Szybko okazało się, że w tym kolejnym hotelu, w ogóle zadbano o rozrywki dla turystów daleko bardziej niż w maltańskich obiektach, gdzie mieszkaliśmy poprzednio. W Labranda Riviera Resort & Spa oprócz sylwestrowego balu zorganizowano także koncert bożonarodzeniowy w wykonaniu chóru dzieci i młodzieży, wystawę pierników, niewielki jarmark świąteczny, mieszczący się w budkach rozstawionych wzdłuż morza. Gości zjechało w tym okresie całkiem sporo, więc oczekiwania też były liczne i różnorodne.
W nowym obiekcie zamówiłam, jak zwykle, pokój z pięknym widokiem, ale to, co dostałam w ramach tej rezerwacji przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nasze, co prawda malutkie, narożne lokum było chyba częścią jakiegoś większego apartamentu, na co wskazywały drzwi łączące nas z innym pomieszczeniem. Ale to nie miało żadnego znaczenia wobec faktu, iż dwie ze ścian, które otaczały małżeńskie łoże były całkowicie przeszklone i otoczone balkonem z przeźroczystą obudową. Jako że zajmowaliśmy najwyższe piętro hotelu, to widok, jaki roztaczał się z naszego panoramicznego pokoju okazał się po prostu nieziemski. Kolejne maltańskie wyspy były widoczne jak na dłoni i wydawały się tak bliskie, jakby wyciągnięcie ręki starczyło, by dotknąć ziemi po drugiej stronie morza. Nie wiem, czy jest możliwe, aby kiedykolwiek i gdziekolwiek zamieszkać w równie oszałamiającym miejscu widokowym.
- Jak w [szklanej] wieży księżniczki - komentuje nasze fotki z pokoju nieskory z reguły do poetyckich porównań Kacper. Rzeczywiście w takim otoczeniu czuję się, jakbym była postacią z bajki.
Hotel Labranda Riviera Resort & Spa znajduje się w pobliżu miejscowości Mellieħa nad zatoką Marfa Bay. To północny kraniec wyspy, często wybierany jako punkt wypadowy na Comino i Gozo. Czyż muszę dodawać, że przed wyjazdem z domu i ja miałam w zamyśle zwiedzanie tych miejsc? Ale życie zweryfikowało moje plany. Wiedziałam już, że chory mąż im nie podoła, a bez niego ich realizacja nie była dla mnie na tyle priorytetowa, żeby jakoś zaciekle o nią walczyć. Zresztą, dość już zobaczyłam podczas tych wczasów na Malcie.
Ale leciutki niedosyt pozostał. Odczułam go najmocniej wtedy, gdy w ramach przedreptywania nowej okolicy, dotarłam do krańców Ćirkewwy. Napisałam wówczas:
Na tyłach portu przysiadam na kamieniach nad wodą. Patrzę na oprószone zielenią brzegi, jasne klify Gozo, na jego osady, świątynie – jedną zwieńczoną kopułą, inną wieżami, wyrastające ponad piaskową zabudowę.
I tak sobie tam siedziałam przez długi czas, spoglądając w stronę tej niewielkiej wyspy. Aż poczułam, że to miejsce za cienkim pasem morskiej wody przyciąga mnie jak magnes. A gdy przypłynął prom z Gozo i rozpoczęło się zaokrętowanie na rejs powrotny, to nieodparcie mnie kusiło, żeby po prostu wejść na pokład, tak jak stałam, bez żadnego przygotowania i przeżyć prawdziwą podróżniczą przygodę. Ale od tej chęci silniejsza była lojalność i świadomość, że nie mogę męża zostawić samego w chorobie na cały dzień. Odłożyłam więc przygodę na raz następny i być może właśnie teraz, przeżyję ją podczas planowanego wyjazdu na Maltę z Anią.
W opiniach na temat obiektu Labranda Riviera Resort & Spa, zamieszczonych na portalu jednego z pośredników, z pomocą których zorganizowałam maltański pobyt świąteczno – noworoczny „jako wady wymieniono odizolowane położenie" (Destinia). Istotnie, choć miało to swoje plusy, w postaci większej ciszy i mniejszego zatłoczenia, to zimą okolica hotelu stanowiła co najmniej wywiej. W sposób szczególny doświadczyłam tego podczas opisanych wówczas burzowych godzin.
*
Wiatr gwiżdże nieprzerwanie, komponując prawdziwe arcydzieła muzyczne z improwizacyjnym zacięciem – surowe i pełne tajemnic. Morze z hukiem i zaciekłością rozbija fale o brzeg. Gozo rozjaśniają plamy świateł. Niesamowita noc, która zdaje się wywoływać z mroków przeszłości widma Krzyżowców.
Deszcz zacina po szybach, a silny powiew łączy krople w spływające serpentynami po szybach strużki wody. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?
Mam jeszcze resztki obsypanego pieprzem sera z Gozo, który mi zastąpi kolację. Dopijam wino, by było łatwiej zasnąć.
...
A kiedy rozwiała się ciemność, to wiatr znad Gozo przegnał po niebie w stronę maltańskiej ziemi najpierw ciężką, wielką, ołowianą chmurę, następnie szare, postrzępione obłoki, w końcu jasne, rozświetlone, pierzaste kłębuszki. Potem jeszcze doszły do tego kolejne kolory. Niebo zaszło granatem, a morze zielenią. Zaświeciło słońce i widok znów przypominał ten sielankowy obrazek, który widzieliśmy w tym miejscu poprzedniego dnia. Aż za piękny w obliczu faktu, że rzeczywisty. No więc niech będzie, że to jednak bajka.
Na zakończenie zaś tego przedstawienia w wykonaniu żywiołów i sił natury tuż za krańcem Comino nieśmiało zabłysła miniaturowa tęcza. A potem wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Było słonecznie, pół tęczy, pełna tęcza, dwie tęcze, mgła, szkwał, deszcz, pochmurnie, przejrzyście, słonecznie… Widowisko bez końca z akcją i dynamiką na pełnych obrotach.
Brakowało tylko samotnego Krzyżowca, który podczas tej niepokojąco zjawiskowej pogody przemierzałby samotnie i nostalgicznie brzegi Comino. To jego właśnie w czasach moich studiów pytaliśmy słowami utworu Mirka Hryniewicza:
"Wolniej, wolniej, wstrzymaj konia,
Dokąd pędzisz w stal odziany?” („Ballada o Krzyżowcu”)
Odpowiedzi nigdy nie usłyszeliśmy. I nic w tym dziwnego, bo słowa rzucone na wiatr nie mają szans, by wybrzmieć. Zwłaszcza w takim wywieju. A tutaj przecież to słowo nabrało nowego znaczenia.
Ale dla mnie nie ma w tym negatywnego wydźwięku. Nie wiedziałam, że tak lubię wiatr, deszcz i burzę. Bo szum morza uwielbiam od zawsze.
*
Sylwestrowy wieczór spędziliśmy z mężem w hotelowym SPA. Kiedy wszyscy poszli na płatny bal, mieliśmy je właściwie na wyłączność. Mogliśmy okupować jakuzzi przez tyle czasu, ile tylko chcieliśmy. I okupowaliśmy;). To był jeden z moich najmilszych Sylwestrów:).
Po najsolidniejszym chyba w swoim życiu wymoczeniu, idę jeszcze popatrzeć, jak się bawią płatni goście, bo bar z muzyką na żywo stoi otworem dla wszystkich. Dla turystów z sylwestrowymi biletami rozstawiono tam (lub raczej stłoczono) niewielkie stoliczki, na których zostało podane (patrząc po ilości walających się w każdym zakątku hotelu talerzy i szkła) obfite uroczyste menu. Pod jedną z reprezentacyjnych ścian jakiś zespół wyśpiewuje taneczne kawałki, ale raczej nikt tego nie słucha, na parkiecie pląsają (a raczej przede wszystkim ganiają się) głównie nieliczne dzieciaki. No jeśli chodzi o atmosferę, to ta impreza w niczym nie dorównuje bożonarodzeniowym tańcom staruszków, które dopiero co miałam okazję oglądać w hotelu Canifor. Ale może to dlatego, że goście już mocno "zmęczeni".
Cóż, zabieram z sobą dwa kieliszki i też idę pić szampana z mężem (to znaczy musujące wino, które przyleciało z nami z Sycylii:). Zaczyna się rok, który zamiast na kontynuacji podróży, spędzimy w trwodze i obawach przed rozprzestrzeniającą się po świecie pandemią, ale jeszcze na razie nikt o tym nie wie. Wszyscy lokują w nim swoje marzenia i życzą sobie, aby się spełniły.
ANEKS (z dn. 28.11.24 roku)
Na zakończenie zaś tego drugiego rozdziału maltańskiej opowieści również dodam jedno wspomnienie - to, które najbardziej utkwiło mi w pamięci z pobytu w Labranda Riviera Resort & Spa.
Sprawa znów dotyczy wyjazdu do kościoła, a raczej powrotu z niego po mszy do hotelu. Tym razem jednak nie czekamy z opuszczeniem autobusu do momentu, aż mąż zasłabnie. Robimy to przy pierwszych objawach wstrząśniętego żołądka.
Wysiadamy w jednym z centralnych punktów przesiadkowych Malty – przy Rotundzie w Moście (Sanktuarium Wniebowzięcia Matki Boskiej). To miejsce już zwiedzaliśmy w poprzednich dniach wczasów, ale korzystając z tego, że nie musimy natychmiast przesiadać się w inny środek lokomocji, możemy sobie tym razem po prostu pobyć w tej okolicy. Mamy na to czas, bo pora jest jeszcze wczesna. Postanawiamy spędzić resztę wieczoru w sympatycznie wyglądającej knajpce przy przystanku.
Zamawiamy bardzo smaczną pizzę z shakiem (nie, już się nie przejadamy - tym razem mamy w hotelu pobyt tylko ze śniadniem), cieszymy się więc tą noworoczną posiadówką i miłymi chwilami we dwoje. Po dłuższym czasie mąż w końcu na tyle odzyskuje siły, że postanawiamy kontynuować jazdę autobusem. Stajemy na przystanku wraz ze sporą grupą podróżnych i czekamy na nasz środek lokomocji. Według rozkładu autobus do hotelu powinien pojawić się po krótkiej chwili, ale tak się nie dzieje. W międzyczasie oczekujący z nami na przystanku ludzie kolejno wsiadają do podjeżdżających pojazdów i miejsce, w którym się znaleźliśmy, stopniowo pustoszeje. W końcu zostajemy w nim tylko my i para niemieckojęzycznych turystów.
Nie nawiązujemy kontaktu, choć tkwimy razem w tym samym, niekomfortowym i mocno podejrzanym położeniu, bo wszelki ruch na drogach jakby zamarł. Ale nie przepadamy za turystami z Niemiec, niestety w naszych dotychczasowych podróżach nie mieliśmy z nimi zbyt dobrych doświadczeń. Trafialiśmy często na Niemców z poczuciem wyższości, zazwyczaj nie liczących się z podróżnymi innych nacji. Mąż ma do nich szczególną awersję, ja jestem z tych bardziej skłonnych do tłumaczenia sobie trudnego zachowania innych jakimiś łagodzącymi okolicznościami. Ale tego wieczoru wszyscy zgodnie milczymy na opustoszałym przystanku, podczas gdy robi się coraz później i później.
Wreszcie przestajemy wierzyć rozkładowi jazdy, który zupełnie nie odpowiada rzeczywistości i odpalamy internet. A tam mąż znajduje informację, że tego dnia autobusy zakończyły już kursowanie. Informujemy o tym Niemców, no bo przecież trzeba się zachować przyzwoicie w każdej sytuacji. Trochę trudno nam się porozumieć po angielsku, ale w końcu nasi przystankowi współtowarzysze załapują, o co chodzi. I przejmują inicjatywę. Niemiecka turystka wraca do restauracji, gdzie jedliśmy kolację i prosi obsługę o zamówienie Ubera. Bez przekonania próbujemy się dogadać w sprawie wspólnego kursu. Przy tysiącach hoteli na wyspie, trudno sobie wyobrazić, że możemy pojechać w tym samym kierunku. Zwłaszcza, gdy mieszkamy na największym wywieju wyspy.
Ale kiedy zerkamy na mapę, to okazuje się, że zajmujemy obiekty, które bezpośrednio ze sobą sąsiadują. Wiem, że trudno w to uwierzyć. Nam też nie mogło się to w głowach pomieścić. Ale tak to właśnie wyglądało. No i pojechaliśmy wspólnie z Niemcami i filipińskim kierowcą Ubera na Północ, na sam koniec Malty.
Nasi współpasażerowie mieli wysiąść pierwsi, więc niemiecka turystka zostawiła mi połowę opłaty za kurs i napiwek dla kierowcy. Mąż natychmiast się odpala i decyduje, że my wręczymy Filipińczykowi jeszcze większy datek. No tak, przecież nie możemy być gorsi od Niemców;). U męża obalanie stereotypów nie idzie tak szybko. Ale z każdym przejechanym kilometrem i każdym zamienionym słowem z turystami z Niemiec, czuję jak jego niechęć ulatnia się jak kamfora. A w końcu, gdy dojeżdżamy do ich hotelu, to jesteśmy już omal prawdziwymi przyjaciółmi. I z rozbawieniem patrzę, jak w ramiona mojego męża padają ci obcy jeszcze niedawno ludzie przy składaniu noworocznych życzeń.
- Oj, chyba sam Stwórca postanowił dać ci na Nowy Rok życiową naukę – śmieję się po powrocie. I wiem, że dotarło. Od tej pory nie słyszałam już żadnych stereotypowych komentarzy:).
Ale najszczęśliwszy w tej sytuacji okazał się filipiński kierowca, gdy zobaczył wysokość swojego napiwku. No cóż, słowo się rzekło:).
A następnego ranka poszłam pozwiedzać Hotel Ramla Bay Resort, gdzie zatrzymali się nasi nowi znajomi. No cóż, okazało się jednak, że Niemcy mają lepiej;). Stać ich na więcej, choć to budzi w naszym wewnętrznym polskim przekonaniu (pokolenie z żywym i świeżym wojennym bagażem doświadczeń naszych rodziców i dziadków) mimowolne odczucia, że to niesprawiedliwe w obliczu faktu zrujnowania naszego kraju podczas wojny i pośrednio skazania nas na lata gospodarczego socjalistycznego zastoju tuż po niej. No ale o tym mężowi już nie powiedziałam;).
Zresztą, to już i tak nie miało żadnego znaczenia, gdyż nasza maltańska przygoda bezapelacyjnie się kończyła. Tym, co nas jeszcze czekało, był przelot do Bari, rozpoczynający dwudniowy (dwunocny?) pobyt w ukochanych przez męża południowych Włoszech. To one nieoczekiwanie przywróciły mu podróżnicze siły i sprawiły, że zebrał jednak wspaniałe wspomnienia z tego wyjazdu. Ale, mimo że to ta sama podróż, to jednak już zupełnie inna historia...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz