Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/32b-kiedys-nasi-praojcowie-byli-nomadami.html
Jazda skrótami należy do naszego ulubionego sposobu podróżowania. I jakoś nigdy nie pamiętamy, jak to się zwykle kończy.
Tym razem pomysłodawcą skrótu był mąż, który chyba miał już dość jeżdżenia po wielkich, miejskich aglomeracjach południowej Turcji. Wybrana przez niego droga z Göbekli Tepe do Karadut nie dość, że omijała kolejny przejazd przez ponad dwumilionową Urfę, to jeszcze pozwalała również pominąć przeszło sześćset tysięczny Adiyaman, którego na tym wyjeździe w ogóle nie zamierzaliśmy zwiedzać. Nadto dawała nadzieję na osiągnięcie celu w najkrótszym możliwym czasie.
Tyle że... pogubiliśmy się już na jej wstępie. I pojechaliśmy w kierunku przeciwnym niż powinniśmy. W końcu wylądowaliśmy w jakiejś wiosce pod miejscowym cmentarzem. Spytany tam o drogę człowiek obiecał nam ją pokazać, gdy tylko jego matka zakończy wizytę przy grobach. Hmm, jakoś tak zrozumieliśmy, że to może potrwać. No więc postanowiliśmy zawrócić i szukać właściwego kierunku na własną rękę.
Ale pan z cmentarza był bardzo zdeterminowany, by nam pomóc i wkrótce okazało się, że rozpoczął za nami... pościg spod jego bramy. Trochę się nawet wystraszyliśmy. Mąż przyspieszał naszym Volvo, pan też przyspieszał swoją czarną limuzyną, do tego dawał znaki klaksonem i światłami. I chyba miał jednak auto z lepszym przyspieszeniem niż my (lub więcej brawury:), bo w końcu udało mu się nas wyprzedzić. Ale gdy na przednim siedzeniu pasażera zobaczyliśmy matkę uczestniczącego w pogoni kierowcy, uśmiechniętą od ucha do ucha, to zbędne wątpliwości od razu się rozwiały.
A pan, uznając, że ma do czynienia z jakimiś słabo rozwiniętymi umysłowo ciamajdami, znów tłumaczył, że mamy jechać za jego czarnym samochodem - wtedy pokaże nam, gdzie trzeba wjechać na autostradę, by dotrzeć do Karadut. Tylko najpierw musimy zahaczyć o... Urfę, żeby mógł tam odstawić swoją mamę.
No dobrze, pojechaliśmy za czarnym samochodem. Po drodze zrobiliśmy przystanek, żeby pan mógł kupić od przydrożnego sprzedawcy arbuza dla siebie... i arbuza dla nas. Bardzo to było miłe. Arbuz wylądował na podłodze pod moimi nogami, gdzie lądowało wszystko, co do tej pory nabyliśmy w Turcji. Jakoś się zmieścił:). Z nogami było już gorzej:). Ale dałam radę.
...
I znów ruszyliśmy za panem. Ledwo nadążając. Bo pan najwyraźniej po wspólnie przejechanym pierwszym odcinku drogi uznał, że lubimy szybką jazdę po wybojach i rozwijał prędkość, przy której zaczynało mi być niedobrze I już nawet widzieliśmy z daleka pierwsze zabudowania Urfy, gdy nagle mąż przypomniał sobie, że wcale nie chodziło nam o autostradę. Bo przecież mieliśmy jechać skrótem. Omijając Urfę i Adiyaman.
Zatrzymaliśmy się, a pan pognał dalej, momentalnie znikając za zakrętem. Zawróciliśmy. I bez trudu już znaleźliśmy odbicie na nasz wymarzony skrót. Tylko wobec pana jest nam wciąż głupio. Ale i tak niepodobieństwem było dogonić go przy tej prędkości, by mu wszystko wytłumaczyć (zwłaszcza przy sporej barierze językowej).
Czy dobrze zrobiliśmy? Nie! Tego dnia mieliśmy się przekonać po raz kolejny w życiu, że jeżdżenie skrótami z beznadziejną mapą offline i to bez znajomości lokalnego języka, to słaby pomysł. Na całej trasie chyba kilkanaście razy wzdychaliśmy do wygodnej, prostej w obsłudze autostrady z Saniurfy przez Adiyaman. Dopiero gdy zobaczyliśmy przepiękną dolinę Eufratu, jakby wykutą między górami, to zapomnieliśmy o wszelkich niedogodnościach naszej trasy. To krajobraz, który jest w stanie wynagrodzić wszelkie podróżnicze trudy. Od razu poprawiło nam się samopoczucie. A gdy jeszcze w restauracji na klifie z widokiem na płynącą w dole rzekę zjedliśmy dobry obiad, to poczuliśmy nowy podróżniczy zew. Znów byliśmy gotowi na dalsze wyzwania w podróży.
Ale obyło się już bez nich do końca dnia. I tak oto bez dalszych komplikacji osiągnęliśmy Karadut, a po kolejnym etapie drogi pod górę, zarezerwowany przez nas Hotel Eufrat Nemrut. Na zielonym tarasie u jego stóp powitał nas... wielki żółw. I już wiedzieliśmy, że trafiliśmy z miejscem noclegowym w dziesiątkę.
Natychmiast więc podzieliłam się radością z Beatą:
Dziś postanowiliśmy odreagować i wzięliśmy hotel z basenem. Napiszę o tym już po kąpieli
Zaś po kąpieli:
Właśnie uświadomiłam sobie, że jesteśmy na wyprawie już miesiąc i że pewnie już rzygasz moją miesięczną relacją
Aż trudno uwierzyć, że już miesiąc od Waszego wyjazdu... Leci tak szybciutko... (Beata dyplomatycznie nie odniosła się do wzmianki o rzyganiu:).
Ale jeszcze nie czas na podróżnicze podsumowania. Na razie cieszymy się relaksem. Tego nam było trzeba po spędzeniu ostatnich dni w miastach Południa. Spokój, zieleń, a w nocy niebo pełne gwiazd są jak plaster na poranione jazgotem uszy, jak ziołowy okład na przebodźcowane oczy i jak wycior na zaśmiecony myślami umysł. Miejsce typu “In The Middle of Nowhere”, jak zatytułował swoją recenzję na Tripadvisor Ronald L z Denver w Colorado, było dla nas prawdziwym prezentem od losu...
Zagospodarowani w sympatycznym pokoiku, padamy ze zmęczenia, a rankiem okazuje się, że wycieczkowicze, których zastaliśmy w hotelu poprzedniego dnia, w cudowny sposób zniknęli i zostawili nam obiekt właściwie do własnej dyspozycji. Czy w tym przypadku była jakaś inna opcja niż przedłużenie pobytu?
Bożenko tam nigdzie nie ma ludzi... jak Ty to robisz, że jesteś tak daleko bez żadnych obaw? - pyta Beata
Bo tu bezpieczniej niż w T....... (miejsce naszej wspólnej pracy) - odpowiadam na to. Naprawdę tak to czuję.
Zresztą naszego bezpieczeństwa strzegą w ośrodku dwa anatolijskie owczarki. A kto by się odważył podskoczyć tego typu psom?
Do tego właściciele mają koty i papugę. No i te wielkie żółwie to też jakby trochę ich były, skoro pomieszkują na terenie ośrodka.
Ja widziałam takie malutkie w sklepie zoologicznym - śmieje się Beata.
Ale nie zawsze jest tak śmiesznie. Wkrótce okazuje się, że zwierzątek jest więcej.
dziś w naszej łazience pojawił się skorpion - na szczęście A...... załatwił go swoimi kulami
I przepraszam tu wszystkich obrońców zwierząt za tę zbrodnię, ale naprawdę można wpaść w panikę, gdy siedząc na kibelku nagle zobaczy się koło swojej gołej stopy tego typu “współmieszkańca”. Dobrze, że mąż ma zawsze “broń” przy sobie. Choć normalnie służy mu ona tylko jako podpora w poruszaniu:).
Ale na tym nie koniec naszych przygód z żyjątkami:
użądliła mnie osa, tuż przy zgięciu łokcia - oczywiście jestem uczulona, więc spuchłam, swędzi, piecze, nawet allegra i maść że sterydami sobie średnio radzą
No i muchy - na wspomnianym powyżej portalu, "kuyruk" z Istambułu narzekał, że nie miał ochoty dalej jeść śniadania, widząc je wokół otwartego bufetu.
Lecz mnie daleko do jakiegokolwiek narzekania, gdy w Karadut jestem taka zadowolona z życia i z naszej podróży:). Dobrze mi w Hotelu Eufrat Nemrut, a obecność skorpionów czy dużej liczby owadów nie jest dla mnie zaskakująca w tym klimacie i przy tym położeniu geograficznym. Mogłabym się więc dwoma rękami podpisać pod tym, co wyraziła w swojej opinii na Booking.com Karina z Rosji: „To miejsce wygląda magicznie, otoczone górami (...). Ma niesamowite widoki, restaurację na klifie i dobrą domową atmosferę. Hotel prowadzony jest przez rodzinę z regionu.”
No i jeszcze dodałabym od siebie, że spełniły się marzenia sprzed dziewiętnastu lat. Wtedy to, podczas pierwszej objazdówki w Turcji z niespełna czteroletnim Kacperkiem nie mieliśmy szans (w sensie czasu, finansów i pewnie determinacji) na zdobycie szczytu Nemrut Daği.
A teraz mieszkamy w hotelu, który według opisu na Booking.com jest położony zaledwie dziewięć kilometrów od upragnionego celu. I mąż zapewnia, że może mnie zawieść na parking pod szczytem tyle razy, ile tylko zechcę. Sam niestety nie odniesie z tego żadnych korzyści. Droga z parkingu (około pół godziny spokojnej wspinaczki) na górę jest jednak zbyt wymagająca dla osoby z trudnościami w poruszaniu się.
To już kolejna Góra Nemrut w naszej podróży. Z pierwszą (drzemiący wulkan) mieliśmy okazję zapoznać się bliżej zaledwie kilka dni wcześniej (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/05/wulkan-kilku-wiekow-drzemie-sobie-na.html).
Nazwa obydwu nawiązuje prawdopodobnie do mezopotamskiego króla Nimroda. To postać wspominana już w Biblii jako “najsłynniejszy na ziemi myśliwy”. Władca ten miał być prawnukiem Noego, a według tradycji żydowskiej także inicjatorem powstania miasta Babel (Babilon) z jego słynną wieżą. Można więc za autorami strony https://viralbeliever.com/pl/who-was-nimrod-in-the-bible-gq423/ powiedzieć, że “odegrał kluczową rolę w rozwoju starożytnych cywilizacji”:). Z biblijnego punktu widzenia nie była to jednak postać stawiana za wzór. “Jako potomek Chama urodził się pod klątwą, którą Noe rzucił na ród Chama w odpowiedzi na lekceważący czyn Chama wobec Noego (Rdz 9:25). To przekleństwo miało wpływ na potomków Chama, w tym Nimroda, oraz na ich relacje z Bogiem i innymi narodami” - czytamy w dalszej części podlinkowanego tekstu.
Nimrod zaistniał także w tradycji islamskiej. Miał on skazać na śmierć Abrahama, gdy ten krytykował jego postawę i bezbożne zachowanie. Na szczęście oczywiście wydarzył się cud i Prorok wyszedł z opresji bez szwanku. To również dla upamiętnienia tej historii muzułmańscy wierni pielgrzymują do dopiero co przez nas opuszczonej Sanliurfy.
*
My zaś tego dnia kierujemy się w stronę szczytu Góry Nemrut. Droga na parking jest kręta, ale całkiem przyzwoita, widoki zaś nie mają sobie równych. Znajdujemy się w paśmie Antytauru. Jesteśmy zewsząd otoczeni górami.
Wierzchołek Nemrut Daği znajduje się na wysokości 2134 m.n.p.m. Wieńczy go pięćdziesięciometrowy kurhan, wzniesiony z odłamków skalnych prawdopodobnie w 62 roku przez króla Antiocha I. Był on władcą Kommageny - “w starożytności kraina w północnej Syrii” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kommagena).
Pochodził z ormiańskiej dynastii Orontydów, jego ojciec miał wśród swoich przodków władców perskich, a matka greckich. Może więc nic w tym dziwnego, że Antioch I czuł się w swoim pochodzeniu tak wyjątkowy, że aż równy bogom? To poczucie spowodowało, że władca zapragnął dla siebie boskiego kultu nie tylko za życia ale i po śmierci. “Zostawił wiele greckich napisów ujawniających aspekty jego religii oraz wyjaśniających cel jego działania. W jednym z napisów Antioch sugeruje, że jego grobowiec musi być w wysokim i świętym miejscu, odległym od ludzi oraz blisko bogów, z którymi on jest w szeregu.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Antioch_I_(kr%C3%B3l_Kommageny). I w związku z tym przekonaniem na najwyższej górze swojego królestwa wzniósł dla siebie kompleks świątynno - grobowy. To właśnie ze względu na niego turyści tacy jak my udają się na Nemrut.
Wpisany w 1987 roku na listę światowego dziedzictwa Unesco kompleks jest ewenementem w skali światowej. Trudno go porównać do innych tego typu budowli, bo takich po prostu nie ma. Chodzi głównie o to, że w jego przypadku mamy do czynienia z synkretyzmem czyli połączeniem systemów religijnych greckich z perskimi.
Zdumiewa też ogrom prac wykonanych na szczycie góry. Do usypanego tam kurhanu (tumulusa) przylegają 3 tarasy, z czego jeden (północny) wydaje się mniej znaczący, być może znalezione tam gładkie bloki skalne służyły pielgrzymującym tylko do ochrony przed wiatrem.
Na pozostałych zaś (wschodnim i zachodnim) ustawiono te same grupy ogromnych, ośmiometrowych rzeźb, które przedstawiają samego Antiocha w otoczeniu bóstw “synkretycznego panteonu persko - greckiego” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Nemrut). Są to (według nomenklatury greckiej): Zeus, Apollo, Herakles i najprawdopodobniej bogini przypadku, czy też ślepego losu Tyche.
“Do każdego z tarasów prowadziła niegdyś osobna Droga Procesyjna, a całość była „chroniona” przez liczne posągi lwów i orłów. Podstawę tumulusa oraz cokoły posągów obiegał monumentalny fryz przedstawiający rzeczywistych i mitycznych przodków króla” - podaje dalej Wikipedia. “Dwie niezależne komisje, które w końcu XIX wieku badały ruiny Nemrut [znany lokalnej społeczności kompleks został odkryty dla ogółu w 1881 roku - przyp. aut] przedstawiły sułtanowi raporty, z których wiemy, że w tym czasie większość posągów była nienaruszona. Głowy wszystkich posągów są obecnie zwalone, co jest najprawdopodobniej skutkiem silnego trzęsienia ziemi.”
Ale to one właśnie są najbardziej interesujące z tego, co pozostało w całym kompleksie. Poza tym na tarasach można jeszcze zobaczyć płaskorzeźby na blokach skalnych oraz kamienny ołtarz (zwany piramidą schodkową), na którym być może odprawiano jakieś religijne obrzędy.
To wszystko turyści zwykli zwiedzać w trakcie wschodów lub zachodów słońca, nadających całej scenerii wyjątkową, romantyczno - mistyczną oprawę. Zwłaszcza, że wizyta na szczycie Nemrut Daği podczas południowych upałów byłaby chyba średnio przyjemnym doświadczeniem.
My wybieramy zachód słońca jako porę odwiedzin króla Antiocha i jego boskich towarzyszy:). Zostawiam męża na parkingu pod opieką jednego z kierowców turystycznego busa i gnam na górę..., by jak najszybciej powrócić. Rozwijam takie tempo, że aż jacyś turyści na szlaku biją mi brawo.
Bo chociaż mąż nalegał, żebym została na górze do czasu, aż słońce całkiem zajdzie za horyzont, to ja wiem na pewno, że tego nie chcę. Wcale mi się nie marzy, by spędzić ten czas w gronie obcych mi ludzi. Chcę przeżyć zachód słońca na Górze Nemrut w towarzystwie męża, z którym dzielę tę podróż. A że trochę niżej niż posągi i inni turyści? To nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
Zaskakuję męża swoją decyzją i zejściem ze szczytu. Ale nie protestuje. Siedząc na ławeczce przy parkingu, oglądamy wspólnie piękny spektakl światła i kolorów podarowanych przez słońce na zakończenie dnia. Nie napiszę tu, że tylko we dwoje:). Wszystko w towarzystwie kierowcy turystycznego busa.
Ale to ma swoje plusy - dowiadujemy się od niego o innych atrakcjach do zobaczenia w tej okolicy. Pan obwozi po nich właśnie kanadyjską turystkę. Nasza konwersacja kończy się więc, gdy kobieta po zachodzie słońca wraca ze szczytu góry. Dla nas to też już hasło do powrotu do hotelu.
Mąż pyta, czy następnego ranka chciałabym pojechać na górę na wschód słońca. No cóż, chyba nie mam takiej potrzeby. Uważam, że swoje już na Górze Nemrut przeżyłam. I na ten moment ważniejsze jest dla mnie, by mąż odpoczął przed następnym odcinkiem podróży. A i ja dzięki temu również będę wyspana w dalszej drodze:).
Dziękuję Ci A........ za wszystko. Bez Ciebie cała ta podróż na zawsze pozostałaby w sferze marzeń...
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/34-tym-razem-postanowilismy-skorzystac.html
GALERIA - zachód słońca nad Górą Nemrut






















































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz