środa, 27 listopada 2024

Malta 2019/2020 część II - Przywitanie Nowego Roku w Labranda Riviera Resort & Spa



Nowy Rok postanowiliśmy powitać w kolejnym maltańskim hotelu. Nie jesteśmy zwolennikami wielkich sylwestrowych balów, zwłaszcza, gdy za możliwość uczestniczenia w nich trzeba obligatoryjnie sporo dopłacić do ceny hotelowego pobytu. Tak właśnie było w Qawra Palace. Wyprowadziliśmy się więc z niego w przeddzień Sylwestra. Udało mi się znaleźć obiekt, który trzymał stałą cenę, mimo zbliżania się atrakcyjnego pod względem turystycznym okresu wkraczania w następny rok kalendarzowy. Oczywiście w Labranda Riviera Resort & Spa także organizowano bal sylwestrowy, ale to już było za dobrowolną ekstra dopłatą. My zaś mieliśmy inne plany na ten wieczór. I nie rezerwowaliśmy go na balowanie.

Szybko okazało się, że w tym kolejnym hotelu, w ogóle zadbano o rozrywki dla turystów daleko bardziej niż w maltańskich obiektach, gdzie mieszkaliśmy poprzednio. W Labranda Riviera Resort & Spa oprócz sylwestrowego balu zorganizowano także koncert bożonarodzeniowy w wykonaniu chóru  dzieci i młodzieży, wystawę pierników, niewielki jarmark świąteczny, mieszczący się w budkach rozstawionych wzdłuż morza. Gości zjechało w tym okresie całkiem sporo, więc oczekiwania też były liczne i różnorodne.

W nowym obiekcie zamówiłam, jak zwykle, pokój z pięknym widokiem, ale to, co dostałam w ramach tej rezerwacji przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nasze, co prawda malutkie, narożne lokum było chyba częścią jakiegoś większego apartamentu, na co wskazywały drzwi łączące nas z innym pomieszczeniem. Ale to nie miało żadnego znaczenia wobec faktu, iż dwie ze ścian, które otaczały małżeńskie łoże były całkowicie przeszklone i otoczone balkonem z przeźroczystą obudową. Jako że zajmowaliśmy najwyższe piętro hotelu, to widok, jaki roztaczał się z naszego panoramicznego pokoju okazał się po prostu nieziemski. Kolejne maltańskie wyspy były widoczne jak na dłoni i wydawały się tak bliskie, jakby wyciągnięcie ręki starczyło, by dotknąć ziemi po drugiej stronie morza. Nie wiem, czy jest możliwe, aby kiedykolwiek i gdziekolwiek zamieszkać w równie oszałamiającym miejscu widokowym.

- Jak w [szklanej] wieży księżniczki - komentuje nasze fotki z pokoju nieskory z reguły do poetyckich porównań Kacper. Rzeczywiście w takim otoczeniu czuję się, jakbym była postacią z bajki.

Hotel Labranda Riviera Resort & Spa znajduje się w pobliżu miejscowości Mellieħa nad zatoką Marfa Bay. To północny kraniec wyspy, często wybierany jako punkt wypadowy na Comino i Gozo. Czyż muszę dodawać, że przed wyjazdem z domu i ja miałam w zamyśle zwiedzanie tych miejsc? Ale życie zweryfikowało moje plany. Wiedziałam już, że chory mąż im nie podoła, a bez niego ich realizacja nie była dla mnie na tyle priorytetowa, żeby jakoś zaciekle o nią walczyć. Zresztą, dość już zobaczyłam podczas tych wczasów na Malcie.

Ale leciutki niedosyt pozostał. Odczułam go najmocniej wtedy, gdy w ramach przedreptywania nowej okolicy, dotarłam do krańców Ćirkewwy. Napisałam wówczas:

Na tyłach portu przysiadam na kamieniach nad wodą. Patrzę na oprószone zielenią brzegi, jasne klify Gozo, na jego osady, świątynie – jedną zwieńczoną kopułą, inną wieżami, wyrastające ponad piaskową zabudowę.

I tak sobie tam siedziałam przez długi czas, spoglądając w stronę tej niewielkiej wyspy. Aż poczułam, że to miejsce za cienkim pasem morskiej wody przyciąga mnie jak magnes. A gdy przypłynął prom z Gozo i rozpoczęło się zaokrętowanie na rejs powrotny, to nieodparcie mnie kusiło, żeby po prostu wejść na pokład, tak jak stałam, bez żadnego przygotowania i przeżyć prawdziwą podróżniczą przygodę. Ale od tej chęci silniejsza była lojalność i świadomość, że nie mogę męża zostawić samego w chorobie na cały dzień. Odłożyłam więc przygodę na raz następny i być może właśnie teraz, przeżyję ją podczas planowanego wyjazdu na Maltę z Anią.

W opiniach na temat obiektu Labranda Riviera Resort & Spa, zamieszczonych na portalu jednego z pośredników, z pomocą których zorganizowałam maltański pobyt świąteczno – noworoczny „jako wady wymieniono odizolowane położenie" (Destinia). Istotnie, choć miało to swoje plusy, w postaci większej ciszy i mniejszego zatłoczenia, to zimą okolica hotelu stanowiła co najmniej wywiej. W sposób szczególny doświadczyłam tego podczas opisanych wówczas burzowych godzin.

*

Wiatr gwiżdże nieprzerwanie, komponując prawdziwe arcydzieła muzyczne z improwizacyjnym zacięciem – surowe i pełne tajemnic. Morze z hukiem i zaciekłością rozbija fale o brzeg. Gozo rozjaśniają plamy świateł. Niesamowita noc, która zdaje się wywoływać z mroków przeszłości widma Krzyżowców.

Deszcz zacina po szybach, a silny powiew łączy krople w spływające serpentynami po szybach strużki wody. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?

Mam jeszcze resztki obsypanego pieprzem sera z Gozo, który mi zastąpi kolację. Dopijam wino, by było łatwiej zasnąć.

...

A kiedy rozwiała się ciemność, to wiatr znad Gozo przegnał po niebie w stronę maltańskiej ziemi najpierw ciężką, wielką, ołowianą chmurę, następnie szare, postrzępione obłoki, w końcu jasne, rozświetlone, pierzaste kłębuszki. Potem jeszcze doszły do tego kolejne kolory. Niebo zaszło granatem, a morze zielenią. Zaświeciło słońce i widok znów przypominał ten sielankowy obrazek, który widzieliśmy w tym miejscu poprzedniego dnia. Aż za piękny w obliczu faktu, że rzeczywisty. No więc niech będzie, że to jednak bajka.

Na zakończenie zaś tego przedstawienia w wykonaniu żywiołów i sił natury tuż za krańcem Comino nieśmiało zabłysła miniaturowa tęcza. A potem wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Było słonecznie, pół tęczy, pełna tęcza, dwie tęcze, mgła, szkwał, deszcz, pochmurnie, przejrzyście, słonecznie… Widowisko bez końca z akcją i dynamiką na pełnych obrotach.

Brakowało tylko samotnego Krzyżowca, który podczas tej niepokojąco zjawiskowej pogody przemierzałby samotnie i nostalgicznie brzegi Comino. To jego właśnie w czasach moich studiów pytaliśmy słowami utworu Mirka Hryniewicza:

"Wolniej, wolniej, wstrzymaj konia,

Dokąd pędzisz w stal odziany?” („Ballada o Krzyżowcu”)

Odpowiedzi nigdy nie usłyszeliśmy. I nic w tym dziwnego, bo słowa rzucone na wiatr nie mają szans, by wybrzmieć. Zwłaszcza w takim wywieju. A tutaj przecież to słowo nabrało nowego znaczenia.

Ale dla mnie nie ma w tym negatywnego wydźwięku. Nie wiedziałam, że tak lubię wiatr, deszcz i burzę. Bo szum morza uwielbiam od zawsze.

*

Sylwestrowy wieczór spędziliśmy z mężem w hotelowym SPA. Kiedy wszyscy poszli na płatny bal, mieliśmy je właściwie na wyłączność. Mogliśmy okupować jakuzzi przez tyle czasu, ile tylko chcieliśmy. I okupowaliśmy;). To był jeden z moich najmilszych Sylwestrów:).

Po najsolidniejszym chyba w swoim życiu wymoczeniu, idę jeszcze popatrzeć, jak się bawią płatni goście, bo bar z muzyką na żywo stoi otworem dla wszystkich. Dla turystów z sylwestrowymi biletami rozstawiono tam (lub raczej stłoczono) niewielkie stoliczki, na których zostało podane (patrząc po ilości walających się w każdym zakątku hotelu talerzy i szkła) obfite uroczyste menu. Pod jedną z reprezentacyjnych ścian jakiś zespół wyśpiewuje taneczne kawałki, ale raczej nikt tego nie słucha, na parkiecie pląsają (a raczej przede wszystkim ganiają się) głównie nieliczne dzieciaki. No jeśli chodzi o atmosferę, to ta impreza w niczym nie dorównuje bożonarodzeniowym tańcom staruszków, które dopiero co miałam okazję oglądać w hotelu Canifor. Ale może to dlatego, że goście już mocno "zmęczeni".

Cóż, zabieram z sobą dwa kieliszki i też idę pić szampana z mężem (to znaczy musujące wino, które przyleciało z nami z Sycylii:). Zaczyna się rok, który zamiast na kontynuacji podróży, spędzimy w trwodze i obawach przed rozprzestrzeniającą się po świecie pandemią, ale jeszcze na razie nikt o tym nie wie. Wszyscy lokują w nim swoje marzenia i życzą sobie, aby się spełniły.

ANEKS (z dn. 28.11.24 roku)

Na zakończenie zaś tego drugiego rozdziału maltańskiej opowieści również dodam jedno wspomnienie - to, które najbardziej utkwiło mi w pamięci z pobytu w Labranda Riviera Resort & Spa.

Sprawa znów dotyczy wyjazdu do kościoła, a raczej powrotu z niego po mszy do hotelu. Tym razem jednak nie czekamy z opuszczeniem autobusu do momentu, aż mąż zasłabnie. Robimy to przy pierwszych objawach wstrząśniętego żołądka.

Wysiadamy w jednym z centralnych punktów przesiadkowych Malty – przy Rotundzie w Moście (Sanktuarium Wniebowzięcia Matki Boskiej). To miejsce już zwiedzaliśmy w poprzednich dniach wczasów, ale korzystając z tego, że nie musimy natychmiast przesiadać się w inny środek lokomocji, możemy sobie tym razem po prostu pobyć w tej okolicy. Mamy na to czas, bo pora jest jeszcze wczesna. Postanawiamy spędzić resztę wieczoru w sympatycznie wyglądającej knajpce przy przystanku.

Zamawiamy bardzo smaczną pizzę z shakiem (nie, już się nie przejadamy - tym razem mamy w hotelu pobyt tylko ze śniadniem), cieszymy się więc tą noworoczną posiadówką i miłymi chwilami we dwoje. Po dłuższym czasie mąż w końcu na tyle odzyskuje siły, że postanawiamy kontynuować jazdę autobusem. Stajemy na przystanku wraz ze sporą grupą podróżnych i czekamy na nasz środek lokomocji. Według rozkładu autobus do hotelu powinien pojawić się po krótkiej chwili, ale tak się nie dzieje. W międzyczasie oczekujący z nami na przystanku ludzie kolejno wsiadają do podjeżdżających pojazdów i miejsce, w którym się znaleźliśmy, stopniowo pustoszeje. W końcu zostajemy w nim tylko my i para niemieckojęzycznych turystów.

Nie nawiązujemy kontaktu, choć tkwimy razem w tym samym, niekomfortowym i mocno podejrzanym położeniu, bo wszelki ruch na drogach jakby zamarł. Ale nie przepadamy za turystami z Niemiec, niestety w naszych dotychczasowych podróżach nie mieliśmy z nimi zbyt dobrych doświadczeń. Trafialiśmy często na Niemców z poczuciem wyższości, zazwyczaj nie liczących się z podróżnymi innych nacji. Mąż ma do nich szczególną awersję, ja jestem z tych bardziej skłonnych do tłumaczenia sobie trudnego zachowania innych jakimiś łagodzącymi okolicznościami. Ale tego wieczoru wszyscy zgodnie milczymy na opustoszałym przystanku, podczas gdy robi się coraz później i później.

Wreszcie przestajemy wierzyć rozkładowi jazdy, który zupełnie nie odpowiada rzeczywistości i odpalamy internet. A tam mąż znajduje informację, że tego dnia autobusy zakończyły już kursowanie. Informujemy o tym Niemców, no bo przecież trzeba się zachować przyzwoicie w każdej sytuacji. Trochę trudno nam się porozumieć po angielsku, ale w końcu nasi przystankowi współtowarzysze załapują, o co chodzi. I przejmują inicjatywę. Niemiecka turystka wraca do restauracji, gdzie jedliśmy kolację i prosi obsługę o zamówienie Ubera. Bez przekonania próbujemy się dogadać w sprawie wspólnego kursu. Przy tysiącach hoteli na wyspie, trudno sobie wyobrazić, że możemy pojechać w tym samym kierunku. Zwłaszcza, gdy mieszkamy na największym wywieju wyspy.

Ale kiedy zerkamy na mapę, to okazuje się, że zajmujemy obiekty, które bezpośrednio ze sobą sąsiadują. Wiem, że trudno w to uwierzyć. Nam też nie mogło się to w głowach pomieścić. Ale tak to właśnie wyglądało. No i pojechaliśmy wspólnie z Niemcami i filipińskim kierowcą Ubera na Północ, na sam koniec Malty.

Nasi współpasażerowie mieli wysiąść pierwsi, więc niemiecka turystka zostawiła mi połowę opłaty za kurs i napiwek dla kierowcy. Mąż natychmiast się odpala i decyduje, że my wręczymy Filipińczykowi jeszcze większy datek. No tak, przecież nie możemy być gorsi od Niemców;). U męża obalanie stereotypów nie idzie tak szybko. Ale z każdym przejechanym kilometrem i każdym zamienionym słowem z turystami z Niemiec, czuję jak jego niechęć ulatnia się jak kamfora. A w końcu, gdy dojeżdżamy do ich hotelu, to jesteśmy już omal prawdziwymi przyjaciółmi. I z rozbawieniem patrzę, jak w ramiona mojego męża padają ci obcy jeszcze niedawno ludzie przy składaniu noworocznych życzeń.

- Oj, chyba sam Stwórca postanowił dać ci na Nowy Rok życiową naukę – śmieję się po powrocie. I wiem, że dotarło. Od tej pory nie słyszałam już żadnych stereotypowych komentarzy:).

Ale najszczęśliwszy w tej sytuacji okazał się filipiński kierowca, gdy zobaczył wysokość swojego napiwku. No cóż, słowo się rzekło:).

A następnego ranka poszłam pozwiedzać Hotel Ramla Bay Resort, gdzie zatrzymali się nasi nowi znajomi. No cóż, okazało się jednak, że Niemcy mają lepiej;). Stać ich na więcej, choć to budzi w naszym  wewnętrznym polskim przekonaniu (pokolenie z żywym i świeżym wojennym bagażem doświadczeń naszych rodziców i dziadków) mimowolne odczucia, że to niesprawiedliwe w obliczu faktu zrujnowania naszego kraju podczas wojny i pośrednio skazania nas na lata gospodarczego socjalistycznego zastoju tuż po niej. No ale o tym mężowi już nie powiedziałam;).

Zresztą, to już i tak nie miało żadnego znaczenia, gdyż nasza maltańska przygoda bezapelacyjnie się kończyła. Tym, co nas jeszcze czekało, był przelot do Bari, rozpoczynający dwudniowy (dwunocny?) pobyt w ukochanych przez męża południowych Włoszech. To one nieoczekiwanie przywróciły mu podróżnicze siły i sprawiły, że zebrał jednak wspaniałe wspomnienia z tego wyjazdu. Ale, mimo że to ta sama podróż, to jednak już zupełnie inna historia...


niedziela, 24 listopada 2024

Malta 2019/2020 część I – Łagodny orientalizm w piaskowym kolorze


W związku z planowanym wyjazdem na Maltę postanowiłam przepisać zapiski z poprzedniego maltańskiego pobytu z czasów jeszcze przed pandemią.

Canifor

Na Maltę przybywamy już zmęczeni sycylijskimi wrażeniami – i dobrymi, i tymi niestety pełnymi zszarganych nerwów po bliskim spotkaniu z szalonym Taormińczykiem (ale o tym we wpisie z Sycylii, który, mam nadzieję, też wkrótce zamieszczę).

I przełączamy się na tak intensywny tryb uspokajający, że naszą zakupioną na lotnisku kartę tygodniowego przejazdu po wyspie odpalamy dopiero siódmego dnia wczasów:). Ale chcemy powitać Święta Bożego Narodzenia już bez wspomnień, wywołujących niepotrzebny nam dreszczyk emocji i bez zalegania ich na wątrobie.

Hotel Canifor nadaje się do tego jak znalazł. Obiekt jest wypełniony prawie w całości angielską klientelą w wieku głównie 70mocno+, do tego mnóstwo osób z niepełnosprawnościami. Wśród nich po prostu zwolnienie trybu życia następuje w sposób automatyczny.

Patrzymy, jak emeryci oszczędnie gospodarują siłami, które im pozostały i czujemy, że udziela nam się ten klimat. Odpoczynek na werandzie (nasza z widokiem na basen), odpoczynek na leżaku na świeżym powietrzu (dalej basenowe klimaty), odpoczynek w łóżku przed telewizorem...

W obiekcie znajduje się jeszcze basen wewnętrzny, zawsze można też posiedzieć w ciepłej wodzie mocno zużytego (żeby nie napisać całkiem przestarzałego) jakuzzi, jak już się komuś znudzi okupowanie własnego fotela. Tu na to wszystko mamy czas. I zrazem powód, żeby zrobić to potem… Dokładnie tak samo, jak reszta rezydentów tego „Hotelu Starców”.

Dopiero tuż przed Wigilią przyjeżdża więcej młodszych ludzi, w tym nieco polskich rodzin, mieszkających na stałe w UK. Obiekt nieoczekiwanie ożywa i zaczyna się budzić z zimowego snu. My też.

W harmonogramie hotelowego pobytu pojawia się uroczysta kolacja wigilijna - coś zupełnie innego niż tradycyjna polska wieczerza, ale cieszy mnie jakakolwiek propozycja spędzenia tego wieczoru w innym towarzystwie niż samotność. Jestem zadowolona, że będziemy podczas Wigilii przebywali w tak licznym gronie Caniforowych gości i choć to w większości staruszkowie, to mi to w pełni odpowiada.

Z szacunkiem patrzę na to, jak ci ludzie próbują donieść swój los do końca, zabrawszy z tego świata to, co można jeszcze uszczknąć dla siebie i myślę, że to przyjazna życiu forma odchodzenia w zaświaty. Znacznie lepsza niż bezradne i często samotne czekanie na swój ostatni oddech. Wiele się tutaj można od naszych współtowarzyszy podróży nauczyć.

Przed nami pierwsze od śmierci Bartka święta we dwoje. Trochę tęsknię za Kacprem, który świąteczny okres spędzi u rodziny Wiki, ale w końcu było przecież wiadomo, że kiedyś nadejdzie ten moment, gdy puste gniazdo nie zapełni się ponownie, nawet w takim wyjątkowym dla nas czasie. Jakby na to nie patrzeć, też próbujemy tutaj dla siebie uszczknąć z życia to, co się jeszcze da, szukając jakiejś namiastki wigilijnej atmosfery. Źle nie jest.

- U nas bardzo smacznie – donoszę Ani późnym wieczorem. - Choć trudno powiedzieć, że jakoś tradycyjnie.

To mi jednak nie przeszkadza, bo żadna ze mnie tradycjonalistka. Dobra kolacja, w czasie której można sobie złożyć świąteczne życzenia w zupełności mi wystarcza. Zwłaszcza, że jest naprawdę miło, wszyscy znaleźliśmy na restauracyjnych stolikach niespodzianki z bibułowymi koronami w środku, toteż uroczysty posiłek jemy w wyśmienitym towarzystwie koronowanych głów.

Potem jeszcze w ramach Wigilijnej rozrywki zaliczam hotelowy wieczorek taneczny z muzyką na żywo (podczas Wigilii to podobno tradycja dla angielskich turystów) i odliczaniem (tak, jak w przypadku Sylwestra) ostatnich chwil przed nadejściem Bożego Narodzenia. Jest w tym wszystkim dużo radości, starsze pary w wieczorowych krecjach tańczą, jak tylko kto może ze swoimi dysfunkcjami, na środku restauracyjnej sali, pan z zespołu muzycznego podśpiewuje im stare przeboje, drink się leje za drinkiem. Każdy z uśmiechem na ustach. Nawet ja, choć nostalgia mnie od czasu do czasu przyhacza, daję się ponieść urokowi „White Christmas”, czy też „Wonderful world”.

Ale wolę się nie rozklejać. Wracam do pokoju, by opisać Ani wszystko, co nas tu spotkało w Wigilijny wieczór. I tak oto rozpoczynam maltańskie Swięta Bożego Narodzenia.

*

Qawra Palace

Po świątecznym śniadaniu przenosimy się z Canifora do Qawra Palace Hotelu. Nowe miejsce jest dosłownie jakieś 400 metrów od starego (według google maps 5 minut pieszo), ale to taki obiekt, który zdecydowanie lepiej nadaje się na uroczyste celebrowanie Świąt. Wybierany wreszcie nie tylko ze względu na jego cenę, ale i przymioty.

Qawra Palace Hotel ma klasę, odnowione pokoje i międzynarodowych klientów, wśród których nie widać na pierwszy rzut oka podopiecznych angielskiej pomocy społecznej.

Dostajemy tu pokój na szóstym piętrze z bocznym widokiem na zatokę i kompleks basenowy sąsiedniego hotelu Sea Shells.

Jest pięknie. Siedząc w hotelowym jakuzzi (znacznie różniącym się wyglądem od poprzedniego:) myślę sobie, że oto moje wymarzone życie podróżniczki stało się teraz rzeczywistością. Późno, to prawda, ale ileż ludzi nie doświadcza tego w ogóle? Ja nie mogę się na nic skarżyć w tym względzie.

W Qawra Palace Hotelu mamy na odmianę uroczystą kolację bożonarodzeniową i w końcu jesteśmy tak przejedzeni, jak podczas tradycyjnych Świąt w Polsce:). Cieszę się, że tradycji stało się zadość, bo jest ona ważna dla mojego konserwatywnego, zdecydowanie bardziej niż ja, męża. Nawet jeśli nie wychodzi nam ona na zdrowie.

Z nowego hotelu ruszamy wreszcie na podbój Malty – tej w dalszej okolicy, bo najbliższą mam już całkiem dobrze przedreptaną na nogach. Okazuje się jednak, że decydujemy się na to za wcześnie. Mąż nie czuje się jeszcze dobrze, a nawet jest mu coraz gorzej, ale perspektywa odpuszczenia świątecznych mszy nie wchodzi u niego w rachubę. No i w związku z tym ich nie odpuszczamy. Tyle że mąż płaci za to wysiłkiem niewspółmiernym do tego, co udaje się nam osiągnąć. Ciągle jest osłabiony, ma problemy z żołądkiem i niedobrze mu w maltańskich autobusach, których kierowcy szaleją wprost za kierownicą – szarpnięcie, gwałtowne przyspieszenie, nieoczekiwane depnięcie hamulca do dechy, znów szarpnięcie i kolejne szarpnięcie…

System poruszania po Malcie publicznymi środkami lokomocji przedstawia się skądinąd świetnie – cała wyspa jest doskonale skomunikowana. Niestety przy takich problemach, jakie są udziałem męża, było to trudne do docenienia.

Tak, wszystko to, co Andrzej zrobił na Malcie było wbrew i właściwie poza jego możliwościami. Niestety bardzo to zaważyło na wspomnieniach, które z tych wczasów przywiózł do domu.

Jednocześnie (choć teraz myślę, że to ze względu na mnie) inicjatywa zwiedzania bardziej odległych zakątków wyspy zawsze wychodziła od niego.

Dużo więc zwiedziliśmy.


ANEKS (z dn. 24.11.24 roku):

Zamiast wyliczanki zwiedzonych obiektów, która miała być w tym miejscu, wolę opisać wspomnienie z tamtego okresu, które mi najbardziej zapadło w pamięć. Dotyczy ono wyjazdu na mszę w jeden ze świątecznych dni. Było jak zwykle w takich sytuacjach – choć wybraliśmy kościół najmniej odległy od hotelu, to i tak mąż miał problemy z utrzymaniem w autobusie żołądka na wodzy. Wreszcie, gdy oznajmił, że ciemnieje mu przed oczami, podjęłam jedyną słuszną decyzję: wysiadamy! No i pognałam do drzwi, by wcisnąć przycisk stopu na żądanie. Kierowca, jak zwykle ostro zahamował przy chodniku zupełnie mi nieznanej ulicy. Wyskoczyłam na nią, czując za plecami męża, a autobus z kopyta ruszył dalej w swoją trasę. Ale kiedy się odwróciłam, to serce zamarło mi z przerażenia. Na przystanku mąż leżał jak długi, przy nim rozrzucone w nieładzie obydwie kule, którymi się podpierał przy chodzeniu.

Okazało się, że tym razem autobus nie był niskopodłogowy (choć wszystkie inne poprzednio były). A może to raczej jakaś usterka techniczna lub błąd kierowcy? W każdym razie, gdy mój towarzysz podróży wysunął kule, licząc, że jak zwykle przy nisko ułożonej podłodze, znajdą się one bezpośrednio na chodniku, to niestety tak się nie stało. Jego dwie podpory osunęły się mocno w dół i zawisły nad jezdnią, a mąż stracił równowagę i runął z autobusowych schodów wprost na bruk. A kierowca, chyba niczego nie zauważywszy, odjechał jakby nigdy nic prawie że z piskiem opon.

To, że kompletnie nic się mężowi nie stało i cała sprawa zakończyła się jedynie pobrudzeniem spodni, to cud pierwszy.

To, że otrzymaliśmy wówczas przeogromne wsparcie od Maltańczyków, to cud drugi. Nie wiem, czy bez tego wypadku mielibyśmy kiedykolwiek możliwość poznać ich z tak dobrej strony. Niektórzy ludzie zatrzymywali i zostawiali swoje auta na środku drogi, by do nas podbiec i nam pomóc. Pewna pani, która przedstawiła się jako pielęgniarka, chciała nas zawieźć nawet do szpitala, na szczęście to okazało się zbyteczne.

Jest jeszcze cud trzeci. Po odzyskaniu przez męża sił, gdy już ostatecznie pożegnaliśmy się z możliwością uczestnictwa tego dnia we mszy, ruszyliśmy na przystanek po drugiej stronie drogi, by powrócić do hotelu. I wtedy okazało się, że jest tam odbicie w zaułek – tak, stał przy nim kościół, którego wcześniej nie znaleźliśmy na żadnej mapie. Podeszłam do kościelnej tablicy ogłoszeń i zaniemówiłam – za parę minut w tej świątyni miała się rozpocząć msza. Na dodatek nie był to pierwszy lepszy kościół, ale najprawdziwsze Sanktuarium - miejsce kultu świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Tej, której hymn miłości „Vivre d'amour” towarzyszył nam już od podróży do Bejrutu. Radość męża była niewyobrażalna. Jego poświęcenie nie poszło na marne. A Mała Tereska z Lisieux już na zawsze pozostanie w kanonie naszych ulubionych Świętych i szczególnych Patronów. Przez lata przy wspominaniu maltańskich wczasów będziemy sobie żartowali, że to Ona właśnie wykiprowała męża z autobusu i sprowadziła do swojej świątyni. Na pewno po prostu chciała go lepiej poznać:)...


P.s. Oto fragment wiersza „Vivre d'amour”, czyż nie piękny? 

„Wszystko oddałam
Biegnę lekko
Mam już tylko moje jedyne bogactwo
Żyć z Miłości”

Tekst pochodzi ze strony: https://www.tekstowo.pl/piosenka,natasha_st_pier_et_anggun,vivre_d_amour.html

Jego ulubiona przez nas wersja muzyczna znajduje się pod linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=BkSRNDM4Z7E

P.s.1

I jeszcze jedno powiązanie osoby Świętej Teresy z Lisieux z muzyką, a dokładnie z twórczością Edith Piaf:

https://pl.aleteia.org/2017/11/21/edith-piaf-i-swieta-teresa-z-lisieux-historia-pelnego-zawierzenia

Ps. 2

A tu widok wnętrza Sanktuarium Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus (zlokalizowałam je w Birkirkara - Valley Road (Triq il-Wied) na żywo z kamery internetowej: https://www.skylinewebcams.com/webcam/malta/malta/birkirkara/birkirkara-st-therese-church.html

Miejsce to okazało sie być całkiem blisko od  Kościoła Świętego Józefa Robotnika (również Birkirkara -  Bwieraq Street (Triq il-Bwieraq), gdzie najczęściej chodziliśmy.

P.s. 3

Wspomnienia z trzeciego maltańskiego hotelu przepiszę w wolnej chwili.

Aneks:

Dalsze wspomnienia z Malty znajdują się w nastepnym wpisie pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/11/labranda-riviera-resort-spa-20192020-do.html

piątek, 15 listopada 2024

W OTOCZENIU ANIOŁÓW

Witajcie wczesnym rankiem na zastępstwie w szkolnej świetlicy. Znajdujemy się w obszernym, kolorowym pomieszczeniu w nowszej szkole w towarzystwie mych dzieciaków z młodszych klas. Oto spokojny początek dnia, który zapewne, jak wszystkie inne w tego rodzaju pracy, zakończy się szaleństwem.

Na razie z rozbawieniem patrzę, jak dziewczynki bawią się w obsługę Mc Donald’sa – „smażą” frytki i hamburgery, „nalewają” shaki i roznoszą je „klientom”. Sama wkrótce zasilam ich grono. Dostaję swoje zamówienie piękne wykonane z barwnych klocków i płacę plastikowymi żetonami. Już za paręnaście lat zapewne nikt z tych dzieciaków nie będzie marzył o zatrudnieniu w Mc Donalds’s, który na okrągło robi nabory do pracy, mając zapewne deficyty kadrowe, ale na razie moi uczniowie widzą zajęcie w tego typu miejscu jako niezwykłą atrakcję i frajdę. Jak zresztą całą tę „restaurację”, będącą właściwie zaprzeczeniem tego, co rozumiem pod tą nazwą.

Dodać tu trzeba, że tego dnia chłopaki ze świetlicy też byli w Mc Donald’sie – wznieśli go z przestrzennej układanki i w jego wnętrzu rozprawiali się z inwazją Obcych:). Eh, dzieciaki – nigdy nie wiadomo, jakie zabawy cieszą się u nich aktualnym powodzeniem… To niewątpliwie jeden z plusów mojego zawodu, że dzięki niemu tak wiele można się o nich dowiedzieć. Gdybym miała wnuki, jak inne nauczycielki, to byłoby, jak znalazł. I to jest jeden z powodów, dla którego można polubić nauczycielską pracę.

Oczywiście, jest ich więcej, w nowszej szkole znajduję ich całkiem sporo. Podoba mi się tu właściwie wszystko – nie tylko uczniowie (i ich rodzice), ale także odnowiony budynek, kontakty z dyrekcją, a nade wszystko relacja z pedagogiem szkolnym, z którym, tak, jak we wszystkich innych placówkach, współpracuję zawodowo najściślej. I, jak dotąd, to zawsze było dobre doświadczenie. 

Małgosia pięknie wpisuje się w tę tradycję. Więc albo mam wyjątkowe szczęście do ludzi, albo też pomoc psychologiczno – pedagogiczna w szkołach na naszym terenie jest świadczona przez wyjątkowych ludzi.

Małgosia to tego typu człowiek, którego zazwyczaj okleja się etykietą: „dobry materiał na przyjaciela”. Miło jest rozpoczynać pracę w jej przytulnie urządzonym gabinecie, by wspólnie omówić bieżące sprawy do załatwienia i zasługujące na uwagę indywidualne przypadki przy świeżo zaparzonej przez nią kawie.

Niestety moje lokum jest przewidziane do remontu dopiero po Nowym Roku. Na razie przy każdych odwiedzinach u mnie Małgosia z dezaprobatą kręci głową i komentuje, że w ocenie dzieci na pewno dostałam się za karę do takiego pomieszczenia. Ale ja nie narzekam, mam ładny widok z okna na kawałek lasu, przebarwiający się wprost zjawiskowo o tej porze roku i ładną osiedlową zabudowę, dyskretnie osłaniającą budynki kopalni węgla kamiennego. No i do tego dużo cierpliwości. W końcu z pewnością i w moim gabinecie będzie przyzwoicie.

Oczywiście Małgosia zaprasza, bym do tego czasu (albo i na dłużej) wprowadziła się do niej, ale ja uparłam się przy własnym pomieszczeniu. Wiem, że dzielenie go z kimś bywa trudne organizacyjnie, nawet przy obopólnej sympatii. Przerabiałam to z Beatą, potem trafiłam w podobny układ do placówki katolickiej. A i na zastępstwie w szkole masowej w zeszłym roku też zapewne bardzo przeszkadzałam Madzi, gdy przydzielono mi do pracy gabinet, w którym ona rezydowała. Na szczęście udało nam się tę sytuację przekuć w znajomość, której nie zaszkodziło nawet zawodowe rozstanie przy mojej zmianie pracy. 

Z Madzią utrzymujemy stały kontakt, co jest dla mnie najlepszą spuścizną zeszłego roku szkolnego. Bo nie myślałam nawet, że w takim wieku jak mój, człowiek dalej może tworzyć tak bliskie więzi.   

Ostatnio udało nam się nawet spotkać z Madzią w pięknych, koncertowych okolicznościach. To całkowicie jej zasługa (a także pomysł i wykonanie). Otóż najbliższa mi osoba z zeszłorocznej pracy w szkole masowej zaprosiła mnie na koncert Angélique Kidjo (Celebrating 40 Tour) do katowickiego NOSPRU. To zaproszenie było takim bardzo wczesnym prezentem dla mnie już z okazji listopadowych urodzin. Pojechałam więc z Madzią do Katowic niezwykle podekscytowana.

Wokalistki nie znałam, ale w Wikipedii wyczytałam, że Angélique Kidjo jest „muzyczną ambasadorką i ikoną współczesnej world music. Jej płyta (Õÿö, 2010), została nominowana (2011) do nagrody Grammy w kategorii najlepszy album gatunku. Repertuar większości nagranych przez nią płyt tworzą utwory będące połączeniem popu i pieśni afrykańskich”. Niby piękny opis twórczości, ale nie byłam do końca przekonana, czy to dla mnie. Ten „pop” mi brzmiał trochę podejrzanie, choć wszystko inne zgadzało się z upodobaniami. Ale prawda jest taka, że z Madzią pojechałabym chyba nawet na koncert disco polo.

Szybko okazało się jednak, że Angélique Kidjo podoba mi się ogromnie. Ta drobna kobietka, wręcz „utkana z rytmu”, jak oceniła Madzia, emanowała energią i porwała do tańca publczność całego NOSPRU.

- Całkowicie się zresetowałam. Pierwszy raz miałam okazję tańczyć w NOSPRZE – śmieje się moja koncertowa towarzyszka.

Ja również, tyle że do tego trzeba dodać, iż w ogóle pierwszy raz byłam w takim miejscu.

A tu nagle dowiaduję s, że NOSPR ma już dziesięć lat.

- No i gdzie ja byłam przez ten cały czas? - retorycznie pytam siebie, wracając z Madzią do domu. Bo oczywiście w ciągu tylu lat nie miałam nigdy dość odwagi, by zdecydować, że sama pojadę do takiego obiektu, by szukać w okolicy miejsca do parkowania, by zarwać wieczór przed pójściem do pracy. Bo ciągle jestem zmęczona i nie chce mi się wychodzić z domu na żadne spotkania z muzyką. Bo bilety takie drogie (choć Madzia mi udowadnia, że nie zawsze). Bo…

Dziękuję Ci Madziu najserdeczniej, dzięki Tobie wszystkie moje powody do unikania pewnych przyjemności w życiu zmierzyły się z prawdą, wymiękły i pękły jak mydlane bańki. Koniec udawania, że to obiektywne okoliczności, a nie mój wybór.

A Madzia na domiar wszystkiego jeszcze obiecuje kolejne atrakcje, włącznie z koncertem noworocznym i słuchaniem muzyki w pałacu w Pszczynie. O matko, dostałam się chyba do raju. I to na pewno dlatego otaczają mnie same anioły.

Ale do tych następnych przyjemności jeszcze trochę czasu musi upłynąć. Do moich wcześniej obchodzonych urodzin także. Na razie trzeba skoncentrować się na codzienności. Tej zbliżającej się już ku zimie. Pogoda zrobiła się prawdziwie listopadowa, a po serii przymrozków większość liści opadła. Za nami już nawet pierwszy opad śniegu.

Niestety i moje dzikie wino na podwórku dawno straciło kolory, cóż w tym roku efektu wow nie będzie. Zresztą i tak by pewnie nie zachwycało w obliczu faktu nawiedzających nas teraz cyklicznie dzików, potrafiących całkowicie przeryć podwórko i doprowadzić go do stanu, w którym dominują zupełnie łyse połacie ziemi. Cóż bliski kontakt z przyrodą ma też swoje cienie. Nie można sobie tak po prostu wybrać, że zaglądające mi w okno wiewiórki, to jak najbardziej, ale dzikie świnie, to już nie. Na wszystko trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy. Jesteśmy "One family under the sun" - to słowa , które wyśpiewała pięknie w nowej wersji „Króla lwa” Angélique Kidjo. „We are one” - z taką ideą pozostajemy po koncercie.

Wokalistka przekazywała nam też w czasie jego trwania, że powinniśmy być dla siebie dobrzy. Odwołała się do Boga i naszych serc. Podkreśliła wartość modlitwy. Przypomniała mi także, że taniec był zawsze tą formą ruchu, którą uwielbiałam. Niech więc ten wczesny urodzinowy prezent będzie dla mnie przesłaniem każdego dnia, zanim na dobre zacznę świętowanie.

poniedziałek, 11 listopada 2024

CHWYT PONIŻEJ PASA

To co mi się przydarzyło ostatnio jest po prostu chwytem poniżej pasa – zresztą już nie pierwszym w moim życiu. Od pewnego czasu, mam wrażenie, że powtarza się w nim jakiś rodzaj czarnego scenariusza. Otóż, gdy tylko zaczynam myśleć, że oto być może wreszcie uda mi się poukładać na nowo swoje życiowe sprawy, to wówczas wydarza się coś takiego, co całkiem dosłownie zwala mnie z nóg. Tragedia. Cios od losu, nad którym nie da się przejść do porządku dziennego, nawet gdyby się nie wiem jak chciało.

I tak właśnie było tym razem, gdy wreszcie w nieśmiały sposób pomyślałam sobie, że może tym razem uda mi się wyjść na jakąś prostą. Bo wreszcie uporałam się z większością wiszących nade mną od dłuższego czasu spraw. Odpuściłam te, których i tak już nie mam szans poskładać do kupy. Zabrałam się za siebie – leczenie (i to jest dentysta;), odnalezienie ulubionej aktywności fizycznej, wystartowanie z ćwiczeniami korygującymi postawę. Zadbałam nie tylko o ciało, ale i o samorozwój – intelektualny, duchowy, zawodowy… Wzięłam udział w kilku interesujących webinariach, zapisałam się na parę ciekawie zapowiadających się szkoleń.

Jednym z nich była konferencja w Regionalnym Ośrodku Metodycznym pod tytułem „Wykrywanie wczesnych symptomów kryzysowych, w tym zachowań samobójczych i innych zachowań autodestruktywnych u dzieci i młodzieży”. Bardzo trudna tematyka, no ale przecież nie mogę takiej unikać, jeśli chcę rozwijać się zawodowo i być coraz lepszym psychologiem szkolnym. Do rozwoju zawodowego i udziału w tym szkoleniu namówiłam też pedagożkę z nowej szkoły. I tak oto wespół w zespół pojechałyśmy z Elą do Katowic w piękny październikowy, złotojesienny dzień.

I bardzo czułyśmy się dumne z siebie, że zmierzyłyśmy się z tematem, który tak naprawdę raczej przeraża. Organizatorka konferencji była tego świadoma – na zakończenie poprosiła wszystkich, by w ramach odreagowania zrobili dla siebie po szkoleniu coś miłego.

Nie zdążyłyśmy. Jeszcze podczas powrotu z Katowic, będąc pod wielkim wrażeniem nowo przyswojonej wiedzy, dyskutowałyśmy z Elą na temat... statystyki. A ta jest załamująca. Okazuje się bowiem, że codziennie w Polsce odnotowuje się 6 samobójstw wśród dzieci i młodzieży, a na każde z nich przypada około 100 – 200 nieudanych prób samobójczych. To się nam w głowach nie mogło pomieścić. Ale zarazem zrodziło niepokojącą refleksję, że skoro ta statystyka jest tak bezwzględna, to wcześniej, czy później może i nas dosięgnąć… I wtedy zadzwoniła pani dyrektor…

Och życie, dlaczego jesteś takie wredne? Przecież nasza uczennica ledwie rozpoczęła klasę maturalną i weszła w dorosłość. Wszystkie drzwi stały przed nią otworem, wszelkie życiowe szanse, osiągnięcia, sukcesy czekały na spotkanie na dalszej drodze… Tej, której już nie będzie…

Nie sposób tego ani pojąć, ani się z tym pogodzić. Samobójstwo Ani wstrząsnęło całą naszą szkołą. Miłej, pięknej, uśmiechniętej dziewczyny, która z jakiegoś względu nie chciała dalej żyć. Ale nikt o tym nie wiedział, ponieważ nie było w jej zachowaniu takich symptomów samobójczych, o których mówiono nam na szkoleniu. Wiedza suiscydologiczna poległa w tym przypadku w zderzeniu z życiem.

Nie chcę o tym nic więcej pisać, a pewnie też i nie mogę, bo policyjne dochodzenie w tej sprawie nie zostało jeszcze zakończone. Ale dla matki, która straciła kiedyś swoje własne dziecko, zawsze śmierć kolejnego tak młodego człowieka, będzie powodowała otwieranie się starych ran. I naprawdę aż fizycznie odczułam, że się wykrwawiam. Ile jeszcze żałób jestem w stanie unieść w swoim życiu? Tak bardzo nie mogę odżałować Aniu tego, co się stało…

*


I na to wszystko nałożyło się kolejne szkolenie. Tym razem wyjazdowe w nowszej szkole. Z myślenia matematycznego, którego akurat nie mam. Ale za to w pięknych okolicznościach przyrody. Nowa dyrekcja zaplanowała wyjazd szkoleniowy do Jeleśni (choć właściwie to miało być do Korbielowa).

Tylko jak znaleźć na to wszystko siły po godzinach pracy w ekstremalnym stresie, skrajnym zmęczeniu i nieprzespanej nocy? Właściwie to bardzo mnie korciło, żeby pożegnać się z wyjazdowym planem, ale wiedziałam, że powrót do domu też nie przyniósłby spokoju.

- Jedź – radzi mi koleżanka z nowej szkoły. - Może uda ci się zapomnieć o tym, co się stało.

No i przyznać muszę, że się udawało. Nie żeby przez cały czas, ale naprawdę często, bo plan tego wyjazdu był tak załadowany, że nie zostawiał nawet chwili czasu dla siebie – w moim przypadku oznaczało to brak chwili czasu na myślenie.

Po przyjeździe do hotelu – a była to długa droga ze względu na korki, roboty drogowe i objazdy oraz szybkim obiedzie od razu zebrano nas w sali konferencyjnej, a pani prowadząca szkolenie nie odpuszczała – zapodała nam intensywne zajęcia warsztatowe, podczas gdy już byliśmy tego dnia co najmniej 10 godzin na nogach. No ale jakoś podołaliśmy. I w nagrodę od razu (ze względu na sporą obsuwę czasową) musieliśmy gnać do sąsiadującej z hotelem karczmy na kolację.

Posiedziałam tam dłużej niż planowałam. Było naprawdę miło. Pani od matematyki przygotowała zabawę integracyjną z ulubionymi kawałkami muzycznymi zaproponowanymi przez każdego z nauczycieli. Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś… Tego wieczoru naprawdę dużo się dowiedziałam na temat gustów moich nowych koleżanek i kolegów. I to było nie dość, że ciekawe, to jeszcze zaskakujące i pouczające. Z jednak obcymi w dalszym ciągu ludźmi spędziłam naprawdę radosne chwile w tym jakże smutnym dla mnie czasie. Na integrację niestety nie był to jednak dobry moment…

Z karczmy wyszłam, gdy zaczęła się część taneczna imprezy. Grono pedagogiczne bawiło się chyba do północy. U mnie zaś ciało upomniało się o swoje. Przespałam tę noc. I to było największe błogosławieństwo wyjazdu, bo w domu problemy ze snem uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie.

Nie był to jakiś nocny wypoczynek wszechczasów, raczej płytki i rwany, ale wystarczył. Na śniadaniu zameldowałam się chyba jako pierwsza z naszej grupy. Miałam czas, by podelektować się jedzeniem. Wszystko mi smakowało. „W Hotelu ✯✯✯ Vesta znajduje się Restauracja Vesta, serwująca dania kuchni śródziemnomorskiej oraz sąsiadująca bazpośrednio z Hotelem historyczna, XVII-wieczna Stara Karczma, będąca najcenniejszym zabytkiem potwierdzającym wielowiekową historię Jeleśni. Jest to jedna z ostatnich oryginalnych karczm w tej części Europy. Niepowtarzalny góralski klimat oraz wyśmienite tradycyjne polskie menu zachwyci nawet najbardziej wymagających”, jak można przeczytać na stronie obiektu. Czy w takim miejscu mogłabym grymasić z powodów kulinarnych?

W ogóle to w Hotelu Vesta w Jeleśni nie miałabym się do czego doczepić. Zajmowałam tam w pojedynkę fajny, wygodny pokój z widokiem na jeleśnicki Rynek z VII- wieczną karczmą na pierwszym planie oraz górami w tle. Czystość była bez zarzutu. Obsługa również. 

Jedyne, czego mi się nie udało tam zrobić, to skorzystać ze Spa. Po śniadaniu chciałam spędzić tam choć 15 minut, bo program pobytu nie bardzo pozwalał na więcej. I o ile rozumiałam, że sauny nie są o takiej porze rozgrzane, to liczyłam na krótki relaks w wannie z jacuzzi. No niestety, okazało się, że recepcjonistka właśnie nalała do niej chloru, by ją wyczyścić.

- Goście bardzo ją zabrudzili poprzedniego dnia – dodała, żeby mi nie było żał, że właśnie wtedy zamiast w Spa, spędzałam czas w sali konferencyjnej, rozwiązując wątpliwe rozrywkowo zagadki matematyczne. No rzeczywiście, jeśli miałabym moczyć się w brudnej wodzie, to lepiej było odpuścić.

I skoro nie dało się rankiem relaksować w jacuzzi, to można było przeznaczyć ten czas na zaproponowany przez grupę spacer. Popatrzeć na opanowane przez jesień góry. Uchwycić to na niezliczonych fotkach. Zebrać parę modrzewiowych maślaków.

A potem wrócić do domu – do swojego zwykłego życia i swojej rozsypki…


*


Pogrzeb naszej uczennicy odbył się w przeddzień dnia Wszystkich Świętych, zamykając pewien etap, rozgrywający się tuż po jej śmierci i otwierając długi listopadowy weekend, gdy wszystkie żałoby i ta świeża i te wcześniejsze połączyły się w jedno. To był trudny czas. Po którym ciężko się wciąż pozbierać. 

A tymczasem mamy kolejny długi weekend ze Świętem Niepodległości w roli głównej. I trzeba się dalej przedzierać przez życie… W ostatnim okresie poruszałam się w nim na wstecznym biegu, pora to nadrobić. Odpowiedź na pytanie: „ile razy można się podnosić, gdy los sprawi, że upadniemy na swojej drodze?” brzmi: „tyle, ile trzeba. I nic innego nie da się z tym zrobić...