Powrót do pracy po dłuższej nieobecności od dawna wiąże się u mnie z ogromem stresu. Mnóstwo spraw trzeba nadgonić - również zazwyczaj czas, który upłynął od ostatniego dnia w szkole. A przede wszystkim ogarnąć zmiany, jakie zaszły w międzyczasie.
W pierwszych szkolnych dniach tym razem okazało się, że mam jeszcze jeden problem. Pocovidowe osłabienie, które powodowało, że przemieszczenie się z jednego końca naszej rozległej szkoły na drugi przypłacałam fizycznymi objawami typu; utrata tchu, skurcze mięśni nóg, drżenie kolan. Ale pan doktor z publicznej przychodni podczas ostatniej wizyty, jakby uprzedzając wszelkie dyskusje, stwierdził, że już mnie dość (tego w ogóle nie skomentuję) "trzymał na zwolnieniu” (ON, a nie choroba!). Dodam tylko, że było to w trakcie objaśniania mu, jakie mam objawy (w tym właśnie opisywałam ten nieprawdopodobny brak sił, który teraz tak mi boleśnie dokucza). O zwolnienie nie prosiłam, bo nigdy nie umiałam tego robić - ba, nawet o nim ani słowa nie pisłam. No ale tak właśnie wygląda zrozumienie pacjenta, jeśli nie zapłaci lekarzowi za prywatną wizytę.
Niemniej choć czuję, że zostałam zbyt wcześnie skierowana z powrotem do szkoły, to teraz dzielnie sobie szukam powodów, dla których należało już tam wrócić. W pierwszym rzędzie postanowiłam skupić się na objęciu opieką moich ukraińskich uczniów.
Z tego, co jednak wkrótce ustaliłam (konsultacje z wychowawcami), większość z nich nie potrzebuje podejmowania w szkole jakichś ekstra działań, bo ma się całkiem dobrze. To dzieci z rodzin, które zdążyły w Polsce już lata temu zapuścić korzenie. W swoim nowym kraju żyją od dawna swoim "nowym życiem", niespecjalnie ogladając się wstecz.
Dla tych dzieci, o które od czasu rozpoczęcia wojny martwiłam się najmocniej, też nic niestety nie mogę zrobić. Najciężej przeżyłam fakt, że nie będę już miała kontaktu z moją ulubioną M., bo w międzyczasie mama zabrała dziewczynkę do Warszawy. Na szczęście podobno jej siostra wraz z dwójką maluchów szczęśliwie zdążyła uciec z zagrożonego rosyjską inwazją miasta na południu Ukrainy i teraz te dwie rodziny mieszkają niedaleko od siebie. Napisałam do M. na naszym szkolnym Teamsie, ale nie wiem, czy ona tam jeszcze w ogóle zagląda.
Dzień powrotu do pracy okazał się także dniem pożegnania z L. To też uczennica, z którą czułam się mocno związana. Teraz dziewczynka przeprowadza się do Poznania. Wyściskałyśmy się ze świadomością, że pewnie to ostatni raz w życiu:( Tak w ogóle to mam wrażenie, że to, co obecnie dzieje się w kwestii uchodźców, stało się dla niektórych Ukraińców, przebywających od lat w naszym kraju, szansą na zmianę swojego położenia i bodźcem do działania w tym kierunku.
Lepszego czasu już chyba na to nigdy nie będzie. Wśród Polaków zapanował teraz taki poryw entuzjazmu i chęci pomocy wszystkim przybyszom zza wschodniej granicy, że czasem to wydaje mi się zupełnie oderwane od realiów ekonomicznych. Ludzie wpłacają pieniądze na potrzeby uchodźców, uczestniczą w wielu składkach potrzebnych artykułów, pracują jako wolontariusze, poświęcając na to na przykład urlopy wypoczynkowe, przyjmują Ukraińców w swoich domach, pomagają imigrantom się zaadoptować, gotują dla nich, rozwożą ich po Polsce. Wszystko to w czasach nieprawdopodobnej drożyzny, galopującej inflacji i wzrostu cen, kiedy tak naprawdę to większość naszych obywateli finansowo ledwo zipie. Oczywiście że to piękny odruch serc poruszonych współczuciem, lecz jego intensywność ma taką moc, że cały ten ogień może doprowadzić do szybkiego wypalenia.
Ale póki płonie, to napawa nas zadowoleniem z tego, co robimy i co na pewno ma ogromne znaczenie dla ludzi uciekających z kraju, gdzie dziewiąty dzień z rzędu trwa regularna wojna. Przez ten czas polską granicę przekroczyło już ponad 600 tysięcy uchodźców.
Jak to wpływa na na nasze codzienne życie? Opiszę tutaj perypetie, które dotknęły nas czwartego dnia wojennej zawieruchy. Pojechaliśmy wówczas spotkać się z Kacprem pierwszy raz po chorobie. Przy okazji mieliśmy go podwieźć na dworzec kolejowy w Krakowie - nasz syn tej niedzieli wybierał się do Łodzi na spotkanie z Z. No i wszystko zaczęło się komplikować już od początku tej podróży.
Kraków okazał się w to niedzielne południe nieprawdopodobnie zakorkowany - miasto, które sobie zazwyczaj słabo radzi z ruchem ulicznym, tym razem przy napływie dodatkowych aut z Ukrainy, praktycznie zostało unieruchomione. No ale w końcu jakoś się nam udało przebrnąć do dworca i praktycznie w ostatnich minutach Kacper pojawił się na peronie, gdzie... po pociągu nie było ani śladu. Okazało się niebawem, że część taboru kolejowego została przydzielona do ewakuacji Ukraińców.
Ale trudno by się doszukać na dworcu w Krakowie takich informacji. Nic więc dziwnego, że nasz syn strasznie się podenerwował - właśnie sypał mu się plan, by jeszcze tego samego dnia wrócić z Z. do Krakowa. Postanowiliśmy pomóc - znaleźliśmy w rozkładach jazdy jakieś połączenie z Częstochowy do Łodzi. Przy odrobinie szczęścia Kacprowy plan mógł jeszcze zostać uratowany. Bez dalszego ociągania wyruszyliśmy więc w stronę najsłynniejszego pielgrzymowego miasta Polski.
Niestety, chwilę później wiedzieliśmy już, że nic z tego nie będzie. Przy wjeździe na autostradę natknęliśmy się na bramkach na kosmiczne kolejki, a w nich na całe mnóstwo samochodów na ukraińskich tablicach. Utknęliśmy na dobre, Kacper - nie bez rozpaczy - musiał zmienić plan. W końcu poprosił o podwózkę do Trzebini.
No i co? Wkrótce wszyscy się załamaliśmy - na miejscu okazało się, że na dwóch kolejnych interesujących naszego syna połączeniach są półgodzinne opóźnienia, które dodatkowo “mogą się zwiększyć”. Po tym czasie ze zdenerwowania Kacper pomylił się i wsiadł w pociąg w przeciwnym kierunku do zamierzonego (i choć upewnialiśmy się, co do niego u stojących na peronie SOK - istów, to niestety nie okazali się oni ludźmi godniymi zaufania:(
Pojechaliśmy więc odebrać syna z Jaworzna - Szczakowej - to był pierwszy przystanek na mylnie obranej trasie, gdzie można było wysiąść. Tyle, że o ile pociąg radzi sobie z takim dystansem w przeciągu dziesięciu minut, to samochód ma do pokonania okrężną, co najmniej półgodzinną drogę.
Postój w każdym z tych miejsc po drodze sprawił, że zrobiło się naprawdę późno i Kacper postanowił w końcu zostać na noc w Łodzi. Tyle że jeszcze należało do niej dojechać o jakiejś przyzwoitej porze. I wtedy właśnie wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Nie tak to miało wyglądać, ale najwyraźniej tak to musiało być.
I choć Kacper bardzo protestował, to uznaliśmy, że nawet dla naszego własnego spokoju i dobrego samopoczucia nie będziemy go ani zostawiać, ani go potem szukać na kolejnych dworcach (bo znów pojawił się pomysł z Częstochową w roli głównej i z przesiadką w Koluszkach na dodatek!). Ten dzień zakończyliśmy więc w Łodzi, a następny (ze sporym niedoborem snu) powitałam już w pracy. Ale absolutnie nie narzekam. Wprost przeciwnie - cieszę się, że to tylko takie przeciwności losu nas spotkały. Przecież są teraz wokół nas ludzie znacznie bardziej doświadczeni przez życie. Przypomina mi się zamieszczony na facebooku przez przyjaciółkę ze studiów wpis kierowcy, który jeździ do Lwowa po uchodźców:
“Na blokadzie kontrola. Kontrolujących jest zawsze kilkoro, zawsze wyposażeni w poważną broń (...) Wchodzi policja lub żołnierz, sprawdza czy nie ma mężczyzn i jedziemy dalej. Takich blokad jest kilka i mam wrażenie że z każdym dniem przybywa.
Po kilku godzinach zaczyna się ukraińska kontrola w autokarze. Wczoraj było małżeństwo, na oko 20-latkowie i chłopak z dziewczyną - 19 lat. Musieli ich wyciągać z autokaru. Kolejny lamet dziewczyn. Ten młodszy coś odpyskował żołnierzowi. Ten zaczął go wyzywać że natychmiast go zwerbują i wyślą pod Charków. Ze spuszczoną głową zabrali torby i odeszli.”
Czymże są więc trudności w podróży Kacpra w porównaniu z tymi, na które natykają się młodzi ludzie z Ukrainy? Jakie konsekwencje poniósłby nasz syn, gdyby nie dojechał do celu w porównaniu z następstwami przypadków opisywanych przez kierowcę - zawróconych z drogi ukraińskich chłopców i dziewcząt? Przecież nie każdy człowiek w wieku 19 - 20 lat chce i czuje się na siłach, by zostać wojennym bohaterem. Ci młodzieńcy i ich dziewczyny/żony powinni się na tym etapie życia po prostu nim cieszyć. Kochać i bawić się, a nie szykować na śmierć.
Wstrząsnęła mną ta relacja. W pierwszym dniu marca przekleiłam ją do swojej facebookowej Akademii Rodzica. I podziękowałam Bogu, że jako rodzice mamy z mężem tak wielki komfort psychiczny - nie musimy się martwić o sprawy wagi życia i śmierci naszego dziecka. Mamy też możliwość w zasadzie na każde wezwanie pospieszyć Kacprowi z pomocą, jeśli tego potrzebuje.
A jak wielką bezsilność zapewne teraz czują rodzice z Ukrainy, którzy nie mogą w żaden sposób pomóc swoim dzieciom w przerastających je sytuacjach? Którzy muszą je zostawić samym sobie, wiedząc, że nie są przygotowane (bo nikt na to nie przygowuje swoich dzieci), by mierzyć się z światem, gdzie celem czasem jest tylko/aż przeżycie?
Liczenie w takich okolicznościach na łut szczęścia przy braku możliwości uzyskania realnego wsparcia jest bardzo ryzykowne. Tak strasznie mi przykro, że codziennie tyle dzieciaków musi podejmować to ryzyko i... przegrać, będąc zdanymi jedynie na własne, wątłe siły...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz