sobota, 17 czerwca 2023

30. 3 TURCJA: Diyarbakir, Mezopotamia - Odrabianie zadanych przez podróż lekcji

 Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/do-korekty-jesli-ktos-spodziewa-sie-w.html



Bardzo trudno opuszcza się miejsce, gdzie nieoczekiwanie robiło się za piękność:). Na wszelki wypadek - żeby nie było już ciągotek do dalszego przedłużania pobytu w Taşlıdere, robimy rezerwację na dwie noce w przód w kolejnych miastach po drodze. Jakoś łatwiej nam się zmobilizować do dalszej podróży, gdy nie ma odwołania od tego, że musimy się stawić na czas w nowych miejscach noclegowych. Opuszczamy więc Hole Hotel Yildiz Termal i wyruszamy w drogę, która najpierw prowadzi nas do zabytkowego mostu. I to w zupełnie nieturystycznym otoczeniu - oprócz nas nie ma tam żywej duszy. 



Mogłabym próbować sama scharakteryzować ten obiekt, ale właściwie po co, skoro bardzo dobrze zrobił to już na stronie google maps niejaki
Zygmunt Borowski, oznaczony tam jako “lokalny przewodnik”:

Most Malabadi nad rzeką Batman został zbudowany w roku 1147. Jest mniej znany od swojego bliźniaka w Mostarze, niemniej jednak to arcydzieło funkcjonalności, z pokojami dla podróżnych i poborców myta we wnętrzu. Powyżej wybudowana jest tama z elektrownią. Przez wiele wieków był jedynym mostem na tym odcinku rzeki i pełnił ważną rolę na trasie handlowej pomiędzy Diyarbakır i Van. Wykorzystywano go do przeprawy przez Batman aż do lat 50-tych XX wieku, kiedy to zbudowano obok nowy most. W roku 2012 był restaurowany” 

(https://www.google.com/maps/place/Malabadi+Bridge/@38.1534594,41.2013001,17z/data=!3m1!4b1!4m6!3m5!1s0x4073552d6cc77e81:0x22d74596db664). 

Bardzo mi się podoba ta opinia, głównie ze względu na porównanie do mojego ulubionego bośniackiego zabytku. Miło jest natknąć się na tureckich wakacjach na jakieś odniesienie (choćby poprzez bliźniaka:) do Bośni, za którą nawet stąd nieodmiennie tęsknię.

Z miejsca przy moście można pojechać w dwie różne strony świata - wybierając drogę na zachód dotrzemy do Diyarbakir, zaś poruszając się na południe - do Midyat. Oba miasta, z tego, co widzieliśmy w przewodnikach, są warte uwagi i planowego zwiedzania, trudno nam ocenić, które bardziej. Ot, jeden z naszych częstych dylematów w Turcji. Wybieramy Diyarbakir, trasa na Midyat prowadzi przez Hasankeyf - może na razie ze względu na świeże emocje, związane z informacją o jego zalaniu, lepiej będzie odpuścić sobie oglądanie miejsca zagłady tutejszej części historii i kultury ludzkości.


Czekamy aż wybraną przez nas drogą przejedzie długi konwój tureckiego wojska i włączamy się do ruchu. Tuż za ciągiem pojazdów opancerzonych. I tak jedziemy na końcu tej wojskowej kolumny kilometrami, aż w końcu zaczynamy się czuć nieswojo. Na drodze nie ma innych pojazdów, a my ciągle robimy za ogon tego długiego, uzbrojonego węża. Już nam po głowie zaczynają krążyć potencjalne podejrzenia o śledzenie (choć ono chyba nigdy w taki sposób nie wygląda:), gdy nagle wojsko skręca w boczną drogę i uwalnia nas od swojej obecności, uff... Od razu lepiej...


A potem jeszcze lepiej, bo za przydrożną skarpą dostrzegamy stado taplających się w błocku bawołów. No dla mnie to oczywiście powód do eksplozji ekscytacji:). Jakaż ta Turcja pełna niespodzianek! Ileż nam wciąż dostarcza wrażeń!

I w takim podekscytowaniu dojeżdżamy do Diyarbakir, które jest kolejnym zaskakującym nas miastem w podróży. Przede wszystkim ogromnym, według Wikipedii to numer 10 w Turcji pod względem liczby mieszkańców. W 2020 roku było ich tu 1783 tysiące. To niewiele mniej niż w naszej stolicy - w tym samym czasie Warszawę zamieszkiwało 1790 658 osób. Tureckie miasta są naprawdę niesamowitymi aglomeracjami. Statystyki za podany tu rok podają, że pierwszy na liście tureckiego zestawienia pod względem ilości mieszkańców Stambuł liczył ich wówczas według oficjalnych danych 15,46 miliona. Nieoficjalnie zaś mówiło się, że mieszka w nim około 20 000 000 ludzi. W Turcji określenie typu “duże miasto” nabrało więc dla nas nowego znaczenia.


Diyarbakir nie przytłoczył nas jednak swą wielkością. Miasto jest po prostu piękne w swoim połączeniu i splątaniu niezwykle różnorodnych kawałków - nowoczesnego z zabytkowym, bogatego z biednym, a nawet eleganckiego z obskurnym. Wszystko to, o dziwo, tworzy całkiem harmonijną całość, przetkaną dużą ilością zieleni i przestrzeni (choć może poza częściami, z których bardzo szybko się wycofaliśmy - ale o tym później). No i coś, co robi największe wrażenie  i o czym nie sposób nie wspomnieć - to zachowane w całości, majestatyczne w swym ogromie, imponujące wysokością i niezwykłe w kolorze mury opasujące Stare Miasto.


Na znalezionym w internecie vlogu z podróży po Turcji (https://www.youtube.com/watch?v=Pr4WOe7dkMo&t=148s&ab_channel=VlogCasha) - w odcinku pod tytułem “Stolica tureckich Kurdów - Diyarbakir”, widziałam, że można po nich zrobić spacer, ale przy wakacyjnym upale oraz moim lęku wysokości zdecydowanie lepszą i przyjemniejszą:) opcją był relaks na trawie w ich cieniu. To sposób podpatrzony u mieszkańców miasta, z których wielu, jak się wydaje, tak właśnie spędza swój wolny czas.


W tej podróży powracam znowu na turecki blog, który szczególnie lubię. Według “Turcji w Sandałach”: “Jeżeli mamy mało czasu na zwiedzanie Diyarbakır, warto poświęcić go w całości zwiedzając obszar wyznaczony przez mury miejskie. (...) Powiadają, że są one drugie co do długości po Wielkim Murze Chińskim, ale ile jest w tym prawdy? Ich długość to w przybliżeniu 6 kilometrów, a w ich obrębie zawiera się Stare Miasto z najciekawszymi zabytkami. Do starówki prowadzą cztery główne bramy, z każdej strony świata jedna” (https://turcjawsandalach.pl/content/diyarbak%C4%B1r). Oprócz nich jest jeszcze kilkanaście mniejszych i 72(!) wieże obronne.


Mury Diyarbakir zbudowane są z czarnego bazaltu. Powstały w 349 roku, gdy ziemia ta była pod władaniem bizantyjskiego cesarza Konstancjusza II (syna Konstantyna Wielkiego - tak, tego, od którego wziął nazwę Konstantynopol). Wyremontowano je również w zamierzchłych czasach, bo już w XI wieku. Wśród murów znajduje się cytadela, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Drugim miejscem wyróżnionym podobnym wpisem są ogrody Hevsel, czyli 700 hektarów upraw pod Diyarbakir. Rozciągają się one między cytadelą a rzeką Tygrys. Ich “krajobraz kulturowy”, o którym wspomina lista Unesco można zobaczyć już po drodze do miasta. To dokładnie od strony, z której przyjechaliśmy.


W dalszej kolejności widzieliśmy z okien samochodu całe niezamieszkałe, nowe, wielkie osiedla. Zastanawialiśmy się, dla kogo są przeznaczone. Zagadkę wyjaśnił mieszkaniec Diyarbakir na vlogu, do którego link podałam powyżej. Lokalny przewodnik vlogera wypowiadał się tam na temat walk między tureckim wojskiem a bojownikami Partii Pracujących Kurdystanu (KPP), które odbywały się w mieście w 2015 roku. W miejscu obecnych nie zamieszkałych jeszcze osiedli były wówczas budynki starej dzielnicy, niektóre nazywane wręcz przez lokalesa “slamsami”. Według niego wiele z nich zawierało arsenały broni. Uliczki między nimi były tak wąskie, że radiowozy policyjne nie mogły tamtędy przejechać. Dzielnica stała się bardzo niebezpieczna. To właśnie tutaj rozgorzała najprawdziwsza wojna - we wspomnieniach Ayuba słychać bomby i świst kul...

Inny mieszkaniec miasta - Hasan, tak wspomina tamten okres w artykule na łamach Gazety Prawnej:

„W wąskich uliczkach Sur [stara, zabytkowa dzielnica w Diyarbakir - przyp.aut.], tureckim żołnierzom trudno było się przemieszczać. Ich przeciwnicy znali wszystkie tajne przejścia. Armia ponosiła bardzo duże straty. Dlatego wreszcie poszli po rozum do głowy i wezwali samoloty. Sur został zbombardowany. Nikt nie wie ile osób, w tym cywilów, straciło wtedy życie. Kiedy walki się skończyły, zaczęły się eksmisje. Potem do dzieła przystąpiły buldożery” 

(https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1145423,w-diyarbakirze-kurdowie-nie-zapomna-erdoganowi-co-zrobil-z-ich-miastem-reportaz.html).


Stara dzielnica została zrównana z ziemią. W nowych osiedlach wciąż nikt nie mieszka. Czasami myślę, że w największej mierze pamięć o tych wydarzeniach wraz z towarzyszącymi im uczuciami jest przechowywana przez miejscowe... dzieciaki. Być może dlatego, że one sobie z racji wieku słabiej radzą z emocjami. Niemniej nigdzie nie widzieliśmy tylu agresywnych dzieci, co na południu Turcji. W Diyarbakir przejeżdżając jedynie koło nas na rowerach, kopią w nasze opony, walą w maskę. Ze złością. Ot, tak po prostu, bez żadnej przyczyny. Po podjęciu próby wjechania na obrzeże Starego Miasta, gdzie według mapy znajduje się miejscowy kościół, bardzo szybko musieliśmy się wycofać, bo po prostu obleciał nas strach. Na filmie wspomnianego vlogera też widać dzieciaki skaczące po samochodach. Czy to na pewno zabawa? No nie wiem.



A co na to wszystkowiedząca w moim przekonaniu “Turcja w Sandałach’? No cóż, też jakoś niezbyt zachęcająco: “Tutaj drobne ostrzeżenie - odradzamy wędrówkę murami po zapadnięciu zmroku - z uwagi na możliwość spadnięcia, jak również ze względów bezpieczeństwa. Po zachodzie słońca mury należą do miejscowych wyrostków, którym nigdy nie wiadomo, co może przyjść do głowy. Ponadto zalecamy wędrówkę w towarzystwie, również z powyżej wspomnianych powodów” - można przeczytać w przywołanym powyżej wpisie.

A może to bieda wpływa na takie zachowanie młodego pokolenia? Jakby nie było na zakończenie odcinka w Diyarbakir wspomniany tu vloger opowiada o tym, jak bardzo ścisnęła go za serce scena, gdy mały, biedny chłopiec pomagał matce zbierać plastik w miejscowym śmietniku. Jeśli to chleb powszedni niektórych tutejszych dzieciaków, to trudno się potem dziwić, że odreagowują złością to, na co skazał ich nieprzychylny los. Ale nie będę się tu wymądrzać, bo w końcu naprawdę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi.


Fakt jest taki, że do kościoła w końcu nie trafiliśmy, po czym w poczuciu lojalności odpuściliśmy również meczet, a muzeum pod którym siedzieliśmy na trawie było zamknięte, czyli że w starym Diyarbakir nie odwiedziliśmy niczego. Ale i tak wspomnień nazbieraliśmy całą masę i napatrzyliśmy się do woli na jakąś część życia mieszkańców miasta. Resztę, no cóż, może kiedyś będziemy mieli okazję uzupełnić...

Teraz zaś mąż już pogania, bo nie wiadomo, co czeka nas w dalszej drodze do pierwszego z miejsc noclegowych. A jeszcze trzeba przecież przystanąć za murami miasta, gdzie droga skręca na miejscowy cmentarz i skąd roztacza się panorama z rozwalonymi mieszkalnymi (kiedyś) budynkami pod miejskimi murami. Wciąż można zobaczyć, na jakie kolory były pomalowane ściany poszczególnych pomieszczeń...

A potem jeszcze trzeba - i to jest naprawdę "must see", zatrzymać się przy kolejnym zabytkowym moście na naszej trasie. Zwłaszcza, że tam znajduje się też cudowna herbaciarnia na samym brzegu rzeki Tygrys.  Przy stoliku znad szklanki herbaty można podziwiać niesamowity widok na Most Dziesięciu Łuków (lub Dziesięciooki), funkcjonujący pod tureckimi nazwami Dicle Köprüsü lub On Gözlü Köprü. Tak naprawdę nie wiadomo nic o okresie jego powstania, zachowała się jedynie inskrypcja z XI wieku, kiedy zabytek był prawdopodobnie już naprawiany. W Wikipedii znalazłam informację, że również on został wpisany na listę światowego dziedzictwa Unesco (https://pl.wikipedia.org/wiki/Dicle_K%C3%B6pr%C3%BCs%C3%BC). Wcale mnie to nie dziwi, most z przepływającymi pod nim wodami Tygrysu jest tak piękny, że mogłabym patrzeć na niego godzinami...


Ale mąż znów pogania... Wiem, wiem, jest już późno, a przecież musimy dojechać na nocleg do Mardin. Jak zwykle nie wracamy prostą drogą do domu w Polsce. Zamiast pojechać na północ lub ewentualnie na zachód, wybraliśmy kierunek południe. No bo trudno byłoby, będąc tak blisko, odpuścić sobie zwiedzanie terenów między Tygrysem a Eufratem. W końcu kiedyś każde z nas, rozpoczynając naukę historii świata, spotkało się z nazwą Mezopotamia (dosłownie Międzyrzecze). To przecież na jej terenach znajdowała się podobno kolebka naszej cywilizacji.

Według Wikipedii “Ogólnie można podzielić Mezopotamię na kilka głównych, historycznych obszarów: północna jej część to Asyria, a południowa to Babilonia. Ta ostatnia z kolei dzieli się na Sumer (położony na południu nad zatoką) i Akad (Akkad), leżący w północnej części Babilonii” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Mezopotamia).

My w południowej Turcji zaledwie dotkniemy terenów starożytnej Asyrii. Pozostała część Mezopotamii znajduje się w obecnych granicach Iraku, Syrii, Iranu a także Kuwejtu. Ale to już pomysł na wyprawę dla bardziej zaawansowanych turystycznie niż my podróżników. Nasz cel to jedynie miasto, które leży około 30 kilometrów od syryjskiej granicy.

I znów, trzymając się Wikipedii,: Mardin położone jest w górzystym regionie Tur Abdin [Góry Sług Bożych - przyp. aut.] w południowo-wschodniej części Turcji, przy granicy z Syrią. Miasto położone jest na zboczu i szczycie góry o wysokości 1083 m n.p.m (...). Wzniesienie to należy do pasma wyznaczającego północną granicę Mezopotamii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Mardin).

Spodziewać by się można, że tereny te (dawna Asyria) będą zamieszkane w większości przez Asyryjczyków. Przed wyjazdem z Polski byłam świadoma jedynie istnienia takiej grupy narodowościowej, ale pojęcie o niej miałam mgliste. Oto zaś co na temat Asyryjczyków ma do powiedzenia Wikipedia: “Nawiązują do tradycji starożytnej Asyrii oraz Chaldei i uważają się za spadkobierców tych państw. Posługują się językiem aramejskim [to ten sam, którego używał Jezus - przyp. aut] i jego dialektami, używanymi na terenie Międzyrzecza przed podbojem arabskim. Są też jednym z najstarszych narodów, które przyjęły chrześcijaństwo, nastąpiło to w II wieku n.e(https://pl.wikipedia.org/wiki/Asyryjczycy).

Kiedyś w Turcji naród ten reprezentowało około 1,5 miliona ludzi. Niestety do czasów obecnych pozostało ich tutaj ponoć zaledwie 15 tysięcy. Reszta jest rozproszona po świecie. Oddajmy znów głos Wikipedii (ten sam link): Światowa diaspora powstała w wyniku emigracji i ucieczek ludności przed śmiercią w czasie ludobójstwa w okresie I wojny światowej (1914–1918) na terenie Imperium Osmańskiego, przeprowadzonego przez Turków i Kurdów” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Asyryjczycy).

Tak, tu znów trzeba powrócić do sprawy Ormian, która była już poruszana we wpisach tego blogu (linki poniżej). To jakby transakcja wiązana - zamieszkując wspólne imperium, chrześcijanie jednego narodu byli wepchnięci do wspólnego worka z innymi i dzielili z nimi ten sam los. 


Odchodzimy już od Wikipedii: Ludobójstwo Ormian oznaczało przyzwolenie na eksterminację Asyryjczyków. Turcy i w tym przypadku najpierw prosili o oddanie broni, a następnie znikali, umożliwiając kurdyjskim sąsiadom dokonanie grabieży. Znikały całe wsie Asyryjczyków. Pozostała garstka ocalonych. Przez wiele lat zapamiętywała i spisywała relacje z ludobójstwa. Stały się one świadectwem niewyobrażalnej zbrodni, w którą trudno było uwierzyć. Ponad dwa miliony ofiar nie doczekało się do dziś żadnej formy zadośćuczynienia” (https://wiez.pl/2020/04/24/ludobojstwo-o-ktorym-nie-wolno-mowic/).

Ale po co przytaczam tu takie straszne fakty? Po co piszę o Asyryjczykach, jeśli prawdopodobieństwo nawiązania z kimś takim relacji w ciągu jednodniowego pobytu w Mardin jest bliskie zeru? Podobno mieszka tam obecnie jedynie około 100 asyryjskich rodzin. Jaka jest szansa, że ktoś z tych ludzi, koło których być może ledwie przejdę ulicami największego miasta w tym rejonie, nagle wyskoczy z informacją, że jest Asyryjczykiem? 

Tak, wiem, że pewnie żadna. 


Ale mimo tego mam potrzebę, by temat zgłębić. Chcę po prostu zrozumieć tę podróż. Ma ona przecież związek nie tylko z przyjemnością oglądania tego, co wokół, zwłaszcza, że zmęczenie w czasie pokonywania tak długiej trasy narasta i coraz bardziej daje się we znaki. Opisanie naszych doświadczeń też mi nie wystarczy. Muszę odrobić wszystkie zadane przez tę podróż lekcje. I robię to dla siebie, bo jest we mnie pragnienie rozeznania w otaczającym świecie. Chciałabym pojąć jak najwięcej z tego, co mi przekazuje. Po to właśnie się w niego zagłębiam. Po to podróżuję...


I z takim nastawieniem dojeżdżam do Mardin, które okaże się piękniejsze od najpiękniejszych wyobrażeń. I na dodatek bardzo dla nas egzotyczne. Zdaje mi się, że odkryjemy tam prawdziwy charakter  Południa...

Bożenko, ta Wasza podróż to coś niezwykłego! Nadziwić się nie mogę, gdzie jesteście... Gały mi wychodzą z orbit - napisze mi tego wieczoru koleżanka pedagożka.

Mnie też Beatko, mnie też. Ale o tym już w następnym wpisie...




PS. Tu są wpomniane w tekście linki

1. https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/11/blog-post.html

2. https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/03/skupisko-hoteli-dla-narciarzy-w-sarkams.html














czwartek, 1 czerwca 2023

BEZ PRZESADNEGO NIEPOKOJU

Rok szkolny powoli zmierza do końca. Stojące przy drodze do katolickiej szkoły kasztanowce zaczynają przekwitać, ale za to na wszystkich rosnących w okolicy drzewach akacji pojawiły się, symbolizujące nadchodzące wakacje, białe kwiaty.

Dziś rozpoczął się czerwiec. A ja weszłam w ostatnią fazę rozstawania się ze starą szkołą. Emocjonalną lekcję, która była z tym związana, chyba już odrobiłam. Teraz zaczęły snuć się po głowie podsumowania. Tyle, że już mniej wewnętrzne niż do tej pory. Poczułam potrzebę podejmowania rozmów, których potem nie będzie chęci lub sensu przeprowadzać.

To chyba też etap żegnania się z relacjami, w których byłam przez dziesięciolecia. Wiem, że z chwilą opuszczenia na dobre miejsca pracy kontakt z ważnymi dla mnie osobami w tej szkole się zakończy. Widzę, jak to działa. Emeryci nie wracają już do niej, by spotykać się z koleżankami i kolegami, którzy tam zostali. Zresztą, kto z nich miałby czas na takie spotkania między lekcjami i dyżurami na przerwach lub siły na życie towarzyskie po godzinach pracy? Ja też przecież nie widuję się z osobami, które odeszły z naszej szkoły na emeryturę, chociaż kilkoro z nich naprawdę lubiłam. Ot, taka kolej rzeczy...

- Odchodzenie w starość. Z tym się teraz mierzę... - tłumaczę Beacie.

Ona twierdzi, że zachowałam w sobie młodość. Cóż, pozostaje mi chyba właśnie tego się trzymać.

Nieprzerwanie odliczam czas do wakacji. Nie dlatego, żeby mi się jakoś dłużyło bardziej niż zwykle pod koniec roku szkolnego. Po prostu chciałabym do tego czasu zdążyć z wypaleniem się uczuć i nastrojów, które mają związek z rozstawaniem. Przeżyć do końca jeszcze w szkolnych murach żałobę po wszystkim, co związane z tym etapem życia. Żeby jej ze szkoły z sobą nie zabierać. Żeby nie ciągnąć tego za sobą jak ogon. Żeby odejść, czując w sercu prawdziwą wolność.

Niestety już wiem, że w nadchodzących tygodniach nie uda się zrealizować mojego planu zamknięcia spraw szkolnych pod względem organizacyjnym. Harmonogram prac porządkowych legł w gruzach z dosyć absurdalnego powodu.  Decyzją pani wicedyrektor gabinet pedagogów został przekształcony w... magazyn okien, które nagle i niespodziewanie zaczęto w szkole wymieniać przed wakacjami. Oczywiście, gdy o tym zadecydowano, to usłyszałam, że ta sytuacja potrwa jeden, no może ze względu na sprawdziany ósmoklasistów po drodze, dwa tygodnie. Teraz zaś wygląda na to, że konieczne są co najmniej dalsze trzy.

Błąkamy się więc z Beatą i podopiecznymi, którzy mają z nami planowane zajęcia po całym długim piętrze, poszukując nieustannie jakiegoś wolnego kąta. Wczoraj remonty dotknęły jeszcze gabinety obu psychologów, gdzie się tymczasowo wprowadziłyśmy z naszym sprzętem do pracy nad dokumentacją. Już chyba tylko pozostanie nam organizować sobie zajęcia pod szkołą - trzeba będzie brać pod uwagę boiska, plac zabaw, siłownię na świeżym powietrzu albo spacery po okolicy...

Tym bardziej, że słuchanie godzinami ciągłego jazgotu wiertarek i wkrętarek potrafi umordować do oporu. Dla naszych podopiecznych z autyzmem i nadwrażliwością dźwiękową to zupełnie nie do przejścia. Dla mnie zaś najgorsze w tym wszystkim są pozdejmowane żaluzje i brak możliwości przewietrzenia pomieszczeń ze względu na tumany pyłu, towarzyszące pracom przy parapetach zewnętrznych. Strasznie to uciążliwe w okresie, gdy słońce w ciągu dnia już zaczęło przyświecać na maksa.

Skadinąd taką dziwną mamy pogodę w tym roku. Wysokim temperaturom w dzień towarzyszą bardzo niskie w nocy i rankiem - wczoraj to były zaledwie trzy stopnie, dzisiaj cztery. Nawet roślinki w ogrodzie nie za bardzo to akceptują i nie chcą rozwijać się, jak należy, a co dopiero ludzie. Taki to zaskakujący początek czerwca. Doszło do tego, że Ela z katolickiej szkoły, z którą mamy wspólne upodobanie do grzebania w ogródku, postanowiła okryć na jakiś czas swoje uprawy włókniną, by nie dopuścić do wyziębienia kiełkujących nasion.

Dobrze mi w tej relacji z kolejnym w moim życiu pedagogiem szkolnym - oprócz spraw zawodowych wymieniamy się uwagami ogrodniczymi i cebulkami lilii:), a nawet osobistymi kawałkami życia.

- Jestem na etapie tworzenia z Elą grupy wsparcia w nowej pracy - opowiadam Beacie. Zaczynam powoli tam przenosić uczucia bliskości. Moja przyszłość jest w szkole katolickiej.

Trudno zaczynać coś od nowa w wieku emerytalnym. Ale doświadczenie ze szkołą katolicką pokazuje, że jest to możliwe z całkiem dobrym skutkiem. I to mnie napawa nadzieją na przyszły rok szkolny, w którym najprawdopodobniej czeka mnie kolejne wyzwanie w kolejnej szkole.

Niestety ta katolicka, w której od września będę miała 1,5 - 3,5 godziny pracy więcej niż teraz, nie zaspokoi w pełni moich potrzeb ekonomicznych. Będę musiała uzupełnić etat gdzieś indziej. Rozglądam się już za nowym miejscem pracy. W najbliższym czasie powinnam podjąć jakieś decyzje.

Nastawiam się na pracę w szkole aż do ukończenia przez Kacpra i Zuzię studiów, które wymagają sporych nakładów finansowych. Ale myślę, że temu podołam. Patrzę w przyszłość bez przesadnego niepokoju. Dam radę. I może nawet czekają mnie nowe miłe doświadczenia i nowi mili ludzie. Chciałabym ponownie uwierzyć, że wszystko w naszym życiu ma swój cel...

P.s. I jeszcze życzenia z okazji dzisiejszego Święta. I to takie terapeutyczne - z facebookowego konta Tereski, z którą miałam przyjemność kończyć kurs psychoterapii:

Wszystkim Nam, Kochane Dzieci Duże i Małe, życzę, żeby Nas ktoś kochał, bośmy tego warci. A przede wszystkim - żebyśmy kochali siebie. Żebyśmy przygarniali swoje ciemne i pokręcone kawałki do serca i pozwalali im zakwitnąć. Żebyśmy zawsze wierzyli, że one są do tego zdolne. Bo są!