sobota, 27 maja 2023

29. 2 TURCJA: Taşlıdere - Śpiew Anioła Stróża

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/wulkan-kilku-wiekow-drzemie-sobie-na.html



Jeśli ktoś spodziewa się w Hole Hotelu Yildiz basenów termalnych tego typu, jak na przykład w naszych tatrzańskich ośrodkach, to się może mocno zdziwić. Chyba lepiej w takim przypadku, żeby nie planował wypoczynku w Taşlıdere - raczej czeka go zawód. Zwłaszcza, gdy jest kobietą - z tego, co widzę na zdjęciach obiektu, mężczyźni mają w swojej części przynajmniej wyjście na basen zewnętrzny.

Tak, termy w Taşlıdere nie są koedukacyjne.

- Mieliśmy kiedyś basen rodzinny - tłumaczy recepcjonista, ale po wielkim wybuchu(?), teraz nie mamy wystarczającej ilości wody. 


Zastanawiam się, czy chodzi tutaj o następstwo prac związanych z budową sieci zapór na rzekach tego regionu. Pobliska tama Batman została ukończona w 1999 roku i za jej przyczyną powstały rozlewiska widoczne z naszego balkonu. Ale obecnie w górnym odcinku rzeki trwają prace nad nową zaporą o nazwie Silvan. Jej otwarcie planuje się, jak można dowiedzieć się z Wikipedii, jeszcze w bieżącym roku. 
Tamy na rzece Batman są częścią Projektu Południowo-Wschodniej Anatolii (tur. Güneydoğu Anadolu Projesi, GAP). Czytam o nim, że “jest największym i najbardziej kosztownym projektem w historii Republiki Turcji, a także najefektywniej realizowanym spośród dotychczas opracowanych planów i programów rozwoju regionalnego. (...) W latach 70-tych GAP był traktowany jako program rozwoju zasobów wodnych i lądowych regionu i planowano uruchomienie 22 tam, 19 elektrowni wodnych oraz inwestycje irygacyjne obejmujące 1,8 miliona hektarów ziemi w dorzeczu Eufratu - Tygrysu” (https://www-gap-gov-tr.translate.goog/en/what-is-gap-page-1.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc).

Jednym słowem gigantyczne przedsięwzięcie. Choć jego następstwa nie do końca są przewidywalne, to tureckie władze idą w tym kierunku jak przecinak. Niestety niszcząc i zalewając wszystko, co stoi na drodze ich planom. Oczywiście nie do mnie należy ocena tego faktu, ale mam wrażenie, że dla mieszkających na tym terenie Kurdów sprawa nie jest tak oczywista, jak podaje się ją w oficjalnym (patrz powyżej) źródle. W końcu tu chodzi przecież o ich dziedzictwo historyczne i materialne.


W recepcji Hole Hotelu Yildiz na czołowym miejscu  wisi przepiękne zdjęcie Hasankejf, który, jak wynika z artykułów w internecie (przykładowo pierwszy link pod wpisem), był kurdyjskim miastem przynajmniej od średniowiecza. Przychodzi mi do głowy, że moglibyśmy się tam udać, w końcu przed wyjazdem do Turcji widziałam na mapach, że to nie aż tak daleko stąd. Ale gdy pytam recepcjonistę o drogę, to  słyszę odpowiedź, że tego miasta już nie ma. I wypowiedziane z widocznym żalem refleksje na temat tego,  jak bardzo było piękne, ile miało zabytków, jak bogatą historię...


Po powrocie do domu czytam jeszcze poświęcony Hasankejf artykuł Joanny Kocik na stronie https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/miasto-ktore-musi-umrzec,40,923. Aż trudno uwierzyć, że na tym terenie zaszły już tak radykalne zmiany. Miasto stało się wspomnieniem, przeszłością. Pierwszego kwietnia 2020 roku zostało całkowicie zalane. Cóż, wykreślam je więc z naszego planu podróży. Ale pytanie, czy Hasankejf naprawdę musiało umrzeć, czy nie było innego sposobu/pomysłu na zmiany regionalne w Południowo - Wschodniej Anatolii dalej kołacze się w głowie.


*

- Günaydın - rano popisuję się w recepcji swoim nowo przyswojonym tureckim zwrotem.

- Roj baş - odpowiada mi recepcjonista. - To dzień dobry po kurdyjsku (w internecie można znaleźć to słowo zapisane również jako Rojbaş, Rozh-bash).

- My tu jesteśmy Kurdami - dodaje z dumą. Już poprzedniego dnia nawiązała się między nami przyjazna relacja, można się więc otworzyć przed obcymi.


Doceniamy to. Odpalamy tłumacza google i próbujemy w przyspieszonym tempie opanować kolejne zwroty w języku gospodarzy, by sprawić im przyjemność. Niestety nie do końca rozumieją nasz kurdyjski. Później przeczytam o wielkich rozbieżnościach językowych wśród Kurdów. Posługują się oni licznymi dialektami, zapisywanymi różnymi alfabetami na terenach państw zamieszkałych przez przedstawicieli tego narodu (Turcja, Iran, Irak, Syria, korytarz oddzielający Armenię od Górskiego Karabachu, a nawet Afganistan). Cóż, zdaje mi się, że nasz tłumacz google nie posługiwał się akurat kurdyjskim z okolic Taşlıdere:(.


Ale widać było, że nasze starania zostały dostrzeżone. No chyba, że obsługa hotelu jest tak miła dla każdego klienta jak dla nas - tego nie wiemy. Ale my w Taşlıdere czujemy się wyjątkowymi gośćmi. Na pewno stanowimy tu dla wszystkich swego rodzaju ciekawostkę, atrakcję i zagadkę w jednym. No bo jak to się stało, że dwójka turystów z Polski przyjechała wypoczywać w kurdyjskim ośrodku termalnym? Młodziutki kelner, który nas obsługuje przy śniadaniu nie może się temu nadziwić. Próbuje z nami nawiązać kontakt za pomocą wszystkich znanych mu angielskich słów. Jest w tym mnóstwo uroku, chłopak wprawia nas w dobry nastrój na cały dzień.

Chwilę później przynosi nam dwie kawy - okazuje się, że to poczęstunek od pana, który siedzi przy sąsiednim stoliku. W tym przypadku już niestety bariera językowa okazuje się nie do przeskoczenia. Ale gest naszego śniadaniowego sąsiada zupełnie nas rozbraja. Wszyscy, których spotykamy w Hole Yildiz Hotel zaskakują nas gościnnością, opieką i troską, o jakiej nam się nawet przed tą podróżą nie śniło.

Najpełniej tego doświadczyliśmy, gdy postanowiliśmy zażyć gorącej kąpieli w hotelowych termach. Każde z nas na swój sposób. Mąż znów miał okazję być obdarowany przez tego samego pana, który już umilił nam kawą śniadanie. Tym razem ten niezwykły człowiek przyniósł do męskiej części basenu dar w postaci talerza pełnego owoców. W ten sposób pożegnał się z mężem, wyjeżdżając z hotelu i udowodnił, że czasem nie trzeba znać nawet jednego wspólnego słowa, żeby nawiązać relację wypełnioną otwartością na innych, bezinteresowną dobrocią i życzliwością, której ogrom zdumiewa. Możemy mieć tylko nadzieję, że świat odda temu człowiekowi w dwójnasób każdy z tych darów wówczas, gdy będzie ich potrzebował najbardziej. Amen - niech się stanie.


Ilekroć zaś pomyślę o tym, co ja przeżyłam w damskiej części basenów, to każdorazowo czuję głębokie wzruszenie. To był dla mnie czas, gdy słowa okazały się właściwie niepotrzebne do tego, aby czuć się bez reszty częścią cudownej kobiecej wspólnoty. Kurdyjskie kobiety przyjęły mnie w swoim gronie jak swoją - członkinię grupy, o którą ze względu na lekkie zagubienie w ich świecie trzeba zadbać w sposób szczególny. Nie czułam się wśród nich obca nawet przez chwilkę, byłam w wielkim, siostrzanym kręgu przez te parę popołudniowo - wieczornych godzin. Moczyłam nogi we wrzątku między kobietami, cieszącymi się rozmową  i swoim towarzystwem oraz wytchnieniem od codzienności. I było w tym chwilami nieco kolorytu, który widzi się na obrazach, ilustrujących czas wolny w haremowych klimatach. Nieobecność mężczyzn w takich chwilach zdaje się sprawiać, że wszelkie nuty rywalizacyjne czy też chęć zabłyśnięcia i wyróżnienia się na tle innych zanikają. Kobiety mogą być po prostu sobą w czystej postaci. Wspierać się wzajemnie samą obecnością. Uwielbiam takie chwile.

Zwłaszcza, gdy można w czasie ich trwania słuchać jak Zeynep, siedząc na brzegu basenu,  wyśpiewuje rzewne kurdyjskie pieśni. I choć nie rozumiałam ani słowa, to czułam, że jest w nich opowieść o życiu takim jak moje - czasem pełnym miłości, a czasem pełnym rozpaczy, trudu i tęsknoty. Niezapomniane przeżycie. Śpiewaj dalej Zeynep, śpiewaj, proszę...



Jedyną osobą, z którą byłam w stanie nawiązać w tym miejscu  kontakt za pośrednictwem angielskiego, była najmłodsza z kobiet. Yildiz towarzyszyła tego dnia podczas kąpieli swojej mamie. Dziewczynę oprócz wieku wyróżniał na basenie strój. Jako jedyna miała na sobie biustonosz, reszta kobiet była ubrana w różne rodzaje koszulek. Spod nich najczęściej wystawały spodenki lub szarawary o zróżnicowanej długości. W tamten wieczór myślałam, że tak tym kobietom po prostu wygodnie, olśnienie, że nie miały one w swojej garderobie strojów kąpielowych, przyszło znacznie później. Ale też była w tym wspaniała lekcja ciałopozytywności.

Yildiz była nie tylko bardzo młoda i miła, ale też zjawiskowo piękna. Toteż o mało nie spadłam z leżaka, słysząć od niej, że to ja robię tutaj za piękność. Ja - wiekowa baba z nadwagą, która już nie pamięta, kiedy ktoś w Polsce ostatni raz powiedział jakikolwiek komplement na temat jej wyglądu. No ale jak widać, zbędne kilogramy na Wschodzie Turcji nie mają takiego znaczenia, jak w naszym kręgu kulturowym, platyna na głowie zaś działa w tej części świata prawdziwe cuda. Dzięki niej, i to nawet bez niebieskich oczu, usłyszałam takie rzeczy na temat swojego uroku i prezencji, że jeszcze długo potem zbierałam szczękę z posadzki, otaczającej gorący basen. 

Wprawdzie już wcześniej - na basenie w Van, pan z obsługi zainteresował się moją urodą, ale uznałam, że po prostu nadskakiwanie turystkom należy do jego obowiązków zawodowych. Teraz zaś powoli do mnie docierało, że te kobiety nie muszą robić takich rzeczy w ramach grzeczności. Komplementowanie przyjezdnych na pewno nie należy do kulturowego kanonu ich powinności.


Yildiz tłumaczyła mi, co na mój temat mówią towarzyszki w kąpieli - nie powiem, brzmiało to bardzo miło i dla ucha, i dla mojego ego:). Jej mama na przykład w swojej serdeczności nawet zaprosiła mnie do własnego domu. Oczywiście ze względu na planowany następnego dnia wyjazd nie mogłam na to przystać - na szczęście przyjęto to z pełnym zrozumieniem.

Powoli dzień chylił się ku końcowi i kobiety zaczęły rozchodzić się do swoich domów. Wreszcie zostałam na basenie tylko z Zeynep i jej koleżanką. Nie chciałam jeszcze kończyć tego uroczego wieczoru. Nie przeszkadzało mi to, że wkrótce pozostanę na basenie całkiem sama. Ale Zeynep z koleżanką postanowiły za wszelką cenę do tego nie dopuścić. Tyle razy po mnie przychodziły i dawały mi do zrozumienia, żebym się z nimi zbierała, że w końcu nie miałam innego wyjścia, jak tylko posłuchać. I nagle do mnie doszło. Baseny obsługiwali mężczyźni. I te dwie kurdyjskie kobiety nie chciały mnie tutaj z nimi zostawić samej. Zwłaszcza, że byłam jedynie w stroju kąpielowym, czyli w ich odczuciu zapewne całkiem rozebrana. To była ich uwarunkowana wychowaniem troska o moje bezpieczeństwo. Ochrona kobiecego świata.

Kurdyjskie anioły - stróże zaczekały aż się ubiorę i pożegnały mnie dopiero w drzwiach windy, którą wyjeżdżałam do części hotelowej. W życiu nie czułam się tak zaopiekowana, jak wtedy. I to przez zupełnie nieznajome kobiety, których nawet bym nie rozpoznała, gdy zasłoniły chustkami dolną część twarzy. Mogę mieć tylko nadzieję, że dobro, które wówczas otrzymałam od tych opiekuńczych istot do nich w dwójnasób wróci. Amen - niech się stanie.

Dzięki nim znalazłam się w pokoju wcześniej niż zamierzałam:). Ale radość w sercu wciąż towarzyszyła mi we wszystkim, co robiłam tamtego wieczoru. To był taki miły czas...

Wymoczylismy się w ichniejszym wrzątku, który jak się okazało ma właściwości bardzo, bardzo lecznicze, odpoczęliśmy wśród przemiłych ludzi, którzy, ach, jak o nas tu dbają.

No i nawet zachód słońca dziś zdążyłam uchwycić wcześniej  - piszę do najbliższych. Tak bym chciała, żeby i oni mieli udział w atmosferze, jaka panuje w tym miejscu.

i dziś słuchamy, jak ciepły wiatr hula po dolinie.

Jest nieziemsko


*

Tak nam się spodobało w Hole Hotelu Yildiz Termal, że przedłużyliśmy pobyt do jutra

I tylko trochę się martwię, że jak tak wszędzie będziemy przedłużać, to mi wakacji na tę podróż zabraknie. No ale gnanie naprzód, aby szybciej, też mi się jakoś w głowie nie chce pomieścić. To jakby pozbawić się tego, co w tej podróży tak istotne - przyjemności i smaku. Po to przecież wyruszyliśmy z domu.

Ostatnia zaś rzecz, jaka nam wtedy przyświecała, to rozstrzyganie po drodze jakichkolwiek kwestii politycznych. Co do nich, to mam swoje motto, które pozostało mi od czasów studenckich. “Polityka dla mnie to w krysztale pomyje”, jak wyśpiewał wtedy Przemysław Gintrowski w “Autoportrecie Witkacego”. No cóż, nie zamierzam przepraszać żadnego polityka za to, że w pełni serca zgadzam się z tymi słowami.

Również w Turcji staramy się, na ile to tylko możliwe, trzymać z daleka od kwestii politycznych. Czasem jednak one nas po prostu dopadają. Ale wypowiadanie się w tych sprawach zostawiamy dla ekspertów i samych zainteresowanych. Na pewno nie jest to zajęcie dla turysty, który przyjechał tylko na wakacje do tej części świata.


Nie mam więc absolutnie żadnego zamiaru zajmować tu jakiegoś stanowiska w kwestii kurdyjskiej. Nie to mi przyświeca, gdy o Kurdach piszę. Ja po prostu po ludzku martwię się o tych ludzi i o ich dalsze losy.

No bo co stanie się z basenami termalnymi w Taşlıdere, jeśli dalsze prace związane z modernizacją regionu i “wielkimi wybuchami” przy okazji projektu GAP zupełnie pozbawią te okolice gorącej wody? W jaki sposób przetrwa wówczas związany z nią hotel i jego cudowni właściciele/pracownicy? Z czego będą się utrzymywać?

W internecie znalazłam ostatnio film z Hasankejf (to znaczy z okolic, gdzie się kiedyś znajdował), którego mieszkańcy stracili źródło utrzymania  w postaci pracy w turystyce (https://www.youtube.com/watch?v=g_Ayf-c0jgs&ab_channel=VlogCasha). Na dodatek byli zmuszeni zamieszkać w nowym miejscu. Jaka przyszłość ich czeka, gdy decyduje o niej ktoś inny niż ci mieszkający tu od wieków ludzie? I dlaczego nikt ich o zdanie nie pyta i nikt się z nim nie liczy?


W drodze do Hole Hotelu Yildiz Termal widzieliśmy na drodze scenkę, jak dla mnie mrożącą trochę krew w żyłach. Do jadącego przed nami vana, nagle ostro hamującego na prostej drodze, wskoczył w biegu młody człowiek, który wypadł niczym błyskawica z zarośli na poboczu.  Nowy pasażer był wyposażony w... wielki karabin, co w przypadku jednoczesnego braku munduru mocno mnie zaniepokoiło. Czy to jest przyszłość tej ziemi? Mąż mnie uspokaja, że na tym terenie działają uzbrojone formacje powołane dla zapewnienia bezpieczeństwa (gdzieś o tym czytał), ale pewności mu brak. I nie wiem, skąd ją brać. Tak naprawdę to nie mamy pojęcia o tym, co się tutaj dzieje.

I wiem, że na wszystkie moje pytania i wątpliwości nie dostanę żadnej odpowiedzi podczas trzydniowego pobytu. Ale też nie odjeżdżam z niczym. Teraz sprawa kurdyjska ma dla mnie konkretne twarze: naszego recepcjonisty Ahmeda, jego sióstr, młodego kelnera, hotelowych kucharzy, pana od kawy i owoców, Yildiz i jej matki, Zeynep i wszystkich kobiet, dla których basen w Taşlıdere, to jedyny rodzaj relaksu po ciężkiej pracy na okolicznych polach... To dla nich zostawiam błogosławieństwo przed wyjazdem. Niech Bóg ma Was wszystkich w opiece, niech zajmie się Waszymi losami. Amen - niech się stanie.


A Yildiz to po turecku gwiazda


Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/06/bardzo-trudno-opuszcza-sie-miejsce.html


P.s. do przeczytania dla chętnych:

1. https://poznaj-swiat.pl/article/1067/ginace-miasto-hasankeyf

2.  https://podroze.onet.pl/aktualnosci/miasto-hasankeyf-w-turcji-zniknie-pod-woda-za-kilka-miesiecy/wq2lzjt utm_source=podroze.onet.pl_viasg_podroze&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=undefined&utm_v=2


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz