Poprzedni wpis z naszej podróży dotyczy jeszcze Malediwów: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/wkrotce.html
to nie była podróż, to była przygoda – napisała po przyjeździe ze Sri Lanki Ania. W pełni się z tym zgadzam, ale sama wciąż nie umiem ani podsumować, ani niczego dodać do tego komentarza. Jeszcze mi się w głowie nic nie poukładało i tak naprawdę jest duże prawdopodobieństwo, że będzie się układało dopiero podczas pisania.
No więc zaczynam. Dokładnie z tego miejsca, gdzie zakończyłam wpis o Malediwach. Czyli z lotniska podczas oglądania kołującego samolotu chińskich linii lotniczych, którym mamy odbyć lot Male – Kolombo. Trochę nas śmieszy, że wygląda jak tubka pasty do zębów Aquafresh – biała z czerwonymi i niebieskimi śladami zawartości, umiejscowionymi na ogonie.
Ale za to obsługa superowa – darmowa woda, której nie zdążyłyśmy kupić przed wylotem, bo znów zasiedziałyśmy się na kawie:), przekąski – nie ma kanapek w wersji vege, ale stewardesa zdobyła dla Ani jakiś bezmięsny rogalik prawie że „spod lady”;).
Zanim wystartujemy, zajdzie słońce i będziemy się wznosili w przestworzach, mając w tle pomarańczowy pas nieba nad chmurami. Na Malediwach szybko zapada zmrok, z góry widać małe skupiska świateł na kolejnych wysepkach. Dopiero w takiej chwili dochodzi do mnie, że się z nimi rozstajemy na dobre.
Lecimy nad Morzem Lakkadiwskim (Lakszadwipskim), bo tak nazywa się ta część Oceanu Indyjskiego. Ze stolicy Malediwów do stolicy Sri Lanki trzeba pokonać około 800 kilometrów. Potem należy jeszcze przestawić czas o pół godziny (w sumie więc jesteśmy o 4,5 do przodu w porównaniu z Polską). I to już właściwie wszystko na temat tego odcinka podróży:).
Kolombo wita nas kompaktowym, nieprzytłaczającym lotniskiem, przebranymi w piękne, narodowe stroje hostessami o niezidentyfikowanej przeze mnie roli oraz ogromnym posągiem Buddy przy wejściu na główny terminal. Tam też znajduje się niewielki punkt sprzedaży lokalnych kart SIM – nie sposób go przegapić, bo pracownice nawołują turystów właściwie bez przerwy. Trzeba tylko uważać na dolary, które wydają jako resztę – niestety nam pani wcisnęła takie, które nie są przyjmowane na Sri Lance:(. Pierwszy minus w tym kraju za naciąganie turystów, choć dowiemy się o tym dopiero po przybyciu do hotelu.
Potem jeszcze „tylko” należy się uporać z formularzem wjazdowym (Bogu dzięki za pomocnego pracownika ochrony) i wymienić pierwsze dolary na rupie lankijskie. Wizy na szczęście załatwiłam już w Polsce. W sumie sporo formalności do przebrnięcia, no ale wreszcie oto możemy opuścić lotnisko i… wystawić się na żer tych wszystkich, którzy chcą nas podwieźć do hotelu.
No ale nie z nami te numery. My wiemy jak dostać się tam najtaniej. Obadałyśmy sprawę w Polsce i Ania ma ściągniętą aplikację PickMe. Zamawiamy tuk-tuka.
Właściwie to miało wyglądać zupełnie inaczej. Wiedziałam, że wylądujemy w Kolombo późno i że na pewno będziemy zmęczone. Szukałam więc hotelu, który znajduje się blisko lotniska i na dodatek zapewni bezpłatny transfer, zanim rozeznamy się w cenach transportu. Czy znalazłam taki? O tak, problem pojawił się właśnie dlatego, że było takich bez liku. No więc do tych dwóch początkowych kryteriów dodałam kolejne dwa: otoczenie, w którym się zrelaksujemy po locie i hmm..., chyba nic mnie już nie nauczy rozumu - piękny widok z okna. Bo podczas przeglądania ofert okazało się, że takie też są!
Lotnisko leży w bezpośrednim sąsiedztwie Laguny Negombo, można więc załapać się na nocleg w obiekcie, który nie dość, że spełnia nowe kryteria, to jeszcze oferuje na przykład możliwość wieczornego rejsu łodzią. I choć to akurat w naszym przypadku odpadało, to jednak nie potrafiłam oprzeć się wizji pierwszego lankijskiego śniadania na tarasie bezpośrednio nad wodą. No i kierując się takim kluczem, zarezerwowałam kilka nadbrzeżnych obiektów, oczywiście z możliwością odwołania. Tylko że w jednym z nich, nie wiem naprawdę, jak mi to umknęło, obowiązywał „partial refund”. Uwaga! - dziewięcioprocentowy! Po tym odkryciu wybór hotelu dokonał się więc niejako sam.
Ale szczerze? I tak przychylałam się najbardziej do tego „ częściowo:) refundowanego” obiektu, bo na zdjęciach w internecie wyglądał wprost ślicznie – oryginalna, stylowa architektura z łamanym dachem uskokowym w otoczeniu bujnej zieleni ogrodu - kwitnących krzewów i palm pełnych kokosów. A wnętrze? Cudowne, czyli tak jak lubię – duża przestrzeń i wspaniałe, kolonialne meble. Do tego fotogeniczny balkon na poranną kawę i otwarty widok na lagunę z zarezerwowanych pokoi raz po raz przyciągały mój wzrok.
Z minusów: cena najwyższa w okolicy (i to znacznie najwyższa) oraz recenzje gości, których głosy powinny włączyć nie tylko czerwoną lampkę, ale chyba nawet czerwoną latarnię! Przykładowo na Booking.com i Agodzie tylko dwóch recenzentów oceniło hotel na maksymalną ilość punktów, przy czym Australijka dopiero rozpoczynała swój trip po Sri lance, więc chyba nie do końca wiedziała, czego może się spodziewać po swojej podróży, Szwajcarka zaś była raczej rozrywkowym typem gościa, świetnie bawiącym się przy serwowanej w obiekcie muzyce. Co do innych przestróg: „Należy do 10% kwalifikujących się ofert o najniższych ocenach, recenzjach i wiarygodności gospodarza” (Airbnb). Na Tripadvisor jeszcze gorzej – średnia ocen 2,3 na 5.
No ale cóż, widok i wizja porannej posiadówki przy śniadaniu nad wodą zwyciężyły nad zdrowym rozsądkiem. Pierwszą noc na Sri Lance spędzimy więc w hotelu Dream Lagoon (według opisu w ofercie – zaledwie 950 metrów od lotniska). Oczywiście ta część mózgu, która mi jeszcze po tej rezerwacji pozostała, apeluje, by upewnić się, że operacja zakwaterowania przebiegnie bez zakłóceń. Nawiązuję więc kontakt z hotelem. No i najpierw obsługa ma trudności z ogarnięciem, że zarezerwowałam dwa pokoje na dwie osoby. Ale gdy już szczęśliwie udaje nam się rozwiązać ten problem, to pytam o transfer z lotniska. I tu zonk:
What does a transfer mean? - przychodzi zapytanie z hotelu.
No więc przesyłam zrzuty ekranu, na których na pomarańczowo podkreślam słowa z hotelowej oferty. Na pierwszym z nich to jest: „Airport transfer”, na drugim: „Airport shutle (free)”.
Miss, we will provide the airport drop. Then Miss can take a vehicle from the airport. Miss, don't worry about anything. After you get down at the airport, give me a call and I will tell Miss all the directions. Our hotel is about five minutes away* - przychodzi odpowiedź z hotelu.
I rzeczywiście dostaję od jego obsługi ofertę transferu, gdy jestem już na lotnisku. Tyle, że za zamówiony z pomocą PickMe tuk–tuk płacimy niewiele ponad 1/10 podanej przez Dream Lagoon ceny. Trochę jest kłopotu z odnalezieniem się z kierowcą pod lotniskiem (najlepiej umawiać się pod posągiem Buddy przy dworcu autobusowym), ale w końcu do celu docieramy w wersji budżetowej.
Zostajemy przywitane z niezwykłą serdecznością. Tyle że nic z niej nie wynika. Bo w trybie przyspieszonym dowiadujemy się, co oznacza „skin tax” (podatek od białej skóry), o którym przeczytałam przed wyjazdem na świetnym blogu „Plecak i walizka” (https://plecakiwalizka.com/naciaganie-na-sri-lance-nie-dac-sie-oszukac/). No ale co z tego, że przeczytałam, skoro mimo ostrzeżenia i tak nie miałam szansy tego procederu uniknąć?
Za nocleg w hotelu musimy zapłacić z góry, nawet jeszcze przed obejrzeniem pokoi. Trochę jest kręcenia nosem, że chcemy płacić w dolarach, ale to raczej pro forma, bo żadna dopłata w rupiach, na przykład za drinki powitalne (sok arbuzowy z lodem, którego miałyśmy unikać jak ognia!) nie jest nawet brana pod uwagę. Nikt również nie wspomina o możliwości skorzystania z bankomatu, który jest zaledwie (według oferty) 370 metrów od hotelu. Wszystko mamy policzone w taki sposób, aby reszta do wydania była jak najwyższa. Oczywiście, nikt jej nie ma, by nam wydać. I to po całym weekendowym dniu, w którym restauracja działała na pełnych obrotach – gdy przyjechałyśmy to kuchnia pracowała wciąż pełną parą, a goście jeszcze bawili się na tarasie przy muzyce na żywo.
Propozycja, by reszta naszych dolarów została częścią opłaty za śniadanie też nie wchodziła w grę. Jedyną oczekiwaną możliwością było tylko pozostawienie ich jako napiwku! No i cóż powiedzieć, skoro przekroczył on nawet 11 procentową kwotę całości obowiązujących opłat i podatków (na ten dodatek akurat byłam przygotowana). Jednak takie naciąganie przekroczyło naszą tolerancję na robienie dobrej miny do złej gry. Nie mamy ochoty na dalsze posiadówki z drinkami (i czymkolwiek innym) na tarasie nad wodami Laguny, chcemy odpocząć od tego wszystkiego w przydzielonych nam pokojach.
I co można z tym zrobić, kiedy na wstępie pobytu na Sri Lance, padło się ofiarą naprawdę solidnego skin tax? To już nawet nie minus, tylko wielka czarna krecha! Jedyne co nam pozostało, to starać się, aby ten fakt nie położył się cieniem na dalszej podróży. Przecież ona dopiero się zaczyna, trzeba nauczyć się obchodzić z takimi sytuacjami i zawalczyć o to, aby nie ulec pierwszemu wrażeniu i nie rozciągać tego doświadczenia na resztę dni.
Walczę. Choć nie jest lekko. Choć przy pierwszym zetknięciu z pokojem niedogodności wyłażą wprost z każdego kąta. Choć rzuca się w oczy sprzątanie chyba w zamierzchłych czasach lub na bardzo szybko. Choć w mojej łazience (skądinąd o dziwnie pałacowej architektonice) wściekle cuchnie czymś w rodzaju naftaliny przy kratce ściekowej (postanawiam to uznać za środek owadobójczy i pogodzić się z koniecznością jego użycia). Choć zgodnie z ofertą miała być darmowa woda do picia (opisana w ofercie hotelu jako benefit:), tak niezbędna w tym gorącym, wilgotnym klimacie. Choć w ośrodku po zakwaterowaniu nie można kupić już niczego do picia, bo kuchnia się zamknęła na biegu, a pan z obsługi również zniknął po pobraniu od nas opłaty (mimo że na stronie Dream Lagoon podaje się informację, że recepcja czynna jest całodobowo). Choć na dwa pokoje tylko w jednym pozostawiono saszetki z kawą, żebyśmy jednak nie musiały w nocy umierać z pragnienia (bo po co komu w pokoju sam czajnik, jeśli nie ma nic do zaparzenia we wrzątku?). Choć drzwi nie posiadają ani kluczy, ani chyba działających zamków (sprawa jest załatwiana zasuwkami od środka). Choć przy wejściu na balkon brakuje choćby i jakiejkolwiek zasuwki.
Miss, don't worry about anything. Miss, since this is your first time coming to Sri Lanka, we will take good care of you. Miss, don't worry about anything** – brzmiała dalsza część odpowiedzi hotelu na moje obawy dotyczące pierwszej podróży w tak odległy zakątek świata. No cóż, inaczej sobie tę opiekę wyobrażałam.
Ale obsługa chyba jednak o niej nie zapomniała:). Zanim zakończyła pracę, usłyszałam tyle razy, jak bardzo jesteśmy bezpieczne w Dream Lagoon, że aż, nie znając realiów kraju, poczułam się niepewnie. Zwłaszcza że oczywiście mimo mojego special request nie dostałyśmy z Anią pokojów nawet na tym samym piętrze.
Z tego wszystkiego jakoś nie mogłam zasnąć tej nocy. Przed pójściem do łóżka głowę rzeczywiście zaprzątały mi rozważania, czy to aż tak niebezpieczna okolica, że trzeba się w wyjątkowy sposób koncentrować na bezpieczeństwie? A może na bezsenność wpływała kawa, którą, pozbawione dostępu do wody, wypiłyśmy z Anią przed snem?
Z braku innych możliwości i tak nie pozostało mi nic innego, jak zaufać komuś, kto już nadużył zaufania. Albo lepiej - zaufać ciężkiej bramie oddzielającej nas od głównej ulicy i strażnikowi, który ma przy niej budkę (choć nie wiem, czy był w niej w godzinach nocnych). W końcu zmuszam się do rozprostowania ciała w pościeli.
I choć moja pierwsza lankijska noc pod względem snu była tak samo słaba, jak pierwsze hotelowe doświadczenie, to wiedziałam, że się temu nie poddam. Bo oto za oknem księżyc malował srebrną wstęgę na wodach laguny. Kokosy w koronach palm za oknem pyszniły się dojrzałą żółto – pomarańczową barwą. Chybotliwa łódka kołysała się na falach przy hotelowym pomoście.
I to wszystko jakby składało obietnicę na przyszłość. A także napełniało tę bezsenną noc rodzajem magicznego zaczynu. Z niego zrodziło się tuż przed świtem przeczucie, że wszystko ułoży się piękniej, niż można było przewidzieć. I przekonanie, że ta podróż ogarnie nas całe, wciągnie w swój wir, napełni po brzegi, zmieniając już na zawsze postrzeganie słowa przygoda …
Ps. Info z hotelu:
*Panienko, zapewnimy transport na lotnisko. Następnie Panienka może wziąć samochód z lotniska. Proszę się o nic nie martwić. Po dotarciu na lotnisko proszę do mnie zadzwonić, a ja podam Pani wszystkie wskazówki. Nasz hotel jest jakieś pięć minut drogi stąd. (tłumacz google)
**Proszę się o nic nie martwić. Panienko, ponieważ to Pani pierwszy raz na Sri Lance, zaopiekujemy się Panią. Proszę się o nic nie martwić. (tłumacz google)
Aneks:





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz