Największym jesiennym wydarzeniem w Wysowej jest Święto Rydza. Mówią o tym dosłownie wszyscy i wszędzie, a pani sprzedająca mi codzienną porcję buncu z żurawiną zdradza, że w weekend, kiedy odbywa się ta impreza, nie uświadczy się wolnego miejsca noclegowego w całej okolicy. Chcąc, nie chcąc, zaczynam się szykować na to wydarzenie, ale niestety okazuje się, że robię to zbyt późno! Kiedy w Wysowej pojawiają się plakaty, oznajmujące zbliżanie się Święta Rydza, to jednak z zaskoczeniem zauważam, że poza wyprawą na grzyby, właściwie nic zaplanowanego przez organizatorów mnie nie zainteresowało. Sprawdzam stronę internetową, reklamującą świętowanie hasłem: "Pakuj koszyk i nie przegap najbardziej rudego wydarzenia w Polsce". Hmm... niby są tam zapisy na jakieś warsztaty, lecz te, które ewentualnie mogłyby mnie choć co nieco zainspirować, mają już pełną obsadę.
No ale w końcu trzeba jakoś zagospodarować ten weekend. Wybieram więc na niedzielę zajęcia warsztatowe pod nazwą "Doświadczanie przyrody", które de facto mają być godzinnym spacerem po łące i lesie. No cóż, potrafię to zrobić sama, ale z braku laku....
Żeby zaś wybrać się na sobotnie grzybobranie, to, jak głoszą reklamy, muszę zapisać się do udziału w sztandarowym konkursie Święta Rydza. Oczywiście, gdy próbuję to zrobić, okazuje się, że nie ma już wolnych miejsc. Jakoś udaje mi się przekonać jednak organizatorów, by ujęli moje nazwisko (i tak, tak, pseudonim!) na liście rezerwowej. To oczywiście nie gwarantuje mi udziału, ale także nie przekreśla szans. Jestem bardzo zadowolona ze swej operatywności... do chwili dokładniejszego przestudiowania regulaminu konkursu. Opłata, którą mają wnieść jego uczestnicy (przepadająca w wypadku rezygnacji) wydaje się dość wysoka, lecz to jeszcze nie problem. Zwłaszcza, że w cenie jest dojazd zaprzężonymi w koniki huculskie wozami na miejsce zbiorów.
Zaczynam sobie jednak zdawać sprawę, że w sytuacji, gdy mają one trwać jedynie półtorej godziny, to z moim obolałym kolanem nie mam szans nawet dotrzymać kroku grupie, nie mówiąc już o zebraniu jakiegokolwiek grzyba, w obliczu faktu, że będę dreptać po śladach jej licznych uczestników. Oczywiście jestem zupełnie pozbawiona zakusów na wygraną w konkursie, ale też nie chciałabym wrócić z zupełnie pustym koszykiem (jednak po powrocie będą one komisyjnie sprawdzane). A jest to całkiem realna wizja, gdyż, co w Wysowej nie jest zresztą żadną tajemnicą, mimo wielkiego szumu wokół Święta Rydza, tegoroczna jesień nie zaobfitowała jeszcze w te grzyby - w tutejszych lasach jest ich może jak na lekarstwo. Z tego powodu osiągają też znaczną cenę na tutejszym rynku. Jednakże koszt udziału w konkursie pozwoliłby mi zakupić dwa kilogramy takiego towaru od lokalnych zbieraczy. I pozbawił obaw, że z powodu wolniejszego tempa poruszania się nie stawię się na czas na miejscu zbiórki i pozostanę w lesie (wozy z konikami huculskimi podobno nie czekają na spóżnialskich ani minuty). Albo, że się w nim zgubię, bo nie zaopatrzyłam się w żadną mapę (gdyż ich w zasadzie nie czytam), a wszyscy obznajmieni z terenem zostawią mnie daleko w tyle. No i jest jeszcze sprawa koszyka - jakoś nie mam sumienia przeganiać Heleny do Wysowej, by mi go dostarczyła (choć oczywiście zadeklarowała, że to zrobi, jeśli zechcę) tak wcześnie weeendowym rankiem. Wzbudza się we mnie więc mnóstwo watpliwości, z którymi biję się w myślach przez cały wieczór poprzedzający Święto Rydza. Bo przecież tak lubię zbierać grzyby.
Zaczynam sobie jednak zdawać sprawę, że w sytuacji, gdy mają one trwać jedynie półtorej godziny, to z moim obolałym kolanem nie mam szans nawet dotrzymać kroku grupie, nie mówiąc już o zebraniu jakiegokolwiek grzyba, w obliczu faktu, że będę dreptać po śladach jej licznych uczestników. Oczywiście jestem zupełnie pozbawiona zakusów na wygraną w konkursie, ale też nie chciałabym wrócić z zupełnie pustym koszykiem (jednak po powrocie będą one komisyjnie sprawdzane). A jest to całkiem realna wizja, gdyż, co w Wysowej nie jest zresztą żadną tajemnicą, mimo wielkiego szumu wokół Święta Rydza, tegoroczna jesień nie zaobfitowała jeszcze w te grzyby - w tutejszych lasach jest ich może jak na lekarstwo. Z tego powodu osiągają też znaczną cenę na tutejszym rynku. Jednakże koszt udziału w konkursie pozwoliłby mi zakupić dwa kilogramy takiego towaru od lokalnych zbieraczy. I pozbawił obaw, że z powodu wolniejszego tempa poruszania się nie stawię się na czas na miejscu zbiórki i pozostanę w lesie (wozy z konikami huculskimi podobno nie czekają na spóżnialskich ani minuty). Albo, że się w nim zgubię, bo nie zaopatrzyłam się w żadną mapę (gdyż ich w zasadzie nie czytam), a wszyscy obznajmieni z terenem zostawią mnie daleko w tyle. No i jest jeszcze sprawa koszyka - jakoś nie mam sumienia przeganiać Heleny do Wysowej, by mi go dostarczyła (choć oczywiście zadeklarowała, że to zrobi, jeśli zechcę) tak wcześnie weeendowym rankiem. Wzbudza się we mnie więc mnóstwo watpliwości, z którymi biję się w myślach przez cały wieczór poprzedzający Święto Rydza. Bo przecież tak lubię zbierać grzyby.
Tyle że nie w dzień, gdy niebo, pokryte ołowianymi chmurami, obiecuje lada chwila ulewę jak z cebra, a wiatr, wiejąc chyba prosto z bieguna, grozi przemarznięciem do szpiku kości. Taka pogoda nie pozostawia żadnych złudzeń pozbawionemu przeciwdeszczowej i zimowej odzieży kuracjuszowi co do przyjemności przemierzania leśnych duktów.
Cóż, koniki huculskie będą musiały poczekać na inną wycieczkę ze mną - Helena wyczytała na facebooku, że uczelniany kolega Wojtek zarządza także ośrodkiem, z którego między innymi wypożycza się je w Święto Rydza.
Szaro-burym jesiennym porankiem wysyłam więc co prędzej do organizatorów imprezy maila z rezygnacją z rezerwacji na liście rezerwowej. Zaraz potem piszę drugiego, bo Helena przekonuje mnie, że spacer po okolicznej łące czy lesie w dniu następnym to też nie żadna atrakcja, na którą trzeba tu jakoś specjalnie wyczekiwać. W zamian proponuje mi wycieczkę do słowackich zamków. Nie zastanawiam się ani chwili. To już ostatnie dni, które mogę spędzić z Heleną w Beskidzie Niskim. Zbliża się początek roku akademickiego, co oznacza jej wyjazd do pracy na uczelni w Krakowie. A i mój pobyt w Wysowej powoli zmierza do końca. Cieszę się z tego, bo bardzo już tęsknię za swoimi najbliższymi.
W dniu wyjazdu idę jeszcze do pobliskiego lasu, gdzie udaje mi sie na osłodę zebrać parę rydzów. Będę miała w domu wraz z mężem prywatne najbardziej rude święto w Polsce. W Wysowej zaś podobno jest szansa, że wkrótce będzie ich zatrzęsienie.
Żegnam sie z panią z mojego stoliczka, z którą w końcu udało mi się nawiązać jakąś znajomość. Młody człowiek, stołujący się z nami, niestety końca turnusu nie doczekał - został wydalony z Instytutu Zdrowia Człowieka za złamanie regulaminu.
Ostatnie chwile w Wysowej są zachwycające - słoneczne i pełne jesiennych barw. Góry na powrót wypełnia cisza - jelenie, które końcem lata było słychać wręcz na progu mojego sanatorium, zamilkły, rykowisko się skończyło. Wysowa kusi - nie wyjeżdżaj jeszcze...
W myślach robię krótkie podsumowanie pobytu sanatoryjnego - przeszłam tu przez 129 zabiegów (tak, tak, na ostatni dzień otrzymałam jeszcze przydział dodatkowo na jedną wirówkę kończyn dolnych i lędźwi - to kolejne jakuzzi, tyle że na siedząco) i, jak się tego mogłam spodziewać, trudno byłoby powiedzieć, że czuję się z tego powodu zdrowiej niż przed rehabilitacją. Ale niewątpliwie słońce, mikroklimat, czystość powietrza i wody zrobiły swoje (nie mówiąc już o terapii widokami) - czuję, że przybyło mi sił. I to jest prawdziwy dar dla mnie od Beskidu Niskiego. Tak bardzo potrzebny w perspektywie tego, co czeka na mnie w domu w związku z chorobą męża.
Na zakończenie turnusu jedna ze stałych bywalczyń sanatoryjnych mówi mi z miną znawczyni tematu: (tak na pocieszenie):
- Zobaczysz, jak świetnie się poczujesz za jakieś dwa tygodnie.
Oprócz zapasu sił zabieram więc do domu jeszcze nadzieję. Do zobaczenia Wysowo, choć raczej już nie w sanatorium.
Po dwóch tygodniach w domu opadam i z sił, i z zapasu nadziei. Końcem miesiąca zaś mam takie zaostrzenie kłopotów z kolanem, że ledwie się poruszam. To oczywiście nie jest tak, żebym winiła za to sanatorium. Dostałam tam zalecenie konsultacji u ortopedy i to on zdiagnozuje, co się dzieje. A także ustali plan leczenia. Kolejna rehabilitacja przedrentowa? Nie, ja już za to raczej dziękuję.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz