Harran jest ostatnim miastem odwiedzonym przez nas na południu Turcji. Przy panującym tu w lipcu upale nie potrafiłabym nawet myśleć o dłuższym pobycie w tych stronach. Tym ciężej mi zrozumieć fakt, że właśnie takie tereny wybierali do życia nasi ludzcy praojcowie. “Miasto pierwszy raz wzmiankowane jest w tekstach z [mezopotamskiego - przyp. aut] Mari z XVIII w. p.n.e., choć istniało już wcześniej” - można wyczytać w Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Harran). Data robi wrażenie, prawda?
Moja ulubiona “Turcja w sandałach” podaje, że “Harran posiada reputację jednej z najstarszych, ciągle zamieszkanych osad na ziemi” (https://turcjawsandalach.pl/content/harran). Lokalizacja na skrzyżowaniu szlaków z Damaszku, Niniwy i Karkemiszu (miasto w pobliżu obecnego Dżerablus) miała swoje niewątpliwe plusy.
No i jedziemy. Po drodze zabieramy tutejszego autostopowicza, z którym jednak nie jesteśmy w stanie nijak się dogadać. Młody chłopak nie zna żadnego słowa w obcym języku i wkrótce po zajęciu miejsca w samochodzie znajduje sobie własne zajęcie - na swoim własnym telefonie. Ot, myślę, taki syndrom współczesnych czasów - młodzież woli wirtualny świat i olewa rzeczywisty (w tym nas).
A potem muszę się bardzo wstydzić za tę myśl. Bo młodzieniec wysiadając (też po drodze), podtyka nam najpierw pod nosy ekran telefonu. A na nim wypisana długa wiadomość, przetłumaczona w translatorze - o tym, że chłopak tak chętnie by w podzięce pokazał nam swoje rodzinne strony i oprowadził po okolicy, ale niestety spieszy się do pracy, która pozwala mu zdobyć środki na dalszą naukę...
To tym właśnie młody człowiek był zajęty przez całą podróż z nami - składaniem słów, którymi jak najlepiej chciał wytłumaczyć nam swój, w jego odczuciu, brak wdzięczności i zadbania o nas... Przepraszam Cię Chłopcze...
Zapewniamy z mężem we wszystkich znanych językach, że rozumiemy, że to nie wymaga tłumaczeń, ani przeprosin, ani podziękowań, ale nie wiem, ile z tego wszystkiego udało nam się przekazać młodzieńcowi przed rozstaniem. Dla mnie to najcenniejsza życiowa nauka, choć już przecież nie po raz pierwszy w życiu ją dostałam - nie oceniać, choćby nie wiem, jak kusiło i jak wyglądało. Nic nie jest nigdy pewne, wszystko to tylko prawdopodobieństwo.To ciekawe jak dla mnie doświadczenie i podobają mi się wnętrza okrągłych pomieszczeń. Każde z nich ma gliniane ściany około dwóch metrów wysokości i stożek z otworem wentylacyjnym na samym czubku budowli. To podobno wymusza cyrkulację powietrza i sprawia ulgę podczas panujących w tej okolicy upałów. Z kolei w zimie można dzięki temu w okrągłym pomieszczeniu rozpalić ognisko. Sprytne...
Zwiedzanie uli zajmuje mi tylko chwilkę. Oczywiście w jego trakcie, czy chcę, czy też nie, towarzyszy mi dzieciak, któremu muszę za to potem zapłacić. Nie mam ochoty na żadne dalsze towarzystwo, więc nie korzystam już z usług znajdującej się w Harran Kültür Evi kawiarni. Ale, jakby ktoś chciał, to wygląda ona całkiem przyjemnie, można tam również nabyć lokalnie wyrabiane pamiątki.
Zamiast siedzieć przy kawie, wolę pojeździć trochę z mężem po okolicy - oglądamy zamek (nieczynny), nieco zrujnowanych obejść i kolejne ule (w sumie podobno jest ich tu omal 400), niektóre jeszcze w budowie, przy nich stosy suszonych, plackowatych cegieł (ale może to tylko wielbłądzi "opał"?). Ten sposób budowania ma ponoć tradycję sięgającą III wieku p.n.e., ale najstarsze współcześnie oglądane domy w Harran zbudowane w tej technologii to, jak wyczytałam, około 200 ostatnich lat, co zresztą też naprawdę imponuje.
I to w zasadzie tyle, co tutaj można zobaczyć. Bo na (znanym ze zdjęć w internecie) stanowisku archeologicznym ruiny przedstawiają się bardziej niż skromnie.
I w tym momencie myślę tylko o tym, że gdyby ktoś mi powiedział jedno złe słowo na temat wychowania moich polskich uczniów, to chyba bym go zamordowała.
Ciekawe są również opinie zawarte pod nim. Niejaka @sylwiapro5489 napisała tam na przykład parę ostrych słów: "Zaskakują mnie te komentarze: "Żenujące, dorosły chłop, a boi się dzieci..", pisane jak sam jeden z komentujących dodał "zza ekranu komputera". Właśnie. Zza ekranu komputera. Osoby podróżujące na własną rękę (a nie te, co to wynajmą hotel i najlepiej transfer z lotniska prosto do pokoju) doskonale wiedzą ile stresujących sytuacji przydarza się każdego dnia. Ktoś uważa, że banda gówniaków to żaden "przeciwnik", bo to dzieci? A co za różnica, kto ci zaje*bie aparat? I co zrobisz? Zadzwonisz na policję, przyjadą i będą szukać sprawców? Wielce prawdopodobne, że sprzęt który służy ci jako narzędzie utrzymania pójdzie się jeb**ć".
Ale wśród tych obniżających nastrój komentarzy zdarzyły się i takie, które mnie rozbawiły.
"Harran, gdzie zombie? (dying light)" - napisał niejaki @daedric2684, nawiązując do gry, przeznaczonej dla pełnoletnich użytkowników:).
Żegnamy się w tym miejscu także z Abrahamem. On wyruszył stąd na Południe do Ziemi Obiecanej (Kaanan), my zaś wracamy na północ - po raz kolejny do Urfy, której znów nie będziemy zwiedzać. Pozostawiamy zarówno ją, jak i Harran w spokojnym oczekiwaniu na wpis na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco (w 2000 r. znalazły się one w spisie obiektów, które Turcja zamierza tam zgłosić). A nasz czas tego dnia przeznaczymy jeszcze na odwiedziny pobliskiego stanowiska archeologicznego Göbekli Tepe.
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/32b-kiedys-nasi-praojcowie-byli-nomadami.html

























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz