Witajcie wczesnym rankiem na zastępstwie w szkolnej świetlicy. Znajdujemy się w obszernym, kolorowym pomieszczeniu w nowszej szkole w towarzystwie miłych dzieciaków z młodszych klas. Oto spokojny początek dnia, który zapewne, jak wszystkie inne w tego rodzaju pracy, zakończy się szaleństwem.
Na razie z rozbawieniem patrzę, jak dziewczynki bawią się w obsługę Mc Donald’sa – „smażą” frytki i hamburgery, „nalewają” shaki i roznoszą je „klientom”. Sama wkrótce zasilam ich grono. Dostaję swoje zamówienie piękne wykonane z barwnych klocków i płacę plastikowymi żetonami. Już za paręnaście lat zapewne nikt z tych dzieciaków nie będzie marzył o zatrudnieniu w Mc Donalds’s, który na okrągło robi nabory do pracy, mając zapewne deficyty kadrowe, ale na razie moi uczniowie widzą zajęcie w tego typu miejscu jako niezwykłą atrakcję i frajdę. Jak zresztą całą tę „restaurację”, będącą właściwie zaprzeczeniem tego, co rozumiem pod tą nazwą.
Dodać tu trzeba, że tego dnia chłopaki ze świetlicy też byli w Mc Donald’sie – wznieśli go z przestrzennej układanki i w jego wnętrzu rozprawiali się z inwazją Obcych:). Eh, dzieciaki – nigdy nie wiadomo, jakie zabawy cieszą się u nich aktualnym powodzeniem… To niewątpliwie jeden z plusów mojego zawodu, że dzięki niemu tak wiele można się o nich dowiedzieć. Gdybym miała wnuki, jak inne nauczycielki, to byłoby, jak znalazł. I to jest jeden z powodów, dla którego można polubić nauczycielską pracę.
Oczywiście, jest ich więcej, w nowszej szkole znajduję ich całkiem sporo. Podoba mi się tu właściwie wszystko – nie tylko uczniowie (i ich rodzice), ale także odnowiony budynek, kontakty z dyrekcją, a nade wszystko relacja z pedagogiem szkolnym, z którym, tak, jak we wszystkich innych placówkach, współpracuję zawodowo najściślej. I, jak dotąd, to zawsze było dobre doświadczenie.
Małgosia pięknie wpisuje się w tę tradycję. Więc albo mam wyjątkowe szczęście do ludzi, albo też pomoc psychologiczno – pedagogiczna w szkołach na naszym terenie jest świadczona przez wyjątkowych ludzi.
Małgosia to tego typu człowiek, którego zazwyczaj okleja się etykietą: „dobry materiał na przyjaciela”. Miło jest rozpoczynać pracę w jej przytulnie urządzonym gabinecie, by wspólnie omówić bieżące sprawy do załatwienia i zasługujące na uwagę indywidualne przypadki przy świeżo zaparzonej przez nią kawie.
Niestety moje lokum jest przewidziane do remontu dopiero po Nowym Roku. Na razie przy każdych odwiedzinach u mnie Małgosia z dezaprobatą kręci głową i komentuje, że w ocenie dzieci na pewno dostałam się za karę do takiego pomieszczenia. Ale ja nie narzekam, mam ładny widok z okna na kawałek lasu, przebarwiający się wprost zjawiskowo o tej porze roku i ładną osiedlową zabudowę, dyskretnie osłaniającą budynki kopalni węgla kamiennego. No i do tego dużo cierpliwości. W końcu z pewnością i w moim gabinecie będzie przyzwoicie.
Oczywiście Małgosia zaprasza, bym do tego czasu (albo i na dłużej) wprowadziła się do niej, ale ja uparłam się przy własnym pomieszczeniu. Wiem, że dzielenie go z kimś bywa trudne organizacyjnie, nawet przy obopólnej sympatii. Przerabiałam to z Beatą, potem trafiłam w podobny układ do placówki katolickiej. A i na zastępstwie w szkole masowej w zeszłym roku też zapewne bardzo przeszkadzałam Madzi, gdy przydzielono mi do pracy gabinet, w którym ona rezydowała. Na szczęście udało nam się tę sytuację przekuć w znajomość, której nie zaszkodziło nawet zawodowe rozstanie przy mojej zmianie pracy.
Z Madzią utrzymujemy stały kontakt, co jest dla mnie najlepszą spuścizną zeszłego roku szkolnego. Bo nie myślałam nawet, że w takim wieku jak mój, człowiek dalej może tworzyć tak bliskie więzi.
Ostatnio udało nam się nawet spotkać z Madzią w pięknych, koncertowych okolicznościach. To całkowicie jej zasługa (a także pomysł i wykonanie). Otóż najbliższa mi osoba z zeszłorocznej pracy w szkole masowej zaprosiła mnie na koncert Angélique Kidjo (Celebrating 40 Tour) do katowickiego NOSPRU. To zaproszenie było takim bardzo wczesnym prezentem dla mnie już z okazji listopadowych urodzin. Pojechałam więc z Madzią do Katowic niezwykle podekscytowana.
Wokalistki nie znałam, ale w Wikipedii wyczytałam, że Angélique Kidjo jest „muzyczną ambasadorką i ikoną współczesnej world music. Jej płyta (Õÿö, 2010), została nominowana (2011) do nagrody Grammy w kategorii najlepszy album gatunku. Repertuar większości nagranych przez nią płyt tworzą utwory będące połączeniem popu i pieśni afrykańskich”. Niby piękny opis twórczości, ale nie byłam do końca przekonana, czy to dla mnie. Ten „pop” mi brzmiał trochę podejrzanie, choć wszystko inne zgadzało się z upodobaniami. Ale prawda jest taka, że z Madzią pojechałabym chyba nawet na koncert disco polo.
Szybko okazało się jednak, że Angélique Kidjo podoba mi się ogromnie. Ta drobna kobietka, wręcz „utkana z rytmu”, jak oceniła Madzia, emanowała energią i porwała do tańca publczność całego NOSPRU.
- Całkowicie się zresetowałam. Pierwszy raz miałam okazję tańczyć w NOSPRZE – śmieje się moja koncertowa towarzyszka.
Ja również, tyle że do tego trzeba dodać, iż w ogóle pierwszy raz byłam w takim miejscu.
A tu nagle dowiaduję się, że NOSPR ma już dziesięć lat.
- No i gdzie ja byłam przez ten cały czas? - retorycznie pytam siebie, wracając z Madzią do domu. Bo oczywiście w ciągu tylu lat nie miałam nigdy dość odwagi, by zdecydować, że sama pojadę do takiego obiektu, by szukać w okolicy miejsca do parkowania, by zarwać wieczór przed pójściem do pracy. Bo ciągle jestem zmęczona i nie chce mi się wychodzić z domu na żadne spotkania z muzyką. Bo bilety takie drogie (choć Madzia mi udowadnia, że nie zawsze). Bo…
Dziękuję Ci Madziu najserdeczniej, dzięki Tobie wszystkie moje powody do unikania pewnych przyjemności w życiu zmierzyły się z prawdą, wymiękły i pękły jak mydlane bańki. Koniec udawania, że to obiektywne okoliczności, a nie mój wybór.
A Madzia na domiar wszystkiego jeszcze obiecuje kolejne atrakcje, włącznie z koncertem noworocznym i słuchaniem muzyki w pałacu w Pszczynie. O matko, dostałam się chyba do raju. I to na pewno dlatego otaczają mnie same anioły.
Ale do tych następnych przyjemności jeszcze trochę czasu musi upłynąć. Do moich wcześniej obchodzonych urodzin także. Na razie trzeba skoncentrować się na codzienności. Tej zbliżającej się już ku zimie. Pogoda zrobiła się prawdziwie listopadowa, a po serii przymrozków większość liści opadła. Za nami już nawet pierwszy opad śniegu.
Niestety i moje dzikie wino na podwórku dawno straciło kolory, cóż w tym roku efektu wow nie będzie. Zresztą i tak by pewnie nie zachwycało w obliczu faktu nawiedzających nas teraz cyklicznie dzików, potrafiących całkowicie przeryć podwórko i doprowadzić go do stanu, w którym dominują zupełnie łyse połacie ziemi. Cóż bliski kontakt z przyrodą ma też swoje cienie. Nie można sobie tak po prostu wybrać, że zaglądające mi w okno wiewiórki, to jak najbardziej, ale dzikie świnie, to już nie. Na wszystko trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy. Jesteśmy "One family under the sun" - to słowa , które wyśpiewała pięknie w nowej wersji „Króla lwa” Angélique Kidjo. „We are one” - z taką ideą pozostajemy po koncercie.
Wokalistka przekazywała nam też w czasie jego trwania, że powinniśmy być dla siebie dobrzy. Odwołała się do Boga i naszych serc. Podkreśliła wartość modlitwy. Przypomniała mi także, że taniec był zawsze tą formą ruchu, którą uwielbiałam. Niech więc ten wczesny urodzinowy prezent będzie dla mnie przesłaniem każdego dnia, zanim na dobre zacznę świętowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz