poniedziałek, 6 listopada 2023

31.4 TURCJA: Mardin - Dzień o zupełnie nowym zapachu i smaku, 31.5 TURCJA: Mardin - Wśród zabytków koloru złotego piasku i szafranu

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/06/bardzo-trudno-opuszcza-sie-miejsce.html

31.4 Mardin - dzień o zupełnie nowym smaku i zapachu 


Południe Turcji. Upał. Niemiłosierny upał...

Czuć go nawet późnym popołudniem, gdy wjeżdżamy do Mardin. To jedno z najbardziej oryginalnych miejsc w naszej podróży. Miasto zupełnie inne niż wszystkie oglądane do tej pory w Turcji. Uderza jednolity styl jego zabudowy w centralnej części. Kamienne Stare Miasto (wpisane na listę Unesco) w przeważającej części wygląda jak bogato zdobione i poukładane schodkowo/tarasowo klocki w kolorze złotego piasku. Niektóre tutejsze ściany z kamienia to wręcz koronkowa robota.


Według Wikipedii zabudowa miasta ma charakter artukidzki - sprawdzam dalej:  “Artukidzitur. Artuklu – dynastia pochodzenia turkmeńskiego panująca w Diyarbakirze od początku XII wieku do roku 1409” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Artukidzi).


 Czego jeszcze można się dowiedzieć z internetu? Obecne stare Mardin to bezpośredni spadkobierca monastyru syryjskich chrześcijan z IV wieku, znanego jako Izla od tutejszego pasma gór (czy wzgórz). Odkąd Bizancjum musiało się wycofać wyparte przez Seldżuków, dawny klasztor przeformował się w fortecę i chronione przez nią wewnętrzne i zewnętrzne miasto. Sama nazwa Mardin wywodzi się od słowa oznaczającego właśnie fortecę w aramejskim dialekcie – który był (a na ginącym obszarze nadal jest) używany w tym rejonie” - czytamy na stronie https://www.filmowe-szlaki.pl/2023/06/09/mardin-meczety-medresy-koscioly-i-inne-atrakcje/.


Z tarasów miasta można oglądać mezopotamską równinę Al -Dżazira. Mam wrażenie, że wieje stamtąd jakąś nostalgią. Chłoniemy atmosferę miasta, przejeżdżając raz po raz jego starymi (głównie jednokierunkowymi) ulicami, gdzie nawigacja pogubiła się już w przedbiegach. Przyglądamy się zabytkowym budowlom, między które dobrze wkomponowały się nowe. Prowadzą do nich schody, pnące się niezliczonymi stopniami na szczyt tego wklejonego we wzgórze miasta. Jednymi z nich schodzi człowiek trzymający ... konia za uzdę - na jego grzbiecie przewożone są śmieci z opróżnianych po drodze koszy.  Pytam o możliwość sfotografowania zwierzęcia, ale nie rozumiem odpowiedzi rzuconej gdzieś w przestrzeń poza mną, wolę więc nie ryzykować.

Gdy zagubieni stajemy pod kolejnym znakiem zakazu wjazdu w ulicę jednokierunkową znów dopada nas banda dzieciaków na rowerach. Tym razem obywa się jednak bez agresywnego potraktowania naszego samochodu. Kończy się na krzykach, które chyba mają nas odstraszyć od złamania przepisów drogowych lub też... naruszenia czyjegoś terytorium. Nie ma nawet opcji, by o coś zapytać lub poprosić o wskazanie właściwej drogi.

Trzeba szukać pomocy u dorosłych. Zostawiam męża na pobliskim parkingu i udaję się z adresem naszego miejsca noclegowego do miejscowych sklepikarzy. Jeden z nich pomaga mi w najlepszy sposób, jak tylko się da - dzwoni do właściciela apartamentu, w którym mamy tego dnia zamieszkać. Ömer deklaruje, że zaraz po mnie przyjdzie. Chcę na niego czekać przed sklepikiem, żeby mnie widział z daleka, ale nie znajduje to aprobaty u sklepikarza, który mi pomógł. Dostaję od niego małe krzesełko, mam na nim usiąść na tyłach niewielkiego pomieszczenia wypełnionego towarem.


Wreszcie do mnie dociera - właściciel sklepiku nie chce, by mnie widziano z nim/przy nim/a nawet w okolicy jego przybytku. Południe Turcji - tu szybko dowiadujesz się, gdzie jest miejsce kobiety w takim świecie. Lecz i tak, siedząc za workami z towarem, jestem wdzięczna sklepikarzowi, że mimo swoich poglądów, zdecydował się mi pomóc. Inni sprzedawcy, których wcześniej chciałam spytać o drogę, najczęściej mnie ignorowali. Byłam dla nich niewidzialna - nie tylko że nie odpowiadali na moje pytania, nie przerywając swoich męskich rozmów, większość z nich nie zaszczyciła mnie nawet wzrokiem. No cóż, muszę przyjąć, że tak tu jest. Samotna kobieta nie jest widać dobrze postrzegana w świecie zdominowanym przez mężczyzn, hołdujących tutejszej kulturze.

Ömer, który wreszcie zjawia się pod sklepikiem wraz ze swoim synem Darą, jest inny. To prawdziwy światowiec w tym zakątku globu. Obyty z turystami z różnych stron świata, otwarty na nowe doświadczenia i poglądy. Jego apartament znalazłam na swoim ulubionym portalu turystycznym Airbnb. Zamieścił tam taką oto notkę o sobie i oferowanym miejscu: “Mardin od tysięcy lat przyjmuje ludzi jako kolebka kultur, języków i przekonań. Jako przedstawiciel tej tradycji będę zaszczycony móc przyjmować każdego, kto ceni sobie swoje wartości, pozostając wiernym mojemu dziedzictwu.


Co ja zaś tam napisałam w recenzji na temat oferowanego przez Ömera miejsca? (trochę nieskładnie, bo tak na szybko, żeby zdążyć w dozwolonym terminie to jeszcze w drodze do Polski):

“dom jest fantastyczny - stary, kamienny, oryginalny - właśnie tego szukaliśmy podczas pobytu w Turcji. Ale to również bardzo komfortowy dom - łazienka, kuchnia, klimatyzacja to udogodnienia, które są takie ważne w długim pobycie w podróży. Lokalizacja jest wspaniała i do odwiedzenia zabytków Mardin, i do zrobienia zakupów. Do tego bezpłatny parking w mieście, gdzie trudno znaleźć miejsce dla samochodu”.

Co prawda następnego dnia grupa miejscowej młodzieży próbowała ode mnie wyłudzić opłatę za to, że zaparkowaliśmy na wskazanym przez Ömera poboczu , ale udało mi się ich jakoś skutecznie zniechęcić metodą “zdartej płyty”, tzn. przemawiając dostatecznie długo i bardzo emocjonalnie w rodzimym języku, w który wplatałam niezliczoną ilość razy imię naszego gospodarza. W końcu młodzi uznali, że żadną miarą dogadać się nie można z niekumatą i histeryczną babą, wzywającą na okrągło jakiegoś Ömera i odstąpili od ściągania haraczu. Honor mardińskich dzieci ratuje w tej sytuacji mała, śliczna dziewczynka, która widząc całą sytuację, wysyła mi promienny uśmiech z okna swojego pokoju (bo oczywiście Dara jest tu w ogóle poza konkurencją).


- Mardin jest bardzo bezpieczne - uspokaja mnie Ömer. Stara się, jak tylko może, sprawić, byśmy czuli się dobrze w jego gościnie. I tak właśnie się czujemy. Czy mogłoby być zresztą inaczej w świeżo odremontowanym domku z tutejszego kamienia (w opisie pojawia się wapień?), który ma ponoć dwieście lat (o ile dobrze zrozumiałam Ömera)? Drobne niedogodności, wynikające z charakteru miasta, nie są w stanie niczego popsuć.

Urocze miejsce - ocenia Beata po przesłaniu jej pierwszych fotek naszego nowego lokum.

Wszystko takie piękne i niesamowite!

Aż chce się te zdjęcia oglądać ciągle i ciągle!

No więc rankiem, czekając na Ömera, który zaproponował wspólne śniadanie, przesyłam jej kolejne porcje fotek.

Widok na słodkie podwóreczko z figowcem

Figi jeszcze małe i zielone



Jest też winorośl, ale jeszcze? już? bez winogron

A, i jeszcze widok z tarasu


Ömer chciał nas ugościć tego ranka w swoim domu, bym mogła spędzić trochę czasu z jego żoną o pięknym uśmiechu (fotka przy ofercie zakwaterowania:) i równie pięknym imieniu Gülbahar, jednak droga po niezliczonych schodach w górę, którą w tym celu musiałby przemierzyć mąż, była poza zasięgiem jego możliwości. Umówiliśmy się więc na śniadaniową zupę w jadłodajni tuż za rogiem. Tak podobno rozpoczynają dzień lokalesi w Mardin. 


Nawet jeśli tego dnia mieli oni najwyraźniej ogromny apetyt i zupy zabrakło, to nasz gospodarz i tak dalej był niezwykle zdeterminowany, by zapewnić nam poranny posiłek - w końcu stanęło na tym, że zakupił dla nas precle i bułeczki w syryjskiej piekarni (ponoć najlepsza w mieście) tuż obok apartamentu. I to był strzał w dziesiątkę - niezliczoną ilość razy wspominaliśmy potem ich zapach i smak, którymi rozpoczął się nasz nowy dzień w Mardin. Dużo w Turcji już doświadczyliśmy. Ale ten mardiński dzień był naprawdę czasem o zupełnie nowych doświadczeniach zapachowo - smakowych.





31.5 Mardin - Wśród zabytków koloru złotego piasku i szafranu



Na zwiedzanie miasta wyszłam sama, mimo że Ömer proponował swoje przewodnickie usługi. Ale czasem lubię się tak powłóczyć w samotności i pobłądzić w nowym miejscu na własną rękę. Świat jakoś inaczej wygląda, gdy przemierza się go w pojedynkę - przynajmniej ja wtedy wychwytuję masę szczegółów, umykających mi, gdy koncentruję się na konwersacji, czy choćby obecności towarzysza podróży. Może nawet i są one nieistotne, ale ten wychwyt sprawia wielką przyjemność, przeinaczając mnie w Wielkiego Odkrywcę. No i chłonę też wtedy klimat miasta całą sobą.


A w Mardin lepiej niczego nie przegapić. Miasto wprost bombarduje dźwiękami, zapachami, detalami architektonicznymi i kolorami. Nawet kurczaki na miejscowym targu były kolorowe, cokolwiek bym o tym wtedy (i teraz) nie myślała. Cudowne bogactwo Orientu wylewające się towarami na ulice, zamknięte w połączeniu kamienia i metalu, wystawione na pokaz w malunkach i rzeźbach absolutnie oczarowuje i upaja zmysły. Do tego tak, jak lubię, czyli bez nagabywania do kupna, namolnego reklamowania, uprzykrzania się turystom...



Jedynym natrętnym nazwijmy to sprzedawcą był... no cóż, znowu dzieciak. Aż głupio mi to pisać, bo naprawdę nie mogłabym pracować jako pedagog szkolny przez 30 lat, gdybym maluchów (i młodzieży też) nie lubiła. Ale moje doświadczenia z południowej Turcji sprawiły, że niestety wolałam się tam od nich trzymać z daleka. Bo na młodego natręta, który sprzedawał, hmm, no cóż, swój wizerunek, nie zadziałało słowo: nie. Chłopak uparł się, że zostanie moim modelem i co się przymierzyłam do zdjęcia, to miałam go w kadrze, choć tego zupełnie nie chciałam. Potrafił się tam zapakować w ostatniej chwili i to błyskawicznie - między przyłożeniem aparatu do oka a naciśnięciem spustu. Cóż było robić - wolałam się poddać niż z nim walczyć. Skądinąd był ładnym modelem, gdyby ktoś akurat takiego potrzebował:). Oczywiście musiałam zapłacić, żeby się od niego uwolnić. 



Następny dzieciak, który skasował ode mnie opłatę, zaprowadził mnie do meczetu (Grand Mosque, gdzie podobno przechowuje się włos z brody Proroka Mohameta). Choć tylko pytałam o drogę. No dobra, przynajmniej nie zabłądziłam na miejscowym targu.


Tego dnia zobaczyłam w Mardin (z zewnątrz lub z wejściem do środka) jeszcze kilka meczetów i medres (postawiłam na te, które stały przy mojej drodze, bo co by nie powiedzieć o samotnych wędrówkach, to najbardziej doskwiera mi w nich brak umiejętności czytania map i planów): Şehidiye Camii ve Medresesi ehediye Mosque and Madrassa), Kasimiye Medrese, Camii Şherifi, Hamidiye Camii - o większości tych zabytków łatwo znaleźć informacje w internecie – a oprócz tego: Mardin Kalesi, czyli zamek, Tarihi Savurkapi Hamami (Historical Savurkapi Bath), czyli łaźnia, Mar Hirmiz Keldani Kilisesi (Saint Hirmiz Chaldean Church), czyli kościół chaldejski Świętego Hirmiza ... 


Choć może większe wrażenie zrobiły właśnie kolorowe kurczaki, małpa na łańcuchu, którą ktoś trzymał w koronie drzewa na swoim podwórku, czy też malowane na wszystkie kolory świata budki dla ulicznych kotów…

No i wizerunki Shahmaran (Sahmaran, Sahmeran). Nazwa ta „pochodzi od perskich słów „Shah” i „Maran”. „Shah” to tytuł używany dla królów perskich, „mar” oznacza węża (w l. mn. „mar-an” oznacza węże)” (https://mityczne.pl/shahmaran/). Nietrudno więc domyślić się, o kogo chodzi.


Źródeł tej legendy szukać trzeba w mitologii perskiej, ale Shahmaran występuje także w folklorze kurdyjskim oraz irackim i anatolijskim. Postać ta stanowiła pół kobietę (od pasa w górę) i pół węża (od pasa w dół). „Wierzy się, że Shahmaran była inteligentna, życzliwa i nie starzała się, a po śmierci przekazywała swego ducha córce. Według legend, żyła gdzieś w okolicy Mardin, może nawet w samym mieście, stąd jej podobizna dziś pełni rolę symbolu miasta” (https://www.filmowe-szlaki.pl/2023/06/09/mardin-meczety-medresy-koscioly-i-inne-atrakcje/).


Zgodnie z legendarnym przekazem pierwszą osobą, która poznała królową węży był ubogi młodzieniec z miasteczka Tarsus imieniem Tahmasp (w innych wersjach legendy Camasb lub Lokman). „Pewnego dnia chłopak wybrał się do pobliskiego lasu. Podczas wędrówki znalazł jaskinię, a w niej studnię wypełnioną miodem. Gdy zajrzał do niej w celu zaczerpnięcia słodkiego płynu przypadkiem odkrył tajemniczy otwór w ścianie studni. Postanowił więc zbadać przejście. W efekcie dotarł do niesamowicie pięknej krainy, którą jednak zamieszkiwało tysiące węży” (https://www.antyradio.pl/news/Przerazajace-tureckie-legendy-Czym-straszy-sie-turystow-przyjezdzajacych-do-Turcji-24106).


Legenda jest niezwykle piękną opowieścią (podobno jedna z jej wersji znajduje się nawet w „ Księdze tysiąca i jednej nocy”) o miłości i to z wzajemnością. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Chłopak „z biegiem czasu zaczął jednak tęsknić za rodziną i podjął decyzję o powrocie do domu. Szahmeran (...) przyjęła do wiadomości tę decyzję prosząc jednocześnie ukochanego, żeby nie zdradzał nikomu miejsca jej przebywania. Ostrzegła przy tym, żeby Tahmasp nie brał kąpieli z innymi ludźmi, gdyż jego skóra pokryje się wężowymi łuskami (https://www.masaperlowa.pl/co-w-tureckim-mardinie-zostawila-krolowa-wezy/).



Ale to historia, która jednak smutno się kończy. Jak podano na koncie Centrum Języka i Kultury Tureckiej Lisan: „chłopak przystaje na warunki i powraca do rodziny. Niestety padyszach podupada na zdrowiu i jedynym ratunkiem dla niego okazuje się mięso Şahmaran! Sprytny wezyr wydaje rozkaz, aby wszyscy poddani poszli do hamamu. Tam oczywiście ciało nieszczęsnego chłopaka pokrywa się łuskami, zostaje schwytany i torturowany. Wreszcie wyjawia miejsce Şahmaran. Królowa węży zostaje zabita, ale przed śmiercią znowu pomaga chłopakowi. Każe mu ugotować swoją głowę i podać sułtanowi, aby ten wyzdrowiał, swoje ciało podać do zjedzenia wezyrowi, aby ten umarł, a swój ogon nakazuje zjeść chłopakowi, aby posiadł całą wiedzę medyczną, którą sama posiada. W ten sposób ubogi chłopak zostaje wezyrem, niestety kosztem swoje dobrodziejki” (https://www.facebook.com/CentrumLisan/photos/a.290769574299178/3375866369122801/?type=3)

A poddani Shahmaran do dzisiaj próbują wyrównać rachunki z ludźmi:). To tyle w nawiązaniu do legendy.



Ale już wracam do rzeczywistości i mojego spaceru po Mardin. Choć miasto jest pełne pachnących, kolorowych towarów, to nie robię tam żadnych zakupów. Mam jeszcze w pamięci bardzo świeże wspomnienie spotkania ze sklepikarzami poprzedniego dnia. 


Ale widziałam w Mardin coś, co mnie bardzo kusiło - to syryjskie wino, które można kupić chyba tylko w tej części Turcji. Niemniej nie odważyłam się zrobić nawet podejścia do kupna. Co może być gorszego niż samotna kobieta włócząca się po mieście na Południu? Myślę, że w tej części świata mogłaby to być samotna kobieta włócząca się po mieście i kupująca sobie wino:).



W końcu niemiłosierny południowy upał przegania mnie z ulic miasta. Zresztą czas nieubłaganie ucieka, a tego dnia czeka nas dalsza droga do następnego miejsca noclegowego.



Jeszcze poprzedniego dnia pisałam do Beaty:

Dobrze, że mamy już rezerwację na następny nocleg jutro w Sanliurfie, bo ani chybi zaraz bym wymyśliła, żeby tu przedłużyć pobyt



Pewnie bym wymyśliła. Ale to byłby dobry wymysł. Chciałabym jeszcze pobyć w Mardin i wcale mnie ta rychła przeprowadzka nie cieszy. Ömera również.



- Mardin piękniejsze od Urfy - przekonuje. Wierzę. Niewiele jest pewnie miejsc, które urodą i klimatem dorównują Mardin. To miasto, które właśnie zaczyna robić karierę w turystyce. Na razie tylko lokalnej, ale kto wie, co będzie wkrótce? Wiem, że dla miejscowych to ogromna szansa, ale mnie jakoś tak robi się mało przyjemnie, gdy wyobrażę sobie to miejsce wypełnione po brzegi w przyszłości na przykład skośnookimi turystami. Chciałabym kiedyś wrócić do Mardin takiego, jakim go pozostawiamy.



Ale jest jeszcze jedna rzecz, bez której podczas tego pobytu nie chcemy opuszczać miasta. To wizyta w Klasztorze 40-tu Męczenników - o jego istnieniu wyczytaliśmy w internecie. Lecz nasz gospodarz szczerze odradza, podobno świątynia jest czynna tylko w niedzielę i nie ma możliwości wstępu do niej w inny dzień tygodnia. 



Jednocześnie Ömer nie chce nas też wypuścić spod swojej opieki bez spełnienia naszych marzeń o odwiedzeniu chrześcijańskiego monastyru. Wsiada więc z nami do samochodu i pilotuje męża w drodze za miasto. I w taki właśnie sposób trafiamy pod bramy Deyrulzafaran, czyli Szafranowego Klasztoru (prawosławny Monastyr Świętego Annaniasza), znanego też pod nazwą wywodzącą się z tutejszego języka jako Dayro d-Mor Hananyo (Mar Chanania).





Jestem wniebowzięta. “Klasztor znajduje się w syryjskim regionie kulturowym znanym jako Tur Abdin” - jak można wyczytać na stronie https://www.itinari.com/pl/location/deyrulzafaran-monastery: “Dayro d-Mor Hananyo znajduje się w miejscu świątyni poświęconej asyryjskiemu bogowi słońca Szamaszowi, który został następnie przekształcony przez Rzymian w cytadelę. Po wycofaniu się Rzymian z twierdzy, Mor Shlemon przekształcił ją w klasztor w 493 r. n.e. W 793 r. klasztor został odnowiony po okresie upadku przez biskupa Mardina i Kfartuty, Mor Hananyo, który nadał klasztorowi jego obecną nazwę.”



I jeszcze jeden cytat z wpisu poświęconego Szafranowemu Klasztorowi: “Niegdyś w 
Tur Abdinie  funkcjonowało 2500 kościołów i 300 klasztorów, obecnie pozostaje tu nie więcej niż 4000 chrześcijan Asyryjczyków (http://szlomo.org/klasztor-szafranowy-w-tur-abdinie/). No więc mam to, co chciałam. To tu jest właśnie miejsce, gdzie można spotkać asyryjskich wiernych.



Jak się jednak okazuje, nie mam zbyt wiele czasu na takie spotkanie. Do klasztoru wpadam tuż przed zamknięciem. Nawet biletu nie kupuję, szkoda każdej minuty - wskazuję tylko na męża, który w towarzystwie Ömera powolutku zmierza w kierunku kasy. Jakoś to przechodzi, później okazuje się, że panowie na tyle zbliżyli się z obsługą, z którą czekają na mój powrót, że nikt już od nas niczego nie chce:).



Klasztor jest niczym kolejna forteca. Zgodnie z przekazem, kiedyś w tej świątyni mnisi hodowali skorpiony, wytwarzając z ich jadu najsilniejsze trucizny. Związek monastyru z szafranem w internecie wyjaśniono zaś dwojako: po pierwsze ponoć podczas budowy dodawano go w kwiatach krokusów do zaprawy murarskiej w celu uzyskania pięknego koloru, po drugie, jak głosi legenda, założono tutaj w XV wieku ich plantację. 

Podobno można tu kupić herbatę i popróbować ciasteczek - wszystko z dodatkiem tej przyprawy. Ale my oczywiście nie mamy na to czasu. Przybytek się już zamyka, ledwie zdążyłam obiec to, co jeszcze było otwarte. Wreszcie odkryłam w Turcji ziemię chrześcijan, a mogłam jej poświęcić zaledwie okruch naszej podróży. No cóż, niby lepiej cokolwiek niż zupełnie nic, ale odjeżdżam z wielkim niedosytem. 




Po drodze mijamy odbicie na ruiny starożytnego miasta Dara. Oczywiście już nic nie da się wcisnąć w nasz plan na ten dzień. Ale i tak, gdyby ktoś mnie spytał, czy podczas pobytu w Mardin widziałam też Darę, to odpowiedziałabym:

- Tak. I to nawet trzy razy:).


W tym miejscu pora jednak pożegnać naszego troskliwego i opiekuńczego gospodarza, a także jego uroczego syna. Myślę, że Ömer w pełni zasłużył na swój tytuł “Superhost” w Airbnb.


“Dziękujemy za Twój uśmiech i Twoją życzliwość. Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej. Mamy nadzieję, że spotkamy się znowu” - kończę tam swoją recenzję.


A w odpowiedzi po powrocie czytam, że nie byliśmy gośćmi tylko przyjaciółmi i widzę między zdjęciami dołączonymi do oferty Ömera i nasze. Z rozczulającym podpisem:

The most beautiful and magical part of hosting people is meeting nice people, exchanging cultures and having good conversations 

najpiękniejszą i najbardziej magiczną częścią goszczenia ludzi jest poznawanie miłych ludzi, wymiana kultur i prowadzenie dobrych rozmów” (tłumacz google).


Ps. Jakiś czas później czytam, że "Serial  Netflix Shahmaran z 2023 r. również opiera się na legendzie w nowoczesnej oprawie" (https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Shahmaran?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc). Jeszcze nie oglądałam, ale widziałam już wielce zachęcające recenzje:).

 

 Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/32-historia-pobytu-w-sanliufie.html



GALERIA - Monastyr Szafranowy










Następny wpis z podróży: 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz