poniedziałek, 2 grudnia 2024

ZBLIŻANIE DO ZIMY

Ranek przy -7 stopniach, to konieczność wydobycia samochodu z polewy lodowej. Potem trzeba odrobinę wcześniej przyjechać do pracy w związku z kolejnym w moim zawodowym życiu obowiązkiem pełnienia opieki nad próbnym egzaminem po klasie ósmej.

Niestety sala, gdzie piszą go dzieciaki, nie jest tak cicha, jak ta w poprzednim roku - dosyć mocno słychać z ulicy auta podjeżdżające pod szkołę. Rodzice odstawiają swoje pociechy na lekcje, a ósmoklasiści próbują się skupić w tym ciągłym warkocie silników samochodowych. Ja też czuję w tej sytuacji pewien dyskomfort.

Ale za to mam w sali egzaminacyjnej całkiem ładny widok z okien – dużo relaksującej zieleni za sprawą okolicznych iglaków i cieszące oczy wciąż mocno zrudziałe modrzewie. 

Powoli mgła zaczyna się rozwiewać i robi się słonecznie. Lecz w powietrzu czuć już zbliżającą się zimę. Rozpoczął się grudzień. Znacznie wcześniej niż w poprzednich latach zaczynam myśleć o Świętach.

W weekend odwiedziła nas Ania i jednym z punktów programu wizyty był objazd naszych lokalnych galerii handlowych. To w nich zobaczyłam, jaka oferta zdominowała już rynek. I przyznać muszę, że miło było przeglądać świątecznie wystrojone sklepy z obfitością bożonarodzeniowych bibelotów. Dawno tego nie robiłam.

Ale i tak w odwiedzanych przeze mnie podczas codziennych zakupów marketach, Święta Bożego Narodzenia dosięgnęły mnie już w listopadzie. Świąteczne utwory usłyszałam tam jeszcze przed swoimi urodzinami.

W tym roku celebrowałam je bardzo rodzinnie. Zuzia z Kacprem postarali się nawet o tort, do którego włożyli tryskającą ogniem fontannę. Dom wypełnił się siarkowym dymem niczym piekiełko, ale za to było bardzo miło:).

Na dzień urodzin zapowiedziała swoją wizytę także Ania. Niestety pogoda przeszkodziła w realizacji tego planu. I chodzi tu nie tylko o przenikliwe zimno, które napłynęło chyba z wiatrem z bieguna, ale też o obfite opady śniegu. Gdy do tego doszły prognozy zamieci śnieżnej, to postanowiłyśmy jednak przenieść urodzinowe spotkanie na inny termin. I choć bardzo za Anią tęskniłam, to wiedziałam, że to dobra decyzja. Jej bezpieczeństwo jest najważniejsze, a trasa z Łodzi do naszego miasta wymaga jednak spędzenia kilku godzin za kierownicą. Nie chciałam, abyśmy obydwie przeżyły ten czas w ekstremalnym stresie.

Zwolniony z urodzinowego planu weekend postanowiłam wykorzystać na wyjazd z Elą (autobusem – i nie w roli kierowcy;). Pojechałyśmy na kolejne szkolenie do Katowic. Najwspanialszym jednak jego elementem była… droga powrotna. Zahaczyłyśmy wówczas o katowicki jarmark świąteczny. Tego też dawno nie robiłam. I choć nic nie udało mi się kupić w takim miejscu, to jednak spędzenie czasu wśród bajecznych dekoracji i klimatycznych budek ze świątecz różnorodnością dóbr wszelakich, było pełnymi dziecięcej radości chwilami dla siebie.

A Ania przyjechała do nas tydzień później. W deszczowy dzień odwilży. I to jak zwykle był magiczny czas, mimo tego, że fajerwerków trudno by się doszukać. Przegadałyśmy trzy wieczory, snułyśmy marzenia związane z planowanym wspólnie wyjazdem na Maltę, wypiłyśmy cale morze wina – hiszpańskiego, chilijskiego, niemieckiego… Na zimno i na ciepło. Rozgrzewałyśmy się też herbatą pomarańczowo – różaną, wypróbowywałyśmy kosmetyki z Doliny Róż, warzyłyśmy leniwe pierogi. A ostatniego dnia, korzystając ze słońca, które nieoczekiwanie nam przyświeciło, poszłyśmy na spacer z Wafelkiem, karmiłyśmy owsem dzikie kaczki i zaniosłyśmy wiosenne już tulipany chłopakom na cmentarz.

Jak zwykle minęło zbyt szybko. Jeszcze tyle filmów nieobejrzanych Aniu, jeszcze tyle niezrecenzowanych książek...

Ale żeby nie było, żeśmy się głównie obijały, to podaję tutaj wykaz naszych bliskich spotkań z kulturą w tym czasie:

1. Zapoznałyśmy się z książkami na temat zapomnianych zabytków Łodzi i okolic – już z myślą o spacerach, gdy przyjadę do Ani z rewizytą;

2. Obejrzałyśmy zaległą część filmów, w których niezwykła biblioteka z Klasztoru na Strahovie w Pradze pełni rolę przepięknej oprawy zazwyczaj pojedynczej (i mało znaczącej:( sceny;

3. Podjęłyśmy ważny temat kinematografii japońskiej. To dzięki reżyserowi Hirokazu Koreeda, którego filmy „Nasza młodsza siostra” (piękny obraz zielonej wyspy, przełamujący mój stereotyp Japonii przeludnionej i ultranowoczesnej) oraz „Złodziejaszki" (tu z kolei mało zamożne kręgi społeczne tego kraju) oglądałam już wcześniej z mężem, a teraz mogłam polecić Ani. Ten duet zestawiłyśmy z jeszcze jednym dziełem filmowym wspomnianego reżysera pod tytułem „Jak ojciec i syn” i jesteśmy pewne, że nie jest to ostatnie spotkanie z tym twórcą.

W obejrzanych przez nas filmach Hirokazu Koreeda podejmuje temat wzruszająco trwałych i ciepłych więzi rodzinnych, ale szczególnego rodzaju – takich, które nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w pokrewieństwie, lecz są sprawą wyboru.

I kiedy Ania wyjeżdża, to nagle uświadamiam sobie, że to jest też coś, co mnie z nią łączy. Chyba więc powinnyśmy się skontaktować z japońskim reżyserem i zawiadomić go, że dzięki nam ma już gotowy scenariusz na swój najnowszy film:). Trudne to zapewne nie będzie – właśnie przeczytałam, że twórca działa już w Europie - jedno ze swoich ostatnich dzieł nakręcił w Paryżu :).

- Najcięższe w wizytach Ani jest to, że po nich bardzo źle znoszę rozstania – zwierzam się Eli. - To jakbym znów się mierzyła z opustoszeniem gniazda.

Zawsze tak miałam w przypadku każdego z dzieci. Potrzebowałam długiego czasu, by znów przywyknąć do ich nieobecności w domu.

Ale życie nie czeka. Wymaga ode mnie tym razem ekspresowego tempa. Tyle się dzieje… Już jestem w innych, poweekendowych okolicznościach i praca wymusza przekierowanie uwagi na to, co ma miejsce w szkołach. Nie mam wyjścia, rzucam się w wir bieżących wydarzeń. Z wywieszonym jęzorem jeżdżę ze szkoły do szkoły. Młyn, kocioł, kołowrotek…

Ale po godzinach tego wszystkiego czeka mnie nagroda. Dziś jestem umówiona z Madzią na świętowanie (ponowne:) tym razem jej urodzin. Liczę na reset od wszystkiego, co trudne. Wiem, że będzie miło.

I jest:).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz