Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/gdy-jeszcze-przed-wyjazdem-ogladaam.html
Wulkan Nemrut od kilku wieków na szczęście drzemie sobie w najlepsze, jego ostatnia potwierdzona erupcja miała miejsce w 1650 r. By do niego dotrzeć, trzeba najpierw skierować swoje kroki do miasta Tatvan na zachodnim brzegu Jeziora Van. Stąd kręta i dość wymagająca droga prowadzi już tylko w górę i w górę. Kaldera wulkanu ma wysokość 2948 m. n. p. m. i jest naprawdę ogromna - jej średnica wynosi 7200 m. Nic dziwnego, że na takim terenie mieści się aż pięć, mniejszych i większych, jezior. W jednym z nich biją nawet gorące źródła, ale podobno i tak nie są one w stanie odczuwalnie rozgrzać jego zimnych wód.
Wnętrze wulkanu jest po prostu przepiękne. Przejrzyste, szafirowe jeziorka są otoczone zielenią i wysokimi skałami. To miejsce po prostu wręcz prosi się o spędzenie tam większej ilości czasu, niż my mieliśmy do dyspozycji. Ale tego dnia niestety poganiała nas wizja dość długiej jeszcze trasy do zarezerwowanego hotelu w Taşlıdere.
O tutejszym wulkanie nie słyszeliśmy niczego wcześniej, więc niewiele brakowało, a zrezygnowalibyśmy z wjazdu do kaldery. Całe szczęście, że ja wykazałam się determinacją, a mąż dużą cierpliwością za kierownicą. No i dobrze też jest mieć na takiej wycieczce auto z napędem 4x4, choć to i tak nie gwarantuje jej powodzenia. Na naszych oczach w drodze powrotnej jeden z samochodów terenowych do przewożenia turystów (na szczęście pusty) wypadł z drogi. Dobrze, że nic się nie stało kierowcy - wezwanie w takie miejsce pomocy drogowej pewnie by przerosło nasze możliwości. W kalderze jest cała plątanina (pustych) dróg, w tym głównie szutrowych i piaszczystych i nie wiem, jak mielibyśmy określić nasze położenie, gdyby to nam się przytrafił taki wypadek.
Na szczęście objechaliśmy wulkan bez żadnych tego typu przygód. Wracając na główną trasę, jeszcze raz mieliśmy okazję spojrzeć z kaldery na Jezioro Van i przycupnięty przy nim Tetvan, który (przynajmniej z góry) wygląda na bardzo przyjemne miasteczko. Na przeciwległym brzegu widać też wygasły wulkan Süphan. Jednocześnie jest to druga co do wielkości góra w Turcji (4058 m) po Araracie i nawet dość łatwo je ze sobą pomylić ze względu na zalegające na wierzchołkach obydwu lodowce. W szczytowej partii Süphan Dağı ponoć również znajduje się jeziorko.
Ostatnie spojrzenie na Van - dzielę się z bliskimi widokiem, który już na zawsze zapada mi w serce. Ogarnia mnie żal, wiem, że będę tęskniła.
Ale tego dnia jeszcze na to nie czas. Ekscytuje mnie dalsza część drogi, która wciąż jest przed nami. W trakcie jej trwania zamierzamy na przykład dotrzeć na górę, o takiej samej nazwie, co wulkan, z którego właśnie zjeżdżamy.
Na tym etapie podróży w pierwszym momencie trochę nam zamąciła w głowach tabliczka informacyjna z napisem Nemrut w tych stronach, ale na szczęście po ponad trzytygodniowym pobycie w Turcji już w miarę szybko potrafimy się zorientować w jej geografii. Prędko więc zaskoczyliśmy, że to dwie różne tureckie atrakcje. Do kolejnej Góry Nemrut mamy z Tatvan jeszcze około 430 kilometrów, zdecydowaliśmy się zatem pojechać tam z przystankiem na nocleg po drodze.
Jeszcze przed wieczorem mogę więc zameldować moim messengerowym odbiorcom:
Teraz jesteśmy w Hole Yildiz Hotel Termal, tak z wodami termalnymi. Nie, nie są ciepłe, są zajebiście gorące, to coś takiego, jakby zapomnieć w odpowiednim momencie zakręcić czerwony kurek, wlewając wodę do wanny.
- Czy jest zupa? - zapytaliśmy nieśmiało, widząc, że kuchnia już się zamyka.
- Nie ma - odpowiedział nam przemiły chłopak z recepcji. - Ale za 20 minut będzie. Tu wykonał szybki telefon do kucharzy.
- Oni ugotują to dla ciebie - z uśmiechem oznajmił mężowi. Poczułam, że trafiliśmy do najlepszego miejsca pod słońcem. Tego dnia mogliśmy się udać na spoczynek z pełnymi brzuchami.
Oczywiście do tego pozwolono mi wybrać sobie pokój.
Wystrój w tutejszym wzornictwie, ale widać, że wszystko po remoncie, więc spoko. No i balkon - to najpiękniejszy tutejszy akcent - z widokiem na rzekę Bat
Tu użyłam skrótu, który zobaczyłam na mapie. Ale tak właściwie to rzeka ma wdzięczną nazwę Batman. Płynie stąd do miasta, które też tak się nazywa:). Z naszego balkonu widać było rozlewiska, które pozwalają nawadniać okoliczne uprawy.
Sporo czasu spędziłam wpatrując się w ten krajobraz i wciąż zdając relację ze swojego zauroczenia naszym nowym przystankiem po drodze.
Zachód słońca nad Bat, albo raczej już po zachodzie, ale wciąż pięknie - czasem słychać tylko cykady lub rechoczące żaby
Właśnie takie odgłosy świata lubię
I wsłuchując się w nie z lubością, zapadam wreszcie w błogi sen. A rankiem budzę się zrelaksowana i w świetnym humorze. I jedno wiem na pewno - wcale nie chcę stąd jeszcze wyjeżdżać. Musimy tu zostać na dłużej...























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz