poniedziałek, 6 listopada 2023

35 A. 11 TURCJA: Malatya - Porażka zwieńczona cudem


Możliwość udziału w ormiańskiej mszy, która jest odprawiana w Malatyi tylko raz do roku (nie ma pozwolenia dla wiernych na nic więcej) stanowiła dla nas prawdziwy cud. No bo przecież, gdyby nie dopadła mnie zemsta faraona, to już by nas nie było w tym mieście. I nawet nie wiedzielibyśmy, co nas ominęło. 

Gdybyśmy też poprzedniego dnia nie spotkali opiekunów Taşhoron Church (Surp Yerrortutyun), to nigdy nie dowiedzielibyśmy się o nabożeństwie. A przecież przyjechali oni do świątyni tylko na moment, by przygotować ją na to wydarzenie. Czy to nie cud, że ich wizyta zbiegła się z naszą?


 Dodatkowo wcale nie musieli nawet z nami rozmawiać, nie mówiąc już o zaproszeniu - nie jesteśmy Ormianami, a msza nie była przeznaczona dla turystów. Według jednego z opiekunów miało w niej uczestniczyć ponad czterdzieści osób - wierni nie tylko z okolic Malatyi, ale i ze Stambułu, Nowego Yorku i Europy.

Okazało się jednak, że we mszy wzięło ich udział raczej dwa razy tyle. Ogromne to było przeżycie. Włącznie z pamiątkową sesją fotograficzną na koniec. Poczuliśmy się częścią większej wspólnoty, choć nie do końca wiem, na jakiej zasadzie. Możliwe, że to jakieś wspólne korzenie kulturowo - chrześcijańskie. Ale może próba rozumowego pojęcia tej sytuacji po prostu nie była taka ważna...


W zagwarantowanie jej bezpieczeństwa zaangażowane były spore siły wojskowe i policyjne. I chyba dopiero wtedy, gdy zobaczyłam ilość ochroniarzy, to zdałam sobie sprawę, że to uczestnictwo we mszy musi się wiązać z jakimś ryzykiem. Choć z drugiej strony w jej uczestnikach nie widziałam żadnych oznak strachu. A przecież to przedstawiciele narodu, który w Turcji już tyle przeszedł. Poruszałam ten temat we wpisach z Sivas i Sarikamis.


Niestety wspominane tam pogromy objęły także Ormian z Malatyi, co jak dla mnie, rzuca się cieniem na postrzeganie miasta. Do tego dokłada się informacja, że również stąd pochodzi Mehmed Ali Ağca, który w 1981 roku próbował zastrzelić papieża Jana Pawła II. 

Na stronie https://pl.frwiki.wiki/wiki/Malatya przeczytałam jeszcze o kolejnym przejawie nietolerancji religijnej: „w kwietniu 2007 (...) trzech chrześcijańskich protestantów, misjonarz Niemiec i dwóch tureckich pracowników, animujących dom Zirve publikujący protestancką religijność, jest torturowanych i zabijanych.” No przyznać trzeba, że moja znajomość z Malatyą nie zaczęła się zbyt dobrze.


Dodatkowo także początkowe perturbacje z hotelem i rozwijająca się choroba nie nastawiały mnie szczególnie przychylnie do tego miasta. Choć muszę tu oddać sprawiedliwość Pirlancie, że w dzień wyjazdu recepcjonista był już prawie naszym przyjacielem, a moje samopoczucie nijak od niej nie zależało. Nadto znacznie się wówczas polepszyło. Postrzeganie miasta również:).


Po całkiem smacznym śniadaniu donoszę więc bliskim:

Dziś na odmianę pięknie - zjadłam już paczkę Nifiroksazydu, ale czuję, że działa


Mimo to i tak nie zamierzam przedłużać pobytu w tym miejscu ponad to, co konieczne. Zwłaszcza, że dzisiejsza Malatya to miasto nowe - nie nastawiamy się więc szczególnie na zwiedzanie. Jego historię można znaleźć, a jakże by inaczej;), na stronie „Turcji w sandałach”:
W I połowie XIX wieku Imperium Osmańskie toczyło walki z Egiptem o tereny Syrii, Arabii i Mezopotamii. W 1838 roku konflikt został wznowiony, a wojska osmańskie zajęły m.in. ówczesne miasto Malatya, zmuszając lokalną ludność do przesiedlenia. Jako miejsce ich osadzenia wybrano Aspuzu - położone na obrzeżach miasta tereny uprawy drzew owocowych [z domkami letniskowymi - przyp. aut.]. Po zakończeniu wojny przesiedleńcy zdecydowali się nie wracać do zniszczonego w czasie walk miasta i pozostali w Aspuzu, które przemianowano na Malatyę. Stara Malatya, która w późniejszych latach nieco odżyła, została natomiast nazwana Battalgazi” (https://turcjawsandalach.pl/content/malatya).

Oczywiście najstarsza historia Malatyi sięga dużo wcześniejszego okresu. Jak można wyczytać ze strony https://pl.frwiki.wiki/wiki/Malatya: Jest to dawne miejsce Mélitène, fort i stolica rzymskiej prowincji Armenii”. 

W zasobach internetu nalazłam też ciekawostkę, nawiązującą do czterdziestu męczenników z Sivas (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/11/z-historia-czterdziestu-meczennikow.html). Mélitène stała się bazą XII Legionu, znanego jako Fulminata, którego misją było monitorowanie prowincji Kapadocja(https://pl.frwiki.wiki/wiki/M%C3%A9lit%C3%A8ne). Historia Turcji poznawana podczas tej podróży jest dla mnie bardziej niż fascynująca. Każde miejsce, do którego przyjeżdżamy, odkrywa nam jej intrygujący kawałek. Niestety do całej układanki jeszcze nam bardzo, bardzo daleko...


Pobyt w okolicach Malatyi na pewno jednak może pomóc w układaniu sobie historycznych zawiłości. Prawdziwi pasjonaci nauk historycznych nie będą się tu nudzić - z pewnością docenią fakt, że w pobliżu miasta ludność osiedlała się już w starożytności. Jeśli ktoś miałby ochotę zapoznać się bliżej z tym kawałkiem historii i zwiedzić gruntownie okoliczne tereny, to około 10 minut jazdy od miasta na wzgórzu Arslantepe znajdują się ruiny starożytnej stolicy Melid. Jest to zabytek z kategorii całkiem świeżo wpisanych na listę światowego  dziedzictwa Unesco (2021 rok). Z pewnością więc warty zachodu, choć ja uznałam, że stan po osłabieniu chorobą raczej nie sprzyja bieganiu w upale po wzgórzach i ruinach.

Dla mnie Malatya pozostanie więc jedynie „miastem moreli”, jak się ją reklamuje we wszystkich chyba przewodnikach.

podobno 70% tych owoców w suszonej formie na światowym rynku to właśnie stąd

Frwiki szacuje, że nawet 85%. I to te słodkie owoce sprawią, że choć moja znajomość z Malatyą zaczęła się słabo, to jednak skończy się dobrze. Pierwszy kilogram moreli kupuję już na rogatkach miasta. Potem po drodze mamy okazję prześledzić chyba cały proces zbioru i suszenia tych owoców. Następnie panowie, którzy obsługują miejscową suszarnię częstują nas gotowymi produktami. Każdemu z nas wsypują w dłonie wielką garść ususzonych na słońcu moreli. Ach, jak świat i jego ludzie potrafią być hojni. Zabieramy ten zapasik do Polski, niech to słońce zamknięte w słodyczy owoców rozjaśnia ciężkie zimowe miesiące...

Edit: niestety już nic z tego zapasu nie pozostaje do ciężkich zimowych miesięcy ;)...

A morele to po turecku kayisi:).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz