sobota, 23 sierpnia 2025

W KSIĘŻNICZKOWIE - SRI LANKA: Anaradhapura, Polonnaruwa, Minneriya

Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/rankiem-przysza-pora-na-realizacje.html

Tak naprawdę to miała być Sigiriya. Chciałam, żeby to ona była naszą bazą wypadową na północy Sri lanki. Snułam plany, znalazłam wymarzony hotel (Sigiri Rock Side Home Stay), zrobiłam rezerwację (oczywiście, że z możliwością odwołania). Musiałam jednak je urealnić po przeczytaniu opinii na temat podróżowania po Sri Lance komunikacją publiczną – nie chciałam, byśmy z Anią dotarły do usytuowanego w dżungli obiektu już po zmroku (wszyscy przestrzegali, że to niebezpieczne).

Stanęło więc na Dambulli, która była położona znacznie bliżej od naszego hotelu w Negombo i dużo lepiej z nim skomunikowana. To tam ostatecznie zamówiłam nasz pierwszy nocleg na północy. Miał on mieć taki trochę „tranzytowy” charakter, na kolejne dwie noce oczywiście zamierzałyśmy się przenieść do Sigiryi. I to rankiem tuż po śniadaniu. Oj, jak to dobrze, że życie pisze własne scenariusze:).

Bo… z uwagi na zamówione u Apiego wycieczki rankiem wyjechałyśmy nie do Sigiryi, lecz do Anuradhapury.

to historyczna stolica syngaleskiego buddyjskiego państwa, które rozwijało się w okresie III wiek p.n.e.–XI wiek n.e. Według legendy początek miastu miała dać mniszka buddyjska Sanghamitta[1]przywożąc i ofiarując królowi Sri Lanki (...) gałąź ze świętego drzewa Bodhi, pod którym miał medytować i doznać oświecenia Budda” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Anuradhapura).

Przypis własny:):

[1] Sanghamitta to córka legendarnego króla Aśoki, którego dzieje opowiada słynny film rodem z Bollywood, oglądany z Anią podczas jej ostatniego pobytu u nas. Z kolei brat mniszki - Mahinda jest uznawany za "apostoła" buddyzmu na Sri Lance. Według przekazów miał on zaszczepić nowe wyznanie królowi Devanampiyatissa, którego napotkał na wzgórzu Mihintale. Miejsce to zwiedzałyśmy z Anią również podczas wycieczki do pobliskiej Anurathapury."Król Devanampiyatissa był tak zachwycony przesłaniem, że postanowił zbudować pierwszą buddyjską świątynię na Sri Lance, co stało się przełomem w historii wyspy" (https://wyskoczmy.pl/mihintale-miejsce-narodzin-buddyzmu-na-sri-lance/).

To co obecnie zwiedza się w Anuradhapurze jest rozległym kompleksem ruin, a także działających miejsc kultu buddyjskiego, po którym obwiózł nas Isuru. Dla wyznawców buddyzmu to święte miasto. Pełniło funkcję stolicy przez imponujące 1500 lat.

Następną z nich była Polonnaruwa (od XI do XIII w.n.e.). Tu również korzystałyśmy z usług Isuru, bo wbrew opisom w internecie, kompleks ruin i działających świątyń w tym miejscu również jest rozległy. Podobnie jak w Anuradhapurze zwiedzanie zajęło nam więc prawie cały dzień. Na pewno wpływ na to miał fakt, że odbywa się ono bez butów (jak we wszystkich buddyjskich, świętych miejscach), co przy lankijskim upale sprawiało, że nic nie było ani łatwe, ani szybkie. Za to poparzone stopy miałyśmy po tym doświadczeniu w gratisie.

Skąd w ogóle wiedziałam, co trzeba zobaczyć na Sri Lance? Ano ze świetnego bloga „Plecak i walizka”, który chwaliłam już wcześniej. Wpis pt. „Atrakcje Sri Lanki: co warto zobaczyć + CZEGO NIE POLECAM” wydaje mi się być obowiązkową lekturą przed planowaniem pobytu w tym kraju.

Można skorzystać również z „bardzo praktycznego” przewodnika (płatny e-book), wydanego przez autorkę bloga. Więc, jeśli ktoś chciałby zapoznać się z konkretnymi opisami zwiedzania Anarudhapury czy Polonnaruwy, to mogę go tam odesłać. To takie moje wirtualne podziękowanie za wirtualną pomoc. Ale oczywiście w internecie nie brakuje też bezpłatnych wskazówek i propozycji, jak zwiedzać historyczne lankijskie stolice.

Osobiście nie wykreśliłabym z planu zwiedzania Sri Lanki żadnej z nich. Obie wywarły na nas ogromne wrażenie i mimo pozornych podobieństw, każda z nich miała swój własny charakter. W 1982 roku zarówno Anuradhapura, jak i Polonnaruwa zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

A czy my z Anią możemy coś podpowiedzieć turystom, którzy zwiedzają lankijską północ? Ostatnio zgodnie stwierdziłyśmy, że tak. Nasza sugestia jest taka, że jeśli ktoś zatrzyma się w Evergreen w Dambulli, to w sprawach wycieczek powinien absolutnie trzymać się propozycji Apiego. My tego nie zrobiłyśmy, upierając się przy własnym planie, a potem żałowałyśmy.

No i niestety połączyłyśmy jednego dnia zwiedzanie Anuradhapury z Parkiem Narodowym Minneriya, przez co miałyśmy o wiele za mało czasu na podziwianie cudownych, mega cudownych, przecudownych dzikich słoni w ich naturalnym środowisku. I to o tej porze roku, gdy można tam zobaczyć mnóstwo samic i ich „babies”, o których zachęcająco wspominał wcześniej Api.

Ale i tak safari w tym parku było dla mnie największym przeżyciem na Sri Lance, nawet jeśli trwało tylko dwie godziny i przepłaciłyśmy naszego kierowco - przewodnika (cena byłaby znacznie niższa, gdybyśmy skorzystały z wycieczki zorganizowanej przez naszego gospodarza wczesnym popołudniem). No ale za to miałyśmy auto terenowe wyłącznie do naszej dyspozycji, co sprawiało, że w porównaniu do innych turystów czułyśmy się wyjątkowo elitarnie. Znów więc wyszło jakoś „księżniczkowo”;).

Oczywiście w tak krótkim czasie zobaczyłyśmy niewiele zwierząt poza słoniami – wiewiórkę cejlońską na parkingu, jednego bawoła, jednego krokodyla i to tak daleko, że równie dobrze można nam było wmówić, że oglądamy cokolwiek innego:), trochę ptaków: dzikie pawie, kormorany, czaple, dławigady indyjskie, ibisy, żołnę wschodnią. No i oczywiście małpy – jedna z nich porwała nawet wałówkę, którą przygotowałyśmy na tę wyprawę.

- Spuściłam z oczu tylko na chwilę – tłumaczy Ania. Nie wiem, po co tłumaczy. A gdyby nie spuściła, to co? Walczyłaby z małpą o nasze ciastka? Na szczęście nic wartościowego w tej torbie nie było:).

Ale rozkoszniaki małe – Monika i tak zachwyca się makakami rozczochranymi (naprawdę mają taką nazwę:), gdy opisuję jej całe zdarzenie.

Nawet bym im tego jedzenia nie żałowała.

Ale mi się nie rozchodzi o słodycze, choć było ich niemało – tłumaczę.

Dobrze, że wzięły, miałam się odchudzać.

Bardziej się martwię, czy im czekolada nie zaszkodzi, bo tam była.

Niestety pozostało z niej tylko opakowanie… Na małpy trzeba uważać wszędzie na lankijskiej północy. Jest ich tam pełno. Raczej nie są agresywne, ale potrafią ukraść dosłownie wszystko. Niemniej jest to również atrakcja tego kraju. Oprócz tych rozczochranych makaków widziałyśmy tam jeszcze stada niezwykłych lutungów białobrodych.

Ale i tak nic się nie może równać ze słoniami. Nic. Słonie na wolności pobiły chyba wszystko, co widziałam do tej pory. Nawet, gdybym miała nic więcej nie zobaczyć na Sri Lance, to dla tych dwóch godzin na safari, warto było odbyć tę podróż.

Oniemiałam wprost, gdy słonie ukazały się naszym oczom po raz pierwszy. Oczywiście, że miałam nadzieję, że podczas safari to się wydarzy. Ale wyobrażałam sobie obserwację słoni jako doświadczenie ich obecności z daleka, czyli coś takiego jak oglądanie tego ledwo widocznego z auta krokodyla. To, że będziemy im podjeżdżali prawie pod nogi, gdy się pasą, lub że one będą wychodziły z dżungli pomiędzy auta z turystami nie mieściło mi się wcześniej w głowie. Nie byłam na to przygotowana, czułam kompletne zaskoczenie.

To nie fotomontaż, prawie się o nie ocieraliśmy – komentuje znajomym przesyłane fotki.

W naturze są jeszcze piękniejsze – podsumowuje zgodnie z prawdą Monika.

I chyba przyzwyczajone do ludzi

Wygląda na to, że tak. Odwiedzony przez nas park narodowy powstał w 1997 roku i od tego czasu zapewne słonie miały okazje przyzwyczaić się do nieustannych obserwatorów. Według AI obszar ten słynie „z corocznego zjawiska zwanego "The Gathering", podczas którego setki słoni gromadzą się przy zbiorniku Minneriya w porze suchej (lipiec-wrzesień)”. Opowiada nam o tym również nasz przewodnik. Jakie to szczęście, że mogłyśmy być w tej okolicy w takim czasie.

Turystów tu sporo, ale faktem jest, że ochrona przyrody potrzebuje nakładów finansowych, które można dzięki turystyce pozyskać. Na Sri Lance utworzono 26 parków narodowych i na pewno ich funkcjonowanie generuje spore koszty. No w każdym razie pocieszam się korzyściami pieniężnymi na rzecz ochrony przyrody, gdy widzę, jaka ilość samochodów przemierza parkowe tereny. Oraz tym, że przynajmniej w nocy zwierzęta pozostają same – gdy słońce chyli się ku zachodowi rozpoczyna się szalony rajd, by wyjechać z parku. Po zmroku przebywanie w nim jest absolutnie niedozwolone i po prostu bardzo niebezpieczne.

To moje pierwsze safari w życiu. I niezapomniane przeżycie. Te przedwieczorne chwile, gdy mamy słonie kąpały w jeziorze swoje niedawno narodzone słoniątka takim wspomnieniem ze Sri Lanki, do którego wracamy z Anią najczęściej. Połączenie majestatyczności z czułością stało się dla mnie najbardziej zachwycającą odsłoną Natury.

Obecnie na Sri Lance żyje około 7500 słoni. Są one zwierzętami chronionymi. Ich zabicie zagrożone jest nawet karą śmierci. Niemniej interesy mieszkańców Północy i słoni nie są zbieżne. „Tak duża populacja, w połączeniu ze stosunkowo niewielkim obszarem Cejlonu, na którym w dodatku obszary występowania słoni zajmują tylko część wyspy (...) powodują, że zagęszczenie słoni na Sri Lance jest rekordowe na świecie. A przede wszystkim – nie ograniczają ich płoty parków narodowych, które ogrodzeń w większości po prostu nie mają” – można przeczytać na stronie https://wniezadeptane.pl/sri-lanka-wyspa-z-gwarancja-slonia/.

I właśnie to widzimy po wyjeździe z parku. Nasz kierowca pokazuje nam pasącego się na poboczu drogi sporego osobnika. Nie jest to jakaś osobliwość w tym rejonie. Nawet znaki drogowe ostrzegają kierowców o możliwości pojawienia się słoni na jezdni. Jak możemy przeczytać w dalszej części wspomnianego artykułu: „Problem narasta. Ciągłe zagrożenie ze strony grasujących słoni, które nawet jeśli nie zaatakują ludzi, to mogą zniszczyć ich niewielki dobytek, rodzi reakcję. Tym bardziej, że osady się rozrastają, a pola zajmują coraz większy obszar, wchodząc na siedliska słoni. W rezultacie drogi ludzi i wielkich ssaków przecinają się coraz częściej. Według badania z 2019 roku ludzie mieszkają na prawie 70% obszaru występowania słoni na Sri Lance, a prawie 40% gruntów poza obszarami chronionymi jest dzielone między ludzi i słonie”.

Rozmyślam o tym po drodze do Dambulli. Rzecz jasna, tego dnia zostajemy na kolejny nocleg w Evergreen, bo już nie uda nam się dotrzeć do Sigiryi. Zrobiło się ciemno i ze względu na aktywność dzikich słoni po zmroku nie możemy przemierzać dżungli, w której znajduje się zarezerwowany przez nas sigiryjski hotel. Api obiecuje, że zadzwoni tam, by wytłumaczyć nas właścicielowi. Możemy więc spokojnie odpocząć po tym ekscytującym dniu.

Ale ja, zamiast iść spać, jeszcze długo w noc z fascynacją wracam myślami do słoni. Mam w sobie tyle wdzięczności, że dane mi je było zobaczyć. No i cóż można jeszcze dodać na koniec dnia z wizytą w parku narodowym? Chyba tylko to, że choć pewnie przeszkadzamy tam słoniom, to przynajmniej w takich miejscach nikt nie robi im krzywdy.

Następny wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/codziennie-modyfikujemy-plany-dzis.html

niedziela, 17 sierpnia 2025

DWA OBLICZA - Łódź

 

Łódź ma jakby dwa oblicza – z jednej strony przymila się wysoką kulturą, spotkaniami z historią, czy choćby pełnymi relaksu i beztroski chwilami. Z drugiej - potrafi przytłoczyć, a nawet całkiem przygnieść atmosferą beznadziei, widokiem brudu, obrazami brzydoty, wnoszonymi w miejski krajobraz przez obszarpane kamienice, skrajnie zaniedbane podworce, dziwne, wręcz niebezpieczne zaułki, gdzie ludzie czasem pojawiają się jak duchy, a czasem siedzą przyczajeni niczym szczury.

Można więc jednocześnie zobaczyć w tym mieście i uskrzydlenie, i wegetację – być może zależnie od tego, co komu w duszy gra. Moim wysoko wrażliwym dzieciom zazwyczaj nie grało tu na wesoło. Podczas dzisiejszego porannego spaceru w kolejną rocznicę urodzin Bartka, myślę sobie, że jestem taka jak on – najbardziej dotykają mnie chyba te ciemne strony miasta. Przy wysokiej wrażliwości to trudny do zniesienia klimat. Może mój starszy syn nie powinien był studiować w Łodzi? Może gdzieś indziej byłby bardziej szczęśliwy? Zastanawiam się, jak musiał się czuć w tym mieście kilkanaście lat temu, gdy startowało ono dopiero do odnowy? Gdy jeszcze nie było w nim tych wszystkich poprawionych, czy też zrewitalizowanych części. 

Jak zwykle podczas takich rocznicowych dni, jak dzisiaj, zadaję sobie pytania, na które nie znajdę odpowiedzi. Ale i tak nie sposób wyłączyć w takich chwilach mózgu. Nie sposób też osiągnąć zrozumienia, choć równocześnie i nie sposób zaniechać prób, by zrozumieć.

Dzień miłości bez końca” - tak zatytułowała dzisiejsze urodziny Bartka w swoim kalendarzu Beata Pawlikowska. Za niespełna pięć miesięcy minie dziesiąta rocznica śmierci mojego starszego syna, a serce wciąż nie przestało mi krwawić. Na co dzień staram się żyć, jak inni, pewnie więc wszyscy sądzą, że moje cierpienie już mi „przeszło”. Ale ja czuję się teraz jak Łódź – też mam dwa oblicza.

Z jednym błąkam się samotnie po mieście niedzielnym rankiem, próbując rozchodzić przygnębienie i smutek. Drugie jest uśmiechnięte - uzewnętrznia niekłamaną radość, spowodowaną faktem, że mogłam ostatnie dni pobyć z Anią i że wspólnie przeżyłyśmy dobry czas jeszcze według wakacyjnego harmonogramu zajęć. Spędziłyśmy piękne chwile na termach w Uniejowie i na plaży nad Jeziorskiem, dwukrotnie odwiedziłyśmy balijski salon masażu – kupiłyśmy sobie zabiegi i na ciało, i na twarz, do tego testowałyśmy różne przysmaki zarówno w Łodzi, jak i w okolicach. Degustowałyśmy dania kuchni nie tylko polskiej, ale także indyjskiej oraz koreańskiej, posiedziałyśmy przy pysznej, włoskiej, reklamowanej w internecie kawce, wypiłyśmy wino z Gruzji i Australii. Obejrzałyśmy kilka filmów z akcją osadzoną zarówno w położonych blisko Łodzi Lipcach Rejmontowskich, jak również w dalekich Sri Lance i Korei.

Bardzo nam się więc zrobiły międzynarodowe te wakacje w Łodzi:). W Pradze (w powiecie poddębickim;) odbiłyśmy z głównej trasy, by spędzić przedpołudnie nad jeziorem, zwiedziłyśmy „łódzki Paryż”, czyli okrzykniętą tym mianem wyremontowaną ulicę Włókienniczą (będzie o niej jeszcze w aneksie) i omal się otarłyśmy o Neapol, pokazany w internecie na fotografii jednego z podwórek przy ulicy Rewolucji 1905. Niestety, choć przeszłyśmy ją w całości, to nie odnalazłyśmy tego neapolskiego miejsca, o którym wspomniała często ostatnio odwiedzana przeze mnie strona pt. „Łódź zwana pożądaniem” (polecam).

Staram się szukać inspiracji do pokochania tego miasta, gdzie tylko się da. „Grecja fajna ale Łódź najfajniejsza. Kocham to miasto" napisał przedwczoraj na fb autor polecanej powyżej strony po swoich greckich wakacjach. Jak widać wszystko jest możliwe. Łódź najwyraźniej da się pokochać. Staram się z całych sił w to uwierzyć. Staram się znaleźć wszelkie możliwe pozytywy Łodzi.

Chwile spędzone z Anią i jej słodkim króliczkiem są zawsze pozytywne. I to właśnie sprawia, że wracam do Łodzi raz po raz. Gromadzę wspomnienia i zabieram z sobą w drogę powrotną to, co najlepsze. Nie jeżdżę po świecie, by rozkminiać. Rozkminy przychodzą same. Już się z tym pogodziłam.

Chcę wrócić z  Łodzi z obliczem normalności. Nie było mnie w domu zaledwie parę dni, ale już zdążyłam się stęsknić za dzieciakami. Chcę spędzić z nimi ten ostatni tydzień przed moim powrotem do szkoły. Oblicze pełne cierpienia staram się zmazywać z siebie po drodze - z każdym przejechanym kilometrem bardziej. W końcu wiatr wywiewa resztki z pociągu na którejś ze stacji. Moi domownicy potrzebują normalnej i uśmiechniętej matki. I taka właśnie wkraczam w rodzinne progi...



P.s. Jeszcze Madzia przysłała info, że dziś Dzień pozytywnie zakręconych. Cieszę się, że ma on również tak pozytywne konotacje.

P.s.1. A teraz widzę, że autor strony „Łódź zwana pożądaniem” skomentował własny post o treści: Grecja fajna ale Łódź najfajniejsza. Kocham to miasto".

Komentarz brzmi: "Chociaż ta miłość ma w sobie coś z syndromu sztokholmskiego"

 "Uzależnia w nie do końca normalny sposób

Hmm..., nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że to żarty, to nie wiem, czy o taki rodzaj zakochania mi chodzi...


ANEKS (w przygotowaniu)

czwartek, 14 sierpnia 2025

WITAMY W NASZEJ BAJCE - Sri LANKA: Negombo - Dambulla

Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/to-nie-bya-podroz-to-bya-przygoda.html

Rankiem przyszła pora na realizację marzeń. Ale zanim zjemy śniadanko nad wodą, to musimy:

1. Iść do bankomatu. I po drodze przekonać się, że na Sri lance nie umiemy nawet przejść na drugą stronę ulicy!, bo pasów nie ma, a żaden z kierowców nie sprawia wrażenia, jakby nasza obecność na jezdni skłaniała go do zdjęcia nogi z gazu. Powoli uczymy się, jak Lankijczycy, balansować w ruchu ulicznym na granicy życia i śmierci. Ale jesteśmy pojętnymi uczennicami, staramy się naśladować miejscowych i w końcu jakoś udaje nam się dotrzeć do celu.

I wówczas ogarnia mnie popłoch, bo cała kolejka młodych ludzi zagląda mi przez ramię, podczas obsługi bankomatu. Na szczęście zdaje się, że ich zamiary są dobre, próbują pomóc. Mamy wreszcie tyle rupii, że trudno je zmieścić w portfelu:) - na Sri Lance turysta najczęściej płaci tysiącami i dziesiątkami tysięcy. Po drodze jeszcze wchodzimy do sklepu, gdzie wreszcie mamy możliwość zakupienia butelkowanej wody, a także rozejrzenia się po miejscowym asortymencie. I wreszcie można odtrąbić wykonanie pierwszego zadania na ten dzień.

2. Następne polega na tym, że trzeba czekać na pojawienie się w pracy kelnera (a może i też kucharza – nie do końca zrozumiałyśmy krzątające się po restauracji dziewczyny). I to omal do samego wykwaterowania z hotelu. Mimo że poprzedniego dnia sygnalizowałyśmy chęć skorzystania ze śniadań. No ale trudno, nie po to wydałam tyle kasy, by spełnić marzenie i zjeść poranny posiłek nad brzegiem laguny, żeby to odpuścić na ostatniej prostej.

Co prawda ogólny plan był taki, żeby próbować jak najszybciej dostać się do Dambulli, ale ponieważ na Sri Lance i tak nic nie poszło jeszcze zgodnie z planem, to pozostało tylko zdać się na to, jak potoczą się dalej wypadki. Czekamy więc na śniadanie ze spokojem.

Najpierw, jak zwykle na naszych wakacjach, przy porannej kawce na balkonie. I tu trzeba uczciwie przyznać, że spełniał on wszelkie oczekiwania, a widoki nawet je znacznie przewyższały! Są to wielkie atuty hotelu, cieszymy się nimi, chwilami relaksu i delikatną bryzą znad laguny. Tylko kawa (choć już wówczas nasza własna) jakaś nieprzyjemna w smaku. Ale to chyba sprawa wody, której używa Dream Lagoon. No trudno, lepsza taka kawa niż żadna, a szkoda byłoby porzucić ustanowioną podczas wyjazdu wakacyjną tradycję rozpoczynania dnia w taki sposób.

Balkon służy nam również do obserwacji pracy fotografa podczas sesji zdjęciowej. Na pomoście naszego hotelu pozuje mu przepiękna modelka w czarnej sukni. Gdy odkrywa nasze zainteresowanie, to wówczas przytrafia nam się jedna z najmilszych chwil podczas całego pobytu. Dziewczyna zostawia dla nas kwiaty na stoliku nad wodą, zachęcając gestami i uśmiechem do odbioru. Jednak kiedy wreszcie trafiamy na taras, to nie ma tam już nikogo. Po naszej zjawiskowej modelce zostały tylko kwiaty.

Ale ten pobyt na tarasie bez żadnego towarzystwa też jest miłym kawałkiem dnia. Możemy napawać się spokojem i bliskim kontaktem z naturą. Fale chlupoczą o brzeg, pokrzykują ptaki, słychać szelest palmowych liści na powiewającym od wody wietrze. Zbieramy siły na dalszą część dnia i robimy własną sesję zdjęciową z pozostawionymi margerytkami. Do dziś mi szkoda, że ich nie zasuszyłam – to na pewno byłaby jedna z najmilszych pamiątek z podróży.

Wreszcie dostajemy zamówione śniadanie. No i nie żałujemy ani trochę, że na nie tak długo czekałyśmy. Przygotowane dla nas vege rotti jest pyszne i w obfitej porcji. Dobrze się też komponuje z zimnym piwem imbirowym:). Marzenie o posiłku nad wodą zostaje spełnione.

Ktoś z klientów Dream Lagoon napisał na internecie, że ośrodek to przede wszystkim restauracja. Uwaga właściciela i obsługi skierowana jest właśnie na nią, a hotel to taka działalność poboczna (albo raczej uboczna). Wspomniany komentarz wyraż też wątpliwości, czy na pewno w tym układzie potrzebna. No cóż, powiem szczerze, że nad talerzem swojego rotti też zaczęłam się nad tym zastanawiać:).

Ale tak zupełnie serio, to Dream Lagoon ma potencjał, żeby być jednym z luksusowych hoteli w tym rejonie Sri Lanki. Lokalizacja, możliwość uprawiania sportów wodnych, wygląd zewnętrzny są nie do przecenienia. A i wnętrze po gruntownym sprzątaniu, drobnych naprawach, odświeżeniu, zadbaniu i ogarnięciu w spójną, logicznie oraz estetycznie ułożoną całość zmieniłyby los tego obiektu nie do poznania. 

Do tego oczywiście potrzebna jest wyszkolona i taktowna obsługa. I trzeba uczciwie przyznać, że właściciel stara się chyba wprowadzić w tym zakresie jakieś zmiany – na fb widzę, że tydzień przed naszym wyjazdem do Azji zamieścił ogłoszenie o naborze do pracy w charakterze house keeping, cleaning staff, waiter. Jeśli ci ludzie będą pracowali inaczej niż dotychczasowa obsługa, to być może już wkrótce turyści wyjadą z tego miejsca z innymi wrażeniami niż my.

Jeśli o nas chodzi, to niestety po dobrym śniadaniu pozostał niesmak. Kolejny już w Dream Lagoon. Przy płaceniu okazało się, a jakże, że kelner nie ma pieniędzy, by wydać resztę. Oczywiście miałyśmy zamiar zostawić mu napiwek, no ale nie w kwocie równej wartości zamówienia! Byłam tak zdenerwowana, że popsuł tym samym „spełnione marzenie”, iż nawet nie starałam się już być miła. Co prawda nie posunęłam się aż tak daleko, jak autorka wspomnianego w poprzednim wpisie bloga Plecak i walizka, by walić gościa bananem po plecach, ale pioruny w oczach się pojawiły. No i rzeczywiście, nagle okazało się, że reszta do wydania jakimś cudem odnalazła się bez trudu w kelnerskich kieszeniach. Oczywiście, że z potrąceniem napiwku, ale już mniejszego niż początkowo próbowano wyłudzić. I cóż, znowu pozostało tylko machnąć ręką...

A na to wszystko w hotelu pojawił się recepcjonista, który nas naciągnął na solidny napiwek poprzedniego wieczoru i poprosił o... wystawienie Dream Lagoon dobrej opinii! No nie panowie, w taki sposób się jej nie zdobywa. Opiniuję odwiedzane miejsca z przyjemnością, ale wybieram te, które na to zasługują. A wam na ten moment dziękujemy. Już nawet nie chcemy, żebyście nam ułatwili organizację dalszej części podróży. Dotrzemy do Dambulli bez waszej pomocy.

I tak oto decydujemy się z Anią dojechać taksówką do najbliższego dużego miasta, bo szkoda nam czasu na ogarnianie komunikacji publicznej w Negombo (Dream Lagoon znajduje się na jego przedmieściach w Katunayake). Niestety spełnianie mojego marzenia zajęło całe przedpołudnie. 

Odpalamy PickMe i wkrótce już jesteśmy w drodze na dworzec autobusowy w Kurunegala. Jedziemy przez piękne, spokojne tereny pełne zielonych ogrodów oraz… willi, posiadłości, rezydencji. Ich rozmiar, rozmach i kolonialny styl robią wrażenie. Przed wyjazdem na Sri Lankę czytałam, że to biedny kraj, toteż spoglądam na ten krajobraz za oknami samochodu ze zdumieniem. Dopiero później będę miała okazję stwierdzić, że ta nadmorska okolica w bliskości stolicy jednak różni się od innych części wyspy.

Dalsza część drogi upływa nam na płatnej autostradzie i choć tu nie mam zbyt wielu okazji do obserwacji życia mieszkańców, bo okolica mniej ludna, to cieszę się, że jazda jest szybsza. Tak w ogóle to pokonywanie kilometrów na Sri Lance jest uciążliwe i długotrwałe - ze względu na stan dróg lub ich brak, i z powodu zaskakującego czasem użytkowania,  zarówno przez ludzi, jak i przez zwierzęta. Tu nie można obliczać czasu jazdy podobnie jak w innych odwiedzonych wcześniej przeze mnie krajach. Właśnie biorąc to pod uwagę, zaplanowałam tego dnia tylko przejazd do Dambulli, choć wolałabym dojechać dalej (Sigiriya). I tak wygląda na to, że spędzimy w takiej podróży cały dzień.

No ale wreszcie docieramy do miejsca przesiadkowego. Jak potem doczytam, pełne chaosu i hałasu miasto (czyli normalne na lankijskie standardy:) jest również znanym w kraju ośrodkiem historycznym. „Kurunegala była starożytną stolicą królewską przez 50 lat, od końca XIII do początku XIV wieku” (https://en.wikipedia.org/wiki/Kurunegala).

Kierowca wysadza nas pod dworcem autobusowym w niedozwolonym na postój miejscu, z którego stara się jak najszybciej odjechać. Zostajemy więc same z dalszą organizacją podróży. Przez chwilę błądzimy z naszymi wielkimi walizkami między rozmaitymi autobusami, ale w końcu jakaś dobra dusza wskazuje nam ten właściwy. Wsiadamy. I od razu wiemy, że będzie wesoło.

Podróżowanie autobusem po Sri Lance to jedna z przygód, którą warto zaliczyć. Oczywiście wyzbywszy się wcześniej europejskich standardów. Nasz „wesoły autobus” jest kolorowy, z wszelkimi możliwymi ozdobami wokół stanowiska kierowcy, głośną muzyką i obsługą pokrzykującą na całą okolicę. Co rusz wchodzą do niego jacyś sprzedawcy wszystkiego, co się da sprzedać i, o dziwo, mają swoich klientów wśród pasażerów. Załoga zapala kadzidełka (i nie wiadomo, co jeszcze:), więc podróż rozpoczynamy w gęstym zapachu i dymie. 

Wyjeżdżamy z dworca. Ania robi zdjęcia we wnętrzu. Gdy po powrocie oglądają je koleżanki z jej pracy, to dopytują, czy palił nam się silnik:).

Jedziemy prosto na wielki posąg Buddy, górujący nad miastem na słynnej (info z internetu:) Skale Słonia. Potem znów robimy dłuższy postój, by przed dalszą drogą można było pokrzyczeć i zawiadomić wszystkich zainteresowanych i nie, że wybieramy się do Dambulli.

W międzyczasie dostaję stamtąd wiadomość, że właściciel zamówionego hotelu organizuje nam do niego transfer z centrum miasta. Zaczynającą się słowem „sure”. Jaka to miła odmiana po kontakcie z obiektem w Negombo.

I rzeczywiście Evergreen Dambulla to zupełnie inne podejście do klienta, inne normy, inny stan umysłu. Ale o tym będzie w drugiej części wpisu.

Tymczasem dojeżdżamy, Bogu dzięki, w miejsce docelowe. Zgodnie z umową, w centrum czeka na nas hotelowy, czerwony tuk-tuk. Wygoda, kultura, dbałość o nasze potrzeby - nagle czujemy się jak w innej bajce. A potem jest już tylko lepiej i wciąż lepiej. To bajka, w której jesteśmy księżniczkami, a nasze życzenia się spełniają, zanim zdążymy je pomyśleć. Czerwonym tuk-tukiem startujemy w księżniczkowy etap naszej podróży. „Witajcie w naszej bajce…”

*

W Evergreen Hotel Dambulla zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Położony nad rzeczką na uboczu miasta obiekt rzeczywiście tonie w zieleni. Ogród z drzewami mango za oknami pokoju, pola ryżowe za murkiem restauracji, przepiękny widok na zielone góry z tarasu na dachu wprost powala. Jak wynika z opinii w internecie, niektórzy potrafią stamtąd dostrzec nawet znacznie więcej niż ja:).

"z tarasu widać złotego Buddę w Świątyni Jaskini Królewskiej!" napisał w Googlach kilka miesięcy przed naszą wizytą niemieckojęzyczny Sebastian „Kobikyuubi” Jakobi. Cóż, jeśli o mnie chodzi, to bardzo mi się popsuł wzrok ostatnio:). Choć oczywiście góra, w której ukryte są jaskinie jest z hotelu dobrze widoczna.

Ale i tak najcudowniejsi w Evergreen są mieszkańcy obiektu. Począwszy od stada domowych psów, które wybiegły nam na spotkanie (najmłodsza z nich – Kuku skutecznie pomagała mi radzić sobie z tęsknotą za Wafelkiem), przez Apiego - młodego, wciąż uśmiechniętego właściciela, jego miłą rodzinę i niezwykle sympatycznego, odrobinę nieśmiałego kierowcę Isuru – wszyscy oni zapisali się na trwałe w moim sercu. Od razu poczułam, że mam u nich swój dom na Sri Lance.

Po przyjeździe dostajemy powitalne drinki (tu bezpłatnie), kawę, a żona gospodarza przygotowuje dla nas vege ryż z warzywami. Dobrze nam. Kiedy Api wprowadza mnie do pokoju, na balustradzie balkonu siedzi popielaty dzioborożec. Pozwala nam się przyglądać tylko przez chwilkę, potem ze swoim kompanem odlatują na dobre i już nie mam okazji ich więcej obserwować. Ale i to pozwala odczuć, że jestem w innym zakątku świata. Bardzo doceniam takie nowe doświadczenia.

Na kolejne nie musimy czekać zbyt długo. Gospodarz podchodzi do mnie, gdy oglądam reklamę oferowanych wycieczek. Pyta, co mnie interesuje. A ja, patrząc na jego ofertę, czuję, że w zasadzie wszystko! 

I tak oto się zaczyna nasza historia eksploracji północy Sri Lanki…

Żeby jeszcze wycisnąć coś z tego dnia podróży, startujemy z atrakcjami omal natychmiast. Już po zachodzie słońca wyruszamy w pierwsze z oferowanych miejsc. A jest to lankijskie SPA, które pomoże nam się odrodzić po całodziennym zmęczeniu - Ayurveda Isiwara Paura, reklamujące się hasłem: „Healthy side of your life”.

Obiekt ewidentnie otwarty jest pod turystów – lankijczycy chyba uważają, że oczekuje się od nich, iż wszystko na wyspie będzie monumentalne i nawiązujące do historii i religii, stąd być może jego taka trochę kontrowersyjna fasada. W środku ładne spa – z przebieralnią, sporą poczekalnią, przystosowaną do konsumpcji, pośrodku stawek z rybkami. Panie masażystki rozprowadzają klientów po pokojach w malutkich chatkach przy dziedzińcu. Ceny wysokie, choć myślę, że porównywalne do polskich. Turystom, którzy się na to skarżą obsługa odpowiada:

Sami produkujemy te olejki, których używamy do zabiegów olejowych ajurwedyjskich. Wytwarzanie tego oleju jest bardzo trudne”.

Lub:

do naszych zabiegów ajurwedy używamy wysokiej jakości świeżych ziół, co wiąże się z pewnymi wyższymi kosztami”.

Albo:

Używamy wielu rzadkich ziół, a zioła są droższe lub trudniejsze do znalezienia w tym obszarze, więc musimy importować z innego obszaru tutaj. dlatego nasze zabiegi mają taką cenę”.

My nie zgłaszamy zastrzeżeń co do ceny. Wybieramy naprawdę wypasione pakiety z masażami, olejowaniem włosów, ziołową sauną i po prostu cieszymy się chwilą, tym wieczorem, pobytem na Sri lance. Zabiegi kończą się degustacją ajurwedyjskiej mieszanki ziołowej i jakiegoś zdrowego smakołyku. Gdyby jeszcze nie pogryzły mnie tam komary, to byłoby idealnie. Ale i tak, złego słowa na ten punkt programu wycieczki nie powiem.

Isuru czeka, aż nasze pachnące olejem ciała i włosy zapakujemy z powrotem do czerwonego tuk-tuka. Noc jest pełna nowych zapachów i dźwięków. Księżyc oświetla nam drogę, gdy wracamy do naszego lankijskiego domu. Jesteśmy zrelaksowane na maksa, zadowolone, szczęśliwe. I mamy ekstremalne poczucie księżniczkowości w każdej możliwej skali…


Następny wpis z naszej podróży:  https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/tak-naprawde-to-miaa-byc-sigiriya.html




piątek, 8 sierpnia 2025

OBIETNICA - Sri Lanka: Katunayake - Negombo

Poprzedni wpis z naszej podróży dotyczy jeszcze Malediwów: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/wkrotce.html


to nie była podróż, to była przygodanapisała po przyjeździe ze Sri Lanki Ania. W pełni się z tym zgadzam, ale sama wciąż nie umiem ani podsumować, ani niczego dodać do tego komentarza. Jeszcze mi się w głowie nic nie poukładało i tak naprawdę jest duże prawdopodobieństwo, że będzie się układało dopiero podczas pisania.

No więc zaczynam. Dokładnie z tego miejsca, gdzie zakończyłam wpis o Malediwach. Czyli z lotniska podczas oglądania kołującego samolotu chińskich linii lotniczych, którym mamy odbyć lot Male – Kolombo. Trochę nas śmieszy, że wygląda jak tubka pasty do zębów Aquafresh – biała z czerwonymi i niebieskimi śladami zawartości, umiejscowionymi na ogonie.

Ale za to obsługa superowa – darmowa woda, której nie zdążyłyśmy kupić przed wylotem, bo znów zasiedziałyśmy się na kawie:), przekąski – nie ma kanapek w wersji vege, ale stewardesa zdobyła dla Ani jakiś bezmięsny rogalik prawie że „spod lady”;).

Zanim wystartujemy, zajdzie słońce i będziemy się wznosili w przestworzach, mając w tle pomarańczowy pas nieba nad chmurami. Na Malediwach szybko zapada zmrok, z góry widać małe skupiska świateł na kolejnych wysepkach. Dopiero w takiej chwili dochodzi do mnie, że się z nimi rozstajemy na dobre.

Lecimy nad Morzem Lakkadiwskim (Lakszadwipskim), bo tak nazywa się ta część Oceanu Indyjskiego. Ze stolicy Malediwów do stolicy Sri Lanki trzeba pokonać około 800 kilometrów. Potem należy jeszcze przestawić czas o pół godziny (w sumie więc jesteśmy o 4,5 do przodu w porównaniu z Polską). I to już właściwie wszystko na temat tego odcinka podróży:).

Kolombo wita nas kompaktowym, nieprzytłaczającym lotniskiem, przebranymi w piękne, narodowe stroje hostessami o niezidentyfikowanej przeze mnie roli oraz ogromnym posągiem Buddy przy wejściu na główny terminal. Tam też znajduje się niewielki punkt sprzedaży lokalnych kart SIM – nie sposób go przegapić, bo pracownice nawołują turystów właściwie bez przerwy. Trzeba tylko uważać na dolary, które wydają jako resztę – niestety nam pani wcisnęła takie, które nie przyjmowane na Sri Lance:(. Pierwszy minus w tym kraju za naciąganie turystów, choć dowiemy się o tym dopiero po przybyciu do hotelu.

Potem jeszcze „tylko” należy się uporać z formularzem wjazdowym (Bogu dzięki za pomocnego pracownika ochrony) i wymienić pierwsze dolary na rupie lankijskie. Wizy na szczęście załatwiłam już w Polsce. W sumie sporo formalności do przebrnięcia, no ale wreszcie oto możemy opuścić lotnisko i… wystawić się na żer tych wszystkich, którzy chcą nas podwieźć do hotelu.

No ale nie z nami te numery. My wiemy jak dostać się tam najtaniej. Obadałyśmy sprawę w Polsce i Ania ma ściągniętą aplikację PickMe. Zamawiamy tuk-tuka.

Właściwie to miało wyglądać zupełnie inaczej. Wiedziałam, że wylądujemy w Kolombo późno i że na pewno będziemy zmęczone. Szukałam więc hotelu, który znajduje się blisko lotniska i na dodatek zapewni bezpłatny transfer, zanim rozeznamy się w cenach transportu. Czy znalazłam taki? O tak, problem pojawił się właśnie dlatego, że było takich bez liku. No więc do tych dwóch początkowych kryteriów dodałam kolejne dwa: otoczenie, w którym się zrelaksujemy po locie i hmm..., chyba nic mnie już nie nauczy rozumu - piękny widok z okna. Bo podczas przeglądania ofert okazało się, że takie też są!

Lotnisko leży w bezpośrednim sąsiedztwie Laguny Negombo, można więc załapać się na nocleg w obiekcie, który nie dość, że spełnia nowe kryteria, to jeszcze oferuje na przykład możliwość wieczornego rejsu łodzią. I choć to akurat w naszym przypadku odpadało, to jednak nie potrafiłam oprzeć się wizji pierwszego lankijskiego śniadania na tarasie bezpośrednio nad wodą. No i kierując się takim kluczem, zarezerwowałam kilka nadbrzeżnych obiektów, oczywiście z możliwością odwołania. Tylko że w jednym z nich, nie wiem naprawdę, jak mi to umknęło, obowiązywał „partial refund”. Uwaga! - dziewięcioprocentowy! Po tym odkryciu wybór hotelu dokonał się więc niejako sam.

Ale szczerze? I tak przychylałam się najbardziej do tego „ częściowo:) refundowanego” obiektu, bo na zdjęciach w internecie wyglądał wprost ślicznie – oryginalna, stylowa architektura z łamanym dachem uskokowym w otoczeniu bujnej zieleni ogrodu - kwitnących krzewów i palm pełnych kokosów. A wnętrze? Cudowne, czyli tak jak lubię – duża przestrzeń i wspaniałe, kolonialne meble. Do tego fotogeniczny balkon na poranną kawę i otwarty widok na lagunę z zarezerwowanych pokoi raz po raz przyciągały mój wzrok.

Z minusów: cena najwyższa w okolicy (i to znacznie najwyższa) oraz recenzje gości, których głosy powinny włączyć nie tylko czerwoną lampkę, ale chyba nawet czerwoną latarnię! Przykładowo na Booking.com i Agodzie tylko dwóch recenzentów oceniło hotel na maksymalną ilość punktów, przy czym Australijka dopiero rozpoczynała swój trip po Sri lance, więc chyba nie do końca wiedziała, czego może się spodziewać po swojej podróży, Szwajcarka zaś była raczej rozrywkowym typem gościa, świetnie bawiącym się przy serwowanej w obiekcie muzyce. Co do innych przestróg: „Należy do 10% kwalifikujących się ofert o najniższych ocenach, recenzjach i wiarygodności gospodarza” (Airbnb). Na Tripadvisor jeszcze gorzej – średnia ocen 2,3 na 5.

No ale cóż, widok i wizja porannej posiadówki przy śniadaniu nad wodą zwyciężyły nad zdrowym rozsądkiem. Pierwszą noc na Sri Lance spędzimy więc w hotelu Dream Lagoon (według opisu w oferciezaledwie 950 metrów od lotniska). Oczywiście ta część mózgu, która mi jeszcze po tej rezerwacji pozostała, apeluje, by upewnić się, że operacja zakwaterowania przebiegnie bez zakłóceń. Nawiązuję więc kontakt z hotelem. No i najpierw obsługa ma trudności z ogarnięciem, że zarezerwowałam dwa pokoje na dwie osoby. Ale gdy już szczęśliwie udaje nam się rozwiązać ten problem, to pytam o transfer z lotniska. I tu zonk:

What does a transfer mean? - przychodzi zapytanie z hotelu.

No więc przesyłam zrzuty ekranu, na których na pomarańczowo podkreślam słowa z hotelowej oferty. Na pierwszym z nich to jest: „Airport transfer”, na drugim: „Airport shutle (free)”.

Miss, we will provide the airport drop. Then Miss can take a vehicle from the airport. Miss, don't worry about anything. After you get down at the airport, give me a call and I will tell Miss all the directions. Our hotel is about five minutes away* - przychodzi odpowiedź z hotelu.

I rzeczywiście dostaję od jego obsługi ofertę transferu, gdy jestem już na lotnisku. Tyle, że za zamówiony z pomocą PickMe tuk–tuk płacimy niewiele ponad 1/10 podanej przez Dream Lagoon ceny. Trochę jest kłopotu z odnalezieniem się z kierowcą pod lotniskiem (najlepiej umawiać się pod posągiem Buddy przy dworcu autobusowym), ale w końcu do celu docieramy w wersji budżetowej.

Zostajemy przywitane z niezwykłą serdecznością. Tyle że nic z niej nie wynika. Bo w trybie przyspieszonym dowiadujemy się, co oznacza „skin tax” (podatek od białej skóry), o którym przeczytałam przed wyjazdem na świetnym blogu „Plecak i walizka” (https://plecakiwalizka.com/naciaganie-na-sri-lance-nie-dac-sie-oszukac/). No ale co z tego, że przeczytałam, skoro mimo ostrzeżenia i tak nie miałam szansy tego procederu uniknąć?

Za nocleg w hotelu musimy zapłacić z góry, nawet jeszcze przed obejrzeniem pokoi. Trochę jest kręcenia nosem, że chcemy płacić w dolarach, ale to raczej pro forma, bo żadna dopłata w rupiach, na przykład za drinki powitalne (sok arbuzowy z lodem, którego miałyśmy unikać jak ognia!) nie jest nawet brana pod uwagę. Nikt również nie wspomina o możliwości skorzystania z bankomatu, który jest zaledwie (według oferty) 370 metrów od hotelu. Wszystko mamy policzone w taki sposób, aby reszta do wydania była jak najwyższa. Oczywiście, nikt jej nie ma, by nam wydać. I to po całym weekendowym dniu, w którym restauracja działała na pełnych obrotach – gdy przyjechałyśmy to kuchnia pracowała wciąż pełną parą, a goście jeszcze bawili się na tarasie przy muzyce na żywo.

Propozycja, by reszta naszych dolarów została częścią opłaty za śniadanie też nie wchodziła w grę. Jedyną oczekiwaną możliwością było tylko pozostawienie ich jako napiwku! No i cóż powiedzieć, skoro przekroczył on nawet 11 procentową kwotę całości obowiązujących opłat i podatków (na ten dodatek akurat byłam przygotowana). Jednak takie naciąganie przekroczyło naszą tolerancję na robienie dobrej miny do złej gry. Nie mamy ochoty na dalsze posiadówki z drinkami (i czymkolwiek innym) na tarasie nad wodami Laguny, chcemy odpocząć od tego wszystkiego w przydzielonych nam pokojach.

I co można z tym zrobić, kiedy na wstępie pobytu na Sri Lance, padło się ofiarą naprawdę solidnego skin tax? To już nawet nie minus, tylko wielka czarna krecha! Jedyne co nam pozostało, to starać się, aby ten fakt nie położył się cieniem na dalszej podróży. Przecież ona dopiero się zaczyna, trzeba nauczyć się obchodzić z takimi sytuacjami i zawalczyć o to, aby nie ulec pierwszemu wrażeniu i nie rozciągać tego doświadczenia na resztę dni.

Walczę. Choć nie jest lekko. Choć przy pierwszym zetknięciu z pokojem niedogodności wyłażą wprost z każdego kąta. Choć rzuca się w oczy sprzątanie chyba w zamierzchłych czasach lub na bardzo szybko. Choć w mojej łazience (skądinąd o dziwnie pałacowej architektonice) wściekle cuchnie czymś w rodzaju naftaliny przy kratce ściekowej (postanawiam to uznać za środek owadobójczy i pogodzić się z koniecznością jego użycia). Choć zgodnie z ofertą miała być darmowa woda do picia (opisana w ofercie hotelu jako benefit:), tak niezbędna w tym gorącym, wilgotnym klimacie. Choć w ośrodku po zakwaterowaniu nie można kupić już niczego do picia, bo kuchnia się zamknęła na biegu, a pan z obsługi również zniknął po pobraniu od nas opłaty (mimo że na stronie Dream Lagoon podaje się informację, że recepcja czynna jest całodobowo). Choć na dwa pokoje tylko w jednym pozostawiono saszetki z kawą, żebyśmy jednak nie musiały w nocy umierać z pragnienia (bo po co komu w pokoju sam czajnik, jeśli nie ma nic do zaparzenia we wrzątku?). Choć drzwi nie posiadają ani kluczy, ani chyba działających zamków (sprawa jest załatwiana zasuwkami od środka). Choć przy wejściu na balkon brakuje choćby i jakiejkolwiek zasuwki.

Miss, don't worry about anything. Miss, since this is your first time coming to Sri Lanka, we will take good care of you. Miss, don't worry about anything**brzmiała dalsza część odpowiedzi hotelu na moje obawy dotyczące pierwszej podróży w tak odległy zakątek świata. No cóż, inaczej sobie tę opiekę wyobrażałam. 

Ale obsługa chyba jednak o niej nie zapomniała:). Zanim zakończyła pracę, usłyszałam tyle razy, jak bardzo jesteśmy bezpieczne w Dream Lagoon, że aż, nie znając realiów kraju, poczułam się niepewnie. Zwłaszcza że oczywiście mimo mojego special request nie dostałyśmy z Anią pokojów nawet na tym samym piętrze.

Z tego wszystkiego jakoś nie mogłam zasnąć tej nocy. Przed pójściem do łóżka głowę rzeczywiście zaprzątały mi rozważania, czy to aż tak niebezpieczna okolica, że trzeba się w wyjątkowy sposób koncentrować na bezpieczeństwie? A może na bezsenność wpływała kawa, którą, pozbawione dostępu do wody, wypiłyśmy z Anią przed snem?

Z braku innych możliwości i tak nie pozostało mi nic innego, jak zaufać komuś, kto już nadużył zaufania. Albo lepiej - zaufać ciężkiej bramie oddzielającej nas od głównej ulicy i strażnikowi, który ma przy niej budkę (choć nie wiem, czy był w niej w godzinach nocnych). W końcu zmuszam się do rozprostowania ciała w pościeli.

I choć moja pierwsza lankijska noc pod względem snu była tak samo słaba, jak pierwsze hotelowe doświadczenie, to wiedziałam, że się temu nie poddam. Bo oto za oknem księżyc malował srebrną wstęgę na wodach laguny. Kokosy w koronach palm za oknem pyszniły się dojrzałą żółto – pomarańczową barwą. Chybotliwa łódka kołysała się na falach przy hotelowym pomoście.

I to wszystko jakby składało obietnicę na przyszłość. A także napełniało tę bezsenną noc rodzajem magicznego zaczynu. Z niego zrodziło się tuż przed świtem przeczucie, że wszystko ułoży się piękniej, niż można było przewidzieć. I przekonanie, że ta podróż ogarnie nas całe, wciągnie w swój wir, napełni po brzegi, zmieniając już na zawsze postrzeganie słowa przygoda



Ps. Info z hotelu:

*Panienko, zapewnimy transport na lotnisko. Następnie Panienka może wziąć samochód z lotniska. Proszę się o nic nie martwić. Po dotarciu na lotnisko proszę do mnie zadzwonić, a ja podam Pani wszystkie wskazówki. Nasz hotel jest jakieś pięć minut drogi stąd. (tłumacz google)

**Proszę się o nic nie martwić. Panienko, ponieważ to Pani pierwszy raz na Sri Lance, zaopiekujemy się Panią. Proszę się o nic nie martwić. (tłumacz google)




Aneks: 
Trzeba przyznać, że obsługa Dream Lagoon zareagowała na nasze screeny - z opisu hotelu zniknęły już takie udogodnienia jak: airport tranfer oraz free airport shutle bus - i to zarówno na Booking.com, jak i na Agodzie. Całodobowa recepcja i darmowa woda butelkowana pozostały;).