
Zbliża się koniec roku
szkolnego. Tydzień temu po raz kolejny spotkałam się z rodzicami na zebraniu
klasowym. Pożegnalnym. Wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. W pracy
szkolnej to norma. Co roku trzeba kogoś żegnać. Już przywykliśmy.
A jednak mi żal. Do tego
stopnia, że czuję niepokojące łamanie się głosu i napływające do oczu łzy.
Związałam się z tymi ludźmi, z ich dziećmi jeszcze bardziej. Tak się w tej
pracy dzieje bez względu na to, czy tego chcemy, czy nie.
Właściwie miałam nadzieję, że
to nie będzie teraz. Że już przeprowadzę te „moje” dzieciaki jeszcze przez ósmą
klasę - do końca nauki w naszej szkole. Ale zasady były jasne od początku.
Byłam dla nich tylko wychowawcą zastępczym.
Przez całą moją praktykę
zawodową tak miałam. Zawsze dostawałam te zespoły, których nikt nie chciał.
Począwszy od mojej pierwszej klasy terapeutycznej. Ale wtedy przynajmniej
pracowałam z dzieciakami od momentu jej utworzenia aż do przekazania ich do
szkoły ponadpodstawowej (nota bene miało to miejsce zaledwie miesiąc przed
planowanymi narodzinami Kacpra). Potem już tylko otrzymywałam w spadku klasy „porzucone”
przez wychowawców z różnych względów. Zazwyczaj były to dzieciaki, do których nie
chcieli oni wrócić nawet wtedy, gdy już mogli. Swoje przeszłam w pracy z tego typu
specyfiką:-)

Myślę, że tym razem już po raz ostatni przed emeryturą zostałam wychowawcą. I po raz pierwszy w całej mojej karierze zawodowej się zdarza, że ktoś mi odbiera dzieciaki, bo chce do nich wrócić! Cóż, przynajmniej taka sytuacja dobrze rokuje. A przecież chciałabym dla moich uczniów jak najlepiej.

Z rodzicami spotykam się kilka
dni po tym, jak była wychowawczyni w bezpośredniej rozmowie potwierdza chęć
powrotu. Po zebraniu mamy podchodzą do mnie pojedynczo - dziękują, mówią o tym,
jak ich dzieci przeżywają tę zmianę. To taki pełen emocji ciepły akcent na
zakończenie naszych relacji. Doceniam.




Potem jeszcze spotykam jedną z mam na korytarzu i mam wrażenie, że ona ... próbuje mnie pocieszyć. Czyżby aż tak bardzo było po mnie widać, jak mi przykro rozstawać się z uczniami tej klasy? W pracy raczej staram się panować nad uczuciami i zazwyczaj mi to całkiem dobrze wychodzi.
- Przecież pani zostaje w
tej szkole. To jeszcze pani doglądnie te nasze dzieci – słyszę słowa, które chyba mają mnie podnieść na duchu.
No nie, droga Mamo M.
Jeśli nie mam już klasy w tej szkole, to tak naprawdę nic mnie tutaj dłużej nie
trzyma. Od dawna powinnam była zająć się swoim zdrowiem, ale odkładałam własne
sprawy, by nie zostawić bez wychowawcy moich uczniów. A prawda jest taka, że
już w listopadzie (czyli jakiś miesiąc po powrocie z sanatorium) ortopeda
rozmawiał ze mną o tym, iż może trzeba pomyśleć o urlopie dla poratowania
zdrowia.
Więc pomyślałam o tym
natychmiast po pożegnaniu z rodzicami. I załatwiłam ten urlop w ciągu kilku
następnych dni. Inna sprawa, że mam taką dokumentację medyczną z ostatnich lat,
iż mogłabym nią obdzielić nawet kilka osób. Wczoraj w Zakładzie Medycyny Pracy
pani doktor podpisała stosowne orzeczenie. Już nie ma odwrotu – od nowego roku
szkolnego po raz pierwszy w swojej karierze pedagogicznej będę miała rok
przerwy od szkoły.


Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię. Już dawno przestałam wierzyć wszelkim „mądrym” powiedzonkom, którymi obdarzają mnie w takich chwilach znajomi. „Jeśli Pan Bóg zamyka dla Ciebie jakieś okno, to gdzie indziej otwiera wrota”, czy coś takiego. U mnie to raczej nigdy nie okazuje się prawdą. Choć nie ukrywam, że chciałabym, żeby tym razem było inaczej.
Ale na razie nie mam czasu
nawet zastanowić się nad jakimś sensownym planem na przyszłość. Teraz mam
straszne zamieszanie związane z domykaniem roku szkolnego i akademickiego.
Organizuję też dla naszej Rodziny wakacyjny wyjazd, który chciałabym rozpocząć tuż po rozdaniu
moim uczniom świadectw. Ten urlop zdrowotny wypłynął tak szybko, tak niespodziewanie.
Cóż mam teraz z tym począć? Chyba tylko jak Scarlett O'Hara mogę na razie powiedzieć sobie: „Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro.”
"I can’t think about that right now. [...]. I’ll think about that tomorrow."
Przeminęło z wiatrem
Margaret Mitchell











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz