wtorek, 7 stycznia 2020

NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ABRUZJI cz. I - Capestrano i dolina rzeki Tirino


Po przedpołudniowej wizycie w Manopello, kierujemy się do wnętrza Abruzji. I czuję, że jest dokładnie tak, jak mówiła rodaczka z Portobello – wystarczy tylko obrać kierunek na L’Aquillę i już robi się ciekawie. Tuż przy drodze w Bussi sul Tirino zatrzymujemy się po raz pierwszy. Są tu świetnie zachowane i wypełnione duchem romantyzmu ruiny kościółka Santa Maria di Cartignano. Gdy widzę na tablicy z opisem datowanie – XI wiek, to aż zaczynam oddychać z przyspieszeniem. Nie spodziewałam się, że to będzie podróż aż w tak zamierzchłą przeszłość.
Następny kościółek, który odwiedzamy to  (tłumacz google): „Niespodziewany mały klejnot”,  jak określiła go w swym opisie na Mapach Google jedna z użytkowniczek (Nicoletta Spinelli). Z innych opinii dowiadujemy się, że Chiesa di San Pietro ad Oratorium, która jest zamknięta podczas naszej wizyty, to romański zabytek z XII wieku! Magiczny, romantyczny, tajemniczy, zaczarowany, sugestywny - to ze względu na takie epitety użyte przez recenzentów tu przyjechaliśmy. I absolutnie się z nimi zgadzamy!
A także z innymi uwagami, przede wszystkim z tą, że trudno tu trafić. Ale naprawdę warto sobie zadać trud, by odnaleźć to miejsce. Albo jeszcze więcej trudu, którego my sobie nie zadaliśmy, aby umówić się z osobą, która oprowadza po kościółku. Widziałam przepiękne zdjęcia ze środka. My  z powodu braku takiego perfekcyjnego zorganizowania oglądamy obiekt tylko z zewnątrz. Ale jego usytuowanie i tak wynagradza nam brak penetracji środka. Piękny lasek, który w październiku już zaczął złocić swe oblicze, położony w dolinie rzeki Tirino po prostu ze wszelkich sił kusi, by już nigdzie dalej nie jechać. Zostać i piknikować w przygotowanym solidnie miejscu nad wartko płynącą mleczno-zieloną wodą, spacerować po lekko osypanych opadłymi liśćmi dróżkach między łąkami z różowymi cyklamenami, albo też głaskać bez końca dwa białe kudłate owczarki towarzyszące tutaj turystom. Ach, co za dzień...
Gdyby nie to, że chciałabym jeszcze przyjrzeć się z bliska niewielkiemu rozlewisku rzeki Tirino, które mijaliśmy po drodze, to ciężko by mnie było ruszyć spod kościółka. Ale w końcu trzeba przecież dać szansę jeszcze innym „klejnotom” wnętrza Abruzji. Wymijając stado abruzyjskich owiec, podjeżdżamy więc na brzeg Tirino, skąd wcześniej, jak widzieliśmy, wyruszała jakaś eskapada kajakowa. Teraz jest tu zupełnie pusto i cicho. I oszałamiająco! Rzeka urzeka kolorami, nabrzeże pachnie miętą, w koronach drzew nad wodą uwijają się ptaki, wychwalające na wszystkie głosy urodę tego miejsca. Gdybym tylko umiała śpiewać, na pewno bym się do nich przyłączyła.
W południowej Albanii robiliśmy specjalną wycieczkę w okolice Sarandy do miejsca zwanego Blue Eye. Tu mamy coś bardzo podobnego (z wyjątkiem głębokości chyba, ale za to bez tysiąca turystów).  Zupełnie kameralne miejsce, gdzie dzięki kilku kolorom wody, pełen dobrej woli obserwator może się dopatrzeć jakby zarysu niebieskiego oka. Choć przecież nie to jest tu najważniejsze. Niemniej, ponieważ to ja byłam obserwatorem pełnym dobrej woli, to Blue Eye w rozlewisku Tirino zobaczyłamJ
A może by tak nie jechać już dalej, zostać i piknikować na trawie nad rzeką? Ach, co za piękny dzień...  Ale mój mąż wyciąga asa z rękawa – gdzieś, już nie tak daleko, czekają na nas ruiny zamku Rocca Calascio – tak naprawdę to dla tego miejsca wyruszyłam w głąb Abruzji. Czas się zbierać i wspinać w góry.
Po drodze zajeżdżamy jeszcze do Capestrano. Dlaczego tam? No bo „w Capestrano 24 czerwca 1386 urodził się Jan Kapistran – franciszkanin obserwant, kaznodzieja, założyciel Klasztorów Braci Mniejszych Obserwantów, Święty Kościoła katolickiego (Wikipedia)
A my w przeciągu ostatniego miesiąca mieliśmy okazję dwukrotnie odwiedzić jeden z klasztorów, który powstał po wizycie tego zakonnika w Polsce. Ojcowie Bernardyni mają bowiem swoją siedzibę między innymi w Alwerni, położonej kilkanaście kilometrów od naszego domu. Teraz więc uznaliśmy, że dobrze będzie zapoznać się bliżej ze Świętym, a rekonesans w miejscu jego pochodzenia wydawał się najlepszym wstępem po temu.
Poza tym, to naprawdę było po drodze do Rocca CalascioJ
Capestrano jakoś nie bardzo istnieje w polskojęzycznych wpisach w internecie. Nakłoniłam więc tłumacza google, żeby przełożył na polski parę zdań ze strony https://blog.abruzzolink.com/2018/04/28/capestrano-abruzzo-italy/
Czytam tam: „to mała wioska z 885 mieszkańcami (2017), w prowincji L'Aquila, Abruzja, Włochy. Znajduje się w parku przyrody znanym jako „Park Narodowy Gran Sasso e Monti della Laga”.(...)  Stare Miasto jest zdominowane przez Castello Piccolomini zbudowane w XIII wieku, na wzgórzu obok rzeki Tirino w strategicznej pozycji na 505 m npm”.
Miejscowość robi już wrażenie, gdy się do niej zbliżamy – to jedna z tych włoskich osad przepięknie rozlokowanych na szczycie wzgórza. Wygląda, jakby w eliptycznym gnieździe starych kamienic hołubiła swe najbardziej zachwycające dziecko – dokładnie na wierzchołku znajduje się okazały i odrestaurowany zamek (Castello Piccolomini właśnie). To siedziba tutejszego burmistrza – można wejść, ale w środku nie ma zbyt wielu rzeczy do oglądania. Uwagę zwraca replika rzeźby Wojownika z Capestrano (oryginał przypuszczalnie z VI w. p.n.e. najprawdopodobniej jest piceńskim pomnikiem nagrobnym). Poza tym z murów można pooglądać piękne widoki, a ja miałam jeszcze dodatkowo to szczęście, że załapałam się zaraz pod nimi na jakąś mszę polową dla włoskich harcerzy. Bardzo klimatyczne przeżycie... Do tego śliczny plac główny, gdzie oprócz remontowanego kościoła (i w związku z tym niestety zamkniętego) znajdziemy bar, restaurację, lodziarnię i fontannę – czyż nie brzmi to jak receptura na prawdziwy raj na ziemi?
Gdyby nie ta bliskość Rocca Calascio to można by się przysiąść do harcerzy, którzy właśnie rozkładają stoły pod Castello Piccolomini i biesiadować... Bo dzień przepiękny...
I tylko te opuszczone stare domy, bardzo malownicze zresztą, przy drodze wjazdowo – zjazdowej zastanawiają... Czy to pozostałość po mieszkańcach, którzy jednak nie chcieli żyć w tym raju? Pytanie się rodzi i umiera, zanim mam szansę się nad nim zastanowić. Bo oto już gnamy dalej i nie mamy czasu na oglądanie się wstecz. Za doliną, którą musimy przemierzyć, wznosi się górska ściana. Mój mąż pokazuje mi ruiny na szczycie. Gdzieś wysoko nad nami widzę po raz pierwszy Rocca Calascio... Jeśli już o klejnotach Abruzji mowa – to ten, jak dla mnie, zdaje się jaśnieć najpiękniejszym blaskiem...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz