Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/33-jazda-skrotami-nalezy-do-naszego.html
Tym razem postanowiliśmy skorzystać z rady kierowcy, obwożącego kanadyjską turystkę. Żadnych kolejnych rezerwacji przed obejrzeniem hotelu. Tym bardziej nam to pasowało, że nie potrafiliśmy znaleźć w internecie takiego, co do którego mielibyśmy przekonanie, że to właśnie ten. Szczerze mówiąc, w ogóle baza hotelowa w Malatyi, gdzie się tego dnia wybieraliśmy, wydała nam się, powiedzmy sobie, skromna.
Czemu więc wybraliśmy to miasto, skoro po przeczytaniu “Pomocy dla niezdecydowanych podróżników” na stronie “Turcji w sandałach” budziło ono mieszane uczucia? No bo po zerknięciu na mapę okazało się, że Malatya położona jest najbliżej okolic Hotelu Nemrut Eufrat (oczywiście jeśli chce się w dalszym ciągu ominąć Adiyaman). Według google ta trasa liczy zaledwie 150 kilometrów oraz dwie i pół godziny jazdy do celu. Uznaliśmy, że to w sam raz na kolejny odcinek podróży dla takich zmęczonych podróżników jak my.
Ciesząc się więc, że nie spędzimy tego dnia głównie w samochodzie, że nie musimy się nigdzie spieszyć i że możemy pobyć jeszcze trochę w okolicach Góry Nemrut, spokojnie przeciągamy śniadanie na tarasie z przepięknym widokiem na dolinę, karmimy kota, który nam towarzyszy i zwracamy wolność żółwiowi, który utknął za murem tarasu. Nie wiem, kto wymyślił, że to takie powolne zwierzątka. Gdy tylko żółw zwietrzył, że droga do doliny stoi przed nim na powrót otworem, to po prostu zawinął się tam z taką szybkością, że nawet nie zdążyłam pstryknąć mu zdjęcia na pamiątkę:).
W końcu żegnamy się z hotelem. My zapamiętamy go jako czyste miejsce z ładnie urządzonym, przestronnym pokoikiem (dostaliśmy trzyosobowy) i z działającym bez zarzutu wyposażeniem. Ale przeglądając teraz opinie o tym obiekcie, widzę, że są one skrajnie zróżnicowane. Jedni turyści, jak my, są zachwyceni, inni mają złe doświadczenia. Być może trafili do pokoi wciąż niewyremontowanych, rzeczywiście prace przy remoncie trwały jeszcze podczas naszego pobytu.
“Układ tego hotelu przypomina amerykański motel” - napisał na stronie Tripadvisora JimBobJoe z Zachodniej Irlandii. Przy mężowej niepełnosprawności to stanowiło dla nas idealną sytuację - zero pięter, podejść, schodów (z wyjątkiem paru na restauracyjny taras).
Również pozostałe hotelowe warunki nas zadawalały. W basenie była czysta woda, skoro nawet obsługa nie wahała się zażywać tam kąpieli, gdy nie było gości. A jedzenie nam smakowało. No i nie byliśmy tak spostrzegawczy jak Jane W z Brisbane w Australii, która na powyższym portalu napisała: “ Zauważyłam (...), że filiżanki do herbaty były szybko płukane pod kranem przed ponownym użyciem. Kto wie, jak czyszczono inne sprzęty do jedzenia, mam nadzieję, że w kuchni była przynajmniej ciepła woda”. Nie mając więc takich spostrzeżeń, nie doszliśmy i do takich rozkminek jak wspomniana turystka. W związku z tym nic nie psuło nam apetytu.
Inni turyści zaś i w sprawie kuchni byli w swych recenzjach mocno podzieleni - zarówno wyjątkowo ją zachwalali, jak i ostro krytykowali. A na stronie Booking.com dwie osoby nawet skarżyły się na sensacje żołądkowe po skorzystaniu z hotelowej restauracji. No ale przecież jesteśmy w centralnej Turcji z nieco odmienną florą bakteryjną, zdaje mi się więc, że problemy z żołądkiem mogą się pojawić po prostu jako wyraz trudności adaptacyjnych naszego organizmu w nowym miejscu.
Podczas naszej tureckiej objazdówki przed dziewiętnastu laty dzieci pochorowały się nam (Zemsta Faraona, czy może raczej Sułtana:) po pobycie w Pammukale. Mimo że ze względu na nie bardzo wówczas uważaliśmy na świeżość posiłków i higienę ich przygotowania. Na szczęście był to tylko krótkotrwały, choć nieprzyjemny, epizod.
Czemu o tym teraz wspominam? Bo chciałam w tym miejscu rozpocząć temat dotyczący mniej przyjemnych aspektów podróży.
Wieczorem piszę o tym do najbliższych:
Dziś trochę o naszych podróżniczych porażkach
Zrobiło się bardzo gorąco, a my nierozważnie wybraliśmy trasę "widokową" do Malatyi - niby tylko 150 km, a zdawało nam się, że nie dojedziemy
Kompletne pustkowie i bardzo wysokie góry
Tak, oczywiście, wybraliśmy skrót, bo już zdążyliśmy zapomnieć, że to się dla nas zawsze źle kończy. I tym razem wzdychaliśmy do tureckich autostrad co najmniej kilkadziesiąt razy.
Było przepięknie, to prawda, ale przedzieranie się w temperaturze 48 stopni przez kilka łańcuchów górskich nas pokonało - zakrętów było tyle, że ledwo utrzymaliśmy żołądki na wodzy
A błędniki nam zupełnie oszalały. Skutek był taki, że do samego wieczora wirowało nam w głowach, jak po długiej i ostrej zabawie na wszelkich urządzeniach wesołego miasteczka. Albo po wypiciu naprawdę sporej dawki napojów wyskokowych.
Trochę też próbowaliśmy zwiedzać po drodze, ale nie było to łatwe w tym upale
Samo wyjście z klimatyzowanego samochodu stanowiło już wielkie samozaparcie. Musieliśmy wybierać, co chcemy koniecznie obejrzeć, a co można odpuścić.
Do odpuszczenia zakwalifikowały się:
1. Tumulus Karakuş - wzniesiony dla uczczenia kobiecej części królewskiego rodu Antiocha I (no bo przecież już widzieliśmy ten poświęcony królowi);
2. Ruiny Arsamei, czyli jednego z głównych miast królestwa Kommageny, założonej przez legendarnego króla Arsamesa pochodzącego z Armenii (no bo trzeba by wędrować dla takiego zrujnowanego stanowiska w upale pod górkę).
1. Twierdzę Yeni Kale w Kahcie (tylko z zewnątrz), zbudowaną w XIII wieku przez panujących tu wówczas Mameluków. Z ich historią można się zapoznać oczywiście dzięki “Turcji w sandałach”: “stanowili elitarną kastę wojskową Egiptu, która wyewoluowała z żołnierzy rekrutowanych z branki”. Tu, jak się można było spodziewać, następuje porównanie do zastępów janczarów utworzonych w podobny sposób z bałkańskich chłopców. Już o nich trochę pisałam w czasie podróży z okazji 34-tej rocznicy ślubu po Bałkanach.
“Mamelucy powstali natomiast jako wojskowa podpora rządzącej w Egipcie dynastii Ajjubidów (...). Mamelucy służący w Egipcie rekrutowali się głównie z Kipczaków - ludu tureckiego, osiadłego w owym czasie na terenach obecnego Kazachstanu i południowej Rosji. Zaciągając się na służbę u Ajjubidów, przechodzili na islam i uczyli się języka arabskiego. Z czasem Mamelucy tak urośli w siłę i znaczenie, że w 1250 roku obalili Ajjubidów i zdobyli władzę w Egipcie. Ich państwo, obecnie określane jako "Sułtanat Mameluków", przetrwało aż do 1517 roku” (https://turcjawsandalach.pl/content/twierdza-yeni-kale-w-eski-kahta).
Podczas naszej tureckiej objazdówki twierdza była zamknięta, a nas upał pozbawił sił, by podjąć jakiekolwiek działania w celu wejścia do środka.
2. Most Cendere (nazwa dopływu Eufratu) lub Most Septymiusza Sewera zbudowany w II w.n.e. Jest to naprawdę piękna, kamienna budowla z czasów rzymskich, położona nad malowniczo rozlewającą się w tym miejscu dość płytką rzeczką. Całość pozostała świetnie zachowana do naszych czasów. Tak, trzeba się tu zgodzić z autorką “Turcji w sandałach”, że Rzymianie wiedzieli, w jaki sposób budować trwałe konstrukcje.
Jak wskazuje druga nazwa mostu został on wzniesiony za czasów panowania cesarza Septymiusza Sewera. Ale bynajmniej nie z powodu tej budowli zasłynął ów władca. Według Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Septymiusz_Sewer) cesarz po pokonaniu jednego z konkurentów do tronu “zrównał z ziemią wspierające uzurpatora miasto Bizancjum (Byzantion), czyli późniejszy Konstantynopol. Po kilku latach zdecydował jednak o jego odbudowie i to właśnie Septymiuszowi Sewerowi przypisuje się rozpoczęcie budowy, na gruzach miasta greckiego, typowo rzymskiej metropolii (...). Po stu latach jego projekt kontynuował Konstantyn Wielki”. Mam wrażenie, że w Turcji wszystkie historyczne części puzzli zaczynają mi się układać w jedną całość.
No to jeszcze dodajmy do tego, że syn Septymiusza Sewera zwany Karakallą “W 217 udając się z Edessy na wojnę został zamordowany z inspiracji prefekta pretorianów - Makryna (Macrinusa) pod Carrhae (dzisiejszy Harran w Turcji)” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Karakalla). Już teraz nazwy wszystkich tych miejsc brzmią bardzo znajomo.
Rzucamy jeszcze okiem na stojące na moście kolumny, wszystko pośpiesznie, by jak najszybciej zejść z tego wypalającego na wióry słońca. Ludzi tu sporo, ale raczej wypoczywających, piknikujących, szukających ochłody w wodzie niż zwiedzających.
Oprócz nich na kamieniach pod mostem rozłożyło się przysypiające, lecz mimo to czujne stado owczarków anatolijskich.
Nie mogę się wprost napatrzeć na te wielkie (wzrost do 80 cm, waga do 70 kg) i piękne psy. I widząc ich spokój i opanowanie trudno mi uwierzyć, że w Polsce owczarek anatolijski “Z uwagi na niezależny charakter i dużą siłę znajduje się na wykazie psów uznanych za rasy agresywne “ (https://fera.pl/anatolian-anatolian-shepherd-encyklopedia-psow.html). W Turcji nikt nie ma z nimi problemów - pod mostem Cendere regenerują siły obok rodzin z małymi dziećmi. Zresztą nawet w podlinkowanym powyżej artykule autor podkreśla, że pies ten “Nie jest agresywny bez powodu, ale jeśli poczuje zagrożenie, jest w stanie samą posturą przegonić nieprzyjaciela”. Odważne, błyskotliwe, wytrzymałe - myślę, że te psy zasługiwałyby na odrębny wpis przy okazji naszej podróży. Wklejam więc tylko ostatni cytat z przywołanego tekstu (oraz kilka linków w przypisie) i zachęcam do zapoznania się z tą niezwykłą rasą: “Owczarek anatolijski jest psem bardzo niezależnym, pewnym siebie i samodzielnie podejmującym decyzje. Bardzo trudnym w szkoleniu – trudno z niego uczynić psa obronnego podczas szkoleń, bo nigdy nie atakuje „na niby”. Robi to wyłącznie wtedy, kiedy poczuje rzeczywiste zagrożenie. Nie mają one też instynktu łowieckiego, więc najlepiej sprawdzają się w ochranianiu, a nie atakowaniu”.
Ja niestety nie nadawałabym się na właściciela anatoliana - nie mam doświadczenia w stanowczym prowadzeniu psów. Nawet mój labrador był kompletnie rozpuszczony, dopóki z latami po prostu sam z siebie nie zmądrzał. Bardzo mi brakuje obecności swojego psa. No i też lubię sobie pomarzyć...
Ale w panującym pod mostem upale nie mogę sobie pozwolić nawet na dłuższe marzenia. Zresztą ich szczytem jest tu działająca na maksa klima w samochodzie. Termometr w jego środku wskazuje 48 stopni. Czujemy się jak w ogniu piekielnym. Uciekamy...
*
A teraz będzie dalszy ciąg o wpadkach w podróży. Tym razem już na miejscu - po dojechaniu do Malatyi. Hoteli w tym mieście istotnie było mało (przynajmniej w akceptowalnym przez nas przedziale cenowym), ale my i tak po naszej ekstremalnej podróży nie mieliśmy siły jeździć od jednego do drugiego. Zdecydowaliśmy się więc na umiejscowiony na przeciwko centrum handlowego przy głównej przelotówce przez miasto hotel Pirlanta (diament), pięknie reklamujący swe usługi na wielkim, świetlistym banerze.
I tu okazało się, że niestety, rada kierowcy kanadyjskiej turystki nie zadziałała. Kierując się bowiem jego zaleceniem, zapłacilibyśmy za nocleg dużo wyższą cenę niż widzieliśmy w internecie. Bo okazało się, że recepcjonisty ona nie interesuje. A ta, którą nam podał była zaporowa.
Cóż było robić? Z naszymi biednymi żołądkami rozpoczęliśmy poszukiwania stacji benzynowej, która udostępni nam na moment swój internet. Nie było łatwo, bo Turcy najwyraźniej strzegą go, jak tylko mogą, ale wreszcie się udało (dziękujemy młodej malatyjskiej sprzedawczyni:).
Gdy wreszcie wróciliśmy do Pirlanty z internetową (dużo tańszą) rezerwacją, to okazało się, że z zameldowaniem nie ma problemu. Mogliśmy zatem zaoszczędzić mnóstwo czasu, gdyby recepcjonista umożliwił nam takie posunięcie, kiedy zjawiliśmy się w hotelu za pierwszym razem. Oczywiście zjeżyłam się na niego za to, że tego nie zrobił. I na cały hotel. A to jeszcze i tak nie był koniec niespodzianek.
przyjechaliśmy do czterogwiazdkowego hotelu i tak: basen z oferty nieczynny, hammam nam wcześniej zamknęli - nie załapaliśmy się, klima nie wydalała w pierwszym pokoju i musieliśmy się przenieść. Eh, najlepiej się położyć do łóżka i zakończyć ten dzień. Zwłaszcza, że padamy już, dobrej nocki, do jutra
Otwieram szeroko oczy i gębę na każdą z Twoich dzisiejszych wiadomości - odpisuje Beata.
Każda jak z książki przygodowej
Ale faktycznie, mało przyjemne...
Jesteście jak Tony Halik i Elżbieta Dzikowska
WOW!!!
A nazajutrz...
No cóż, zgłaszałam wczoraj różne wąty, co do naszej podróży, to mnie pokarało. Dziś to dopiero mam za swoje. I nie wiem, czy żołądek cierpi z powodu wczorajszej szalonej karuzeli po drodze - góra, dół i obrót serpentynami o 360 stopni na każdej z gór, czy też po prostu zwyczajnie załapałam zemstę faraona
Na szczęście nifuroksazydu nam nie brakuje
Cudowny lek. A ktoś kiedyś chciał go wycofać.
Gorzej, że musieliśmy wrócić do hotelu, na który byłam wczoraj obrażona z powodu braku basenu, sauny i hammamu
Tak, co do nas niepodobne, wcale nie mieliśmy w planach przedłużać pobytu w Malatyi. Obraziłam się na Pirlantę na dobre. Nie znoszę, gdy ktoś kręci z warunkami oferty. Jeśli właściciel pisze na swojej stronie przy każdym z pokoi tekst: “.Co powiesz na pozbycie się stresu i intensywności w spa, fitness, łaźni tureckiej, saunie i krytym basenie?”, to ja to biorę na poważnie. I kieruję się tym, wybierając hotel. A potem niestety czuję się oszukana. I żeby choć jakieś słowo wyjaśnienia przy meldowaniu. No nic z tych rzeczy...
Ale w sytuacji, gdy trudno ustać na nogach, zakwaterowanie nawet bez basenu, hammamu i sauny nabiera innego znaczenia.
Już się wyprowadziliśmy i stwierdziliśmy, że jednak nie da się dalej jechać. Musieliśmy się przeprosić i wrócić
Zameldowaliśmy się więc na powrót w Pirlancie. Tym razem jednak recepcjonista nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby przy naszym powrocie zaakceptować cenę internetową. Choć być może to tylko przez wzgląd na fakt, iż wiedział, że znaliśmy już hasło do hotelowego wi -fi i w każdej chwili sami mogliśmy zrobić w holu rezerwację online.
Teraz mamy pokój nr 3
Niby ładnie, ale nie wiem jeszcze, jak go będziemy w końcu wspominać
Hmm... Nie wygląda źle ..
I nie jest zły. To tylko moje fochy za ten hammam...
Poza tym spędzenie dnia w łóżku też ma swoje zalety
wracam do wyrka. Trzymaj kciuki, by rankiem było lepiej
zdrowiej szybciutko
I w ten oto sposób dotarłam do momentu, który najchętniej bym wycięła z naszej podróży. Gorączka, dreszcze, biegunka i kursowanie między łóżkiem a łazienką nie należą do najlepszych podróżniczych wspomnień. No ale teraz wiem, że to zatrzymanie nas w Malatyi też było po coś.
Bo gdy już po pierwszej nocy mieliśmy wyjeżdżać z miasta, to mąż nieoczekiwanie przypomniał sobie, że gdzieś przeczytał, iż odrestaurowano tam i oddano do użytku kościół ormiański, którego w końcu nie udało nam się znaleźć w Turcji od czasu pobytu w Sivas.
To zdaje się jest pokłosie decyzji o turystycznym uatrakcyjnieniu regionu. Takie plany poczyniono tu i rozreklamowano już w 2012 roku: „Gubernator Malatyi w Turcji (...) ogłosił, że cztery zabytki mają zostać odnowione, aby uczynić Malatyę atrakcyjną dla turystów, włącznie z ormiańskim kościołem Tashoron [zabytek z drugiej połowy XVIII wieku - przyp. aut.]” (https://armenpress-am.translate.goog/eng/news/690674/armenian-church-in-malatya-to-be-renovated.html?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=).
I okazało się, że ta odnowiona świątynia znajduje się tylko przysłowiowy rzut beretem od naszego hotelu. A kiedy do niej podjechaliśmy, to akurat jakby na spotkanie z nami przybyli tam jej dwaj opiekunowie. Nie dość więc, że mieliśmy możliwość zwiedzić wnętrze, to jeszcze otrzymaliśmy wyjątkowe zaproszenie na następny ranek.
Toteż całą korespondencję z tego dnia uzupełniam jeszcze nad wyraz radosną wieścią:
Ale w nagrodę czeka tu nas rano msza ormiańska - taka która jest odprawiana w tutejszej świątyni tylko raz do roku, więc i tak się cieszymy, że nam się udało
I tym pozytywnym akcentem kończę opowieść o cieniach w podróży. Zresztą wspomnienia z nadchodzącej nocy raczej i tak nie nadają się tu do przytoczenia. Wolę więc w dalszej części relacji skupić się na blaskach, które stały się nazajutrz i naszym udziałem.
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/35-udzia-w-ormianskiej-mszy-ktora-jest.html
P.s.
Do poszerzenia wiedzy o owczarkach anatolijskich:
https://zwierzaki.pl/rasy-psow/owczarek-anatolijski/
https://www.zooplus.pl/magazyn/psy/rasy-psow/anatolijski-pies-pasterski
https://zoonews.pl/anatolian-cena-hodowla-opis-rasy/
GALERIA - droga jak obraz w odcieniach ochry
























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz