sobota, 27 maja 2023

29. 2 TURCJA: Taşlıdere - Śpiew Anioła Stróża

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/wulkan-kilku-wiekow-drzemie-sobie-na.html



Jeśli ktoś spodziewa się w Hole Hotelu Yildiz basenów termalnych tego typu, jak na przykład w naszych tatrzańskich ośrodkach, to się może mocno zdziwić. Chyba lepiej w takim przypadku, żeby nie planował wypoczynku w Taşlıdere - raczej czeka go zawód. Zwłaszcza, gdy jest kobietą - z tego, co widzę na zdjęciach obiektu, mężczyźni mają w swojej części przynajmniej wyjście na basen zewnętrzny.

Tak, termy w Taşlıdere nie są koedukacyjne.

- Mieliśmy kiedyś basen rodzinny - tłumaczy recepcjonista, ale po wielkim wybuchu(?), teraz nie mamy wystarczającej ilości wody. 


Zastanawiam się, czy chodzi tutaj o następstwo prac związanych z budową sieci zapór na rzekach tego regionu. Pobliska tama Batman została ukończona w 1999 roku i za jej przyczyną powstały rozlewiska widoczne z naszego balkonu. Ale obecnie w górnym odcinku rzeki trwają prace nad nową zaporą o nazwie Silvan. Jej otwarcie planuje się, jak można dowiedzieć się z Wikipedii, jeszcze w bieżącym roku. 
Tamy na rzece Batman są częścią Projektu Południowo-Wschodniej Anatolii (tur. Güneydoğu Anadolu Projesi, GAP). Czytam o nim, że “jest największym i najbardziej kosztownym projektem w historii Republiki Turcji, a także najefektywniej realizowanym spośród dotychczas opracowanych planów i programów rozwoju regionalnego. (...) W latach 70-tych GAP był traktowany jako program rozwoju zasobów wodnych i lądowych regionu i planowano uruchomienie 22 tam, 19 elektrowni wodnych oraz inwestycje irygacyjne obejmujące 1,8 miliona hektarów ziemi w dorzeczu Eufratu - Tygrysu” (https://www-gap-gov-tr.translate.goog/en/what-is-gap-page-1.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc).

Jednym słowem gigantyczne przedsięwzięcie. Choć jego następstwa nie do końca są przewidywalne, to tureckie władze idą w tym kierunku jak przecinak. Niestety niszcząc i zalewając wszystko, co stoi na drodze ich planom. Oczywiście nie do mnie należy ocena tego faktu, ale mam wrażenie, że dla mieszkających na tym terenie Kurdów sprawa nie jest tak oczywista, jak podaje się ją w oficjalnym (patrz powyżej) źródle. W końcu tu chodzi przecież o ich dziedzictwo historyczne i materialne.


W recepcji Hole Hotelu Yildiz na czołowym miejscu  wisi przepiękne zdjęcie Hasankejf, który, jak wynika z artykułów w internecie (przykładowo pierwszy link pod wpisem), był kurdyjskim miastem przynajmniej od średniowiecza. Przychodzi mi do głowy, że moglibyśmy się tam udać, w końcu przed wyjazdem do Turcji widziałam na mapach, że to nie aż tak daleko stąd. Ale gdy pytam recepcjonistę o drogę, to  słyszę odpowiedź, że tego miasta już nie ma. I wypowiedziane z widocznym żalem refleksje na temat tego,  jak bardzo było piękne, ile miało zabytków, jak bogatą historię...


Po powrocie do domu czytam jeszcze poświęcony Hasankejf artykuł Joanny Kocik na stronie https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/miasto-ktore-musi-umrzec,40,923. Aż trudno uwierzyć, że na tym terenie zaszły już tak radykalne zmiany. Miasto stało się wspomnieniem, przeszłością. Pierwszego kwietnia 2020 roku zostało całkowicie zalane. Cóż, wykreślam je więc z naszego planu podróży. Ale pytanie, czy Hasankejf naprawdę musiało umrzeć, czy nie było innego sposobu/pomysłu na zmiany regionalne w Południowo - Wschodniej Anatolii dalej kołacze się w głowie.


*

- Günaydın - rano popisuję się w recepcji swoim nowo przyswojonym tureckim zwrotem.

- Roj baş - odpowiada mi recepcjonista. - To dzień dobry po kurdyjsku (w internecie można znaleźć to słowo zapisane również jako Rojbaş, Rozh-bash).

- My tu jesteśmy Kurdami - dodaje z dumą. Już poprzedniego dnia nawiązała się między nami przyjazna relacja, można się więc otworzyć przed obcymi.


Doceniamy to. Odpalamy tłumacza google i próbujemy w przyspieszonym tempie opanować kolejne zwroty w języku gospodarzy, by sprawić im przyjemność. Niestety nie do końca rozumieją nasz kurdyjski. Później przeczytam o wielkich rozbieżnościach językowych wśród Kurdów. Posługują się oni licznymi dialektami, zapisywanymi różnymi alfabetami na terenach państw zamieszkałych przez przedstawicieli tego narodu (Turcja, Iran, Irak, Syria, korytarz oddzielający Armenię od Górskiego Karabachu, a nawet Afganistan). Cóż, zdaje mi się, że nasz tłumacz google nie posługiwał się akurat kurdyjskim z okolic Taşlıdere:(.


Ale widać było, że nasze starania zostały dostrzeżone. No chyba, że obsługa hotelu jest tak miła dla każdego klienta jak dla nas - tego nie wiemy. Ale my w Taşlıdere czujemy się wyjątkowymi gośćmi. Na pewno stanowimy tu dla wszystkich swego rodzaju ciekawostkę, atrakcję i zagadkę w jednym. No bo jak to się stało, że dwójka turystów z Polski przyjechała wypoczywać w kurdyjskim ośrodku termalnym? Młodziutki kelner, który nas obsługuje przy śniadaniu nie może się temu nadziwić. Próbuje z nami nawiązać kontakt za pomocą wszystkich znanych mu angielskich słów. Jest w tym mnóstwo uroku, chłopak wprawia nas w dobry nastrój na cały dzień.

Chwilę później przynosi nam dwie kawy - okazuje się, że to poczęstunek od pana, który siedzi przy sąsiednim stoliku. W tym przypadku już niestety bariera językowa okazuje się nie do przeskoczenia. Ale gest naszego śniadaniowego sąsiada zupełnie nas rozbraja. Wszyscy, których spotykamy w Hole Yildiz Hotel zaskakują nas gościnnością, opieką i troską, o jakiej nam się nawet przed tą podróżą nie śniło.

Najpełniej tego doświadczyliśmy, gdy postanowiliśmy zażyć gorącej kąpieli w hotelowych termach. Każde z nas na swój sposób. Mąż znów miał okazję być obdarowany przez tego samego pana, który już umilił nam kawą śniadanie. Tym razem ten niezwykły człowiek przyniósł do męskiej części basenu dar w postaci talerza pełnego owoców. W ten sposób pożegnał się z mężem, wyjeżdżając z hotelu i udowodnił, że czasem nie trzeba znać nawet jednego wspólnego słowa, żeby nawiązać relację wypełnioną otwartością na innych, bezinteresowną dobrocią i życzliwością, której ogrom zdumiewa. Możemy mieć tylko nadzieję, że świat odda temu człowiekowi w dwójnasób każdy z tych darów wówczas, gdy będzie ich potrzebował najbardziej. Amen - niech się stanie.


Ilekroć zaś pomyślę o tym, co ja przeżyłam w damskiej części basenów, to każdorazowo czuję głębokie wzruszenie. To był dla mnie czas, gdy słowa okazały się właściwie niepotrzebne do tego, aby czuć się bez reszty częścią cudownej kobiecej wspólnoty. Kurdyjskie kobiety przyjęły mnie w swoim gronie jak swoją - członkinię grupy, o którą ze względu na lekkie zagubienie w ich świecie trzeba zadbać w sposób szczególny. Nie czułam się wśród nich obca nawet przez chwilkę, byłam w wielkim, siostrzanym kręgu przez te parę popołudniowo - wieczornych godzin. Moczyłam nogi we wrzątku między kobietami, cieszącymi się rozmową  i swoim towarzystwem oraz wytchnieniem od codzienności. I było w tym chwilami nieco kolorytu, który widzi się na obrazach, ilustrujących czas wolny w haremowych klimatach. Nieobecność mężczyzn w takich chwilach zdaje się sprawiać, że wszelkie nuty rywalizacyjne czy też chęć zabłyśnięcia i wyróżnienia się na tle innych zanikają. Kobiety mogą być po prostu sobą w czystej postaci. Wspierać się wzajemnie samą obecnością. Uwielbiam takie chwile.

Zwłaszcza, gdy można w czasie ich trwania słuchać jak Zeynep, siedząc na brzegu basenu,  wyśpiewuje rzewne kurdyjskie pieśni. I choć nie rozumiałam ani słowa, to czułam, że jest w nich opowieść o życiu takim jak moje - czasem pełnym miłości, a czasem pełnym rozpaczy, trudu i tęsknoty. Niezapomniane przeżycie. Śpiewaj dalej Zeynep, śpiewaj, proszę...



Jedyną osobą, z którą byłam w stanie nawiązać w tym miejscu  kontakt za pośrednictwem angielskiego, była najmłodsza z kobiet. Yildiz towarzyszyła tego dnia podczas kąpieli swojej mamie. Dziewczynę oprócz wieku wyróżniał na basenie strój. Jako jedyna miała na sobie biustonosz, reszta kobiet była ubrana w różne rodzaje koszulek. Spod nich najczęściej wystawały spodenki lub szarawary o zróżnicowanej długości. W tamten wieczór myślałam, że tak tym kobietom po prostu wygodnie, olśnienie, że nie miały one w swojej garderobie strojów kąpielowych, przyszło znacznie później. Ale też była w tym wspaniała lekcja ciałopozytywności.

Yildiz była nie tylko bardzo młoda i miła, ale też zjawiskowo piękna. Toteż o mało nie spadłam z leżaka, słysząć od niej, że to ja robię tutaj za piękność. Ja - wiekowa baba z nadwagą, która już nie pamięta, kiedy ktoś w Polsce ostatni raz powiedział jakikolwiek komplement na temat jej wyglądu. No ale jak widać, zbędne kilogramy na Wschodzie Turcji nie mają takiego znaczenia, jak w naszym kręgu kulturowym, platyna na głowie zaś działa w tej części świata prawdziwe cuda. Dzięki niej, i to nawet bez niebieskich oczu, usłyszałam takie rzeczy na temat swojego uroku i prezencji, że jeszcze długo potem zbierałam szczękę z posadzki, otaczającej gorący basen. 

Wprawdzie już wcześniej - na basenie w Van, pan z obsługi zainteresował się moją urodą, ale uznałam, że po prostu nadskakiwanie turystkom należy do jego obowiązków zawodowych. Teraz zaś powoli do mnie docierało, że te kobiety nie muszą robić takich rzeczy w ramach grzeczności. Komplementowanie przyjezdnych na pewno nie należy do kulturowego kanonu ich powinności.


Yildiz tłumaczyła mi, co na mój temat mówią towarzyszki w kąpieli - nie powiem, brzmiało to bardzo miło i dla ucha, i dla mojego ego:). Jej mama na przykład w swojej serdeczności nawet zaprosiła mnie do własnego domu. Oczywiście ze względu na planowany następnego dnia wyjazd nie mogłam na to przystać - na szczęście przyjęto to z pełnym zrozumieniem.

Powoli dzień chylił się ku końcowi i kobiety zaczęły rozchodzić się do swoich domów. Wreszcie zostałam na basenie tylko z Zeynep i jej koleżanką. Nie chciałam jeszcze kończyć tego uroczego wieczoru. Nie przeszkadzało mi to, że wkrótce pozostanę na basenie całkiem sama. Ale Zeynep z koleżanką postanowiły za wszelką cenę do tego nie dopuścić. Tyle razy po mnie przychodziły i dawały mi do zrozumienia, żebym się z nimi zbierała, że w końcu nie miałam innego wyjścia, jak tylko posłuchać. I nagle do mnie doszło. Baseny obsługiwali mężczyźni. I te dwie kurdyjskie kobiety nie chciały mnie tutaj z nimi zostawić samej. Zwłaszcza, że byłam jedynie w stroju kąpielowym, czyli w ich odczuciu zapewne całkiem rozebrana. To była ich uwarunkowana wychowaniem troska o moje bezpieczeństwo. Ochrona kobiecego świata.

Kurdyjskie anioły - stróże zaczekały aż się ubiorę i pożegnały mnie dopiero w drzwiach windy, którą wyjeżdżałam do części hotelowej. W życiu nie czułam się tak zaopiekowana, jak wtedy. I to przez zupełnie nieznajome kobiety, których nawet bym nie rozpoznała, gdy zasłoniły chustkami dolną część twarzy. Mogę mieć tylko nadzieję, że dobro, które wówczas otrzymałam od tych opiekuńczych istot do nich w dwójnasób wróci. Amen - niech się stanie.

Dzięki nim znalazłam się w pokoju wcześniej niż zamierzałam:). Ale radość w sercu wciąż towarzyszyła mi we wszystkim, co robiłam tamtego wieczoru. To był taki miły czas...

Wymoczylismy się w ichniejszym wrzątku, który jak się okazało ma właściwości bardzo, bardzo lecznicze, odpoczęliśmy wśród przemiłych ludzi, którzy, ach, jak o nas tu dbają.

No i nawet zachód słońca dziś zdążyłam uchwycić wcześniej  - piszę do najbliższych. Tak bym chciała, żeby i oni mieli udział w atmosferze, jaka panuje w tym miejscu.

i dziś słuchamy, jak ciepły wiatr hula po dolinie.

Jest nieziemsko


*

Tak nam się spodobało w Hole Hotelu Yildiz Termal, że przedłużyliśmy pobyt do jutra

I tylko trochę się martwię, że jak tak wszędzie będziemy przedłużać, to mi wakacji na tę podróż zabraknie. No ale gnanie naprzód, aby szybciej, też mi się jakoś w głowie nie chce pomieścić. To jakby pozbawić się tego, co w tej podróży tak istotne - przyjemności i smaku. Po to przecież wyruszyliśmy z domu.

Ostatnia zaś rzecz, jaka nam wtedy przyświecała, to rozstrzyganie po drodze jakichkolwiek kwestii politycznych. Co do nich, to mam swoje motto, które pozostało mi od czasów studenckich. “Polityka dla mnie to w krysztale pomyje”, jak wyśpiewał wtedy Przemysław Gintrowski w “Autoportrecie Witkacego”. No cóż, nie zamierzam przepraszać żadnego polityka za to, że w pełni serca zgadzam się z tymi słowami.

Również w Turcji staramy się, na ile to tylko możliwe, trzymać z daleka od kwestii politycznych. Czasem jednak one nas po prostu dopadają. Ale wypowiadanie się w tych sprawach zostawiamy dla ekspertów i samych zainteresowanych. Na pewno nie jest to zajęcie dla turysty, który przyjechał tylko na wakacje do tej części świata.


Nie mam więc absolutnie żadnego zamiaru zajmować tu jakiegoś stanowiska w kwestii kurdyjskiej. Nie to mi przyświeca, gdy o Kurdach piszę. Ja po prostu po ludzku martwię się o tych ludzi i o ich dalsze losy.

No bo co stanie się z basenami termalnymi w Taşlıdere, jeśli dalsze prace związane z modernizacją regionu i “wielkimi wybuchami” przy okazji projektu GAP zupełnie pozbawią te okolice gorącej wody? W jaki sposób przetrwa wówczas związany z nią hotel i jego cudowni właściciele/pracownicy? Z czego będą się utrzymywać?

W internecie znalazłam ostatnio film z Hasankejf (to znaczy z okolic, gdzie się kiedyś znajdował), którego mieszkańcy stracili źródło utrzymania  w postaci pracy w turystyce (https://www.youtube.com/watch?v=g_Ayf-c0jgs&ab_channel=VlogCasha). Na dodatek byli zmuszeni zamieszkać w nowym miejscu. Jaka przyszłość ich czeka, gdy decyduje o niej ktoś inny niż ci mieszkający tu od wieków ludzie? I dlaczego nikt ich o zdanie nie pyta i nikt się z nim nie liczy?


W drodze do Hole Hotelu Yildiz Termal widzieliśmy na drodze scenkę, jak dla mnie mrożącą trochę krew w żyłach. Do jadącego przed nami vana, nagle ostro hamującego na prostej drodze, wskoczył w biegu młody człowiek, który wypadł niczym błyskawica z zarośli na poboczu.  Nowy pasażer był wyposażony w... wielki karabin, co w przypadku jednoczesnego braku munduru mocno mnie zaniepokoiło. Czy to jest przyszłość tej ziemi? Mąż mnie uspokaja, że na tym terenie działają uzbrojone formacje powołane dla zapewnienia bezpieczeństwa (gdzieś o tym czytał), ale pewności mu brak. I nie wiem, skąd ją brać. Tak naprawdę to nie mamy pojęcia o tym, co się tutaj dzieje.

I wiem, że na wszystkie moje pytania i wątpliwości nie dostanę żadnej odpowiedzi podczas trzydniowego pobytu. Ale też nie odjeżdżam z niczym. Teraz sprawa kurdyjska ma dla mnie konkretne twarze: naszego recepcjonisty Ahmeda, jego sióstr, młodego kelnera, hotelowych kucharzy, pana od kawy i owoców, Yildiz i jej matki, Zeynep i wszystkich kobiet, dla których basen w Taşlıdere, to jedyny rodzaj relaksu po ciężkiej pracy na okolicznych polach... To dla nich zostawiam błogosławieństwo przed wyjazdem. Niech Bóg ma Was wszystkich w opiece, niech zajmie się Waszymi losami. Amen - niech się stanie.


A Yildiz to po turecku gwiazda


Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/06/bardzo-trudno-opuszcza-sie-miejsce.html


P.s. do przeczytania dla chętnych:

1. https://poznaj-swiat.pl/article/1067/ginace-miasto-hasankeyf

2.  https://podroze.onet.pl/aktualnosci/miasto-hasankeyf-w-turcji-zniknie-pod-woda-za-kilka-miesiecy/wq2lzjt utm_source=podroze.onet.pl_viasg_podroze&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=undefined&utm_v=2


niedziela, 21 maja 2023

28. 1 TURCJA: Tatvan, Taşlıdere - We wnętrzu drzemiącego wulkanu

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/gdy-jeszcze-przed-wyjazdem-ogladaam.html



Wulkan Nemrut  od kilku wieków na szczęście drzemie sobie w najlepsze, jego ostatnia potwierdzona erupcja miała miejsce w 1650 r. By do niego dotrzeć, trzeba najpierw skierować swoje kroki do miasta Tatvan na zachodnim brzegu Jeziora Van. Stąd kręta i dość wymagająca droga prowadzi już tylko w górę i w górę. Kaldera wulkanu ma wysokość 2948 m. n. p. m. i jest naprawdę ogromna - jej średnica wynosi 7200 m. Nic dziwnego, że na takim terenie mieści się aż pięć, mniejszych i większych, jezior. W jednym z nich biją nawet gorące źródła, ale podobno i tak nie są one w stanie odczuwalnie rozgrzać jego zimnych wód.


Wnętrze wulkanu jest po prostu przepiękne. Przejrzyste, szafirowe jeziorka są otoczone zielenią i wysokimi skałami. To miejsce po prostu wręcz prosi się o spędzenie tam większej ilości czasu, niż my mieliśmy do dyspozycji. Ale tego dnia niestety poganiała nas wizja dość długiej jeszcze trasy do zarezerwowanego hotelu w Taşlıdere.


O tutejszym wulkanie nie słyszeliśmy niczego wcześniej, więc niewiele brakowało, a zrezygnowalibyśmy z wjazdu do kaldery. Całe szczęście, że ja wykazałam się determinacją, a mąż dużą cierpliwością za kierownicą. No i dobrze też jest mieć na takiej wycieczce auto z napędem 4x4, choć to i tak nie gwarantuje jej powodzenia. Na naszych oczach w drodze powrotnej jeden z samochodów terenowych do przewożenia turystów (na szczęście pusty) wypadł z drogi. Dobrze, że nic się nie stało kierowcy - wezwanie w takie miejsce pomocy drogowej pewnie by przerosło nasze możliwości. W kalderze jest cała plątanina (pustych) dróg, w tym głównie szutrowych i piaszczystych i nie wiem, jak mielibyśmy określić nasze położenie, gdyby to nam się przytrafił taki wypadek.



Na szczęście objechaliśmy wulkan bez żadnych tego typu przygód. Wracając na główną trasę, jeszcze raz mieliśmy okazję spojrzeć z kaldery na Jezioro Van i przycupnięty przy nim Tetvan, który (przynajmniej z góry) wygląda na bardzo przyjemne miasteczko. Na przeciwległym brzegu widać też wygasły wulkan Süphan. Jednocześnie jest to druga co do wielkości góra w Turcji (4058 m)  po Araracie i nawet dość łatwo je ze sobą pomylić ze względu na zalegające na wierzchołkach obydwu lodowce. W szczytowej partii Süphan Dağı ponoć również znajduje się jeziorko.


Ostatnie spojrzenie na Van - dzielę się z bliskimi widokiem, który już na zawsze zapada mi w serce. Ogarnia mnie żal, wiem, że będę tęskniła. 

Ale tego dnia jeszcze na to nie czas. Ekscytuje mnie dalsza część drogi, która wciąż jest przed nami. W trakcie jej trwania zamierzamy na przykład dotrzeć na górę, o takiej samej nazwie, co wulkan, z którego właśnie zjeżdżamy. 



Na tym etapie podróży w pierwszym momencie trochę nam zamąciła w głowach tabliczka informacyjna  z napisem Nemrut w tych stronach, ale na szczęście po ponad trzytygodniowym pobycie w Turcji już w miarę szybko potrafimy się zorientować w jej geografii. Prędko więc zaskoczyliśmy, że to dwie różne tureckie atrakcje. Do kolejnej Góry Nemrut mamy z Tatvan jeszcze około 430 kilometrów, zdecydowaliśmy się zatem pojechać tam z przystankiem na nocleg po drodze.

Jeszcze przed wieczorem mogę więc zameldować moim messengerowym odbiorcom:

Teraz jesteśmy w Hole Yildiz Hotel Termal, tak z wodami termalnymi. Nie, nie są ciepłe, są zajebiście gorące, to coś takiego, jakby zapomnieć w odpowiednim momencie zakręcić czerwony kurek, wlewając wodę do wanny.



Tak, zdecydowaliśmy się na ten przystanek nie tylko z powodu zmęczenia. Mieliśmy ogromną ochotę na relaks w tureckich basenach z naturalnie podgrzewaną wodą. Wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy je w czymś w rodzaju naszego polskiego uzdrowiska, ale nic z tych rzeczy. Hole Hotel Yildiz Termal jest położony w małej osadzie i otoczony polami uprawnymi. Z zewnątrz zrobił bardzo dobre wrażenie.



Zostaliśmy też niezwykle miło przywitani przez recepcjonistę/właściciela? Po całym dniu w podróży mąż nie czuł się jednak najlepiej i nie miał ochoty wrzucać w siebie zaproponowanych nam ciężkich dań na kolację.

- Czy jest zupa? - zapytaliśmy nieśmiało, widząc, że kuchnia  już się zamyka.

- Nie ma - odpowiedział nam przemiły chłopak z recepcji. - Ale za 20 minut będzie. Tu wykonał szybki telefon do kucharzy.

- Oni ugotują to dla ciebie - z uśmiechem oznajmił mężowi. Poczułam, że trafiliśmy do najlepszego miejsca pod słońcem. Tego dnia mogliśmy się udać na spoczynek z pełnymi brzuchami.


Oczywiście do tego pozwolono mi wybrać sobie pokój.

Wystrój w tutejszym wzornictwie, ale widać, że wszystko po remoncie, więc spoko. No i balkon - to najpiękniejszy tutejszy akcent - z widokiem na rzekę Bat

Tu użyłam skrótu, który zobaczyłam na mapie. Ale tak właściwie to rzeka ma wdzięczną nazwę  Batman. Płynie stąd do miasta, które też tak się nazywa:). Z naszego balkonu widać było rozlewiska, które pozwalają nawadniać okoliczne uprawy. 


Sporo czasu spędziłam wpatrując się w ten krajobraz i wciąż zdając relację ze swojego zauroczenia naszym nowym przystankiem po drodze.

Zachód słońca nad Bat, albo raczej już po zachodzie, ale wciąż pięknie - czasem słychać tylko cykady lub rechoczące żaby

Właśnie takie odgłosy świata lubię


I wsłuchując się w nie z lubością, zapadam wreszcie w błogi sen. A rankiem budzę się zrelaksowana i w świetnym humorze. I jedno wiem na pewno - wcale nie chcę stąd jeszcze wyjeżdżać. Musimy tu zostać na dłużej...





Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/do-korekty-jesli-ktos-spodziewa-sie-w.html



piątek, 19 maja 2023

27. TURCJA: Van - Kawałek nieznanej historii świata




Gdy jeszcze przed wyjazdem oglądałam zdjęcia Hiltona w Van, to wyobrażałam sobie, że stoi on omal na plaży. Niestety tak dobrze to nie ma. Rzeczywistość wygląda w taki sposób, że jest Hilton, parking przed hotelem (nie jakiś wielki, ale zawsze to coś), a potem kilkupasmowa droga biegnąca wzdłuż brzegu  jeziora. Ale rzeczywiście, jeśli ogląda się je z naszej pościeli, to nie widać tego wszystkiego, co od niego dzieli:)

Gorzej, gdy chcemy dostać się na brzeg. Kilkupasmowa droga nie ma nigdzie w pobliżu przejść dla pieszych. Właściwie to nie wiadomo, w jaki sposób można ją przekroczyć. Z naszych okien wkrótce po przebudzeniu widzę całą rodzinę, zaczynającą od tego, że rodzice wraz z dziećmi przebiegają kilka pasów dla samochodów, jadących do centrum miasta, potem długo stoją pośrodku jezdni na kawałku betonu oddzielającego oba kierunki ruchu, by w chwili jego mniejszego natężenia, pokonać biegiem pozostałą część jezdni. Z dezaprobatą myślę, że to głupie i bardzo niebezpieczne, ale wieczorem, przy braku alternatywy, robię dokładnie to samo🙊.



Biegnę na wysuszony kawałek terenu po drugiej stronie drogi, by sfotografować zachód słońca. W ciągu dnia pasły się tutaj owieczki i choć nie wiem, co tam im się udało znaleźć do jedzenia, to miło było się temu poprzyglądać. 


Za tym suchym, zżółkniętym kawałkiem gruntu, robiącym za pastwisko:) dla owczego stada, rozpościera się mokry, spory obszar porośnięty przez zielone trzciny - nie da się tędy podejść bezpośrednio nad wodę. W oddali widać prace budowlane nad brzegiem jeziora, może w przyszłości będzie to okolica bardziej przyjazna dla wypoczywających. O to, gdzie jest najbliższa plaża, nawet nie pytałam.


Na szczęście nie przyjechaliśmy tu plażować, więc powodu do rozpaczy raczej nie mamy. W ciągu dnia staramy się odpocząć, korzystając z infrastruktury hotelu, a o zmroku ruszamy na kolację do centrum.


Van okazuje się najbardziej zaskakującym miastem w naszej podróży. Nowoczesne, z pięknie oświetloną główną ulicą, pełną sklepów światowych marek, zupełnie nie pasuje do stereotypu Turcji Wschodniej. Myślę, że gdybym miała przyjechać do Van raz jeszcze, to jednak rozważyłabym wybór któregoś z hoteli w centralnej części miasta . Ten nasz, położony na uboczu, miał trochę charakter podmiejskiego miejsca schadzek, sądząc po zachowaniu niektórych jego gości. Ale oczywiście trudno byłoby winić za to Hiltona.


Będąc w centrum, rozglądam się uważnie, starając się wypatrzeć miejscowe koty. Przed przyjazdem przeczytałam, że to sposób na poznanie przedstawicieli rasy turecki van. No oczywiście nie jest to wskazówka, którą należałoby przekazać innym podróżującym. Jedyne koty, jakie widziałam w mieście (i to wielokrotnie:), to te uwiecznione w formie pomnika, stojącego przy wylotówce z miasta, prowadzącej do naszego hotelu. Niestety ta droga jest tak ruchliwa, że zatrzymanie się przy niej, by zrobić zdjęcia nie było możliwe.


Po przyjeździe  uzupełniam wiedzę na temat tureckiego vana. Czytam o nim, że “zdobył miano “pływającego kota”. W przeszłości nurkował i łowił ryby” (https://zooart.com.pl/blog/turecki-van-opis-dlugowlosej-rasy-z-turcji-opieka-i-wybor-hodowli-kotow-tureckich-van). Było to spowodowane warunkami jego środowiska naturalnego, głównie ubogimi zasobami żywności w okolicach, z których pochodzi (oczywiście tereny przy Jeziorze Van). W pływaniu tureckim vanom pomaga fałd skóry między pazurami, który pełni rolę błony pławnej oraz szybkoschnące futerko bez wełnianego podszerstka.


Kotki van są śnieżnobiałe, choć mogą mieć domieszkę innych kolorów (nie więcej niż 20%), głównie przy uszach i na ogonie. Ich oczka są bursztynowe lub niebieskie, często różnokolorowe (jedno bursztynowe, a drugie niebieskie).


Do Europy przedstawicieli tej rasy sprowadzono w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Obecnie jest ona chroniona w Turcji i nie wolno kotów van wywozić poza granice kraju. Stały się dziedzictwem narodowym i dąży się do odtworzenia ich populacji. Magda z polecanego w poprzednich wpisach vloga “Kawa po turecku” nagrała odcinek z wizyty w Van Kedisi Evi (Dom kota tureckiego van) na terenie tutejszego uniwersytetu, polecam.


Później, już po powrocie z podróży, znajduję wreszcie porządną wskazówkę, dzięki której można z łatwością odszukać ten obiekt. Autorzy strony https://wdrodzedo.com/wokoljezioravan/ podają, że dom kotów znajduje się na ulicy Melen, niedaleko twierdzy Van. Ach jaka szkoda, że nie wiedzieliśmy tego wcześniej, byliśmy tak blisko...


Twierdzę zwiedzałam w dzień wyjazdu z miasta. Doszłam do wniosku, że pewnie drugi raz w życiu nie uda mi się dotrzeć w ten rejon, więc trzeba go obadać do porządku. Zresztą twierdza w Van to naprawdę jest “must see”, obiekt robi niesamowite wrażenie. Na dodatek to kawałek zupełnie nieznanej historii świata.



No bo kto przed przyjazdem w te strony słyszał kiedykolwiek o Królestwie Urartu? A nie było to bynajmniej nic nie znaczące państewko zagubione gdzieś na obrzeżach Azji. Dawne Urartu obejmowało spore tereny dzisiejszej Turcji Wschodniej, Armenii i Iranu. 


Niestety czas zadziałał tu na niekorzyść Urartyjczyków, zacierając ślady z początków ich dziejów, czyli sprzed ponad trzech tysiącleci. Z bardzo nielicznych źródeł, które się zachowały, niewiele można wydedukować o kulturze czy też o życiu codziennym tego ludu/ludów(?). W Wikipedii znajduje się zapis: Urartu odkryto na początku XIX wieku. Naukowcy zwrócili uwagę na relację średniowiecznego historyka ormiańskiego Mojżesza Choreńskiego (...) o patronacie królowej asyryjskiej Semiramidy nad budową miasta na brzegu jeziora Wan”. Niestety nie wiadomo, na ile wiarygodne jest to źródło informacji.


Ale wspomniany tekst w Wikipedii  jest dla mnie szczególnie intrygujący ze względu na podaną tam ciekawostkę. Dotyczy ona nazwy najwyższej góry, znajdującej się w dawnym królestwie Urartu:

Ararat – niepoprawne, powtórzone za masoretami [żydowscy uczeni Tory - przyp. aut.], odczytanie aramejskiego napisu rrt. Nazwa występuje w tekstach biblijnych, zachowała się również we współczesnej toponimice [dyscyplina zajmująca się nazwami miejsc - przyp. aut]. Naukowcy dokonali porównania słów „Ararat” i „Urartu” na podstawie łacińskich i greckich przekładów Biblii. (...). rękopisach z Qumran występuje aramejski napis hwrrt, który wskazuje na Urartu” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Urartu).


Być może więc ta tajemnicza nazwa od zawsze była w naszym przekazie kulturowym, a tylko błędy w badaniu źródeł sprawiły, że o tym wcześniej nie wiedzieliśmy, używając w zamian słowa Ararat. Podlinkowany tekst podaje, że pochodzi ona z języka asyryjskiego i prawdopodobnie oznacza “wysoką krainę”, co miałoby sens, zważywszy na fakt, że Urartu znajdowało się na Wyżynie Armeńskiej.


Jego osłabienie zapoczątkowały przegrane wojny z Asyrią w VIII w.p.n.e., później zależność polityczna od niej, w końcu zaś najazdy nowych przybyszów, którzy chcieli zasiedlić ziemię Urartyjczyków. W wyniku tego procesu w VI w.p.n.e. ich państwo zniknęło z mapy świata i zostało zapomniane.


Ale pozostałości budowli, które wznieśli, przetrwały do  dzisiaj. I choć nadbudowano na nich później średniowieczne i osmańskie fortyfikacje, to jednak są one świadectwem potęgi Urartu. Jestem dla niej pełna podziwu, gdy zwiedzam twierdzę Van. Jej ogrom zdumiewa i chwilami budzi niedowierzanie. Cieszę się, że nie odpuściłam sobie tej niezwykłej budowli, mimo że zwiedzanie jej w upalne, letnie południe trochę wymęczyło.


Ale za to na deser zaplanowaliśmy tego dnia relaks nad wodą. Najpierw podjeżdżamy w okolice portu w Van, później staramy się znaleźć jakąś plażę z możliwością wejścia do jeziora. Tego dnia będziemy przejeżdżali wzdłuż znacznej części jego południowej linii brzegowej, więc jesteśmy pełni nadziei, że uda nam się w nim choć nogi zamoczyć.


Stanowi ono wyjątkowo duży zbiornik wodny, największy w Turcji - żeby go objechać dookoła trzeba by było pokonać ponad 430 kilometrową trasę. Przez okolicznych mieszkańców nazywane jest morzem, w czym nie ma nic dziwnego, ponieważ w wielu miejscach nie widać drugiego brzegu. Na dodatek wody jeziora są słone. Jak można wyczytać na stronie https://alanyaonline.pl/jezioro-wan-w-turcji:  Dokładne zasolenie wody, które zostało pobrane z dna jeziora równa się 67%. Proszę sobie wyobrazić, że jest to dwa razy większe zasolenie niż w morzu!

Woda nie nadaje się do picia również ze względu na metaliczny smak i dużą zawartość sody. Van jest największym na świecie jeziorem sodowym. Ma wyjątkowo wysoką zasadowość, która wynosi 9,8. Podobno można w nim robić pranie bez użycia detergentów, ale my tego nie sprawdzaliśmy:).


A tu podaję jeszcze zaczerpnięte z powyższego źródła liczby, określające wymiary jeziora:

3574  km2 - jego powierzchnia;

120 km - jego długość;

450 m - jego głębokość.



W internecie można znaleźć informację, że wody jeziora są śliskie i sprawiające wrażenie oleistych. Ale gdy w końcu udaje nam się przyuważyć odpowiednie miejsce, by zamoczyć nogi, to jakoś nic takiego nie czujemy. Pewnie, żeby tego doświadczyć, to trzeba by było zdecydować się na porządną kąpiel (woda jest przyjemnie ciepła), jakiej zażywają turyści przybyli nad jezioro wraz z nami. Ale we mnie  takie dzikie plaże, jak ta, którą znaleźliśmy, nie budzą zaufania. 


By czuć się komfortowo w wodzie, potrzebuję idealnie przebadanego dna i bacznego oka ratownika nad sobą, a tego rodzaju miejsca nie widzieliśmy po drodze. No ale może to dlatego, że też jakoś specjalnie się za takim nie rozglądaliśmy. W upalne dni zamiast na plażach, skupiam się raczej na wypatrywaniu zacienionych kawałków przestrzeni.


Niełatwo o nie nad Jeziorem Van. Okolica jest skalista i słabo porośnięta czymkolwiek. Przejechaliśmy większośc trasy wzdłuż jego południowego brzegu, zanim w końcu udało nam się znaleźć jakieś całkiem ładne miejsce piknikowe do posiedzenia nad wodą. Na znajdujące się na jego terenie zwały śmieci niestety musieliśmy przymknąć oczy. 


Lecz może to zaśmiecenie nie było tylko winą ludzi, ale także wiatru, który akurat tam w postaci bryzy przyjemnie zawiewał znad jeziora, roznosząc po okolicy, co tylko się dało. No nic, trzeba brać życie, jakim jest i koncentrować się na plusach. To już ostatnie chwile nad jeziorem i ostatni dzień, gdy możemy się nacieszyć jego widokiem.


W drodze wzdłuż brzegu udało nam się wypatrzeć także miejscową atrakcję turystyczną, czyli ormiański kościół Krzyża Świętego z X wieku, do którego organizowane są rejsy wycieczkowe dla turystów (z portu w Gevaş). Znajduje się on na widocznej z nadbrzeżnej drogi wyspie Akdamar. Dzięki teleobiektywowi mieliśmy nawet możliwość dość dobrze mu się przyjrzeć. Bo oczywiście z wycieczkami statkami i promami zupełnie nam nie po drodze w naszych ostatnich podróżach.




Nieoceniona Magda z “Kawy po turecku” podaje na swoim vlogu piękną historię dotyczącą Akdamar (Ahtamar): “Legenda głosi, że za dawnych czasów mieszkała tutaj przepiękna ormiańska księżniczka. Zakochał się w niej zwykły chłopak, który mieszkał nad brzegiem jeziora. I co noc pływał do tej księżniczki wiedziony światłem, które ona na wyspie dla niego zapalała. Ale o tym romansie dowiedział się ojciec księżniczki i pewnej nocy, kiedy chłopak znów płynął na wyspę, ojciec zgasił światło. Chłopiec, nie wiedząc, dokąd płynąć, utonął. Legenda mówi, że jego ostatnimi słowami, było właśnie: “Ah, Tamara!”, czyli tak, jak na imię miała księżniczka”. To już kolejna smutna historia o miłości rozdzielonej wielką wodą, z którą  mamy okazję zapoznać się w Turcji.


Ale są też pozbawione tragicznego wątku ciekawostki z tych okolic:). Podaję je za ostatnią z podlinkowanych powyżej stron, czyli alanyaonline.pl.:

1. W Jeziorze Van żyje, przystosowany do jego specyficznych warunków,  jeden gatunek ryb z rodziny karpiowatych (choć ostatnio już przeczytałam gdzieś o odnalezieniu drugiego). Jeśli ktoś chce się o nim dowiedzieć czegoś więcej, to powinien obejrzeć na wspomnianym tu vlogu Magdy odcinek pt. “İnci kefali - latające ryby?.


2. Jezioro Van ma również, jak słynne szkockie Loch Ness, swojego potwora.  Historia ta pojawiła się w 1995 roku, podobno około 1000 osób widziało wtedy 15 metrowe, przypominające plezjozaura, zwierzę z kolcami na grzbiecie. Niestety badania naukowe, jak dotąd, niczego nie potwierdziły.



3. Na dnie jeziora odkryto za to ruiny zamku z przed 3000 lat. Najprawdopodobniej to znów dzieło budowniczych Urartu.




4. Około dwieście tysięcy lat temu w wyniku erupcji wulkanu Nemrut, który znajduje się w pobliżu, odpływ wody w jeziorze został zablokowany przez strumień lawinowy, który miał 60 km długości! Od tamtej pory jezioro stało się bezodpływowe - czytamy dalej w przywołanym tu tekście.


To właśnie do tego wulkanu się skierujemy, gdy wreszcie opuścimy naszą nadbrzeżną drogę. Tego dnia już rozstajemy się z Jeziorem Van. 


zaczynamy powolny odwrót - piszę do moich najbliższych.

Cel naszej podróży został zrealizowany, nadszedł czas, by obrać kurs na drogę powrotną do domu...




Następny wpis z podróży: 


GALERIA - droga nad Jeziorem Van