Część II relacji z Wielkanocy w Kalabrii
(część I znajduje się we wpisie pt. Trudności z włoską kuchnią:-) i ciemnymi stronami Południa
(część I znajduje się we wpisie pt. Trudności z włoską kuchnią:-) i ciemnymi stronami Południa
„Wybrzeże
Tyrreńskie jest na pewno mniej dzikie i bardziej skomercjalizowane od
Jońskiego. To tutaj znajduje się
Tropea, najbardziej znany kalabryjski kurort nazywany perłą Morza Tyrreńskiego,
oraz przylądek Capo Vaticano, o którym mówi się, że posiada najpiękniejsze
plaże w Kalabrii. Zarówno Capo Vaticano, jak i Tropea, znajdują się w części
Wybrzeża Tyrreńskiego nazywanego Costa
degli Dei, czyli Wybrzeże
Bogów. Ta nazwa mówi sama za siebie. Piękne
plaże Wybrzeża Bogów ciągną się od Pizzo do Nicotera”
Jako że tym razem podczas wyjazdu nie mam żadnego przewodnika, muszę posiłkować się wiedzą podróżujących blogerów, z których
chyba wszyscy już wielokrotnie odwiedzili miejsca, gdzie ja stawiam dopiero na starość
pierwsze kroczki. Autorzy wspomnianego bloga (Złotaproporcja.pl) tak opisują
cel naszej przeprowadzki z San Ferdinando:
„Plaży Riaci nie
znajdziecie raczej w przewodnikach, a wielka szkoda, bo to nasza druga ulubiona
plaża na Capo Vaticano.”
https://www.zlotaproporcja.pl/2017/11/12/capo-vaticano-grotticelle-plaze-kalabrii/
Jedziemy tam wczesnym
przedpołudniem przez Nicoterę, oglądaną w oddali wielokrotnie z miejscowości,
gdzie przebywaliśmy przez pierwszą część kalabryjskiego wypoczynku i natychmiast uświadamiamy sobie, co różnicuje
te dwa miejsca. Tą różnicą są turyści. Mieszczący się w przedziale ilościowym – od zupełnego
zera w San Ferdinando aż po pozycję „całkiem sporo” na placyku pod zamkiem w Nicoterze.
I to pomimo faktu, że pogoda średnio wówczas zachęcała do zwiedzania.
Doświadczyliśmy zachmurzenia i siąpiącego deszczyku, podczas których wszystko dokoła zaczęło stopniowo przybierać ołowianą barwę. „Efekt?
Zobaczyliśmy [...] szare, groźnie nastroszone Capo Vaticano.” To już cytat z
innego blogu, którego autorka również zwiedzała tę okolicę poza sezonem w
deszczu.
https://italia-by-natalia.pl/kalabria-w-grudniu-tropea-pizzo-capo-vaticano-baia-di-riaci/
Padało nawet wtedy, gdy
już dojechaliśmy na miejsce. Baia di Riaci jest położona ok. 3 kilometry na
południe od Tropei, a nasz nowy ośrodek bezpośrednio na plaży! Gdyby nie ta
pogoda, to można by odnieść wrażenie, że oto rozpoczynamy wakacje.
Ponieważ jednak o plażowaniu można było tego dnia tylko pomarzyć, to po zakwaterowaniu pojechaliśmy zwiedzać okolicę i szukać
sklepów – w nowym ośrodku nikt nie będzie dla nas specjalnie gotował – można skorzystać z usług restauracji na miejscu, ale nie są one zbyt korzystne cenowo i przy czterech osobach z rozciągniętymi dopiero co żołądkami wybór
takiej opcji równałby się rychłej katastrofie finansowej. Z zakupami niestety też
ciężko w okolicy – markety mają siestę, albo świąteczną przerwę w pracy,
zaopatrzenie również takie sobie. Trzeba brać to, co jest, a nie to, co by się
chciało. Nawet największa i najpopularniejsza w rejonie „perła Morza
Tyrreńskiego” – Tropea pod tym względem wygląda słabo. Można zakupić w
niej do woli słynne kalabryjskie specjały w postaci czerwonej cebuli i papryczek
pepperoncino, ale już z czymś, co naprawdę można zjeść bez specjalnych poszukiwań, czy też wielkiej wiedzy w temacie lokalnej kochni jest mało ciekawie. Widziane przez nas stoiska z ciepłymi przekąskami, czy
dania wypisane w wystawionych na ulice menu budziły pewne podejrzenie. Polecam „małą historię o tym, jak nie udało [...] się
zjeść kalabryjskich specjałów” - można ją przeczytać na blogu Italia by
Natalia - we wpisie, do którego link umieściłam powyżej.
Pod każdym innym względem Tropea wygląda urokliwie i klimatycznie. Ilość turystów w mojej prywatnej skali to pozycja "omalże za dużo" na głównych uliczkach starego miasta. Ale może to dlatego, że wreszcie przestało padać:-) i wszyscy postanowili z tego skorzystać. Cieszę się więc pogodą oraz pięknem Tropei i wyjeżdżam w przekonaniu, że oto jest miejsce, do którego będę co rusz przyjeżdżała z pobliskiego ośrodka na plaży.
No i absolutnie się co do
tego pomyliłam. Następnego dnia już wraz z jego początkiem zaświeciło słońce i rozpoczęłam moje cudowne
choć (bardzo) krótkie kalabryjskie wakacje. Żadne zwiedzanie nie było warte
porzucenia widoku na turkusowe morze czy też leżingu plackiem w cieniu parasola na cudnej, piaszczystej i
czystej! (sprzątanej codziennie rano) plaży pod klifem. Jakby co, to za skałami okalającymi jej północny
brzeg miałam widok na Tropeę - gdyby mi się zachciało ją ujrzeć ponownie, włącznie
z jej sztandarowym zabytkiem Santuario di Santa
Maria dell'Isola. Dzieli go podobno odległość długiego spaceru od naszej
plaży (to też informacja z podanego wpisu na blogu Italia by Natalia), ale mając ją do dyspozycji, kto by tam chciał spacerować.
Jedyne miejsce, które pojechaliśmy
obejrzeć, (ale to także raczej przy okazji zakupów), to była plaża Grotticelle, która w prywatnym rankingu
autorów bloga Złotaproporcja.pl stanowiła numer jeden na Capo Vaticano. No cóż,
ładnie było, ale ja za nic na świecie nie zamieniłam na nią naszej miejscówki na
Baia di Riaci. To właśnie ona awansowała dla mnie do rangi ideału wakacyjnego
pobytu. Powiedziałabym nawet więcej – nigdy w okresie wakacji nie miałam tak
zniewalającego relaksu nad morzem, jak podczas tego zupełnie jeszcze
niewakacyjnego sezonu na plaży Riaci. Chciałabym wrócić. I następnym razem najchętniej
wybiorę znowu ośrodek Oldwell Hotel, jeśli tylko będzie mnie na niego stać (tym
razem przy rezerwacji dostałam upgrade do wygodnych bungalowów w cenie pokojów
ekonomicznych). Nie tylko z powodu najlepszej lokalizacji w całej Kalabrii.
Także z powodu miłej obsługi, czystości, pysznych i obfitych śniadań oraz fantastycznych
drinków powitalnych z aperolem (wypiłam za całą rodzinę:-).
A okolicę też zwiedzę następnym razem. Warto!
Tak myślę po obejrzeniu z okien samochodu miasteczka Pizzo w drodze powrotnej
na lotnisko:-).
Costa
degli Dei stanęło na wysokości zadania. Sprawiło, że nasz wypoczynek był
naprawdę boski. Przywiozłam parę pamiątek z podróży: kolorowe makarony - z cytryną,
czerwoną cebulą, papryczką pepperoncino, a także energię - słońca, morza i wiatru.
Mam nadzieję że będzie mnie utrzymywać chociaż w jakiej takiej kondycji do
końca roku szkolnego. Że pomoże mi dotrwać do czasu, gdy rozpoczną się
prawdziwe i naprawdę dłuuugie wakacje.
















