niedziela, 20 marca 2022

RODZĄCE SIĘ ZMIANY

Gdy przed weekendem wychodziłam ze szkoły, to nagle zobaczyłam na trawniku wokół parkingu ogromną ilość rozkwitłych stokrotek . WOW! Ale niespodzianka! A pąki forsycji były tak nabrzmiałe, że po włożeniu gałązek do wody, pierwszy z nich już dziś zaczął pękać...

To, w jakim tempie w przyrodzie zachodzą zmiany, gdy tylko świat się ociepla, jest dla mnie nieprawdopodobne. Wszystko dzieje się jakby biegiem. Wchodzę do szkoły jeszcze zimą, opuszczam miejsce pracy już wiosną...

Oczywiście po powrocie do domu pobiegłam ją zobaczyć w swoim ogródeczku - a tam, oprócz dzielnie poczynających sobie od dawna  krokusów, znalazłam wreszcie rozkwitające cebulice syberyjskie, cebulicowate puszkinie, pierwiosnki, a nawet przylaszczkę. Serce się raduje na widok takich zmian wokoło.

Co prawda ranki wciąż jeszcze bywają chłodne, ale ziemia najwyraźniej sobie z tym radzi, odkąd słońce zaczęło odczuwalnie grzać w pozostałym czasie. Dziś ostatni dzień kalendarzowej zimy, więc to już naprawdę najwyższa pora, by się z nią pożegnać.

Jutro zaś kolejny tydzień zaczynamy od... Dnia Wagarowicza. Ciekawe, co mnie czeka w szkole, jeśli już w zeszłym tygodniu jedna z klas ósmych zaczęła go świętować:) Co prawda z powodu błędu w obliczeniach, ale takiej historii jeszcze u nas nie było - dzieciakom pomyliła się data pierwszego dnia wiosny  i wyszedł z tego tygodniowy falstart w wagarowaniu:)

W ogóle to dochodzę do wniosku, że co by o niej nie mówić, to moja praca bywa bardzo ciekawa. Zwłaszcza dotyczy to ostatniego czasu. Co rusz przecież mamy w niej teraz takie zmiany, które zupełnie na nowo wyznaczają obowiązujące szkolne trendy, inaczej definiują nasze założenia, kładą nacisk na odmienne akcenty.

Ale i tak to nic wobec wyzwania, które czeka nas w najbliższej przyszłości. Zmiany, które zajdą w  polskiej szkole niebawem, trudno sobie w ogóle wyobrazić. Kolejny z naszych fatalnych ministrów edukacji narodowej na starcie weekendu poinformował, że do Polski trafiło 700 tysięcy dzieci ukraińskich uchodźców w wieku szkolnym". Nic w tym dziwnego, skoro polską granicę przekroczyło ponad 2 mln osób - głównie kobiet i ich małoletnich pociech. Blisko 10 procent z nich jest już w polskich szkołach - mówił w piątek wspomniany minister.(https://tvn24.pl/polska/uchodzcy-z-ukrainy-do-polski-trafilo-700-tysiecy-ukrainskich-dzieci-w-wieku-szkolnym-poinformowalo-mein-5640134)

W naszej placówce tydzień skończył się na dwunastu nowych ukraińskich uczniach. Jeśli mielibyśmy przyjąć jeszcze brakujące 90 procent, to skończylibyśmy najprawdopodobniej rozłożeni na obie łopatki.

Ogrom czekających nas trudności uświadomiłam sobie podczas zaproponowanego przez dyrekcję spotkania integrującego. Zaprosiliśmy na nie nowych ukraińskich uczniów i jako tłumaczy, tych, którzy uczęszczali do naszej szkoły na długo przed rozpoczęciem wojny. Że będzie kłopot w komunikacji, to wiedzieliśmy. Ale nie przypuszczaliśmy nawet, że aż taki. Otóż przybyłe do nas ostatnio dzieciaki - a mamy uchodźców i ze wschodu, i z zachodu Ukrainy, nie do końca wzajemnie się rozumiały! To na pewno je krępowało i stanowiło trudność w swobodnym nawiązywaniu więzi. Nasz tłumacz z szóstej klasy, którego ukraiński dosyć dobrze rozumiałam, musiał wielokrotnie czasem powtarzać i przeformułowywać swoje wypowiedzi, aby trafiły do pozostałych. Ich język, niekiedy z mocnym  indywidualnym zaśpiewem, był dla mnie w ogóle niezrozumiały, poza czasem pojedynczymi słowami - i to pomimo osłuchania z łemkowskim i innymi słowiańskimi wariantami językowymi. Próbowałam mówić trochę swoim mocno niedoskonałym i od prawie czterdziestu lat nieużywanym rosyjskim, ale to też poza dużą trudnością dla mnie, było nie do końca dobre rozwiązanie. Mamy na przykład teraz w grupie nowych uczniów dziewczynkę, która niekoniecznie chce mówić w tym języku. Staram się to zrozumieć - być może podczas wojny uaktywniły się jej nacjonalistyczne, czy też patriotyczne pobudki. Ja też kiedyś nie chciałam używać “języka wroga”, za którego uważałam Związek Radziecki w czasach komuny. Gdy pierwszy raz pojechałam do Kijowa, a było to jeszcze w ramach wymiany studenckiej, to wolałam kaleczyć swój angielski niż posługiwać się rosyjskim. A przecież wówczas, po blisko dziesięcioletniej intensywnej nauce na wszystkich szczeblach szkolnictwa, potrafiłabym się nim komunikować zupełnie swobodnie.

Ale trudności nowych uczniów to nie tylko płaszczyzna komunikacji.

- Czego jeszcze od nas potrzebujecie? - zapytała przybyła na spotkanie pani wicedyrektor.

- Potrzebujemy domu, w którym moglibyśmy zamieszkać - odpowiedziała S.

No i to tyle na ten temat. A to dopiero wstęp do całego cyklu pracy organizacyjno - integrującej. Łatwo nie będzie...

Wkrótce potem nasza pani dyrektor powróciła z zebrania z władzami gminnymi. Przyniosła wiadomość, że oczywiście żadnych rozwiązań prawnych ani systemowych w kwestii ukraińskich uczniów wciąż nie ma, tak na szczeblu ogólnokrajowym, jak i lokalnym.

Póki co jesteśmy więc zdani na własne siły i umiejętności. Bardzo nam ich brakuje. Pan wicedyrektor zapytał ostatnio Beatę, czy by nie poszła na kurs języka ukraińskiego. Ale raczej trudno będzie znaleźć chętnych, którzy w swoim wolnym czasie i kosztem swoich planów podejmą nowe obowiązki tylko po to, żeby potem mieć jeszcze dodatkowe obowiązki w szkole. Oczywiście, jak to u nas bywa, całkowicie za friko. Okres strajków nauczycielskich odarł chyba naszą grupę zawodową bezpowrotnie z mitów związanych z powołaniem i misją. I dobrze. Żeby się w tym zawodzie nie wypalać w tempie błyskawicy, pracę należy właśnie traktować... jak pracę i nic więcej. 

Co oczywiście nie znaczy, że nie chcemy jej wykonywać w jak najlepszy sposób. Po cichu więc odświeżam swój rosyjski. Nawet jeśli umożliwi mi komunikację choć z jednym ukraińskim uczniem, to i tak będzie dobrze. Bo z całego serca współczujemy tym naszym nowym dzieciakom. I mimo wszelkich obiektywnych przeciwności nie chcemy żadnego z nich gdzieś pogubić w tej trudnej przeprawie wśród rodzących się właśnie zmian...

środa, 16 marca 2022

Z TROSKĄ O SZCZĘŚCIE DZIECI

W ostatniej chwili udało mi się wykorzystać bon do hotelu Aquarion z zeszłego roku. Włożyłam w to dużo czasu i energii. Przepisy serwisu Triverna, za pośrednictwem którego dokonałam zakupu, są tak sformułowane, że praktycznie klient zawsze jest na straconej pozycji. Nawet jeśli nabył bon z opcją bezpłatnej anulacji, a pobyt został odwołany przez hotel w wyniku rządowej decyzji o zamknięciu obiektów turystycznych podczas pandemii. Udało mi się sfinalizować pobyt tylko dzięki temu, że wykazałam się mocnymi nerwami i przeczekałam zarówno okres milczenia ze strony hotelu, jak i szereg bezsensownych maili ze sprzecznymi komunikatami i propozycjami nie do przyjęcia.

Oczywiście nic nie ma za darmo.

Pierwszy kontakt z hotelem, to informacja, że będę musiała uiścić standardową opłatę za zmianę terminu! (choć go wcale zmieniać nie chciałam i to Aquarion odwołał mój przyjazd po wejściu w życie rządowych przepisów). W rezultacie opłata wzrosła przez ten rok o kolejną kwotę tej samej wysokości, ale i tak wszystko miało status “grzecznościowego” działania hotelowych decydentów. Rzeczywiście trzeba oddać im sprawiedliwość, że przy wzroście cen, jakie miały tam miejsce w ciągu ostatnich miesięcy, na pobyt w Aquarionie musiałabym obecnie przeznaczyć omal drugie tyle, co finalnie zapłaciłam.

Co na to Triverna? Otóż wklejam tutaj odpowiedź sprzed roku, której w imieniu serwisu udzieliła mi niejaka Alicja:

prosimy o kontakt bezpośrednio z hotelem w którym dokonali Państwo rezerwacji.
Hotel jako strona zawartej z Państwem umowy, jest podmiotem właściwym do podejmowania z gościem ustaleń dotyczących zarezerwowanego pobytu. Również hotel, jako strona zawartej z użytkownikiem umowy jest ostatecznym odbiorcą środków.
Triverna pośredniczy wyłącznie w przekazaniu oświadczenia woli użytkownika serwisu i w żadnym wypadku nie jest stroną umowy zawartej pomiędzy użytkownikiem a hotelem, oferentem lub organizatorem usług objętych ofertą.

I to właściwie (oprócz końcowomailowych pozdrowień) wszystko na ten temat.

Choć może jeszcze należy dodać do tego doświadczenie pani Marii, którą poznałam na OLX. Otóż wymieniła ona bon podobny do mojego na oferowane przez wspomniany serwis “środki Triverny”. Okazało się, że może ich użyć przez rok tylko i wyłącznie na kolejny zakup pobytu w tym samym hotelu. Przy obecnych cenach w tym ośrodku to w ogóle jest pozbawione sensu, taniej zresztą można tę usługę nabyć bez żadnego pośrednika. Pani Maria chciała więc odsprzedać swój bon/środki i odzyskać choć część pieniędzy (wspomniany serwis nawet przy opcji bezpłatnej anulacji ich nie zwraca!). I cóż się okazało? Przeklejam tu część jej wiadomości z OLX:

chłopak pisał do nich i niestety nie ma możliwości żeby to przekazać komuś

Można wykorzystać jedynie osobiście :( bardzo nieuczciwe

I niestety przepadnie

Myślę, że właśnie na takie “okazje” liczy Triverna i pewnie całkiem dobrze jej się dzięki temu powodzi. Tyle że słowo “nieuczciwe”, użyte przez panią Marię wydaje się w takich okolicznościach zbyt słabe. Doradziłam jej kontakt z Rzecznikiem Praw Konsumenta, ale nie wiem, czy to w jakikolwiek sposób cokolwiek zrekompensuje. I dalszą walkę o możliwość realizacji pobytu, za który zapłaciła już rok temu! Bardzo temu kibicuję - głos pani Marii (telefon w sprawie oferty) zdradził, że sprawa dotyczy młodych ludzi, zaraz sobie wyobraziłam, że taka sytuacja przydarza się naszym dzieciakom i to uruchomiło wszelkie moje opiekuńcze zapędy.

I tu chyba powinnam dodać wyjaśnienie do pierwszego zdana swojego wpisu. No bo tak, udało mi się wykorzystać bon do Aquariona, ale nie znaczy to, że tam byłam. Hotel przedstawił warunek, że pobyt ma się odbyć od niedzieli do wtorku, a to ze względu na pracę nie było dla mnie możliwe. Zrobiłam więc prezent Zuzi i Kacprowi. I cieszyłam się ich pobytem może nawet bardziej, niż gdybym tam sama pojechała:) Tak już mam -  szczęście dzieci ponad wszystko na świecie...

Dlatego pewnie teraz tak mi trudno poradzić sobie z informacjami, dotyczącymi młodych ludzi, których sytuacja związana jest z wojennym frontem za wschodnią granicą naszego kraju. Mam nawet wrażenie, że wraz z upływającym czasem (dziś mamy 21 dzień wojny) znoszę to wszystko coraz gorzej. Gdy oglądam w sieci film, na którym ambasador Ukrainy czyta na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ wiadomości, wymienione tuż przed śmiercią przez młodego rosyjskiego żołnierza z mamą, to płaczę rzewnymi łzami. Ale chyba nie ma na świecie rodzica, którego by te sms - y nie poruszyły:

“- A. , jak się masz? Dlaczego tak długo nie odpowiadasz? Naprawdę jesteś na ćwiczeniach?

- Mamo, już nie jestem na Krymie. Nie na ćwiczeniach.

- A gdzie? Tata pyta, czy można ci wysłać paczkę?

- A jaką paczkę mamo [ty możesz mi wysłać]?

- O czym ty mówisz? Co się stało?

- Mamo jestem na Ukrainie. Tu jest prawdziwa wojna. Boję się. Bombardujemy wszystkie miasta po kolei, nawet cywilów. Powiedziano nam, że będą nas witać, a oni rzucają się pod nasze wozy pancerne/koła i nie pozwalają przejechać. Nazywają nas faszystami. Mamo, jest mi bardzo ciężko.”

https://www.facebook.com/watch/?extid=CL-UNK-UNK-UNK-AN_GK0T-GK1C&v=685874069254107

Chwilę po tym chłopak został zabity. Czy to nie powód do rozpaczy dla całego świata? I do wstydu, że on taki jest, że takim go uczyniliśmy?

Gdy mąż opowiada mi o filmiku (już nawet tego nie oglądam), na którym atakowani Ukraińcy pakują do worków zabite dzieci, to płaczę rzewnymi łzami. Znów czuję rozpacz.

Bardzo mnie dotykają też informacje, dotyczące złej kondycji uchodźców, których już mamy w Polsce ponad 1,9 mln, zwłaszcza oczywiście tych najmłodszych, docierających czasem do Polski po straszliwej tułaczce. Do naszego kraju przywieziono również sporo dzieci w ciężkim stanie z ukraińskich szpitali, czy też sierot z ośrodków opiekuńczych.

Jak zachować równowagę emocjonalną w takim świecie? Odcięcie się od tych strasznych wieści to jakby wyparcie, udawanie, że na świecie tego wszystkiego nie ma.

A jest. I boli. Dziś przeżywam żałobę po zabitym młodym żołnierzu i po uśmierconych pociskami dzieciach. Dziś opłakuję losy tych, którzy nie zdążą zrealizować swoich planów na życie, rozwinąć talentów, zdobyć bagażu doświadczeń... Jak sobie z tym poradzić? Codziennie z powodów, których pojąć nie sposób, odchodzą od nas ci, których jako dorośli powinniśmy chronić w stworzonym przez nas świecie.  Dziś czuję rozpacz...

P.s. Zdjęcia z Zakopanego (Giewont i śniadanko) dostałam od Kacpra. To kolejny z dealów pt. "wycieczka za fotki". Ale ponieważ wynegocjowałam tylko dwie, to reszty (fotki wieczorne) już zgodnie z umową nie dodaję:)

wtorek, 8 marca 2022

ŻYCZENIA W CZAS SROGIEJ WIOSNY

Blisko rok od rozstania z poprzednią dziewczyną nasz syn zdecydował, że rozpoczyna wspólne życie z Zuzią. I ze Sznapsem, który tym samym został trzecim kocim domownikiem w Kacprowym mieszkanku:) To, rzecz jasna,  łączyło się z pewnymi organizacyjnymi wyzwaniami. A oczywiście w procesie reorganizowania sobie życia Kacper znalazł miejsce i dla nas:)

Nasz udział w tym przedsięwzięciu polegał na przetransportowaniu rzeczy Zuzi i kotka. Mieliśmy za zadanie pomóc w ich przeprowadzce z Łodzi do Krakowa.

Plan idealny na ostatnią niedzielę był zatem następujący:

1. Kacper przyjeżdża z Zuzią do nas na śniadanko powitalno - zapoznawcze;

2. Jedziemy do Łodzi, gdzie dzieciaki pakują w pudła rzeczy do transportu;

3. My z mężem czekamy na finał  akcji pudełkowej w gościnie u Ani;

4. Wszyscy razem udajemy się coś zjeść;

5. Wracamy, by żyć ze sobą długo i szczęśliwie:).

I mimo że Łódź nie należy do naszych ulubionych celów podróży, to muszę przyznać, że to był dla nas całkiem miły, choć dosyć wyczerpujący dzień - zarówno z powodu stresu, który towarzyszy zazwyczaj zmianom, jak i pod względem czysto fizycznego zmęczenia. Ale cieszyliśmy się, że dzięki naszej pomocy dzieciaki z kolei doświadczają mniejszego wyczerpania w tak stresujących chwilach  i że po prostu jesteśmy potrzebni.

Poza tym tego dnia mogliśmy także parę godzin spędzić z Anią, której nie widzieliśmy już niemal rok. Nasza kochana dziewczyna zaangażowała się w ostatnich miesiącach w trudny kurs programowania i niestety nie mamy teraz dla siebie zbyt wiele czasu. Poza tym niezmiennie uważamy, że spędzanie go z młodymi ludźmi to dla Ani o wiele lepszy pomysł na życie niż wiązanie się z nami. Jej przyszłość na pewno nie znajduje się przy naszym boku, choć dla nas to byłaby bezdyskusyjnie wspaniała perspektywa:)

Ach, jakąż radością był dla mnie ten niespodziewanie podarowany przez życie czas z  Anią - najpierw w jej mieszkanku w towarzystwie dwóch zaniepokojonych zamieszaniem króliczków, a potem jeszcze w restauracji na rogatkach Łodzi, z którą mamy mnóstwo miłych wspomnień.

Zuzia i Kacper do nas niestety nie dołączyli - okazało się, że pakowanie było bardziej czasochłonne niż mogli przypuszczać. Szkoda, wolałabym, żeby nie było żadnego odstępstwa od planu idealnego - zawsze to miło mieć wszystkich bliskich w komplecie, nawet jeśli to trwa tylko przez krótką chwilę. Tym sposobem punkt czwarty rozciągnął nam się na dwa podpunkty, a dokładnie na dwie tury - choć ta druga to jedynie McDonald’s, bo pora już była taka, że wszystko inne zdążyło się pozamykać. Tak, wróciliśmy do domu nad ranem.

I tym sposobem następny szkolny tydzień rozpoczęłam znowu ze sporym niedoborem snu:) Ale dałam radę, już chyba przyzwyczaiłam się do zwiększonego wysiłku. Poza tym z każdym dniem nabieram jednak sił i mam nadzieję, że wkrótce przestanę postrzegać moją pracę jako przesadnie wyczerpującą.  Znów szukam w niej pozytywów:) Oczywiście, że takie są:)

Wczoraj na przykład wróciłam do domu z kwiatkiem. Dostałam pięknego tulipana na Dzień Kobiet od dziewczynek z ósmej klasy. Bardzo mnie ten miły gest ucieszył - wobec pracowników, świadczących w szkole pomoc psychologiczno - pedagogiczną, on się właściwie zazwyczaj nigdy nie pojawia.

Mąż dokupił mi do kompletu jeszcze czternaście żółtych i karminowych tulipanów, zastąpiły (po)walentynkowe bukiety na jadalnianym stole. Tak bardzo staram się przyzywać już wiosnę, a ona wciąż udaje, że jest zupełnie głucha. Ranki ciągle w przymrozkach, a wychodzące w ciągu dnia słońce zachowuje się, jakby było w ogóle pozbawione mocy grzania. W ogródeczku przez ostatni miesiąc nie zdarzyło się dokładnie nic. Wiosenne rośliny zatrzymały wystawianie główek nad ziemię, a krokusy, które jeszcze w lutym zakwitły, teraz tylko skupiają się na przetrwaniu swych zmarzniętych i najczęściej stulonych mocno kwiatków. Ach, kiedyż wreszcie będziemy czuli wiosnę w powietrzu? Przecież właśnie za to zwykle tak bardzo lubię marzec.

Ale jednocześnie mimo tego całego narzekania na wiosenną, kapryśną aurę, zawirowania pogodowe i nieustające zimno, zdaję sobie sprawę, że ten czas wcale nie jest u nas taki zły. Przecież całkiem niedaleko ta wiosna ukazuje swoje najgorsze z możliwych oblicz. Beata zwróciła mi dziś uwagę na nowe nagranie ukraińskiego prezydenta.

- Z niego to taki trochę poeta - skomentowała. To prawda, wystąpienia tego polityka poruszają, są bardzo przemyślane, pełne emocji i zaangażowania.

“- Spadł śnieg – ot, taka wiosna. Ale jaka wojna, taka i wiosna – sroga” -  mówi na Instagramie Wołodymyr Żełenski

“- Ale wszystko będzie normalnie, ze wszystkimi wygramy – optymistycznie wybrzmiało zakończenie przesłania prezydenta.

(https://www.wprost.pl/polityka/10648510/najnowsze-nagranie-prezydenta-ukrainy-jaka-wojna-taka-i-wiosna-sroga.html)

No cóż, życzę tego naszym sąsiadom zza wschodniej granicy z całego serca. Póki co, wojna trwa u nich już czternasty dzień i staje się, przynajmniej wobec cywilów, coraz bardziej brutalna. 

Oczywiście to wpływa na sytuację w naszym kraju. Do Polski przybyło już 1,33 mln uchodźców, a to daleko więcej niż jesteśmy w stanie przyjąć z zachowaniem przyzwoitych standardów i zdroworozsądkowych zasad. Dodatkowo to wszystko jest często puszczone na żywioł i generuje ogromny chaos. Widzę to choćby na swoim własnym zawodowym podwórku. Internet zapełnił się nagle tematem ogromu wyzwań i problemów, przed którymi stanęła właśnie polska i tak już niewydolna od dawna oświata. Dotyczy to na razie głównie wielkich miast, gdzie zjechało najwięcej dzieci w wieku szkolnym.

Natomiast do naszej szkoły zapisało się dzisiaj dwoje nowych ukraińskich uczniów, ale nie mamy wątpliwości, że będzie ich przybywało. Nie znają języka polskiego, a u nas pracuje tylko jedna nauczycielka, która mówi po rosyjsku. Stara gwardia, czyli moje pokolenie próbuje sobie jeszcze odświeżyć w pamięci jakieś szczątkowe umiejętności lingwistyczne z czasów podstawówki, ale młodsi przedstawiciele grona pedagogicznego czują się w tej sytuacji zupełnie bezradni. Lecz pomimo wszelkich przeciwności na pewno dołożymy starań, by pomóc dzieciom zaaklimatyzować się u nas. Zapewne już jutro zobaczymy, co z tego wyniknie...

Nasi szkolni koledzy przez Librusa życzyli nam wczoraj “pięknego, cudownego, pozytywnie zaskakującego życia!” Niech spełnią się dobre życzenia. Dopisuję następne: 

Niech nowi uczniowie czują się u nas jak najlepiej. Niech wreszcie skończy się sroga wiosna i sroga wojna! I niech te dzieciaki u nas po prostu wiosennie rozkwitną...



piątek, 4 marca 2022

OGROM STRESU U MNIE, OGROM RYZYKA NA WSCHODZIE

Powrót do pracy po dłuższej nieobecności od dawna wiąże się u mnie z ogromem stresu. Mnóstwo spraw trzeba nadgonić - również zazwyczaj czas, który upłynął od ostatniego dnia w szkole. A przede wszystkim ogarnąć zmiany, jakie zaszły w międzyczasie.

W pierwszych szkolnych dniach tym razem okazało się, że mam jeszcze jeden problem. Pocovidowe osłabienie, które powodowało, że przemieszczenie się z jednego końca naszej rozległej szkoły na drugi przypłacałam fizycznymi objawami typu; utrata tchu, skurcze mięśni nóg, drżenie kolan. Ale pan doktor z publicznej przychodni podczas ostatniej wizyty, jakby uprzedzając wszelkie dyskusje, stwierdził, że już mnie dość (tego w ogóle nie skomentuję) "trzymał na zwolnieniu” (ON, a nie choroba!). Dodam tylko, że było to w trakcie objaśniania mu, jakie mam objawy (w tym właśnie opisywałam ten nieprawdopodobny brak sił, który teraz tak mi boleśnie dokucza). O zwolnienie nie prosiłam, bo nigdy nie umiałam tego robić - ba, nawet o nim ani słowa nie pisłam. No ale tak właśnie wygląda zrozumienie pacjenta, jeśli nie zapłaci lekarzowi za prywatną wizytę.

Niemniej choć czuję, że zostałam zbyt wcześnie skierowana z powrotem do szkoły, to teraz dzielnie sobie szukam powodów, dla których należało już tam wrócić. W pierwszym rzędzie postanowiłam skupić się na objęciu opieką moich ukraińskich uczniów.

Z tego, co jednak wkrótce ustaliłam (konsultacje z wychowawcami), większość z nich nie potrzebuje podejmowania w szkole jakichś ekstra działań, bo ma się całkiem dobrze. To dzieci z rodzin, które zdążyły w Polsce już lata temu zapuścić korzenie. W swoim nowym kraju żyją od dawna swoim "nowym życiem", niespecjalnie ogladając się wstecz. 

Dla tych dzieci, o które od czasu rozpoczęcia wojny martwiłam się najmocniej, też nic niestety nie mogę zrobić. Najciężej przeżyłam fakt, że nie będę już miała kontaktu z moją ulubioną M., bo w międzyczasie mama zabrała dziewczynkę do Warszawy. Na szczęście podobno jej siostra wraz z dwójką maluchów szczęśliwie zdążyła uciec z zagrożonego rosyjską inwazją miasta na południu Ukrainy i teraz te dwie rodziny mieszkają niedaleko od siebie. Napisałam do M. na naszym szkolnym Teamsie, ale nie wiem, czy ona tam jeszcze w ogóle zagląda.

Dzień powrotu do pracy okazał się także dniem pożegnania z L. To też uczennica, z którą czułam się mocno związana. Teraz dziewczynka przeprowadza się do Poznania. Wyściskałyśmy się ze świadomością, że pewnie to ostatni raz w  życiu:( Tak w ogóle to mam wrażenie, że to, co obecnie dzieje się w kwestii uchodźców, stało się dla niektórych Ukraińców, przebywających od lat w naszym kraju, szansą na zmianę swojego położenia i bodźcem do działania w tym kierunku.

Lepszego czasu już chyba na to nigdy nie będzie. Wśród Polaków zapanował teraz taki poryw entuzjazmu i chęci pomocy wszystkim przybyszom zza wschodniej granicy, że czasem to wydaje mi się zupełnie oderwane od realiów ekonomicznych. Ludzie wpłacają pieniądze na potrzeby uchodźców, uczestniczą w wielu składkach potrzebnych artykułów, pracują jako wolontariusze, poświęcając na to na przykład urlopy wypoczynkowe, przyjmują Ukraińców w swoich domach, pomagają imigrantom się zaadoptować, gotują dla nich, rozwożą ich po Polsce. Wszystko to w czasach nieprawdopodobnej drożyzny, galopującej inflacji i wzrostu cen, kiedy tak naprawdę to większość naszych obywateli finansowo ledwo zipie. Oczywiście że to piękny odruch serc poruszonych współczuciem, lecz jego intensywność ma taką moc, że cały ten ogień może doprowadzić do szybkiego wypalenia. 

Ale  póki płonie, to napawa nas zadowoleniem z tego, co robimy i co na pewno ma ogromne znaczenie dla ludzi uciekających z kraju, gdzie dziewiąty dzień z rzędu trwa regularna wojna. Przez ten czas polską granicę przekroczyło już ponad 600 tysięcy uchodźców.

Jak to wpływa na na nasze codzienne życie? Opiszę tutaj perypetie, które dotknęły nas czwartego dnia wojennej zawieruchy. Pojechaliśmy wówczas spotkać się z Kacprem pierwszy raz po chorobie. Przy okazji mieliśmy go podwieźć na dworzec kolejowy w Krakowie - nasz syn tej niedzieli wybierał się do Łodzi na spotkanie z Z. No i wszystko zaczęło się komplikować już od początku tej podróży.

Kraków okazał się w to niedzielne południe nieprawdopodobnie zakorkowany - miasto, które sobie zazwyczaj słabo radzi z ruchem ulicznym, tym razem przy napływie dodatkowych aut z Ukrainy, praktycznie zostało unieruchomione. No ale w końcu jakoś się nam udało przebrnąć do dworca i praktycznie w ostatnich minutach Kacper pojawił się na peronie, gdzie... po pociągu  nie było ani śladu. Okazało się niebawem, że część taboru kolejowego została przydzielona do ewakuacji Ukraińców.

Ale trudno by się doszukać na dworcu w Krakowie takich informacji. Nic więc dziwnego, że nasz syn strasznie się podenerwował - właśnie sypał mu się plan, by jeszcze tego samego dnia wrócić z Z. do Krakowa. Postanowiliśmy pomóc - znaleźliśmy w rozkładach jazdy jakieś połączenie z Częstochowy do Łodzi. Przy odrobinie szczęścia Kacprowy plan mógł jeszcze zostać uratowany. Bez dalszego ociągania wyruszyliśmy więc w stronę najsłynniejszego pielgrzymowego miasta Polski.

Niestety, chwilę później wiedzieliśmy już, że nic z tego nie będzie. Przy wjeździe na autostradę natknęliśmy się na bramkach na kosmiczne kolejki, a w nich na całe mnóstwo samochodów na ukraińskich tablicach. Utknęliśmy na dobre, Kacper - nie bez rozpaczy - musiał zmienić plan. W końcu poprosił o podwózkę do Trzebini.

No i co? Wkrótce wszyscy się załamaliśmy - na miejscu okazało się, że na dwóch kolejnych interesujących naszego syna połączeniach są półgodzinne opóźnienia, które dodatkowo “mogą się zwiększyć”. Po tym czasie ze zdenerwowania Kacper pomylił się i wsiadł w pociąg w przeciwnym kierunku do zamierzonego (i choć upewnialiśmy się, co do niego u stojących na peronie SOK - istów, to niestety nie okazali się oni ludźmi godniymi zaufania:(

Pojechaliśmy więc odebrać syna z Jaworzna - Szczakowej - to był pierwszy przystanek na mylnie obranej trasie, gdzie można było wysiąść. Tyle, że o ile pociąg radzi sobie z takim dystansem w przeciągu dziesięciu minut, to  samochód ma do pokonania okrężną, co najmniej półgodzinną drogę.

Postój w każdym z tych miejsc po drodze sprawił, że zrobiło się naprawdę późno i Kacper postanowił w końcu zostać na noc w Łodzi. Tyle że jeszcze należało do niej dojechać o jakiejś przyzwoitej porze. I wtedy właśnie wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Nie tak to miało wyglądać, ale najwyraźniej tak to musiało być.

I choć Kacper bardzo protestował, to uznaliśmy, że nawet dla naszego własnego spokoju i dobrego samopoczucia nie będziemy go ani zostawiać, ani go potem szukać na kolejnych dworcach (bo znów pojawił się pomysł z Częstochową w roli głównej i z przesiadką w Koluszkach na dodatek!). Ten dzień zakończyliśmy więc w Łodzi, a następny (ze sporym niedoborem snu) powitałam już w pracy. Ale absolutnie nie narzekam. Wprost przeciwnie - cieszę się, że to tylko takie przeciwności losu nas spotkały. Przecież są teraz wokół nas ludzie znacznie bardziej doświadczeni przez życie. Przypomina mi się zamieszczony na facebooku przez przyjaciółkę ze studiów wpis kierowcy, który jeździ do Lwowa po uchodźców:

Na blokadzie kontrola. Kontrolujących jest zawsze kilkoro, zawsze wyposażeni w poważną broń (...) Wchodzi policja lub żołnierz, sprawdza czy nie ma mężczyzn i jedziemy dalej. Takich blokad jest kilka i mam wrażenie że z każdym dniem przybywa.

Po kilku godzinach zaczyna się ukraińska kontrola w autokarze. Wczoraj było małżeństwo, na oko 20-latkowie i chłopak z dziewczyną - 19 lat. Musieli ich wyciągać z autokaru. Kolejny lamet dziewczyn. Ten młodszy coś odpyskował żołnierzowi. Ten zaczął go wyzywać że natychmiast go zwerbują i wyślą pod Charków. Ze spuszczoną głową zabrali torby i odeszli.

Czymże są więc trudności w podróży Kacpra w porównaniu z tymi, na które natykają się młodzi ludzie z Ukrainy? Jakie konsekwencje poniósłby nasz syn, gdyby nie dojechał do celu w porównaniu z następstwami przypadków opisywanych przez kierowcę - zawróconych z drogi ukraińskich chłopców i dziewcząt? Przecież nie każdy człowiek w wieku 19 - 20 lat chce i czuje się na siłach, by zostać wojennym bohaterem. Ci młodzieńcy i ich dziewczyny/żony powinni się na tym etapie życia po prostu nim cieszyć. Kochać i bawić się, a nie szykować na śmierć.

Wstrząsnęła mną ta relacja. W pierwszym dniu marca przekleiłam ją do swojej facebookowej Akademii Rodzica. I podziękowałam Bogu, że jako rodzice mamy z  mężem tak wielki komfort psychiczny - nie musimy się martwić o sprawy wagi życia i śmierci naszego dziecka. Mamy też możliwość w zasadzie na każde wezwanie pospieszyć Kacprowi z pomocą, jeśli tego potrzebuje.

A jak wielką bezsilność zapewne teraz czują rodzice z Ukrainy, którzy nie mogą w żaden sposób pomóc swoim dzieciom w przerastających je sytuacjach? Którzy muszą je zostawić samym sobie, wiedząc, że nie są przygotowane (bo nikt na to nie przygowuje swoich dzieci), by mierzyć się z światem, gdzie celem czasem jest tylko/aż przeżycie? 

Liczenie w takich okolicznościach na łut szczęścia przy braku możliwości uzyskania realnego wsparcia jest bardzo ryzykowne. Tak strasznie mi przykro, że codziennie tyle dzieciaków musi podejmować to ryzyko i...  przegrać, będąc zdanymi jedynie na własne, wątłe siły...