Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/hotel-grand-aga-dogubayazt-jest-przy.html
Gdzie dziś spalicie? - pyta rankiem Beata przyzwyczajona już do naszego ciągłego przemieszczania.
W Grand Ağa - teraz próbujemy ustawiać się na przynajmniej 2 noclegi w jednym miejscu, bo zbyt częste przenosiny jednak męczą.
Przesyłam wschód słońca nad Araratem na dobry początek dnia:)
Jak dobrze je przywitać w takim miejscu:). Trzeba się nim nasycić jeszcze przed wyjazdem. I w końcu ogarnąć swoje rozleniwienie, bo jednak Pałac Ishaka Paszy czeka na nas od chwili przyjazdu. Głupio byłoby sobie go odpuścić na dobre, będąc od niego dosłownie o rzut beretem.
A jest to obiekt z wielu powodów wart zobaczenia. Oto tylko kilka z nich:
- budowla nazywana pałacem z Tysiąca i Jednej Nocy jest w rzeczywistości całym dwukondygnacyjnym kompleksem pałacowym, zajmującym powierzchnię ok. 7600m²., który “miał podobno 366 pokoi [strona Uatrainings podaje zaś, że 116, w co byłoby łatwiej mi uwierzyć - przyp. aut.], każdy z kamiennym kominkiem; cały zespół był wyposażony w bieżącą wodę, kanalizację i system centralnego ogrzewania (szczególnie ważny we wschodniej Anatolii, znanej ze zdarzających się tu wyjątkowo silnych mrozów)” (https://www.a41.pl/ishak_pasa_sarayi.html);
- jak podaje to samo źródło: “jest w przewodnikach turystycznych wymieniany jako jeden z dwóch (obok słynnego pałacu Topkapı w Stambule) najważniejszych zabytków architektury osmańskiej w Turcji”. Jego wizerunek umieszczono na rewersie banknotu stulirowego;
- Z innej części tego tekstu dowiadujemy się, że: “kompleks zaczął budować w 1685 roku osmański dostojnik Çolak Abdi Paşa, pochodzący z dominującego w dużej części wschodniej Anatolii feudalnego klanu Cildiroglu (...), wzbogaconego na pobieraniu myta od kupców podróżujących Jedwabnym Szlakiem prowadzącym przez kontrolowane przez Cildiroglu tereny. Kontynuować dzieło miały następne pokolenia rodziny, a ostatecznie budowę ukończył w 1784 roku, a więc po 99 latach, İshak Paşa”. Autor bloga “Latarka w plecaku” wysuwa przypuszczenie (które do mnie przemawia:) o łapówkarstwie, będącym źródłem finansowania budowy;
Brzmi ciekawie, prawda? No to jedziemy zwiedzać!
Pałac znajduje się w paśmie wzgórz sześć kilometrów od Doğubayazıt na wysokości 2000 m.n.p.m. Jego ochrowa barwa powoduje ścisłe wtopienie się w otaczający krajobraz. Nie wiem, jak to wygląda w innych porach roku, ale podczas naszej wizyty w lipcu okolica zdawała się być skalistą pustynią. Surowe piękno komponowało się, jak dla mnie, z trudnymi warunkami życia, jakie panują w tych stronach - podobno przymrozki zdarzają się tu już we wrześniu, w październiku na ogół jest zimno, a od listopada mamy tu pewny śnieg, który zalega aż do kwietnia włącznie. Później następuje zimny maj i lato - na odmianę upalne.
To właśnie z powodu upału, pożałowaliśmy gorzko naszego lenistwa w poprzednim dniu. Wówczas zrobiliśmy błąd, odpuszczając sobie zwiedzanie pałacu późnym popołudniem. Przyjazd w to miejsce następnego dnia w porze południa nie był najlepszym pomysłem - pustynne słońce spalało nas żywcem.
Całe szczęście, że Pałac Ishaka Paszy okazał się godzien takiego poświęcenia. To najprawdziwsza architektoniczna perełka, harmonijne zestawienie elementów sztuki seldżuckiej, osmańskiej, ormiańskiej, gruzińskiej i perskiej, gdzie podziwiać można najwyższy poziom sztuki kamieniarskiej. Oczarowaniom nie było końca.
Pałac wzbudza też ogrom emocji i refleksji. Gdy zwiedzałam część haremową i patrzyłam przez zakratowane okienka na pustynną okolicę, to współczułam jego mieszkankom. Miałam wrażenie zamknięcia w pałacowej klatce i poczucie, że żadne piękno otaczającej architektury, ani udogodnienia pałacu, ani nawet miłość nie są w stanie tego zmienić. W głowie rozbrzmiał mi utwór Gorana Bregovica “To nie ptak” z polskim tekstem, wyśpiewanym przez Kayah:
“Kocham ciebie mówi jej każdy mały ruch
Lecz ty wśród kolorowych falban szukasz piór
Bo jesteś pewien że
Wczoraj widziałeś skrzydeł cień
Dlatego klatkę zbudowałeś
Lecz ona
To nie ptak czy nie widzisz?
To nie jest ptak
Ona to nie ptak”
Ale może kobiety Paszy odbierały swój los w zupełnie inny sposób? W końcu istnieje duże prawdopodobieństwo, że wolały spędzić życie na pałacowym utrzymaniu nawet w klatce, niż na zmaganiu się z surowymi warunkami pustyni. Każdy widzi w sytuacji mieszkanek haremu tylko pewien wycinek ich rzeczywistości. Na przykład Nuri ze wspomnianego w poprzednim wpisie vloga “Kawa po turecku” mówił, że zazdrości tym dziewczynom luksusów. Podobały mu się wewnętrzne baseny i widoki z okien na ten otaczający pałac koniec świata.
Jedziemy jeszcze na okoliczne wzgórze, by mu się lepiej przyjrzeć. Po drodze widzimy, że i teraz ludzie osiedlają się w takich miejscach. I choć ich domostwo jest na wpół zrujnowane, to jednak antena satelitarna nad nim góruje. Ale może to taka konieczność na czas, gdy śnieg je odcina od reszty cywilizacji.
Zjeżdżamy w bardziej cywilizowane tereny, a ja z radością zamieniam widok tych nagich żółto - pomarańczowych wzgórz ponownie na Górę Ararat. Już się z nią żegnam. Kierujemy się do głównego celu naszej podróży, czyli jeziora i miasta Van. Mimo wszystko nie mogę przestać oglądać się za siebie. Gdybym była żoną Lota na pewno jako słup soli patrzyłabym na Górę Ararat do końca świata.
Ale w tej podróży przychodzi taki moment, że wreszcie tracę ją z oczu. Robi się przestrzeń na to, by przyjrzeć się nowym cudom, które niesie droga. A ona doprowadza nas na przykład do ślicznych wodospadów Muradiye. Ich wody zasilają jezioro, nad które właśnie jedziemy.
Wodospady są celem licznych wycieczek. Ludzi jest sporo, w tym także młode pary, które wybrały to miejsce jako scenerię swoich sesji ślubnych. Rzeczywiście jego malowniczość i fotogeniczność wprost zmusza do pstrykania niezliczonej ilości fotek.
To naprawdę wyjątkowy przystanek na złapanie oddechu w podróży, nawet obecność pokaźnej rzeszy turystów w tym nie przeszkadza.
I jesteśmy zabezpieczeni na tę okoliczność. Spodziewając się problemów z zakupem alkoholu na terenach zamieszkałych głównie przez muzułmanów, wieziemy w bagażniku zakupione jeszcze w Rumunii wino. Żeby było ciekawiej, to toskańskie Chianti zakończy w Van swoją podróż, a my na chwilkę przerwiemy okres całkowitej abstynencji w Turcji:).
Ale żeby zacząć świętować, musimy najpierw dostać się do naszego hotelu, przeprawiając się przez całe miasto. Zarezerwowałam w Van dwie noce w pięciogwiazdkowym Hiltonie - corner room z widokiem na jezioro. Jestem niezwykle z siebie dumna, bo oczywiście dzięki programowi lojalnościowemu, uzyskałam bardzo przyzwoitą cenę.
Niestety hiltonowskie posiłki już nie zmieściły się w naszym budżecie, toteż nie mam pojęcia, jak smakuje jakiekolwiek tamtejsze jedzenie. Co prawda w wychwalanym przeze mnie (przy okazji naszej pierwszej nocy w Hiltonie) poradniku na temat programu lojalnościowego tej sieci znalazł się zapis: “Jeśli chodzi o cechy wyróżniające poszczególne marki, to w hotelach DoubleTree każdy gość witany jest ciepłym ciastkiem z czekoladą”, ale w Van chyba o tym nie słyszeli:).
Zresztą było też trochę innych niedociągnięć. Nie żebym jakoś narzekała, bo hotel ogólnie bardzo dobry, ale jednak pięć gwiazdek zobowiązuje. A tu takie “niespodzianki”, jak:
- corner room zastaliśmy nagrzany przy wszystkich jego nieotwieralnych oknach do nieprzyzwoitości. Nikomu z obsługi nawet nie przyszło do głowy, by przedmuchać klimą pomieszczenie przed naszym przyjazdem. Długo to trwało, zanim udało nam się uzyskać w miarę zadowalającą temperaturę;

- no a już absolutnym hitem był dla mnie brak ręczników w strefie spa. Trzeba było zobaczyć moją minę, gdy ociekająca wodą po kąpieli usłyszałam od panienki z obsługi niefrasobliwe wytłumaczenie, że nie dowieziono ich z fabryki (choć być może chodziło jej o pralnię:). W końcu omal “siłą i godnością osobistą” wytargowałam jakiś odbarwiony i śmierdzący chemią kawałek materiału, żeby w ogóle móc opuścić strefę basenową bez zalewania części hotelowej. Trochę się tym zestresowałam po, skądinąd przyjemnym, zrelaksowaniu w hotelowym basenie.
No ale w końcu to tylko drobiazgi. Nie zepsuły nam pobytu w Van:). Widok na jezioro, zwłaszcza w porze zachodu słońca wynagrodził wszystko.
A po zmroku hotel przyozdobił się w kolorowe światła niczym w wieczorową kreację, by udowodnić takim niedowiarkom jak my swoją klasę i pięć gwiazdek w zanadrzu.
Ale macie dziś wypasior. Hotel robi wrażenie - napisała Beata.
Ale luksusy!
Nam też się podoba jego wieczorna odsłona. Ale gdy już zmęczeni podróżą i całodziennymi wrażeniami docieramy wreszcie do łóżka, to, rozmyślając o planach na pozostałe dni pobytu w mieście, do którego dotarliśmy parę godzin wcześniej, przypomina mi się nagle zadane kilkanaście dni wcześniej pytanie Halila:
- Van? A cóż wy chcecie zobaczyć w Van?
A odpowiedź brzmi: hmm..., właściwie to nie wiemy...
































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz