sobota, 13 maja 2023

PRZYJEMNE ZASKOCZENIE - Hotel Ostaniec, Podlesice koło Kroczyc

Wbrew obawom obecny weekend okazał się czasem, gdy życie przyjemnie zaskoczyło, przynajmniej zawodowo. Już na jego wstępie dostałam od Dyrekcji projekt oceny mojej pracy. Została ona oceniona jako wyróżniająca (najwyższa ocena), przydzielono mi też maksymalną ilość punktów. To ucieszyło, jedna rzecz z głowy.


Do kolejnej przystąpiłam po krótkiej przerwie na podanie mężowi obiadu i przygotowaniu mu kolacji na później. Omal biegiem wróciłam wówczas do szkoły, by wraz z moimi koleżankami i kolegami udać się na szkolenie wyjazdowe. Dojazd do zarezerwowanego obiektu zajął nam prawie półtorej godziny, a autobus tak nami wytrząsł na trasie, że ledwo utrzymaliśmy żołądki na wodzy. Ale dobrze, że nie narzekałam, bo na miejscu okazało się, że mamy naprawdę fajny hotel. Obiekt otoczony polami i lasami spełniał wszelkie moje oczekiwania.


Oto jego opis z informacji o szkoleniu:

HOTEL OSTANIEC - PODLESICE k/KROCZYC 12-13.05.2023 r.
Zaciszny hotel u podnóża góry Zborów, skalistego wzgórza w rezerwacie przyrody. Położony 11 km od XIV-wiecznego zamku w Bobolicach i 1 km od Jaskini Głębokiej. Pozostałe udogodnienia obejmują miejsca do grillowania, przytulny bar z kominkiem oraz spa z saunami i wanną z hydromasażem. Dostępne są również sale konferencyjne oraz strefy zabaw w środku i na świeżym powietrzu. 

Zostałam zakwaterowana w czystym, choć malutkim pokoiku, ale dla mnie jednej to było wystarczająco dużo miejsca. Miał on nawet niewielki balkon, ale z tak wysokim, drewnianym zabezpieczeniem, że sprawiał wrażenie jakby pobyt tam służył raczej zasłanianiu siedzących gości, a nie podziwianiu okolicznych widoków. No chyba, że ktoś chciał sobie postać w takim miejscu. Wówczas mógł zobaczyć i odkryty basen, i ścianę lasu otaczającego hotel oraz porastającego pobliskie wzgórze, i kojące zmysły ogromne morze zieleni. 


Co prawda w tym krajobrazie znalazły się także tyły naszej restauracji i ciąg paneli słonecznych, ale w końcu zmysł wzroku działa tak wybiórczo, że można go było skupić jedynie na tym, co estetycznie urzekało. Mnie się więc podobało.


Ale nie miałam zbyt wiele czasu na rozglądanie się po okolicy. W sali konferencyjnej czekał już na nas szkoleniowiec. Szybko okazało się, że taki, który już prowadził szkolenie dla nas przed laty (zresztą to samo, co teraz:). No ale na szczęście to pan, który nie przynudza, więc trzy godziny jakoś w miarę szybko minęły. Współczułam tylko tym koleżankom i kolegom, którzy tego dnia nie mieli przerwy w czasie zajęć i musieli jechać szkolić się bezpośrednio po lekcjach. Nie wiem, jak oni wytrzymali tyle godzin bez obiadu czy jakiegokolwiek posiłku po pracy. Bo oczywiście trudno byłoby do tej kategorii zakwalifikować trzycentymetrowego rogalika, którego dostaliśmy do kawy podczas przerwy w szkoleniu.


Dopiero po nim, już późnym wieczorem, zaprowadzono nas do wiaty grillowej na jadło i napitki. Skurczone żołądki znowu zaprotestowały na nagłe obarczenie ich tłustą i obfitą strawą na zakończenie tego dnia. Ja również jakoś nie czułam się najlepiej po tego typu posiłku. No ale też może zjadłam go za szybko. Spieszyłam się bardzo, żeby móc tego dnia dodatkowo skorzystać ze SPA. 



W informacji przed wyjazdem był jeszcze bowiem zapis:

 “W czasie wolnym propozycja kilku wariantów dla gości [podaję tylko jeden, bo inne dla mnie w ogóle nie były atrakcyjne czy też osiągalne - przyp. aut.]:
* korzystanie z hotelowego wellness /sauna sucha – fińska, sauna aromatyczna – biosauna, łaźnia parowa, strefa schładzania z prysznicem wrażeń, strefa wypoczynkowa, wanna z hydromasażem dla 7 osób/



I to wszystko (poza czasem wolnym:) miałam tylko dla siebie na wyłączność, ponieważ nikt więcej nie wpadł na pomysł takiej relaksacji, albo może nie chciał sobie przerywać posiadówki przy grillu. No więc znowu biegiem (bo SPA czynne tylko do 21.00), korzystałam sama przez blisko 45 minut z lekko niedogrzanego jakuzzi. Co do saun to miałam wrażenie, że tylko w suchej jest wystarczająco gorąco, ale i tak nie było czasu, by tam posiedzieć.


Biegiem ponownie wróciłam do chaty grillowej i resztę wieczoru spędziłam w miłej, atmosferze zrelaksowanych (i wreszcie najedzonych ludzi), z którymi w końcu nie trzeba było rozmawiać o szkole. Do zakończenia imprezy jednak nie dotrwałam. Chciałam jeszcze nadrobić zaległości ze snem z całego tygodnia.


No i to się zupełnie nie udało. Nie jestem w ogóle przyzwyczajona do spania z pełnym (i to bardzo) żołądkiem. No tak się to kończy, gdy chce się wszystkiego za dużo i za chytrze:). Bo nadmiar wrażeń chyba też szkodzi:). 



Ale niczego nie żałuję. Ranek obudził się przepiękny i byłam szczęśliwa, mogąc przywitać nowy dzień w tak relaksującym zmysły miejscu. Nawet na króciutki spacer przed (bardzo dobrym) śniadaniem udało mi wygospodarować sobie czas.


Na dodatek również droga powrotna z Edi była wielką przyjemnością. Oglądałam cudny świat, w który od tak dawna nie miałam możliwości się wyprawić. I skałki na Górze Zborów wówczas zobaczyłam z daleka, i z bliska pola pełne kwitnącego rzepaku.


A mąż wraz z Maćkiem jakoś beze mnie przeżyli i nawet chyba nie zdążyli zatęsknić. Nikomu nie stała się krzywda, a ja wróciłam do domu z wielkim zadowoleniem. Bo czasem coś, przed czym się bronimy, okazuje się dla nas całkiem dobrym sposobem zaspokojenia pewnych potrzeb. A jeśli nie chcemy sobie tego aż tak górnolotnie tłumaczyć, to warto choć nie zapominać, że na bezrybiu i rak ryba...











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz