Rok szkolny powoli zmierza do końca. Stojące przy drodze do katolickiej szkoły kasztanowce zaczynają przekwitać, ale za to na wszystkich rosnących w okolicy drzewach akacji pojawiły się, symbolizujące nadchodzące wakacje, białe kwiaty.
Dziś rozpoczął się czerwiec. A ja weszłam w ostatnią fazę rozstawania się ze starą szkołą. Emocjonalną lekcję, która była z tym związana, chyba już odrobiłam. Teraz zaczęły snuć się po głowie podsumowania. Tyle, że już mniej wewnętrzne niż do tej pory. Poczułam potrzebę podejmowania rozmów, których potem nie będzie chęci lub sensu przeprowadzać.
To chyba też etap żegnania się z relacjami, w których byłam przez dziesięciolecia. Wiem, że z chwilą opuszczenia na dobre miejsca pracy kontakt z ważnymi dla mnie osobami w tej szkole się zakończy. Widzę, jak to działa. Emeryci nie wracają już do niej, by spotykać się z koleżankami i kolegami, którzy tam zostali. Zresztą, kto z nich miałby czas na takie spotkania między lekcjami i dyżurami na przerwach lub siły na życie towarzyskie po godzinach pracy? Ja też przecież nie widuję się z osobami, które odeszły z naszej szkoły na emeryturę, chociaż kilkoro z nich naprawdę lubiłam. Ot, taka kolej rzeczy...
- Odchodzenie w starość. Z tym się teraz mierzę... - tłumaczę Beacie.
Ona twierdzi, że zachowałam w sobie młodość. Cóż, pozostaje mi chyba właśnie tego się trzymać.
Nieprzerwanie odliczam czas do wakacji. Nie dlatego, żeby mi się jakoś dłużyło bardziej niż zwykle pod koniec roku szkolnego. Po prostu chciałabym do tego czasu zdążyć z wypaleniem się uczuć i nastrojów, które mają związek z rozstawaniem. Przeżyć do końca jeszcze w szkolnych murach żałobę po wszystkim, co związane z tym etapem życia. Żeby jej ze szkoły z sobą nie zabierać. Żeby nie ciągnąć tego za sobą jak ogon. Żeby odejść, czując w sercu prawdziwą wolność.
Niestety już wiem, że w nadchodzących tygodniach nie uda się zrealizować mojego planu zamknięcia spraw szkolnych pod względem organizacyjnym. Harmonogram prac porządkowych legł w gruzach z dosyć absurdalnego powodu. Decyzją pani wicedyrektor gabinet pedagogów został przekształcony w... magazyn okien, które nagle i niespodziewanie zaczęto w szkole wymieniać przed wakacjami. Oczywiście, gdy o tym zadecydowano, to usłyszałam, że ta sytuacja potrwa jeden, no może ze względu na sprawdziany ósmoklasistów po drodze, dwa tygodnie. Teraz zaś wygląda na to, że konieczne są co najmniej dalsze trzy.
Błąkamy się więc z Beatą i podopiecznymi, którzy mają z nami planowane zajęcia po całym długim piętrze, poszukując nieustannie jakiegoś wolnego kąta. Wczoraj remonty dotknęły jeszcze gabinety obu psychologów, gdzie się tymczasowo wprowadziłyśmy z naszym sprzętem do pracy nad dokumentacją. Już chyba tylko pozostanie nam organizować sobie zajęcia pod szkołą - trzeba będzie brać pod uwagę boiska, plac zabaw, siłownię na świeżym powietrzu albo spacery po okolicy...
Tym bardziej, że słuchanie godzinami ciągłego jazgotu wiertarek i wkrętarek potrafi umordować do oporu. Dla naszych podopiecznych z autyzmem i nadwrażliwością dźwiękową to zupełnie nie do przejścia. Dla mnie zaś najgorsze w tym wszystkim są pozdejmowane żaluzje i brak możliwości przewietrzenia pomieszczeń ze względu na tumany pyłu, towarzyszące pracom przy parapetach zewnętrznych. Strasznie to uciążliwe w okresie, gdy słońce w ciągu dnia już zaczęło przyświecać na maksa.
Skadinąd taką dziwną mamy pogodę w tym roku. Wysokim temperaturom w dzień towarzyszą bardzo niskie w nocy i rankiem - wczoraj to były zaledwie trzy stopnie, dzisiaj cztery. Nawet roślinki w ogrodzie nie za bardzo to akceptują i nie chcą rozwijać się, jak należy, a co dopiero ludzie. Taki to zaskakujący początek czerwca. Doszło do tego, że Ela z katolickiej szkoły, z którą mamy wspólne upodobanie do grzebania w ogródku, postanowiła okryć na jakiś czas swoje uprawy włókniną, by nie dopuścić do wyziębienia kiełkujących nasion.
Dobrze mi w tej relacji z kolejnym w moim życiu pedagogiem szkolnym - oprócz spraw zawodowych wymieniamy się uwagami ogrodniczymi i cebulkami lilii:), a nawet osobistymi kawałkami życia.
- Jestem na etapie tworzenia z Elą grupy wsparcia w nowej pracy - opowiadam Beacie. Zaczynam powoli tam przenosić uczucia bliskości. Moja przyszłość jest w szkole katolickiej.
Trudno zaczynać coś od nowa w wieku emerytalnym. Ale doświadczenie ze szkołą katolicką pokazuje, że jest to możliwe z całkiem dobrym skutkiem. I to mnie napawa nadzieją na przyszły rok szkolny, w którym najprawdopodobniej czeka mnie kolejne wyzwanie w kolejnej szkole.
Niestety ta katolicka, w której od września będę miała 1,5 - 3,5 godziny pracy więcej niż teraz, nie zaspokoi w pełni moich potrzeb ekonomicznych. Będę musiała uzupełnić etat gdzieś indziej. Rozglądam się już za nowym miejscem pracy. W najbliższym czasie powinnam podjąć jakieś decyzje.
Nastawiam się na pracę w szkole aż do ukończenia przez Kacpra i Zuzię studiów, które wymagają sporych nakładów finansowych. Ale myślę, że temu podołam. Patrzę w przyszłość bez przesadnego niepokoju. Dam radę. I może nawet czekają mnie nowe miłe doświadczenia i nowi mili ludzie. Chciałabym ponownie uwierzyć, że wszystko w naszym życiu ma swój cel...
P.s. I jeszcze życzenia z okazji dzisiejszego Święta. I to takie terapeutyczne - z facebookowego konta Tereski, z którą miałam przyjemność kończyć kurs psychoterapii:
“Wszystkim Nam, Kochane Dzieci Duże i Małe, życzę, żeby Nas ktoś kochał, bośmy tego warci. A przede wszystkim - żebyśmy kochali siebie. Żebyśmy przygarniali swoje ciemne i pokręcone kawałki do serca i pozwalali im zakwitnąć. Żebyśmy zawsze wierzyli, że one są do tego zdolne. Bo są!”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz