środa, 31 października 2018

ZAPAS NADZIEI


Największym jesiennym wydarzeniem w Wysowej jest Święto Rydza. Mówią o tym dosłownie wszyscy i wszędzie, a pani sprzedająca mi codzienną porcję buncu z żurawiną zdradza, że w weekend, kiedy odbywa się ta impreza, nie uświadczy się wolnego miejsca noclegowego w całej okolicy. Chcąc, nie chcąc, zaczynam się szykować na to wydarzenie, ale niestety okazuje się, że robię to zbyt późno! Kiedy w Wysowej pojawiają się plakaty, oznajmujące zbliżanie się  Święta Rydza, to jednak z zaskoczeniem zauważam, że poza wyprawą na grzyby, właściwie nic zaplanowanego przez organizatorów mnie nie zainteresowało. Sprawdzam stronę internetową, reklamującą świętowanie hasłem: "Pakuj koszyk i nie przegap najbardziej rudego wydarzenia w Polsce". Hmm... niby są tam zapisy na jakieś warsztaty, lecz te, które ewentualnie mogłyby mnie choć co nieco zainspirować, mają już pełną obsadę.
No ale w końcu trzeba jakoś zagospodarować ten weekend. Wybieram więc na niedzielę zajęcia warsztatowe pod nazwą "Doświadczanie przyrody", które de facto mają być godzinnym spacerem po łące i lesie. No cóż, potrafię to zrobić sama, ale z braku laku....

Żeby zaś wybrać się na sobotnie grzybobranie, to, jak głoszą reklamy, muszę zapisać się do udziału w sztandarowym konkursie Święta Rydza. Oczywiście, gdy próbuję to zrobić, okazuje się, że nie ma już wolnych miejsc. Jakoś udaje mi się przekonać jednak organizatorów, by ujęli moje nazwisko (i tak, tak, pseudonim!) na liście rezerwowej. To oczywiście nie gwarantuje mi udziału, ale także nie przekreśla szans. Jestem bardzo zadowolona ze swej operatywności... do chwili dokładniejszego przestudiowania regulaminu konkursu. Opłata, którą mają wnieść jego uczestnicy (przepadająca w wypadku rezygnacji) wydaje się dość wysoka, lecz to jeszcze nie problem. Zwłaszcza, że w cenie jest  dojazd zaprzężonymi w koniki huculskie wozami na miejsce zbiorów.
Zaczynam sobie jednak zdawać sprawę, że w sytuacji, gdy mają one trwać jedynie półtorej godziny, to z moim obolałym kolanem nie mam szans nawet dotrzymać kroku grupie, nie mówiąc już o zebraniu jakiegokolwiek grzyba, w obliczu faktu, że będę dreptać po śladach jej licznych uczestników. Oczywiście jestem zupełnie pozbawiona zakusów na wygraną w konkursie, ale też nie chciałabym wrócić z zupełnie pustym koszykiem (jednak po powrocie będą one komisyjnie sprawdzane). A jest to całkiem realna wizja, gdyż, co w Wysowej nie jest zresztą żadną tajemnicą, mimo wielkiego szumu wokół Święta Rydza, tegoroczna jesień nie zaobfitowała jeszcze w te grzyby - w tutejszych lasach jest ich może jak na lekarstwo. Z tego powodu osiągają też znaczną cenę na tutejszym rynku. Jednakże koszt udziału w konkursie pozwoliłby mi zakupić dwa kilogramy takiego towaru od lokalnych zbieraczy. I pozbawił obaw, że z powodu wolniejszego tempa poruszania się nie stawię się na czas na miejscu zbiórki i pozostanę w lesie (wozy z konikami huculskimi podobno nie czekają na spóżnialskich ani minuty). Albo, że się w nim zgubię, bo nie zaopatrzyłam się w żadną mapę (gdyż ich w zasadzie nie czytam), a wszyscy obznajmieni z terenem zostawią mnie daleko w tyle. No i jest jeszcze sprawa koszyka - jakoś nie mam sumienia przeganiać Heleny do Wysowej, by mi go dostarczyła (choć oczywiście zadeklarowała, że to zrobi, jeśli zechcę) tak wcześnie weeendowym rankiem. Wzbudza się we mnie więc mnóstwo watpliwości, z którymi biję się w myślach przez cały wieczór poprzedzający Święto Rydza. Bo przecież tak lubię zbierać grzyby.
Tyle że nie w dzień, gdy niebo, pokryte ołowianymi chmurami, obiecuje lada chwila ulewę jak z cebra, a wiatr, wiejąc chyba prosto z bieguna, grozi przemarznięciem do szpiku kości. Taka pogoda nie pozostawia żadnych złudzeń pozbawionemu przeciwdeszczowej i zimowej  odzieży kuracjuszowi co do przyjemności przemierzania leśnych duktów.

Cóż, koniki huculskie będą musiały poczekać na inną wycieczkę ze mną - Helena wyczytała na facebooku, że uczelniany kolega Wojtek zarządza także ośrodkiem, z którego między innymi wypożycza się je w Święto Rydza.
Szaro-burym jesiennym porankiem wysyłam więc co prędzej do organizatorów imprezy maila z rezygnacją z rezerwacji na liście rezerwowej. Zaraz potem piszę drugiego, bo Helena przekonuje mnie, że spacer po okolicznej łące czy lesie w dniu następnym to też nie żadna atrakcja, na którą trzeba tu jakoś specjalnie wyczekiwać. W zamian proponuje mi wycieczkę do słowackich zamków. Nie zastanawiam się ani chwili. To już ostatnie dni, które mogę spędzić z Heleną w Beskidzie Niskim. Zbliża się początek roku akademickiego, co oznacza jej wyjazd do pracy na uczelni w Krakowie. A i mój pobyt w Wysowej powoli zmierza do końca. Cieszę się z tego, bo bardzo już tęsknię za swoimi najbliższymi.

W dniu wyjazdu idę jeszcze do pobliskiego lasu, gdzie udaje mi sie na osłodę zebrać parę rydzów. Będę miała w domu wraz z mężem prywatne najbardziej rude święto w Polsce. W Wysowej zaś podobno jest szansa, że wkrótce będzie ich zatrzęsienie.
Żegnam sie z panią z mojego stoliczka, z którą w końcu udało mi się nawiązać jakąś znajomość. Młody człowiek, stołujący się z nami, niestety końca turnusu nie doczekał - został wydalony z Instytutu Zdrowia Człowieka za złamanie regulaminu.
Ostatnie chwile w Wysowej są zachwycające - słoneczne i pełne jesiennych barw. Góry na powrót wypełnia cisza - jelenie, które końcem lata było słychać wręcz na progu mojego sanatorium, zamilkły, rykowisko się skończyło. Wysowa kusi - nie wyjeżdżaj jeszcze...

W myślach robię krótkie podsumowanie pobytu sanatoryjnego - przeszłam tu przez 129 zabiegów (tak, tak, na ostatni dzień otrzymałam jeszcze przydział  dodatkowo na jedną wirówkę kończyn dolnych i lędźwi - to kolejne jakuzzi, tyle że na siedząco) i, jak się tego mogłam spodziewać, trudno byłoby powiedzieć, że czuję się z tego powodu zdrowiej niż przed rehabilitacją. Ale niewątpliwie słońce, mikroklimat, czystość powietrza i wody zrobiły swoje (nie mówiąc już o terapii widokami) - czuję, że przybyło mi sił. I to jest prawdziwy dar dla mnie od Beskidu Niskiego. Tak bardzo potrzebny w perspektywie tego, co czeka na mnie w domu w związku z chorobą męża.



Na zakończenie turnusu jedna ze stałych bywalczyń sanatoryjnych mówi mi z miną znawczyni tematu: (tak na pocieszenie):
 - Zobaczysz, jak świetnie się poczujesz za jakieś dwa tygodnie.
Oprócz zapasu sił zabieram więc do domu jeszcze nadzieję. Do zobaczenia Wysowo, choć raczej już nie w sanatorium.
Po dwóch tygodniach w domu opadam i z sił, i z zapasu nadziei. Końcem miesiąca zaś mam takie zaostrzenie kłopotów z kolanem, że ledwie się poruszam. To oczywiście nie jest tak, żebym winiła za to sanatorium. Dostałam tam zalecenie konsultacji u ortopedy i to on zdiagnozuje, co się dzieje. A także ustali plan leczenia. Kolejna rehabilitacja przedrentowa? Nie, ja już za to raczej dziękuję.





P.s. Relację z wycieczki do słowackich zamków napiszę w wolnej chwili.

piątek, 19 października 2018

KU JESIENI

Nadejście ostatniego tygodnia lata odmieniło moje sanatoryjne życie. Począwszy od subiektywnych zmian w samopoczuciu, gdy już przystosowałam się do nowych warunków, poprzez ich modyfikacje, które znacząco wpłynęły na sytuacje obiektywne, doprowadzając finalnie do poprawy funkcjonowania w Instytucie Zdrowia Człowieka. Zaczęło się jednak nieciekawie. Na poniedziałkowej edukacji zdrowotnej pani doktor przywitała nas słowami:
- Państwo wiecie, że te zabiegi, które Wam tu serwujemy, to one Was nie leczą? Najpierw pomyślałam, że się przesłyszałam, potem zobaczyłam, że, jak w komiksie, nad każdą z głów zebranych kuracjuszy zawisł w tym momencie wielki, olbrzymi, gigantyczny wręcz znak zapytania.
- My tylko pobudzamy tymi zabiegami Wasz organizm do podjęcia wysiłku w celu regeneracji, co czasem wiąże się z odbudową połączeń czy też wytworzeniem nowych komórek – kontynuowała swój wywód pani doktor.
Aha, rozumiem.
– Oczywiście taki proces mógłby okazać się również niekorzystny i zadziałać na zasadzie na przykład pobudzenia nowotworów, dlatego też na wstępie pytamy zawsze Państwa, czy nie macie takiego problemu.
Poczułam, jak spadam z krzesełka. Rzeczywiście na pierwszej wizycie padło pytanie, zahaczające o ten temat, ale dotyczyło tylko i wyłącznie wpisanego w moją kartę zdrowia, a wykluczonego na ten moment chłoniaka! A co z innymi nowotworami, które pani hematolog musi dopiero skreślić z mojego życia po okresie dłuższej obserwacji?
No więc po spotkaniu ogólnym biegnę czym prędzej z tym pytaniem do sanatoryjnej lekarki. I od ręki dostaję zmianę zabiegów prądowo – laserowych na krioterapię. Jestem zachwycona. Z czasem wymieniam na nią również ultradźwięki, po których, jak mi się wydaje, opuchlizna na kolanie zaczyna coraz częściej niepokojąco pulsować. Teraz moje zabiegi (z wyjątkiem gimnastyki oczywiście) trwają maksimum trzy minuty i praktycznie każda fizjoterapeutka jest mi w stanie poświęcić je poza kolejką – między jednym pacjentem a drugim. Wreszcie więc mogę zorganizować swoje sanatoryjne dni w taki sposób, by pojawił się w nich czas wolny na realizację własnych pomysłów. A mam ich bez liku – cały kompleksowy plan służący poprawie swojego zdrowia. W tym celu staram się spędzić codziennie czas na dłuższym spacerze oraz otwartym wreszcie basenie, zamawiam sobie zawiesinę borowinową do kąpieli perełkowej, a także dodatkowe masaże, korzystając z faktu, że w moim sanatorium pojawił się specjalista z tej dziedziny, pracujący wcześniej z polską kadrą kanadyjkarzy. Tylko z kuracją pitną jakoś mi słabo wychodzi – strasznie mnie odrzuca od tutejszych wód mineralnych, choć się bardzo staram. Wszystko to już oczywiście płatne, za wyjątkiem wypożyczenia kijów do nording walking – nieoceniona Helena podrzuciła mi swoje. No cóż, trzeba dofinansować ten bezpłatny turnus od ZUS – u, żeby jakoś zoptymalizować potencjalne korzyści. Już samo ich wyobrażenie sprawia, ze czuję się zdrowiej. Napisałabym, że widzę świat w różowych kolorach, ale nie, chyba w złocie i pomarańczach, które przybrał, jest mu bardziej do twarzy.  Zachwycam się wraz z innymi kuracjuszami, że w tak pięknym okresie przyszło nam ogladać Beskid Niski, ale tutejszy terapeuta uświadamia nam, że końcem października i na początku listopada jest tu jeszcze bardziej kolorowo. Aż trudno to sobie wyobrazić.
Kiedy przyjechałam do Wysowej z zaskoczeniem stwierdziłam, ze tutejsze górskie lasy mają zupełnie takie same kolory jak te w Karkonoszach miesiąc wcześniej. A potem nagle na biegu wszystko zaczęło żółknąć i rudzieć. Dosłownie każdego dnia widać było kolejne kroki w kierunku jesieni. Obserwowałam je w coraz głębszym oczarowaniu i cieszyłam się tymi zmianami jak dziecko. Tak naprawdę nie potrzeba mi wiele, by poczuć się lepiej.


*
Jakże wielką przyjemnością jest oglądanie tego barwnego świata na wędrówkach po okolicy. Kije do nording walking, które rekomendowała na edukacji zdrowotnej pani doktor, pozwalają rzeczywiście przejść nawet dłuższy dystans bez dokuczliwych bóli kolan i lędźwi. Z takim wyposażeniem mogłam się udać z Heleną na grzyby w góry powyżej jej drewnianego domku, a także samodzielnie przejść kilka pobliskich, interesujących mnie tras. 


Najbardziej zrelaksowała mnie wycieczka do Hutoru Grzegorza. W jego klimatycznych pomieszczeniach miałam  okazję zetknąć się z przemiłymi gospodarzami, hodującymi w sali restauracyjnej z kominkiem słodkiego króliczka Paszteta, którego imię podobno nie jest jego przeznaczeniem. Właściciele zwierzaczka są ludźmi z pasją i pomysłem na życie, dlatego atmosfera, jaką tworzą w odremontowanych wnętrzach swojego gospodarstwa tak urzeka. Prawdziwą przyjemnością było wypicie w takim lokalu grzanego piwa, podanego z zakąską  w postaci pity i gęstych sosów warzywnych. Innych specjałów serwowanej tam kuchni gruzińskiej(!) i kaukaskiej(!) nie miałam okazji popróbować. Spieszyłam się bardzo na swoje sanatoryjne danie, czekające w porze kolacji na kuracjuszy Instytutu Zdrowia Człowieka☺️






















Pozostałe wycieczki po okolicy nastroiły mnie bardziej refleksyjnie. Zarówno przemierzanie Doliny Łopacińskiego w kierunku ośrodka Zacisze, jak i droga pod cerkiew w Blechnarce, obudziły wspomnienia. Właściwie to nawet nie tak, bo zgodnie z prawdą przyznać muszę, że w istocie nigdy nie udało mi się ich uśpić, co być może przekładałoby się na mój wewnętrzny spokój. Ja tylko próbowałam je utrzymać w ryzach, oplatając, zupełnie nieproporcjonalną do ich siły, pajęczyną świadomości spraw i wydarzeń, które dzieją się na bieżąco. Niekiedy udawało mi się w nich zatopić na chwilę jakąś część wspomnień, choć nigdy głęboko. One zawsze są tuż pod powierzchnią i co rusz wyrywają się stamtąd, czasem ledwie dochodząc do głosu, a czasem zagłuszając wszystko inne.





















W Wysowej właśnie ta druga sytuacja przytrafiała mi się najczęściej. Właściwie spodziewałam się tego, przemierzając okolice, które w przeszłości – najpierw w okresie dzieciństwa Bartusia, a potem w czasach jego młodości, były ulubionymi miejscami przebywania naszej rodziny. Po jego śmierci opracowałam teoretycznie metodę, która miała pozwolić mi na nowo odzyskać rzeczywisty świat w jego najdroższych memu sercu rejonach, utracony także wraz z dzieckiem. Polegała ona na wprowadzaniu nowych wspomnień w każde z miejsc, pieczołowicie przechowujących pamięć o naszym szczęśliwym życiu w pełnym rodzinnym składzie.
Moją metodę w ramach eksperymentu zastosowałam na swojej rodzinie. Wiedziałam, że z początku odczujemy to jak posypywanie świeżych ran solą, ale tak, czy owak, byliśmy wówczas przepełnieni bólem do tego stopnia, że już bardziej chyba cierpieć się nie dało. Wydawało mi się, że z czasem może być tylko lepiej – nowe wspomnienia miały się mieszać ze starymi, by w końcu zacząć wypierać  je z najodleglejszych nawet zakamarków pamięci.

Z niektórymi miejscami poszło w miarę dobrze – gdy dziś na przykład myślę o mojej ukochanej Bośni, do której nie zawitaliśmy w te wakacje z powodu stanu zdrowia męża, to mam w głowie obrazy związane nie tylko z podróżami w towarzystwie Bartka, ale także te z pielgrzymki z dziewczynami z naszej grupy religijnej oraz wycieczki objazdowej w większym gronie kilku rodzin.
Niestety nadal są przestrzenie, z którymi zupełnie sobie nie radzę. No bo ile razy w Wysowej trzeba przejść drogę z cerkwi do parku, żeby czas w tym miejscu zaniechał cofanie mnie do okresu dzieciństwa mojego zmarłego Synka? Żeby przestać tam słyszeć rozdzwoniony głosik i rozradowany śmiech malucha, biegającego za stadami czerwcowych świetlików? Żeby nie czuć w swojej ręce jego malutkiej dłoni i nie widzieć rozwartych szeroko oczu, nienasyconych jeszcze cudami otaczającego świata? Wierna swojej metodzie chodzę tą drogą tam i z powrotem - z kijami, bez kijów, po wodę mineralną i na zakupy w przycerkiewnym sklepiku, a i tak wspomnienia chwil spędzanych z moim Dzieciaczkiem zawsze tam na mnie czekają.




















W innych miejscach, tak mocno związanych z naszą historią, nie jest dużo lepiej. W Wysowej doświadczam takiego zakrzywienia czasoprzestrzeni, że mogłabym być żywym przykładem prawdziwości teorii względności Einsteina. Teraźniejszość miesza mi się nieustannie z przeszłością. Na spacerach co rusz wyglądam blond czuprynki mojego pierworodnego Synka, gdy przemierzam parkowe aleje. Widzę go, jak zadziera główkę, wypatrując w koronach drzew rudych wiewiórczych kitek i jak pochyla się nad kolorową salamandrą, w pośpiechu porzuciwszy rowerek na żwirowej dróżce.
Gdy Helena proponuje mi spędzenie czasu w Uściu nad rzeką na przeciwko jej domu, to nawet nie podchodzę do tematu - wiem, że na ten moment nie jestem go w stanie oswoić w żaden sposób. Czasem trzeba zrobić odstępstwo od własnej metody i zaczekać aż przyjdzie lepsza pora, by podjąć takie działanie. 




















I tak z nadejściem kolejnego weekendu, który okazuje się już zimny, pochmurny i mokry, pogrążam się coraz bardziej w przeszłości. Do tego wszystkiego dopadają mnie przywiane z domu troski, związane ze stanem zdrowia męża, któremu jakoś wcale nie jest lepiej po wyjściu ze szpitala. Świat traci kolory i staje się szaro - bury. Nadchodzi jesień...

Chutor (gwarfutorros. Хутoрukr. Хутір)[1] – odosobniony, najczęściej niewielki punkt osadniczy; znaczenie tego słowa zmieniało się w różnych okresach historycznych. W XVI–XVII wieku mianem chutoru określana była jednozagrodowa osadnicza posiadłość wiejska na słabo zaludnionych obszarach Ukrainy i Rosji, położona pośród pól i stepów, złożona z jednego lub kilku zabudowań i stanowiących jedno gospodarstwo.