, zwyczajnie jak ludzie, którzy samą obecnością w takim czasie dają pewność, że będą wsparciem, gdy tylko tego zechcemy. Pewnie po nie sięgniemy, gdy do żałoby podłączy się jakieś inne zaburzenie, o co łatwo w takim okresie. Tak, depresja lub jakiekolwiek problemy somatyczne, uzależnienia, zaburzenia odżywiania czy też ostre objawy stresu pourazowego (PTSD) to na pewno powody uprawniające do proponowania leczenia. Mimo częstego związku z żałobą nie należą do jej składowych części. Ona jest naszym żalem po stracie. I w tym względzie  nie można jej nadać ram czasowych.
Nie umniejszajcie więc naszej stracie, mówiąc, że już pora żyć „normalnie”. Nikt z nas nie wie, kiedy jest ta pora i nawet, czy ona kiedyś przyjdzie. Dajcie nam czas, byśmy sami mogli poczuć zachodzące w nas zmiany i gotowość do tego, by przełożyć je na zmiany, które z zewnątrz zobaczycie w naszym życiu. Nie traumatyzujcie nas wtórnie, sugerując, ze coś z nami jest nie tak, jeśli nie poradziliśmy sobie w takim okresie i tak modelowo, jak inne podobne (czy raczej niepodobne, bo związane z innym rodzajem straty) przypadki. Jeśli chcecie nas zachęcić do podjęcia nowej aktywności lub zmiany starej, to spróbujcie nam w tym towarzyszyć. Czasem po prostu trudno znaleźć siły, by coś samemu zapoczątkować. Z naszego punktu widzenia, życie jakie teraz prowadzimy, to normalność po stracie.

Już trzeci rok z kolei na studiach psychologicznych mam okazję słuchać tego, co najrozmaitsi psychologowie wymyślili na temat żałoby. I uznałam, że wreszcie nadszedł czas, by zabrać głos w tej sprawie. „Patologiczna żałoba”  – jak można w ogóle posługiwać się takim pojęciem (równolegle do "przedłużona żałoba")? Czy nie jest czasami tak, że względu na negatywną ocenę społeczną, niektórzy ludzie nie mogą skończyć procesu, który jest naturalny po śmierci bliskiej osoby, za wszelką cenę starając się żyć jak inni - ci bez straty? A przecież jego przerwanie to zwiększenie prawdopodobieństwa wystąpienia najróżniejszych zaburzeń w dalszym życiu.
Wykreślmy określenie „patologiczna żałoba” ze słownika pojęć psychologicznych. Jeśli ktoś sobie nie radzi z funkcjonowaniem po śmierci osoby najbliższej, to zwyczajnie po ludzku się o niego zatroszczmy. Spróbujmy mu najpierw dać wsparcie w postaci ciepła i opieki, zanim dołożymy mu „pomocną” psychologiczną teorią i etykietą patologii. Wesprzyjmy jego nadwątlone siły w tym okresie lub ich brak, naszymi.

W przypadku dużej dezorganizacji, która nie zmniejsza się z czasem, oczywiście można spróbować zastosowania technik interwencji kryzysowej, gdyż jest możliwość, że to już chroniczny kryzys. Postarajmy się wtedy przede wszystkim zorientować, czy osoba w długiej żałobie ma jakieś źródła wsparcia i ewentualnie, czy można je protezować instytucjonalnie lub poprzez włączenie w działające w środowisku grupy społeczne. Ważnym celem interwenta na tym etapie może być także diagnoza w kierunku zaburzeń okołożałobowych, zwłaszcza zwrócenie uwagi na to, czy stan diagnozowanej osoby nie jest związany z depresją, która, jak się wydaje, bardzo często rozwija się po ciężko przeżywanej utracie. Ale jeśli ktoś nie życzy sobie interwencji, to po prostu przy nim trwajmy. Obecność z uważnością na uczucia i potrzeby osoby pogrążonej w żałobie wydaje się być największym darem, jaki można jej dać. Zdaję sobie sprawę, ile w takiej sytuacji trzeba wysiłku i cierpliwości. Ale do tego nie trzeba przecież być psychologiem.

Za rok słuchacze mojej grupy na SWPS – ie zdobędą uprawnienia do pracy psychologicznej. Chciałabym, by pracując z takimi osobami jak ja, nie popełnili błędów, które zaowocują zerwaniem kontaktu z klientem, gdy w dobrej wierze oprą się na funkcjonujących w psychologii teoriach. Dlatego jako studentka tego kierunku zabieram głos w tematach dotyczących żałoby, choć normalnie nie mam takiej potrzeby, by akcentować swą obecność w grupie i dzielić się z nią każdą swoją myślą. I dlatego też  na ostatnich w tym semestrze zajęciach z Interwencji kryzysowej wyraziłam swój sprzeciw wobec założeń teorii wzrostu potraumatycznego.
Według niej „Doświadczenie traumatycznych wydarzeń, oprócz negatywnych konsekwencji, może wiązać się również z występowaniem pozytywnych następstw” ( N. Ogińska – Bulik, 2017).
W tym samym artykule w następnym zdaniu można przeczytać, że potraumatyczny wzrost (PTG) „odnosi się do występowania pozytywnych zmian w zakresie percepcji siebie, relacji z innymi i zmian w filozofii i życiowej.” http://www.czasopismopsychologiczne.pl/files/articles/2017-23-radzenie-sobie-ze-strat-dziecka-a-wystpowanie-pozytywnych-zmian-potraumatycznych.pdf
Celowo przywołuję tutaj tekst Niny Ogińskiej – Bulik, gdyż prowadziła ona badania wśród osób, które mierzą się z taką traumą, jak strata dziecka. Jest to chyba jedno z nielicznych takich przedsięwzięć, gdyż, jak się wydaje, trudności z nim związane mogą pojawić się już na etapie wyłonienia i skłonienia do współpracy tego typu grupy badawczej.
Wyniki badań były dla mnie zaskakujące:  „Wszystkie badane osoby przyznały, że doświadczyły pozytywnych zmian w związku z zaistniałą sytuacją, ale w różnym stopniu”. Czy więc tylko ja jestem takim odmieńcem, który nie znajduje żadnych pozytywnych następstw śmierci dziecka? I czy w wyniku tego stwierdzenia spotkam się z oceną dotyczącą braku odpowiednich zasobów?


Owszem, zmieniam się, może i czasem są to zmiany na lepsze, ale czy mają one swoje źródło w traumie, którą przeżyłam? Nie sądzę. Każdy człowiek z upływem czasu dojrzewa, o ile nic nie zakłóca jego rozwoju. Nie potrzeba do tego żadnej traumy, wprost przeciwnie, ona może ten proces hamować. A w każdej dojrzałości na pewno można doszukać się pozytywów. Te cztery lata po śmierci Bartka nie były przecież pozbawione doświadczeń, które mnie kształtowały. Kto może wiedzieć, jak wyglądałby mój rozwój, gdybym nie przeżyła traumy?


Poza tym wydaje mi się, że analizując zjawisko wzrostu potraumatycznego należy porównywać swój stan obecny do tego sprzed wystąpienia zdarzenia krytycznego. Jakie więc na tym tle pozytywne następstwa śmierci swojego dziecka mogę zauważyć? Żadnych! Ponad cztery lata temu widziałam siebie jako osobę z perspektywami na przyszłość i patrzyłam w nią optymistycznie, byłam otoczona rodziną i przyjaciółmi, co zawsze stanowiło dla mnie źródło radości i szczęścia. Zmian, jakie od tego czasu zaszły, nie nazwałabym pozytywnymi w żadnym z zakresów, wymienionych w artykule N. Ogińskiej - Bulik. Teoria wzrostu potraumatycznego w mojej sytuacji zdaje mi się takim szukaniem pozytywów na siłę.



Poza tym widzę tutaj pewne niebezpieczeństwo, które ujawniło się na zajęciach przetransponowaniem teoretycznych założeń na potoczne, znajomo brzmiące powiedzonko: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. I to budzi mój największy sprzeciw. Otóż nie! Są sytuacje, które nijak na dobre nie wyjdą. Śmierć dziecka jest na pewno jedną z nich. Oczywiście dopuszczam tutaj przypuszczenie, że w jakimś innym rodzaju traumy wzrost potraumatyczny może następować, nie przeżyłam czegoś takiego, więc nie wiem. Ale drodzy psycholodzy, nie spodziewajcie się go w życiu „osieroconych” rodziców (choć może jakieś wyjątki rzeczywiście gdzieś są). To w ich imieniu zwracam się dzisiaj do Was. Z własnej czteroletniej perspektywy po zdarzeniu traumatycznym. Choć nie wykluczam, że za jakiś czas ona się może zmienić...
Myślę, że w psychologii zakorzeniło się sporo schematów myślenia dotyczących żałoby. I że nie trzeba się zgadzać na wtłoczenie w którykolwiek z nich. Na szczęście pojawiają się nieśmiało nowe trendy. „Odchodzi się też od rozumienia, że zakończeniem procesu żałoby jest pozwolenie osobie zmarłej na odejście z życia, ale przeciwne koniecznym staje się zbudowanie ponownej relacji z osobą zmarłą, która może nam służyć ukojeniem w trudnych momentach życia”, jak pisze w swym artykule „Współczesne rozumienie żałoby” Justyna Koniczuk - Kleja - psycholog kliniczny, certyfikowany psychoonkolog, psychoterapeuta  (internet, Wydarzenia - rozumienie żałobyżałoba - Luty 8, 2018)

Trzeba zacząć o tym mówić, choćby po to, by dać psychologom szerszy pogląd na sprawę, niż to jest w dotychczasowej literaturze przedmiotu oraz szansę na adekwatną reakcję w kontakcie z osobą, będącą w trudnym i długim! procesie po utracie kogoś szczególnie bliskiego. Wydaje mi się, że jak się zdejmie z takiego człowieka choćby presję czasu, groźbę „patologicznej” żałoby, ocenę odmawiającą zasobów i wymaganie wzrostu w wyniku traumy, to już to będzie wielkim odbarczeniem.

Nie napisałam tu niczego odkrywczego, same oczywistości, które warto sobie po prostu czasem przypomnieć. 
Jako psychologowie nie uzyskamy nigdy pełnego wglądu w stan psychiczny osób po traumie, która często jest związana z utratą dziecka. Nie stawiajmy się więc w roli omnipotentnego eksperta od życia innych ludzi, słuchajmy ich ze zrozumieniem, by, ucząc się od nich,  rozwijać siebie. Tylko wtedy będziemy takimi psychologami, jakich każdy staumatyzowany klient w żałobie i osierocony rodzic życzyłby sobie spotkać na swojej drodze.

P.s. W tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy przy mnie wytrwali przez ostatnie cztery lata. Trudno mi je sobie wyobrazić bez Waszej Obecności...
🍀
*Zdjęcia w Krakowie na Zakrzówku zrobiła Wiki

























sobota, 25 stycznia 2020

CYPR - POŻEGNANIE PAFOS - W Górach Troodos: cedry i Monastyr Kykkos



Wnętrze Cypru to zupełnie inna bajka niż zorganizowane pod turystów wybrzeże. Może dlatego właśnie tak nas urzeka. Jedziemy w głąb wyspy i jesteśmy sami - sami na drodze, sami w górach, sami ze sobą. I ciesząc się taką błogą atmosferą z każdą popołudniową chwilą tego dnia przybliżamy się do Monastyru Kykkos, który jest absolutnym numerem jeden dla pielgrzymów na cypryjskiej liście.

Lecz nie bylibyśmy oczywiście sobą, gdybyśmy niespodziewanie nie zboczyli z tej jasno wytyczonej drogi. No cóż, czy mogliśmy dokonać innego wyboru, gdy zobaczyliśmy na poboczu brązowe tabliczki informacyjne z napisem CEDAR VALLEY? Nie, takiego miejsca absolutnie nie można było pominąć.
















Bo tak naprawdę, wyjechaliśmy tym razem z domu między innymi dla cedrów. Oczywiście o tych cypryjskich nie mieliśmy do tej pory zielonego pojęcia, ale tak szczerze mówiąc, to nie Wyspa Afrodyty (Kotów) miała być gwiazdą obecnej podroży. Na Cypr przyjechaliśmy tylko niejako “po drodze” do Libanu, który stanowił dla nas wyjątkowo pożądany cel podróży. Mój mąż, chcąc zorganizować atrakcyjną wycieczkę w okolicy moich urodzin, doszukał się bowiem połączenia tanimi liniami do Bejrutu, ale trasa ta jest obsługiwana wyłącznie z lotniska w Pafos. Tak więc, niestety potraktowaliśmy to miasto trochę krzywdząco, jak przystanek przesiadkowy, który miał nas przybliżyć do wymarzonych miejsc w Libanie. To tam właśnie, w Dolinie Bożych Cedrów zamierzaliśmy oglądać te zachwycające, majestatyczne drzewa.

Tymczasem one, jak gdyby nigdy nic, wyrosły sobie na przystanku Cypr i do tego właśnie jakby na naszej drodze - zaledwie przysłowiowy rzut beretem od Kykkos. No cóż, nic podczas tego wyjazdu nie zgadzało się z moimi oczekiwaniami, wszystko było wielkim zaskoczeniem. I daj Boże, żeby mnie dalsze życie zawsze tak pozytywnie zaskakiwało jak podczas tych paru dni na Cyprze.

Zgodnie z informacjami ze strony https://www.cypruswalksetc.com/cedar-valley-walk.html: Cedar Valley jest domem dla cedru cypryjskiego, endemicznego podgatunku cedru, który liczy około 130000 drzew. Dolina znajduje się głęboko w Lesie Pafos, między wioskami Lysos na zachodzie, Pano Panagia na południu, Kampos i Trakkistra na wschodzie oraz Pyrgos i Pomos na północy. Obszar piknikowy Cedar Valley znajduje się na wysokości około 1150 m” (tłumacz google)


To nasze pierwsze spotkanie z cedrami, jestem zachwycona i podekscytowana. Mam ochotę bliżej przyjrzeć się każdemu ze 130000 okazów. A tymczasem słońce niebezpiecznie zaczyna przechylać się ku zachodowi. Wakacje w listopadzie są cudowną odskocznią od polskiej jesiennej szarugi, ale mimo wszystko łączą się z tym, że dzień jest stanowczo za krótki. W nienasyceniu odjeżdżam z Cedrowej Doliny do Kykkos.



Na szczęście Monastyr mi wynagradza wszelkie smutki rozstania z biblijnymi królami wśród drzew. Jest rzeczywiście imponujący, przepięknie dopracowany w szczegółach i tuż przed zapadnięciem zmroku w listopadzie wyciszony, wręcz rozmodlony. Udaje nam się zahaczyć o ortodoksyjne nabożeństwo i bez towarzystwa tłumu turystów pomedytować trochę na pustych krużgankach. Ale coś za coś - muzeum ikon jest już zamknięte o takiej porze - szkoda, bo pewnie bardzo by zainteresowało męża. Ze względów zdrowotnych musiał odpuścić sobie dalsze kształcenie na kursie ikonopisania, ale miłość pozostała... 

















Po raz kolejny więc w tej podróży muszę powtórzyć magiczne zaklęcie: “następnym razem...” Bo już wiem, że będę o to zabiegać. Dla Cypru na wyłączność w podróży - już nigdy w myślach nie zredukuję go do punktu przesiadkowego w Pafos.


W naszej niedawno rozpoczętej karierze stałych użytkowników tanich linii to pierwsza podróż ”składana” z kilku odcinków. Tak bardzo się skupiliśmy na jednym, że do zwiedzania Cypru nie byliśmy przygotowani wcale. Na miejscu naprędce próbujemy to jakoś nieudolnie nadrobić.


Dysponujemy wypożyczonym z zaprzyjaźnionej biblioteki przewodnikiem o Cyprze  Roberta Bulmera. Jest to pozycja stara jak świat, ale ma też niewątpliwą zaletę. Użytkownik tanich linii z niestabilną polityką bagażową na pewno doceni, że to wyjątkowo cienka książeczka. Oczywiście ma to swoje konsekwencje. Na temat klasztoru w Kykkos autor napisał niecałą niewielką stronę i zdołał na niej zmieścić jeszcze całkiem sporą fotografię obiektu:). 


Nawet długa historia obiektu brzmi tu niezwykle skrótowo: “Monaster został założony przez pustelnika Izajasza w 1100 roku, za panowania cesarza Aleksego Komnena, który z wdzięczności za wyleczenie córki ofiarował Izajaszowi ikonę z wizerunkiem Matki Boskiej. Była to jedna z trzech ikon namalowanych przez św. Łukasza, które znajdują się na Cyprze. Od wielu stuleci nikt nie widział świętego wizerunku, ponieważ jest zakryty srebrną blachą. Miejscowi utrzymują, że obraz ma moc sprowadzania deszczu.” (R. Bulmer “Cypr”)

Na pewno jest to sztuka bardzo przydatna, bowiem klasztor płonął, jak się okazuje z dalszej części tekstu, wielokrotnie, przy czym za każdym razem ikona wychodziła cało z pożogi. Cieszy nas to bardzo, bo okazuje się naprawdę wyjątkowa w swym oryginalnym ujęciu Matki Bożej z Dzieciątkiem. 








Tymczasem dla zespołu klasztornego pożary zaskutkowały tym, że jest on w dużej mierze odbudowany, rozbudowany i nowy. Z naszego przewodnika dowiaduję się znowu o możliwości przenocowania w obiekcie. No cóż, może “następnym razem...”



Tymczasem robi się powoli ciemno i trzeba opuścić mury monastyru przed jego zamknięciem. Położenie na wysokości 1318 m n. p. m. (to znów info z przewodnika - niby mało tekstu, a ile wiedzy;) sprawia że po zmroku robi się trochę chłodno. Pora wrócić do naszego Pafos, by choć jeszcze przez chwilę poczuć wakacyjny relaks w hotelu Veronica.
*


Na pożegnanie miasta mamy zarezerwowany jeszcze prawie cały dzień, bo nasz samolot do Bejrutu odlatuje dopiero wieczorem. Toteż udaje nam się na koniec pobytu zapoznać bliżej z następującymi atrakcjami Pafos:


1. Nadmorska promenada - wymarzona trasa na spacer o każdej porze dnia (a może też i nocy), po drodze można w wielu miejscach zrobić przerwę na plażowanie. Bardzo blisko z hotelu Veronica.


2. Greek Orthodox Church of Panayia Theoskepasti - cerkiew, którą oglądaliśmy tylko z zewnątrz, wnętrze zamknięte na cztery spusty, a szkoda, bo jak podaje Wikipedia: “Według tradycji przechowywana w cerkwi ikona Matki Bożej jest jednym z siedemdziesięciu wizerunków Maryi wykonanych przez ewangelistę Łukasza  
(https://pl.wikipedia.org/wiki/Cerkiew_Theoskepasti_w_Pafos)



3. Agia Kyriaki Chrysopolitissa - piękny klimatyczny kościół (fotorelacja w przygotowaniu), używany przez wspólnoty katolickie i anglikańskie, zbudowany w miejscu, gdzie wcześniej stała bizantyńska bazylika. Jej pozostałości są doskonale wyeksponowane i przygotowane do zwiedzania, z robiącą wrażenie historią w tle oraz uroczymi kotami wylegującymi się na starożytnych mozaikach. Wśród ruin znajduje się fragment pręgierza do którego podczas chłosty przywiązany był Święty Paweł.
4. Plaża Coral Bay - to już raczej sprawdzenie możliwości na kolejny pobyt - w listopadzie późnym popołudniem wyglądała nieźle, ale z tego, co czytam w internecie, to latem bywa bardzo zatłoczona.


5. Groby Królewskie zgodnie z Wikipedią: “Kompleks składa się z około stu podziemnych grobowców, które wykuto w litej skale. Powstawały one pomiędzy IV w. p.n.e. a III w. n.e (...) Wbrew nazwie, w grobowcach nie spoczął żaden król, lecz chowano w nich pafijskich arystokratów i innych dostojników, między innymi namiestników zarządzających wyspą(https://pl.wikipedia.org/wiki/Groby_Kr%C3%B3lewskie).



Kompleks jest niezwykle rozległy, w ostatnich chwilach dnia sprawiający romantyczno - tajemnicze wrażenie. Gdyby nas nie wyproszono z godziną zamknięcia, to mogłabym tam spacerować znacznie dłużej i by mi się to nie znudziło. Nie muszę chyba dodawać, że pora dnia i roku sprawiła, że turystów było bardzo niewielu.


No i dochodzimy do ostatniego punktu programu, którym jest lotnisko. Nic specjalnie dobrego o nim powiedzieć nie mogę, chyba tylko pracownicy pilnujący porządku są tam nastawieni na to, by pomóc osobom niepełnosprawnym (albo po prostu mają dobre serca). Sytuację ratuje fakt, iż po umęczeniu formalnościami można się pocieszać myślą, że lot do Bejrutu trwa tylko według rozkładu godzinę i pięć minut (a faktycznie trwał jeszcze krócej).




W listopadowy ciepły wieczór wzbijamy się w powietrze i szybko zostawiamy Pafos za sobą. Było czymś dużo więcej niż tylko przystankiem po drodze - to miejsce, które się zaznaczyło wyjątkowo ciepłymi wspomnieniami na wewnętrznej, sentymentalnej mapie. Powtarzam “następnym razem...” myśląc o powrocie i wiem, że akurat to się spełni, choć może nie w taki sposób, jak bym chciała - na bardzo krótko Pafos będzie naszym miejscem przesiadkowym w drodze powrotnej z Bejrutu do Larnaki.


Na Wyspie zebraliśmy siły, by wzbić się w ciemność - nie tylko tej pogodnej nocy gdzieś między krańcem Europy a Bliskim Wschodem, ale także w tę związaną z niewiadomą i obawami, dotyczącymi następnego pobytu.
Od 17 października 2019 r. w Libanie organizowane są masowe antyrządowe protesty (mieliśmy okazję obserwować je od następnego dnia w TV w Montesilvano - przyp.aut.). Należy liczyć się ze znacznymi utrudnieniami w poruszaniu się po kraju” - to komunikat ze strony polskiego MSZ. Plus zalecenie zachowania szczególnej ostrożności.




Przestajemy więc myśleć o Cyprze i wciśnięci w niewygodne fotele tanich linii lotniczych szykujemy się na nowe wyzwanie. Patrzę ze współczuciem na stewardesy, które zwijają się jak w ukropie, starając się nam sprzedać w pośpiechu wszystko, co przewidziano w planie lotu bez względu na jego długość.
Welcome aboard! Ladies and gentelmen - przed nami Liban spowity w chmury pełne znaków zapytania...