niedziela, 16 czerwca 2019

(BARDZO) KRÓTKIE KALABRYJSKIE WAKACJE

Część II relacji z Wielkanocy w Kalabrii 
(część I znajduje się we wpisie pt. Trudności z włoską kuchnią:-) i ciemnymi stronami Południa
„Wybrzeże Tyrreńskie jest na pewno mniej dzikie i bardziej skomercjalizowane od Jońskiego. To tutaj znajduje się Tropea, najbardziej znany kalabryjski kurort nazywany perłą Morza Tyrreńskiego, oraz przylądek Capo Vaticano, o którym mówi się, że posiada najpiękniejsze plaże w Kalabrii. Zarówno Capo Vaticano, jak i Tropea, znajdują się w części Wybrzeża Tyrreńskiego nazywanego Costa degli Dei, czyli Wybrzeże Bogów.  Ta nazwa mówi sama za siebie. Piękne plaże Wybrzeża Bogów ciągną się od Pizzo do Nicotera
Jako że tym razem podczas wyjazdu nie mam żadnego przewodnika, muszę posiłkować się wiedzą podróżujących blogerów, z których chyba wszyscy już wielokrotnie odwiedzili miejsca, gdzie ja stawiam dopiero na starość pierwsze kroczki. Autorzy wspomnianego bloga (Złotaproporcja.pl) tak opisują cel naszej przeprowadzki z San Ferdinando:
„Plaży Riaci nie znajdziecie raczej w przewodnikach, a wielka szkoda, bo to nasza druga ulubiona plaża na Capo Vaticano.”
https://www.zlotaproporcja.pl/2017/11/12/capo-vaticano-grotticelle-plaze-kalabrii/

Jedziemy tam wczesnym przedpołudniem przez Nicoterę, oglądaną w oddali wielokrotnie z miejscowości, gdzie przebywaliśmy przez pierwszą część kalabryjskiego wypoczynku i natychmiast uświadamiamy sobie, co różnicuje te dwa miejsca. Tą różnicą są turyści. Mieszczący się w przedziale ilościowym – od zupełnego zera w San Ferdinando aż po pozycję „całkiem sporo” na placyku pod zamkiem w Nicoterze. I to pomimo faktu, że pogoda średnio wówczas zachęcała do zwiedzania. Doświadczyliśmy zachmurzenia i siąpiącego deszczyku, podczas których wszystko dokoła zaczęło stopniowo przybierać ołowianą barwę. „Efekt? Zobaczyliśmy [...] szare, groźnie nastroszone Capo Vaticano.” To już cytat z innego blogu, którego autorka również zwiedzała tę okolicę poza sezonem w deszczu.
 https://italia-by-natalia.pl/kalabria-w-grudniu-tropea-pizzo-capo-vaticano-baia-di-riaci/

Padało nawet wtedy, gdy już dojechaliśmy na miejsce. Baia di Riaci jest położona ok. 3 kilometry na południe od Tropei, a nasz nowy ośrodek bezpośrednio na plaży! Gdyby nie ta pogoda, to można by odnieść wrażenie, że oto rozpoczynamy wakacje.
Ponieważ jednak o plażowaniu można było tego dnia tylko pomarzyć, to po zakwaterowaniu pojechaliśmy zwiedzać okolicę i szukać sklepów – w nowym ośrodku nikt nie będzie dla nas specjalnie gotował – można skorzystać  z usług restauracji na miejscu, ale nie są one zbyt korzystne cenowo i przy czterech osobach z rozciągniętymi dopiero co żołądkami wybór takiej opcji równałby się rychłej katastrofie finansowej. Z zakupami niestety też ciężko w okolicy – markety mają siestę, albo świąteczną przerwę w pracy, zaopatrzenie również takie sobie. Trzeba brać to, co jest, a nie to, co by się chciało. Nawet największa i najpopularniejsza w rejonie „perła Morza Tyrreńskiego” – Tropea pod tym względem wygląda słabo. Można zakupić w niej do woli słynne kalabryjskie specjały w postaci czerwonej cebuli i papryczek pepperoncino, ale już z czymś, co naprawdę można zjeść bez specjalnych poszukiwań, czy też wielkiej wiedzy w temacie lokalnej kochni jest mało ciekawie. Widziane przez nas stoiska z ciepłymi przekąskami, czy dania wypisane w wystawionych na ulice menu budziły pewne podejrzenie. Polecam „małą historię o tym, jak nie udało [...] się zjeść kalabryjskich specjałów” - można ją przeczytać na blogu Italia by Natalia - we wpisie, do którego link umieściłam powyżej.

Pod każdym innym względem Tropea wygląda urokliwie i klimatycznie. Ilość turystów w mojej prywatnej skali to pozycja "omalże za dużo" na głównych uliczkach starego miasta. Ale może to dlatego, że wreszcie przestało padać:-) i wszyscy postanowili z tego skorzystać. Cieszę się więc pogodą oraz pięknem Tropei i wyjeżdżam w przekonaniu, że oto jest miejsce, do którego będę co rusz przyjeżdżała z pobliskiego ośrodka na plaży.

No i absolutnie się co do tego pomyliłam. Następnego dnia już wraz z jego początkiem zaświeciło słońce i rozpoczęłam moje cudowne choć (bardzo) krótkie kalabryjskie wakacje. Żadne zwiedzanie nie było warte porzucenia widoku na turkusowe morze czy też leżingu plackiem w cieniu parasola na cudnej, piaszczystej i czystej! (sprzątanej codziennie rano) plaży pod klifem. Jakby co, to za skałami okalającymi jej północny brzeg miałam widok na Tropeę - gdyby mi się zachciało ją ujrzeć ponownie, włącznie z jej sztandarowym zabytkiem Santuario di Santa Maria dell'Isola. Dzieli go podobno odległość długiego spaceru od naszej plaży (to też informacja z podanego wpisu na blogu Italia by Natalia), ale mając ją do dyspozycji, kto by tam chciał spacerować.

Jedyne miejsce, które pojechaliśmy obejrzeć, (ale to także raczej przy okazji zakupów), to była plaża Grotticelle, która w prywatnym rankingu autorów bloga Złotaproporcja.pl stanowiła numer jeden na Capo Vaticano. No cóż, ładnie było, ale ja za nic na świecie nie zamieniłam na nią naszej miejscówki na Baia di Riaci. To właśnie ona awansowała dla mnie do rangi ideału wakacyjnego pobytu. Powiedziałabym nawet więcej – nigdy w okresie wakacji nie miałam tak zniewalającego relaksu nad morzem, jak podczas tego zupełnie jeszcze niewakacyjnego sezonu na plaży Riaci. Chciałabym wrócić. I następnym razem najchętniej wybiorę znowu ośrodek Oldwell Hotel, jeśli tylko będzie mnie na niego stać (tym razem przy rezerwacji dostałam upgrade do wygodnych bungalowów w cenie pokojów ekonomicznych). Nie tylko z powodu najlepszej lokalizacji w całej Kalabrii. Także z powodu miłej obsługi, czystości, pysznych i obfitych śniadań oraz fantastycznych drinków powitalnych z aperolem (wypiłam za całą rodzinę:-). 
A okolicę też zwiedzę następnym razem. Warto! Tak myślę po obejrzeniu z okien samochodu miasteczka Pizzo w drodze powrotnej na lotnisko:-).
Costa degli Dei stanęło na wysokości zadania. Sprawiło, że nasz wypoczynek był naprawdę boski. Przywiozłam parę pamiątek z podróży: kolorowe makarony - z cytryną, czerwoną cebulą, papryczką pepperoncino, a także energię - słońca, morza i wiatru. Mam nadzieję że będzie mnie utrzymywać chociaż w jakiej takiej kondycji  do końca roku szkolnego. Że pomoże mi dotrwać do czasu, gdy rozpoczną się prawdziwe i naprawdę dłuuugie wakacje.

środa, 12 czerwca 2019

POMYŚLĘ O TYM JUTRO




Zbliża się koniec roku szkolnego. Tydzień temu po raz kolejny spotkałam się z rodzicami na zebraniu klasowym. Pożegnalnym. Wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. W pracy szkolnej to norma. Co roku trzeba kogoś żegnać. Już przywykliśmy.
A jednak mi żal. Do tego stopnia, że czuję niepokojące łamanie się głosu i napływające do oczu łzy. Związałam się z tymi ludźmi, z ich dziećmi jeszcze bardziej. Tak się w tej pracy dzieje bez względu na to, czy tego chcemy, czy nie.
Właściwie miałam nadzieję, że to nie będzie teraz. Że już przeprowadzę te „moje” dzieciaki jeszcze przez ósmą klasę - do końca nauki w naszej szkole. Ale zasady były jasne od początku. Byłam dla nich tylko wychowawcą zastępczym.




Przez całą moją praktykę zawodową tak miałam. Zawsze dostawałam te zespoły, których nikt nie chciał. Począwszy od mojej pierwszej klasy terapeutycznej. Ale wtedy przynajmniej pracowałam z dzieciakami od momentu jej utworzenia aż do przekazania ich do szkoły ponadpodstawowej (nota bene miało to miejsce zaledwie miesiąc przed planowanymi narodzinami Kacpra). Potem już tylko otrzymywałam w spadku klasy „porzucone” przez wychowawców z różnych względów. Zazwyczaj były to dzieciaki, do których nie chcieli oni wrócić nawet wtedy, gdy już mogli. Swoje przeszłam w pracy z tego typu specyfiką:-)






















Myślę, że tym razem już po raz ostatni przed emeryturą zostałam wychowawcą. I po raz pierwszy w całej mojej karierze zawodowej się zdarza, że ktoś mi odbiera dzieciaki, bo chce do nich wrócić!  Cóż, przynajmniej taka sytuacja dobrze rokuje. A przecież chciałabym dla moich uczniów jak najlepiej.



Z rodzicami spotykam się kilka dni po tym, jak była wychowawczyni w bezpośredniej rozmowie potwierdza chęć powrotu. Po zebraniu mamy podchodzą do mnie pojedynczo - dziękują, mówią o tym, jak ich dzieci przeżywają tę zmianę. To taki pełen emocji ciepły akcent na zakończenie naszych relacji. Doceniam.























Potem jeszcze spotykam jedną z mam na korytarzu i mam wrażenie, że ona ... próbuje mnie pocieszyć. Czyżby aż tak bardzo było po mnie widać, jak mi przykro rozstawać się z uczniami tej klasy? W pracy raczej staram się panować nad uczuciami i zazwyczaj mi to całkiem dobrze wychodzi.
- Przecież pani zostaje w tej szkole. To jeszcze pani doglądnie te nasze dzieci – słyszę słowa, które chyba mają mnie podnieść na duchu.
No nie, droga Mamo M. Jeśli nie mam już klasy w tej szkole, to tak naprawdę nic mnie tutaj dłużej nie trzyma. Od dawna powinnam była zająć się swoim zdrowiem, ale odkładałam własne sprawy, by nie zostawić bez wychowawcy moich uczniów. A prawda jest taka, że już w listopadzie (czyli jakiś miesiąc po powrocie z sanatorium) ortopeda rozmawiał ze mną o tym, iż może trzeba pomyśleć o urlopie dla poratowania zdrowia.
Więc pomyślałam o tym natychmiast po pożegnaniu z rodzicami. I załatwiłam ten urlop w ciągu kilku następnych dni. Inna sprawa, że mam taką dokumentację medyczną z ostatnich lat, iż mogłabym nią obdzielić nawet kilka osób. Wczoraj w Zakładzie Medycyny Pracy pani doktor podpisała stosowne orzeczenie. Już nie ma odwrotu – od nowego roku szkolnego po raz pierwszy w swojej karierze pedagogicznej będę miała rok przerwy od szkoły.



Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię. Już dawno przestałam wierzyć wszelkim „mądrym” powiedzonkom, którymi obdarzają mnie w takich chwilach znajomi. „Jeśli Pan Bóg zamyka dla Ciebie jakieś okno, to gdzie indziej otwiera wrota”, czy coś takiego. U mnie to raczej nigdy nie okazuje się prawdą. Choć nie ukrywam, że chciałabym, żeby tym razem było inaczej.
Ale na razie nie mam czasu nawet zastanowić się nad jakimś sensownym planem na przyszłość. Teraz mam straszne zamieszanie związane z domykaniem roku szkolnego i akademickiego. Organizuję też dla naszej Rodziny wakacyjny wyjazd, który chciałabym rozpocząć tuż po rozdaniu moim uczniom świadectw. Ten urlop zdrowotny wypłynął tak szybko, tak niespodziewanie. Cóż mam teraz z tym począć? Chyba tylko jak Scarlett O'Hara mogę na razie powiedzieć sobie: „Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro.”


 "I can’t think about that right now. [...]. I’ll think about that tomorrow."

Przeminęło z wiatrem
Margaret Mitchell