Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/to-nie-bya-podroz-to-bya-przygoda.html
Rankiem przyszła pora na realizację marzeń. Ale zanim zjemy śniadanko nad wodą, to musimy:
1. Iść do bankomatu. I po drodze przekonać się, że na Sri lance nie umiemy nawet przejść na drugą stronę ulicy!, bo pasów nie ma, a żaden z kierowców nie sprawia wrażenia, jakby nasza obecność na jezdni skłaniała go do zdjęcia nogi z gazu. Powoli uczymy się, jak Lankijczycy, balansować w ruchu ulicznym na granicy życia i śmierci. Ale jesteśmy pojętnymi uczennicami, staramy się naśladować miejscowych i w końcu jakoś udaje nam się dotrzeć do celu.
I wówczas ogarnia mnie popłoch, bo cała kolejka młodych ludzi zagląda mi przez ramię, podczas obsługi bankomatu. Na szczęście zdaje się, że ich zamiary są dobre, próbują pomóc. Mamy wreszcie tyle rupii, że trudno je zmieścić w portfelu:) - na Sri Lance turysta najczęściej płaci tysiącami i dziesiątkami tysięcy. Po drodze jeszcze wchodzimy do sklepu, gdzie wreszcie mamy możliwość zakupienia butelkowanej wody, a także rozejrzenia się po miejscowym asortymencie. I wreszcie można odtrąbić wykonanie pierwszego zadania na ten dzień.
2. Następne polega na tym, że trzeba czekać na pojawienie się w pracy kelnera (a może i też kucharza – nie do końca zrozumiałyśmy krzątające się po restauracji dziewczyny). I to omal do samego wykwaterowania z hotelu. Mimo że poprzedniego dnia sygnalizowałyśmy chęć skorzystania ze śniadań. No ale trudno, nie po to wydałam tyle kasy, by spełnić marzenie i zjeść poranny posiłek nad brzegiem laguny, żeby to odpuścić na ostatniej prostej.
Co prawda ogólny plan był taki, żeby próbować jak najszybciej dostać się do Dambulli, ale ponieważ na Sri Lance i tak nic nie poszło jeszcze zgodnie z planem, to pozostało tylko zdać się na to, jak potoczą się dalej wypadki. Czekamy więc na śniadanie ze spokojem.
Najpierw, jak zwykle na naszych wakacjach, przy porannej kawce na balkonie. I tu trzeba uczciwie przyznać, że spełniał on wszelkie oczekiwania, a widoki nawet je znacznie przewyższały! Są to wielkie atuty hotelu, cieszymy się nimi, chwilami relaksu i delikatną bryzą znad laguny. Tylko kawa (choć już wówczas nasza własna) jakaś nieprzyjemna w smaku. Ale to chyba sprawa wody, której używa Dream Lagoon. No trudno, lepsza taka kawa niż żadna, a szkoda byłoby porzucić ustanowioną podczas wyjazdu wakacyjną tradycję rozpoczynania dnia w taki sposób.
Balkon służy nam również do obserwacji pracy fotografa podczas sesji zdjęciowej. Na pomoście naszego hotelu pozuje mu przepiękna modelka w czarnej sukni. Gdy odkrywa nasze zainteresowanie, to wówczas przytrafia nam się jedna z najmilszych chwil podczas całego pobytu. Dziewczyna zostawia dla nas kwiaty na stoliku nad wodą, zachęcając gestami i uśmiechem do odbioru. Jednak kiedy wreszcie trafiamy na taras, to nie ma tam już nikogo. Po naszej zjawiskowej modelce zostały tylko kwiaty.
Ale ten pobyt na tarasie bez żadnego towarzystwa też jest miłym kawałkiem dnia. Możemy napawać się spokojem i bliskim kontaktem z naturą. Fale chlupoczą o brzeg, pokrzykują ptaki, słychać szelest palmowych liści na powiewającym od wody wietrze. Zbieramy siły na dalszą część dnia i robimy własną sesję zdjęciową z pozostawionymi margerytkami. Do dziś mi szkoda, że ich nie zasuszyłam – to na pewno byłaby jedna z najmilszych pamiątek z podróży.
Wreszcie dostajemy zamówione śniadanie. No i nie żałujemy ani trochę, że na nie tak długo czekałyśmy. Przygotowane dla nas vege rotti jest pyszne i w obfitej porcji. Dobrze się też komponuje z zimnym piwem imbirowym:). Marzenie o posiłku nad wodą zostaje spełnione.
Ktoś z klientów Dream Lagoon napisał na internecie, że ośrodek to przede wszystkim restauracja. Uwaga właściciela i obsługi skierowana jest właśnie na nią, a hotel to taka działalność poboczna (albo raczej uboczna). Wspomniany komentarz wyrażał też wątpliwości, czy na pewno w tym układzie potrzebna. No cóż, powiem szczerze, że nad talerzem swojego rotti też zaczęłam się nad tym zastanawiać:).
Ale tak zupełnie serio, to Dream Lagoon ma potencjał, żeby być jednym z luksusowych hoteli w tym rejonie Sri Lanki. Lokalizacja, możliwość uprawiania sportów wodnych, wygląd zewnętrzny są nie do przecenienia. A i wnętrze po gruntownym sprzątaniu, drobnych naprawach, odświeżeniu, zadbaniu i ogarnięciu w spójną, logicznie oraz estetycznie ułożoną całość zmieniłyby los tego obiektu nie do poznania.
Do tego oczywiście potrzebna jest wyszkolona i taktowna obsługa. I trzeba uczciwie przyznać, że właściciel stara się chyba wprowadzić w tym zakresie jakieś zmiany – na fb widzę, że tydzień przed naszym wyjazdem do Azji zamieścił ogłoszenie o naborze do pracy w charakterze house keeping, cleaning staff, waiter. Jeśli ci ludzie będą pracowali inaczej niż dotychczasowa obsługa, to być może już wkrótce turyści wyjadą z tego miejsca z innymi wrażeniami niż my.
Jeśli o nas chodzi, to niestety po dobrym śniadaniu pozostał niesmak. Kolejny już w Dream Lagoon. Przy płaceniu okazało się, a jakże, że kelner nie ma pieniędzy, by wydać resztę. Oczywiście miałyśmy zamiar zostawić mu napiwek, no ale nie w kwocie równej wartości zamówienia! Byłam tak zdenerwowana, że popsuł tym samym „spełnione marzenie”, iż nawet nie starałam się już być miła. Co prawda nie posunęłam się aż tak daleko, jak autorka wspomnianego w poprzednim wpisie bloga Plecak i walizka, by walić gościa bananem po plecach, ale pioruny w oczach się pojawiły. No i rzeczywiście, nagle okazało się, że reszta do wydania jakimś cudem odnalazła się bez trudu w kelnerskich kieszeniach. Oczywiście, że z potrąceniem napiwku, ale już mniejszego niż początkowo próbowano wyłudzić. I cóż, znowu pozostało tylko machnąć ręką...
A na to wszystko w hotelu pojawił się recepcjonista, który nas naciągnął na solidny napiwek poprzedniego wieczoru i poprosił o... wystawienie Dream Lagoon dobrej opinii! No nie panowie, w taki sposób się jej nie zdobywa. Opiniuję odwiedzane miejsca z przyjemnością, ale wybieram te, które na to zasługują. A wam na ten moment dziękujemy. Już nawet nie chcemy, żebyście nam ułatwili organizację dalszej części podróży. Dotrzemy do Dambulli bez waszej pomocy.
I tak oto decydujemy się z Anią dojechać taksówką do najbliższego dużego miasta, bo szkoda nam czasu na ogarnianie komunikacji publicznej w Negombo (Dream Lagoon znajduje się na jego przedmieściach w Katunayake). Niestety spełnianie mojego marzenia zajęło całe przedpołudnie.
Odpalamy PickMe i wkrótce już jesteśmy w drodze na dworzec autobusowy w Kurunegala. Jedziemy przez piękne, spokojne tereny pełne zielonych ogrodów oraz… willi, posiadłości, rezydencji. Ich rozmiar, rozmach i kolonialny styl robią wrażenie. Przed wyjazdem na Sri Lankę czytałam, że to biedny kraj, toteż spoglądam na ten krajobraz za oknami samochodu ze zdumieniem. Dopiero później będę miała okazję stwierdzić, że ta nadmorska okolica w bliskości stolicy jednak różni się od innych części wyspy.
Dalsza część drogi upływa nam na płatnej autostradzie i choć tu nie mam zbyt wielu okazji do obserwacji życia mieszkańców, bo okolica mniej ludna, to cieszę się, że jazda jest szybsza. Tak w ogóle to pokonywanie kilometrów na Sri Lance jest uciążliwe i długotrwałe - i ze względu na stan dróg lub ich brak, i z powodu zaskakującego czasem użytkowania, zarówno przez ludzi, jak i przez zwierzęta. Tu nie można obliczać czasu jazdy podobnie jak w innych odwiedzonych wcześniej przeze mnie krajach. Właśnie biorąc to pod uwagę, zaplanowałam tego dnia tylko przejazd do Dambulli, choć wolałabym dojechać dalej (Sigiriya). I tak wygląda na to, że spędzimy w takiej podróży cały dzień.
No ale wreszcie docieramy do miejsca przesiadkowego. Jak potem doczytam, pełne chaosu i hałasu miasto (czyli normalne na lankijskie standardy:) jest również znanym w kraju ośrodkiem historycznym. „Kurunegala była starożytną stolicą królewską przez 50 lat, od końca XIII do początku XIV wieku” (https://en.wikipedia.org/wiki/Kurunegala).
Kierowca wysadza nas pod dworcem autobusowym w niedozwolonym na postój miejscu, z którego stara się jak najszybciej odjechać. Zostajemy więc same z dalszą organizacją podróży. Przez chwilę błądzimy z naszymi wielkimi walizkami między rozmaitymi autobusami, ale w końcu jakaś dobra dusza wskazuje nam ten właściwy. Wsiadamy. I od razu wiemy, że będzie wesoło.
Podróżowanie autobusem po Sri Lance to jedna z przygód, którą warto zaliczyć. Oczywiście wyzbywszy się wcześniej europejskich standardów. Nasz „wesoły autobus” jest kolorowy, z wszelkimi możliwymi ozdobami wokół stanowiska kierowcy, głośną muzyką i obsługą pokrzykującą na całą okolicę. Co rusz wchodzą do niego jacyś sprzedawcy wszystkiego, co się da sprzedać i, o dziwo, mają swoich klientów wśród pasażerów. Załoga zapala kadzidełka (i nie wiadomo, co jeszcze:), więc podróż rozpoczynamy w gęstym zapachu i dymie.
Wyjeżdżamy z dworca. Ania robi zdjęcia we wnętrzu. Gdy po powrocie oglądają je koleżanki z jej pracy, to dopytują, czy palił nam się silnik:).
Jedziemy prosto na wielki posąg Buddy, górujący nad miastem na słynnej (info z internetu:) Skale Słonia. Potem znów robimy dłuższy postój, by przed dalszą drogą można było pokrzyczeć i zawiadomić wszystkich zainteresowanych i nie, że wybieramy się do Dambulli.
W międzyczasie dostaję stamtąd wiadomość, że właściciel zamówionego hotelu organizuje nam do niego transfer z centrum miasta. Zaczynającą się słowem „sure”. Jaka to miła odmiana po kontakcie z obiektem w Negombo.
I rzeczywiście Evergreen Dambulla to zupełnie inne podejście do klienta, inne normy, inny stan umysłu. Ale o tym będzie w drugiej części wpisu.
Tymczasem dojeżdżamy, Bogu dzięki, w miejsce docelowe. Zgodnie z umową, w centrum czeka na nas hotelowy, czerwony tuk-tuk. Wygoda, kultura, dbałość o nasze potrzeby - nagle czujemy się jak w innej bajce. A potem jest już tylko lepiej i wciąż lepiej. To bajka, w której jesteśmy księżniczkami, a nasze życzenia się spełniają, zanim zdążymy je pomyśleć. Czerwonym tuk-tukiem startujemy w księżniczkowy etap naszej podróży. „Witajcie w naszej bajce…”
*
W Evergreen Hotel Dambulla zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Położony nad rzeczką na uboczu miasta obiekt rzeczywiście tonie w zieleni. Ogród z drzewami mango za oknami pokoju, pola ryżowe za murkiem restauracji, przepiękny widok na zielone góry z tarasu na dachu wprost powala. Jak wynika z opinii w internecie, niektórzy potrafią stamtąd dostrzec nawet znacznie więcej niż ja:).
"z tarasu widać złotego Buddę w Świątyni Jaskini Królewskiej!" napisał w Googlach kilka miesięcy przed naszą wizytą niemieckojęzyczny Sebastian „Kobikyuubi” Jakobi. Cóż, jeśli o mnie chodzi, to bardzo mi się popsuł wzrok ostatnio:). Choć oczywiście góra, w której ukryte są jaskinie jest z hotelu dobrze widoczna.
Ale i tak najcudowniejsi w Evergreen są mieszkańcy obiektu. Począwszy od stada domowych psów, które wybiegły nam na spotkanie (najmłodsza z nich – Kuku skutecznie pomagała mi radzić sobie z tęsknotą za Wafelkiem), przez Apiego - młodego, wciąż uśmiechniętego właściciela, jego miłą rodzinę i niezwykle sympatycznego, odrobinę nieśmiałego kierowcę Isuru – wszyscy oni zapisali się na trwałe w moim sercu. Od razu poczułam, że mam u nich swój dom na Sri Lance.
Po przyjeździe dostajemy powitalne drinki (tu bezpłatnie), kawę, a żona gospodarza przygotowuje dla nas vege ryż z warzywami. Dobrze nam. Kiedy Api wprowadza mnie do pokoju, na balustradzie balkonu siedzi popielaty dzioborożec. Pozwala nam się przyglądać tylko przez chwilkę, potem ze swoim kompanem odlatują na dobre i już nie mam okazji ich więcej obserwować. Ale i to pozwala odczuć, że jestem w innym zakątku świata. Bardzo doceniam takie nowe doświadczenia.
Na kolejne nie musimy czekać zbyt długo. Gospodarz podchodzi do mnie, gdy oglądam reklamę oferowanych wycieczek. Pyta, co mnie interesuje. A ja, patrząc na jego ofertę, czuję, że w zasadzie wszystko!
I tak oto się zaczyna nasza historia eksploracji północy Sri Lanki…
Żeby jeszcze wycisnąć coś z tego dnia podróży, startujemy z atrakcjami omal natychmiast. Już po zachodzie słońca wyruszamy w pierwsze z oferowanych miejsc. A jest to lankijskie SPA, które pomoże nam się odrodzić po całodziennym zmęczeniu - Ayurveda Isiwara Paura, reklamujące się hasłem: „Healthy side of your life”.
Obiekt ewidentnie otwarty jest pod turystów – lankijczycy chyba uważają, że oczekuje się od nich, iż wszystko na wyspie będzie monumentalne i nawiązujące do historii i religii, stąd być może jego taka trochę kontrowersyjna fasada. W środku ładne spa – z przebieralnią, sporą poczekalnią, przystosowaną do konsumpcji, pośrodku stawek z rybkami. Panie masażystki rozprowadzają klientów po pokojach w malutkich chatkach przy dziedzińcu. Ceny wysokie, choć myślę, że porównywalne do polskich. Turystom, którzy się na to skarżą obsługa odpowiada:
„Sami produkujemy te olejki, których używamy do zabiegów olejowych ajurwedyjskich. Wytwarzanie tego oleju jest bardzo trudne”.
Lub:
„do naszych zabiegów ajurwedy używamy wysokiej jakości świeżych ziół, co wiąże się z pewnymi wyższymi kosztami”.
Albo:
„Używamy wielu rzadkich ziół, a zioła są droższe lub trudniejsze do znalezienia w tym obszarze, więc musimy importować z innego obszaru tutaj. dlatego nasze zabiegi mają taką cenę”.
My nie zgłaszamy zastrzeżeń co do ceny. Wybieramy naprawdę wypasione pakiety z masażami, olejowaniem włosów, ziołową sauną i po prostu cieszymy się chwilą, tym wieczorem, pobytem na Sri lance. Zabiegi kończą się degustacją ajurwedyjskiej mieszanki ziołowej i jakiegoś zdrowego smakołyku. Gdyby jeszcze nie pogryzły mnie tam komary, to byłoby idealnie. Ale i tak, złego słowa na ten punkt programu wycieczki nie powiem.
Isuru czeka, aż nasze pachnące olejem ciała i włosy zapakujemy z powrotem do czerwonego tuk-tuka. Noc jest pełna nowych zapachów i dźwięków. Księżyc oświetla nam drogę, gdy wracamy do naszego lankijskiego domu. Jesteśmy zrelaksowane na maksa, zadowolone, szczęśliwe. I mamy ekstremalne poczucie księżniczkowości w każdej możliwej skali…
Następny wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/tak-naprawde-to-miaa-byc-sigiriya.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz