niedziela, 17 sierpnia 2025

DWA OBLICZA - Łódź

 

Łódź ma jakby dwa oblicza – z jednej strony przymila się wysoką kulturą, spotkaniami z historią, czy choćby pełnymi relaksu i beztroski chwilami. Z drugiej - potrafi przytłoczyć, a nawet całkiem przygnieść atmosferą beznadziei, widokiem brudu, obrazami brzydoty, wnoszonymi w miejski krajobraz przez obszarpane kamienice, skrajnie zaniedbane podworce, dziwne, wręcz niebezpieczne zaułki, gdzie ludzie czasem pojawiają się jak duchy, a czasem siedzą przyczajeni niczym szczury.

Można więc jednocześnie zobaczyć w tym mieście i uskrzydlenie, i wegetację – być może zależnie od tego, co komu w duszy gra. Moim wysoko wrażliwym dzieciom zazwyczaj nie grało tu na wesoło. Podczas dzisiejszego porannego spaceru w kolejną rocznicę urodzin Bartka, myślę sobie, że jestem taka jak on – najbardziej dotykają mnie chyba te ciemne strony miasta. Przy wysokiej wrażliwości to trudny do zniesienia klimat. Może mój starszy syn nie powinien był studiować w Łodzi? Może gdzieś indziej byłby bardziej szczęśliwy? Zastanawiam się, jak musiał się czuć w tym mieście kilkanaście lat temu, gdy startowało ono dopiero do odnowy? Gdy jeszcze nie było w nim tych wszystkich poprawionych, czy też zrewitalizowanych części. 

Jak zwykle podczas takich rocznicowych dni, jak dzisiaj, zadaję sobie pytania, na które nie znajdę odpowiedzi. Ale i tak nie sposób wyłączyć w takich chwilach mózgu. Nie sposób też osiągnąć zrozumienia, choć równocześnie i nie sposób zaniechać prób, by zrozumieć.

Dzień miłości bez końca” - tak zatytułowała dzisiejsze urodziny Bartka w swoim kalendarzu Beata Pawlikowska. Za niespełna pięć miesięcy minie dziesiąta rocznica śmierci mojego starszego syna, a serce wciąż nie przestało mi krwawić. Na co dzień staram się żyć, jak inni, pewnie więc wszyscy sądzą, że moje cierpienie już mi „przeszło”. Ale ja czuję się teraz jak Łódź – też mam dwa oblicza.

Z jednym błąkam się samotnie po mieście niedzielnym rankiem, próbując rozchodzić przygnębienie i smutek. Drugie jest uśmiechnięte - uzewnętrznia niekłamaną radość, spowodowaną faktem, że mogłam ostatnie dni pobyć z Anią i że wspólnie przeżyłyśmy dobry czas jeszcze według wakacyjnego harmonogramu zajęć. Spędziłyśmy piękne chwile na termach w Uniejowie i na plaży nad Jeziorskiem, dwukrotnie odwiedziłyśmy balijski salon masażu – kupiłyśmy sobie zabiegi i na ciało, i na twarz, do tego testowałyśmy różne przysmaki zarówno w Łodzi, jak i w okolicach. Degustowałyśmy dania kuchni nie tylko polskiej, ale także indyjskiej oraz koreańskiej, posiedziałyśmy przy pysznej, włoskiej, reklamowanej w internecie kawce, wypiłyśmy wino z Gruzji i Australii. Obejrzałyśmy kilka filmów z akcją osadzoną zarówno w położonych blisko Łodzi Lipcach Rejmontowskich, jak również w dalekich Sri Lance i Korei.

Bardzo nam się więc zrobiły międzynarodowe te wakacje w Łodzi:). W Pradze (w powiecie poddębickim;) odbiłyśmy z głównej trasy, by spędzić przedpołudnie nad jeziorem, zwiedziłyśmy „łódzki Paryż”, czyli okrzykniętą tym mianem wyremontowaną ulicę Włókienniczą (będzie o niej jeszcze w aneksie) i omal się otarłyśmy o Neapol, pokazany w internecie na fotografii jednego z podwórek przy ulicy Rewolucji 1905. Niestety, choć przeszłyśmy ją w całości, to nie odnalazłyśmy tego neapolskiego miejsca, o którym wspomniała często ostatnio odwiedzana przeze mnie strona pt. „Łódź zwana pożądaniem” (polecam).

Staram się szukać inspiracji do pokochania tego miasta, gdzie tylko się da. „Grecja fajna ale Łódź najfajniejsza. Kocham to miasto" napisał przedwczoraj na fb autor polecanej powyżej strony po swoich greckich wakacjach. Jak widać wszystko jest możliwe. Łódź najwyraźniej da się pokochać. Staram się z całych sił w to uwierzyć. Staram się znaleźć wszelkie możliwe pozytywy Łodzi.

Chwile spędzone z Anią i jej słodkim króliczkiem są zawsze pozytywne. I to właśnie sprawia, że wracam do Łodzi raz po raz. Gromadzę wspomnienia i zabieram z sobą w drogę powrotną to, co najlepsze. Nie jeżdżę po świecie, by rozkminiać. Rozkminy przychodzą same. Już się z tym pogodziłam.

Chcę wrócić z  Łodzi z obliczem normalności. Nie było mnie w domu zaledwie parę dni, ale już zdążyłam się stęsknić za dzieciakami. Chcę spędzić z nimi ten ostatni tydzień przed moim powrotem do szkoły. Oblicze pełne cierpienia staram się zmazywać z siebie po drodze - z każdym przejechanym kilometrem bardziej. W końcu wiatr wywiewa resztki z pociągu na którejś ze stacji. Moi domownicy potrzebują normalnej i uśmiechniętej matki. I taka właśnie wkraczam w rodzinne progi...



P.s. Jeszcze Madzia przysłała info, że dziś Dzień pozytywnie zakręconych. Cieszę się, że ma on również tak pozytywne konotacje.

P.s.1. A teraz widzę, że autor strony „Łódź zwana pożądaniem” skomentował własny post o treści: Grecja fajna ale Łódź najfajniejsza. Kocham to miasto".

Komentarz brzmi: "Chociaż ta miłość ma w sobie coś z syndromu sztokholmskiego"

 "Uzależnia w nie do końca normalny sposób

Hmm..., nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że to żarty, to nie wiem, czy o taki rodzaj zakochania mi chodzi...


ANEKS (w przygotowaniu)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz