Blisko rok od rozstania z poprzednią dziewczyną nasz syn zdecydował, że rozpoczyna wspólne życie z Zuzią. I ze Sznapsem, który tym samym został trzecim kocim domownikiem w Kacprowym mieszkanku:) To, rzecz jasna, łączyło się z pewnymi organizacyjnymi wyzwaniami. A oczywiście w procesie reorganizowania sobie życia Kacper znalazł miejsce i dla nas:)
Nasz udział w tym przedsięwzięciu polegał na przetransportowaniu rzeczy Zuzi i kotka. Mieliśmy za zadanie pomóc w ich przeprowadzce z Łodzi do Krakowa.
Plan idealny na ostatnią niedzielę był zatem następujący:
1. Kacper przyjeżdża z Zuzią do nas na śniadanko powitalno - zapoznawcze;
2. Jedziemy do Łodzi, gdzie dzieciaki pakują w pudła rzeczy do transportu;
3. My z mężem czekamy na finał akcji pudełkowej w gościnie u Ani;
4. Wszyscy razem udajemy się coś zjeść;
5. Wracamy, by żyć ze sobą długo i szczęśliwie:).
I mimo że Łódź nie należy do naszych ulubionych celów podróży, to muszę przyznać, że to był dla nas całkiem miły, choć dosyć wyczerpujący dzień - zarówno z powodu stresu, który towarzyszy zazwyczaj zmianom, jak i pod względem czysto fizycznego zmęczenia. Ale cieszyliśmy się, że dzięki naszej pomocy dzieciaki z kolei doświadczają mniejszego wyczerpania w tak stresujących chwilach i że po prostu jesteśmy potrzebni.
Poza tym tego dnia mogliśmy także parę godzin spędzić z Anią, której nie widzieliśmy już niemal rok. Nasza kochana dziewczyna zaangażowała się w ostatnich miesiącach w trudny kurs programowania i niestety nie mamy teraz dla siebie zbyt wiele czasu. Poza tym niezmiennie uważamy, że spędzanie go z młodymi ludźmi to dla Ani o wiele lepszy pomysł na życie niż wiązanie się z nami. Jej przyszłość na pewno nie znajduje się przy naszym boku, choć dla nas to byłaby bezdyskusyjnie wspaniała perspektywa:)
Ach, jakąż radością był dla mnie ten niespodziewanie podarowany przez życie czas z Anią - najpierw w jej mieszkanku w towarzystwie dwóch zaniepokojonych zamieszaniem króliczków, a potem jeszcze w restauracji na rogatkach Łodzi, z którą mamy mnóstwo miłych wspomnień.
Zuzia i Kacper do nas niestety nie dołączyli - okazało się, że pakowanie było bardziej czasochłonne niż mogli przypuszczać. Szkoda, wolałabym, żeby nie było żadnego odstępstwa od planu idealnego - zawsze to miło mieć wszystkich bliskich w komplecie, nawet jeśli to trwa tylko przez krótką chwilę. Tym sposobem punkt czwarty rozciągnął nam się na dwa podpunkty, a dokładnie na dwie tury - choć ta druga to jedynie McDonald’s, bo pora już była taka, że wszystko inne zdążyło się pozamykać. Tak, wróciliśmy do domu nad ranem.
I tym sposobem następny szkolny tydzień rozpoczęłam znowu ze sporym niedoborem snu:) Ale dałam radę, już chyba przyzwyczaiłam się do zwiększonego wysiłku. Poza tym z każdym dniem nabieram jednak sił i mam nadzieję, że wkrótce przestanę postrzegać moją pracę jako przesadnie wyczerpującą. Znów szukam w niej pozytywów:) Oczywiście, że takie są:)
Wczoraj na przykład wróciłam do domu z kwiatkiem. Dostałam pięknego tulipana na Dzień Kobiet od dziewczynek z ósmej klasy. Bardzo mnie ten miły gest ucieszył - wobec pracowników, świadczących w szkole pomoc psychologiczno - pedagogiczną, on się właściwie zazwyczaj nigdy nie pojawia.
Mąż dokupił mi do kompletu jeszcze czternaście żółtych i karminowych tulipanów, zastąpiły (po)walentynkowe bukiety na jadalnianym stole. Tak bardzo staram się przyzywać już wiosnę, a ona wciąż udaje, że jest zupełnie głucha. Ranki ciągle w przymrozkach, a wychodzące w ciągu dnia słońce zachowuje się, jakby było w ogóle pozbawione mocy grzania. W ogródeczku przez ostatni miesiąc nie zdarzyło się dokładnie nic. Wiosenne rośliny zatrzymały wystawianie główek nad ziemię, a krokusy, które jeszcze w lutym zakwitły, teraz tylko skupiają się na przetrwaniu swych zmarzniętych i najczęściej stulonych mocno kwiatków. Ach, kiedyż wreszcie będziemy czuli wiosnę w powietrzu? Przecież właśnie za to zwykle tak bardzo lubię marzec.
Ale jednocześnie mimo tego całego narzekania na wiosenną, kapryśną aurę, zawirowania pogodowe i nieustające zimno, zdaję sobie sprawę, że ten czas wcale nie jest u nas taki zły. Przecież całkiem niedaleko ta wiosna ukazuje swoje najgorsze z możliwych oblicz. Beata zwróciła mi dziś uwagę na nowe nagranie ukraińskiego prezydenta.
- Z niego to taki trochę poeta - skomentowała. To prawda, wystąpienia tego polityka poruszają, są bardzo przemyślane, pełne emocji i zaangażowania.
“- Spadł śnieg – ot, taka wiosna. Ale jaka wojna, taka i wiosna – sroga” - mówi na Instagramie Wołodymyr Żełenski.
“- Ale wszystko będzie normalnie, ze wszystkimi wygramy” – optymistycznie wybrzmiało zakończenie przesłania prezydenta.
(https://www.wprost.pl/polityka/10648510/najnowsze-nagranie-prezydenta-ukrainy-jaka-wojna-taka-i-wiosna-sroga.html)
No cóż, życzę tego naszym sąsiadom zza wschodniej granicy z całego serca. Póki co, wojna trwa u nich już czternasty dzień i staje się, przynajmniej wobec cywilów, coraz bardziej brutalna.
Oczywiście to wpływa na sytuację w naszym kraju. Do Polski przybyło już 1,33 mln uchodźców, a to daleko więcej niż jesteśmy w stanie przyjąć z zachowaniem przyzwoitych standardów i zdroworozsądkowych zasad. Dodatkowo to wszystko jest często puszczone na żywioł i generuje ogromny chaos. Widzę to choćby na swoim własnym zawodowym podwórku. Internet zapełnił się nagle tematem ogromu wyzwań i problemów, przed którymi stanęła właśnie polska i tak już niewydolna od dawna oświata. Dotyczy to na razie głównie wielkich miast, gdzie zjechało najwięcej dzieci w wieku szkolnym.
Natomiast do naszej szkoły zapisało się dzisiaj dwoje nowych ukraińskich uczniów, ale nie mamy wątpliwości, że będzie ich przybywało. Nie znają języka polskiego, a u nas pracuje tylko jedna nauczycielka, która mówi po rosyjsku. Stara gwardia, czyli moje pokolenie próbuje sobie jeszcze odświeżyć w pamięci jakieś szczątkowe umiejętności lingwistyczne z czasów podstawówki, ale młodsi przedstawiciele grona pedagogicznego czują się w tej sytuacji zupełnie bezradni. Lecz pomimo wszelkich przeciwności na pewno dołożymy starań, by pomóc dzieciom zaaklimatyzować się u nas. Zapewne już jutro zobaczymy, co z tego wyniknie...
Nasi szkolni koledzy przez Librusa życzyli nam wczoraj “pięknego, cudownego, pozytywnie zaskakującego życia!” Niech spełnią się dobre życzenia. Dopisuję następne:
Niech nowi uczniowie czują się u nas jak najlepiej. Niech wreszcie skończy się sroga wiosna i sroga wojna! I niech te dzieciaki u nas po prostu wiosennie rozkwitną...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz