poniedziałek, 6 listopada 2023

32A. 7 TURCJA: Harran - W orientalnym ulu




Harran jest ostatnim miastem odwiedzonym przez nas na południu Turcji. Przy panującym tu w lipcu upale nie potrafiłabym nawet myśleć o dłuższym pobycie w tych stronach. Tym ciężej mi zrozumieć fakt, że właśnie takie tereny wybierali do życia nasi ludzcy praojcowie. “Miasto pierwszy raz wzmiankowane jest w tekstach z [mezopotamskiego - przyp. aut] Mari z XVIII w. p.n.e., choć istniało już wcześniej” - można wyczytać w Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Harran). Data robi wrażenie, prawda?

Moja ulubiona “Turcja w sandałach”  podaje, że “Harran posiada reputację jednej z najstarszych, ciągle zamieszkanych osad na ziemi” (https://turcjawsandalach.pl/content/harran). Lokalizacja na skrzyżowaniu szlaków z Damaszku, Niniwy i Karkemiszu (miasto w pobliżu obecnego Dżerablus) miała swoje niewątpliwe plusy.



Ale czas świetności Harran bezapelacyjnie przeminął - obecnie to niewielkie jak na Turcję miasteczko, liczące niespełna dziesięć tysięcy mieszkańców. Przyjeżdża się tu dla słynnych domów - uli, zbudowanych według bardzo podobnej koncepcji, jak słynne trulli we Włoszech. 


Co prawda we wspomnianym powyżej blogu znalazłam również informację, że harrańskie budowle są przereklamowane, a “ciekawsze przykłady można znaleźć w Syrii” (wpis pt. “Pomoc dla niezdecydowanych podróżników’), ale stwierdziłam, że nic mi po tej wiedzy, jeśli i tak nie zamierzam udać się do sąsiedniego kraju. Stanęło więc na tym, że orientalne domki - ule mogłam zobaczyć albo w Harran, albo nigdzie. Wybrałam opcję numer jeden:).

No i jedziemy. Po drodze zabieramy tutejszego autostopowicza, z którym jednak nie jesteśmy w stanie nijak się dogadać. Młody chłopak nie zna żadnego słowa w obcym języku i wkrótce po zajęciu miejsca w samochodzie znajduje sobie własne zajęcie - na swoim własnym telefonie. Ot, myślę, taki syndrom współczesnych czasów - młodzież woli wirtualny świat i olewa  rzeczywisty (w tym nas). 



A potem muszę się bardzo wstydzić za tę myśl. Bo młodzieniec wysiadając (też po drodze), podtyka nam najpierw pod nosy ekran telefonu. A na nim wypisana długa wiadomość, przetłumaczona w translatorze - o tym, że chłopak tak chętnie by w podzięce pokazał nam swoje rodzinne strony i oprowadził po okolicy, ale niestety spieszy się do pracy, która pozwala mu zdobyć środki na dalszą naukę...

To tym właśnie młody człowiek był zajęty przez całą podróż z nami - składaniem słów, którymi jak najlepiej chciał wytłumaczyć nam swój, w jego odczuciu, brak wdzięczności i zadbania o nas... Przepraszam Cię Chłopcze...

Zapewniamy z mężem we wszystkich znanych językach, że rozumiemy, że to nie wymaga tłumaczeń, ani przeprosin, ani podziękowań, ale nie wiem, ile z tego wszystkiego udało nam się przekazać młodzieńcowi przed rozstaniem. Dla mnie to najcenniejsza życiowa nauka, choć już przecież nie po raz pierwszy w życiu ją dostałam - nie oceniać, choćby nie wiem, jak kusiło i jak wyglądało. Nic nie jest nigdy pewne, wszystko to tylko prawdopodobieństwo.


Dojeżdżamy do Harran i, tak jak ponoć lokalesi, jemy zupę na śniadanie - w knajpie przy wylotówce. Danie główne dopiero jest w trakcie przygotowywania, więc zostawiamy tę przyjemność na później. Pytamy obsługującą nas dziewczynę (i tu bardzo komunikatywny angielski) o to, co powinniśmy odwiedzić w mieście. Kieruje nas do Harran  Kültür Evi, który jest rodzajem skansenu - można tam zobaczyć wystrój i sposób użytkowania połączonych ze sobą uli. 



To ciekawe jak dla mnie doświadczenie i podobają mi się wnętrza okrągłych pomieszczeń.
 Każde z nich ma gliniane ściany około dwóch metrów wysokości i stożek z otworem wentylacyjnym na samym czubku budowli. To podobno wymusza cyrkulację powietrza i sprawia ulgę podczas panujących w tej okolicy upałów. Z kolei w zimie można dzięki temu w okrągłym pomieszczeniu rozpalić ognisko. Sprytne... 


Zwiedzanie uli zajmuje mi tylko chwilkę. Oczywiście w jego trakcie, czy chcę, czy też nie, towarzyszy mi dzieciak, któremu muszę za to potem zapłacić. Nie mam ochoty na żadne dalsze towarzystwo, więc nie korzystam już z usług znajdującej się w Harran Kültür Evi kawiarni. Ale, jakby ktoś chciał, to wygląda ona całkiem przyjemnie, można tam również nabyć lokalnie wyrabiane pamiątki.

Zamiast siedzieć przy kawie, wolę pojeździć trochę  z mężem po okolicy - oglądamy zamek (nieczynny), nieco zrujnowanych obejść i kolejne ule (w sumie podobno jest ich tu omal 400), niektóre jeszcze w budowie, przy nich stosy suszonych, plackowatych cegieł (ale może to tylko wielbłądzi "opał"?). Ten sposób budowania ma ponoć tradycję sięgającą III wieku p.n.e., ale najstarsze współcześnie oglądane domy w Harran zbudowane w tej technologii to, jak wyczytałam, około 200 ostatnich lat, co zresztą też naprawdę imponuje.


I to w zasadzie tyle, co tutaj można zobaczyć. Bo na (znanym ze zdjęć w internecie) stanowisku archeologicznym ruiny przedstawiają się bardziej niż skromnie.


Pozostaje tylko użyć wyobraźni, by jeszcze przed wyjazdem usłyszeć tu Boże słowa skierowane do Abrahama: "Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę" (Rdz 12,1). I za przykładem Proroka pożegnać Harran. Tym bardziej, że oto właśnie dostrzegła nas grupka miejscowych dzieciaków i rozpoczęła szalony bieg w naszą stronę, zapewne traktując to jako kolejną okazję do naciągania turystów na kasę. Dobrze, że Volvo oprócz sprawnych hamulców, ma także całkiem niezłe przyspieszenie - udaje nam się zbiec przed małymi naciągaczami. 

I w tym momencie myślę tylko o tym, że gdyby ktoś mi powiedział jedno złe słowo na temat wychowania moich polskich uczniów, to chyba bym go zamordowała.


Tak, wiem, że ucieczka przed dzieciakami jest słaba. Ale wolę to, niż przygody, jakie w Harran spotkały wspomnianego już w moich wpisach vlogera. Zresztą sami możecie zobaczyć, co potrafią tutejsze dzieciaki w jednym z odcinków jego vloga, zatytułowanym, hmm...: "Chcieli mnie okraść! Najgorsze miejsce w Turcji - nie przyjeżdżajcie tu!" (https://www.youtube.com/watch?v=68zqVgQ74Ak&t=116s&ab_channel=VlogCasha). Czy pokazywanie turyście fucka, rzucanie w niego kolegą lub próby wyrwania mu aparatu fotograficznego z ręki można nazwać zabawą? I gdzie w tym wszystkim są dorośli? Bo jakoś nie bardzo wierzę, że nic nie wiedzą o tym, co wyrabiają ich pociechy.


Niestety te wyczyny przekładają się nie tylko na komfort turystów, ale również na ich postrzeganie tej okolicy. A komentarze roznoszą się poprzez internet po całym świecie. Tytuł vlogowego odcinka mówi tu sam za siebie.


Ciekawe są również opinie zawarte pod nim. Niejaka @sylwiapro5489 napisała tam na przykład parę ostrych słów: "Zaskakują mnie te komentarze: "Żenujące, dorosły chłop, a boi się dzieci..", pisane jak sam jeden z komentujących dodał "zza ekranu komputera". Właśnie. Zza ekranu komputera. Osoby podróżujące na własną rękę (a nie te, co to wynajmą hotel i najlepiej transfer z lotniska prosto do pokoju) doskonale wiedzą ile stresujących sytuacji przydarza się każdego dnia. Ktoś uważa, że banda gówniaków to żaden "przeciwnik", bo to dzieci? A co za różnica, kto ci zaje*bie aparat? I co zrobisz? Zadzwonisz na policję, przyjadą i będą szukać sprawców? Wielce prawdopodobne, że sprzęt który służy ci jako narzędzie utrzymania pójdzie się jeb**ć".


Inni komentujący wspominali również swoje doświadczenia z podobnymi grupami dzieciaków - okazuje się, że proceder ma się dobrze w wielu różnych miejscach na świecie: Maroko, Jordania, Uzbekistan, Tunezja, Albania... Współczuję społeczeństwom, czy też raczej społecznościom lokalnym, w których dorasta tego typu młode pokolenie. Choć tak naprawdę to tych dzieciaków też szkoda. Nie wiem, czy z tego da się wyróść, czy też trzeba po prostu źle skończyć. Oczywiście życzę, żeby wszystkie tutejsze dzieci wybrały dla siebie również opcję numer jeden.

Ale wśród tych obniżających nastrój komentarzy zdarzyły się i takie, które mnie rozbawiły.

"Harran, gdzie zombie? (dying light)" - napisał niejaki @daedric2684, nawiązując do gry, przeznaczonej dla pełnoletnich użytkowników:).



No tak, w każdej podróży trzeba pamiętać, że zawsze mogłoby być gorzej. Banda dzieciaków to przecież i tak lepsza opcja od bandy zombie:). Tak czy owak nie mamy ochoty szukać w tym miejscu dalszych przygód. Danie główne więc odpuszczamy - prawdopodobne jest, że jeszcze wciąż go nie przygotowano, bo jednak zwiedzanie całego Harran nie zajmuje zbyt wiele czasu (jak ktoś się uprze, to tak jak wspomniany vloger może to zrobić w 15 minut). Z tego powodu rezerwacja tu noclegu, który widziałam na Airbnb (piękne zdjęcia z ula), nie miałaby dla nas większego sensu.


Żegnamy się w tym miejscu także z Abrahamem. On wyruszył stąd na Południe do Ziemi Obiecanej (Kaanan), my zaś wracamy na północ - po raz kolejny do Urfy, której znów nie będziemy zwiedzać. Pozostawiamy zarówno ją, jak i Harran w spokojnym oczekiwaniu na wpis na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco (w 2000 r. znalazły się one w spisie obiektów, które Turcja zamierza tam zgłosić). A nasz czas tego dnia przeznaczymy jeszcze na odwiedziny pobliskiego stanowiska archeologicznego Göbekli Tepe.



 Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/32b-kiedys-nasi-praojcowie-byli-nomadami.html

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz