Po przedpołudniowej
wizycie w Manopello, kierujemy się do wnętrza Abruzji. I czuję, że jest
dokładnie tak, jak mówiła rodaczka z Portobello – wystarczy tylko obrać
kierunek na L’Aquillę i już robi się ciekawie. Tuż przy drodze w Bussi sul
Tirino zatrzymujemy się po raz pierwszy. Są tu świetnie zachowane i wypełnione
duchem romantyzmu ruiny kościółka Santa Maria di Cartignano. Gdy widzę na tablicy
z opisem datowanie – XI wiek, to aż zaczynam oddychać z przyspieszeniem. Nie
spodziewałam się, że to będzie podróż aż w tak zamierzchłą przeszłość.
Następny
kościółek, który odwiedzamy to (tłumacz
google): „Niespodziewany mały klejnot”, jak określiła go w swym opisie na Mapach
Google jedna z użytkowniczek (Nicoletta Spinelli). Z innych opinii dowiadujemy
się, że Chiesa di San Pietro ad Oratorium, która jest zamknięta podczas naszej
wizyty, to romański zabytek z XII wieku! Magiczny, romantyczny, tajemniczy,
zaczarowany, sugestywny - to ze względu na takie epitety użyte przez
recenzentów tu przyjechaliśmy. I absolutnie się z nimi zgadzamy!
A także z
innymi uwagami, przede wszystkim z tą, że trudno tu trafić. Ale naprawdę warto
sobie zadać trud, by odnaleźć to miejsce. Albo jeszcze więcej trudu, którego my
sobie nie zadaliśmy, aby umówić się z osobą, która oprowadza po kościółku.
Widziałam przepiękne zdjęcia ze środka. My
z powodu braku takiego perfekcyjnego zorganizowania oglądamy obiekt tylko
z zewnątrz. Ale jego usytuowanie i tak wynagradza nam brak penetracji środka. Piękny
lasek, który w październiku już zaczął złocić swe oblicze, położony w dolinie
rzeki Tirino po prostu ze wszelkich sił kusi, by już nigdzie dalej nie jechać.
Zostać i piknikować w przygotowanym solidnie miejscu nad wartko płynącą
mleczno-zieloną wodą, spacerować po lekko osypanych opadłymi liśćmi dróżkach
między łąkami z różowymi cyklamenami, albo też głaskać bez końca dwa białe
kudłate owczarki towarzyszące tutaj turystom. Ach, co za dzień...
Gdyby nie
to, że chciałabym jeszcze przyjrzeć się z bliska niewielkiemu rozlewisku rzeki
Tirino, które mijaliśmy po drodze, to ciężko by mnie było ruszyć spod kościółka. Ale w końcu trzeba przecież dać szansę jeszcze innym „klejnotom”
wnętrza Abruzji. Wymijając stado abruzyjskich owiec, podjeżdżamy więc na brzeg
Tirino, skąd wcześniej, jak widzieliśmy, wyruszała jakaś eskapada kajakowa.
Teraz jest tu zupełnie pusto i cicho. I oszałamiająco! Rzeka urzeka kolorami,
nabrzeże pachnie miętą, w koronach drzew nad wodą uwijają się ptaki,
wychwalające na wszystkie głosy urodę tego miejsca. Gdybym tylko umiała
śpiewać, na pewno bym się do nich przyłączyła.
W południowej
Albanii robiliśmy specjalną wycieczkę w okolice Sarandy do miejsca zwanego Blue
Eye. Tu mamy coś bardzo podobnego (z wyjątkiem głębokości chyba, ale za to bez tysiąca turystów). Zupełnie kameralne miejsce, gdzie dzięki
kilku kolorom wody, pełen dobrej woli obserwator może się dopatrzeć jakby
zarysu niebieskiego oka. Choć przecież nie to jest tu najważniejsze. Niemniej,
ponieważ to ja byłam obserwatorem pełnym dobrej woli, to Blue Eye w rozlewisku
Tirino zobaczyłamJ
A może by
tak nie jechać już dalej, zostać i piknikować na trawie nad rzeką? Ach, co za
piękny dzień... Ale mój mąż wyciąga asa
z rękawa – gdzieś, już nie tak daleko, czekają na nas ruiny zamku Rocca Calascio
– tak naprawdę to dla tego miejsca wyruszyłam w głąb Abruzji. Czas się zbierać i
wspinać w góry.
Po drodze
zajeżdżamy jeszcze do Capestrano. Dlaczego tam? No bo „w Capestrano 24 czerwca
1386 urodził się Jan Kapistran – franciszkanin obserwant, kaznodzieja,
założyciel Klasztorów Braci Mniejszych Obserwantów, Święty Kościoła
katolickiego (Wikipedia)
A my w
przeciągu ostatniego miesiąca mieliśmy okazję dwukrotnie odwiedzić jeden z klasztorów,
który powstał po wizycie tego zakonnika w Polsce. Ojcowie Bernardyni mają bowiem
swoją siedzibę między innymi w Alwerni, położonej kilkanaście kilometrów od naszego
domu. Teraz więc uznaliśmy, że dobrze będzie zapoznać się bliżej ze Świętym, a
rekonesans w miejscu jego pochodzenia wydawał się najlepszym wstępem po temu.
Poza tym, to naprawdę było po drodze do Rocca CalascioJ
Poza tym, to naprawdę było po drodze do Rocca CalascioJ
Capestrano
jakoś nie bardzo istnieje w polskojęzycznych wpisach w internecie. Nakłoniłam
więc tłumacza google, żeby przełożył na polski parę zdań ze strony https://blog.abruzzolink.com/2018/04/28/capestrano-abruzzo-italy/
Czytam tam:
„to mała wioska z 885
mieszkańcami (2017), w prowincji L'Aquila, Abruzja, Włochy. Znajduje się w parku przyrody znanym jako „Park
Narodowy Gran Sasso e Monti della Laga”.(...) Stare Miasto jest zdominowane przez Castello Piccolomini zbudowane w XIII
wieku, na wzgórzu obok rzeki Tirino w strategicznej pozycji na 505 m npm”.
Miejscowość robi już wrażenie,
gdy się do niej zbliżamy – to jedna z tych włoskich osad przepięknie rozlokowanych
na szczycie wzgórza. Wygląda, jakby w eliptycznym gnieździe starych kamienic
hołubiła swe najbardziej zachwycające dziecko – dokładnie na wierzchołku znajduje
się okazały i odrestaurowany zamek (Castello Piccolomini właśnie). To siedziba
tutejszego burmistrza – można wejść, ale w środku nie ma zbyt wielu rzeczy do
oglądania. Uwagę zwraca replika rzeźby Wojownika z Capestrano (oryginał przypuszczalnie
z VI w. p.n.e. najprawdopodobniej jest piceńskim pomnikiem nagrobnym). Poza tym
z murów można pooglądać piękne widoki, a ja miałam jeszcze dodatkowo to
szczęście, że załapałam się zaraz pod nimi na jakąś mszę polową dla włoskich harcerzy. Bardzo
klimatyczne przeżycie... Do tego śliczny plac główny, gdzie oprócz remontowanego kościoła (i w związku z tym niestety zamkniętego) znajdziemy bar, restaurację,
lodziarnię i fontannę – czyż nie brzmi to jak receptura na
prawdziwy raj na ziemi?
Gdyby nie ta bliskość Rocca
Calascio to można by się przysiąść do harcerzy, którzy właśnie rozkładają stoły
pod Castello Piccolomini i biesiadować... Bo dzień przepiękny...
I tylko te opuszczone stare
domy, bardzo malownicze zresztą, przy drodze wjazdowo – zjazdowej zastanawiają...
Czy to pozostałość po mieszkańcach, którzy jednak nie chcieli żyć w tym raju? Pytanie
się rodzi i umiera, zanim mam szansę się nad nim zastanowić. Bo oto już gnamy
dalej i nie mamy czasu na oglądanie się wstecz. Za doliną, którą musimy
przemierzyć, wznosi się górska ściana. Mój mąż pokazuje mi ruiny na szczycie.
Gdzieś wysoko nad nami widzę po raz pierwszy Rocca Calascio... Jeśli już o klejnotach Abruzji mowa – to ten, jak dla mnie, zdaje się jaśnieć najpiękniejszym blaskiem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz