piątek, 30 września 2022

6. TURCJA: Bolu - Zabosforowa Azja

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/09/mocno-nas-zaskoczy-fakt-ze-swiat-poza.html

Życie nie może być aż tak straszne. W końcu zawsze można iść nad Bosfor.”

Orhan Pamuk, Stambuł. Wspomnienia i miasto



Właściwie to myślę to samo, co Noblista za każdym razem, gdy oglądam, nagrany nad Bosforem, jeden z naszych ulubionych utworów rebetiko “
Gel Gel Kayıkçı.” (https://www.youtube.com/watch?v=stEPG0Pn6os&ab_channel=doublemoonchannel)

To przepiękna historia miłosna, o której można przeczytać na tureckim forum dyskusyjnym (tłumacz google):

Opowiedzieli nam historię tej piosenki w Çeşme Dalyanköy lata temu. (...) Był tam młody człowiek o imieniu Ali, młody naiwny chłopiec. Zakochuje się w beznadziejnej miłości, ale ta dziewczyna pochodzi z przeciwległego brzegu, greckiej wyspy Chios. Przychodzi i odpływa łodzią. nikt nic nie mówi do młodego człowieka. Nie wiadomo, czy miłość ma sens, czy nie. Potem próbuje zbudować wieżę na morzu, aby mógł zobaczyć dziewczynę. Jego ruina stała jeszcze do niedawna na prawo od wejścia w Dalyan. Wtedy to Ali wariuje. Wiadomo, że ta piosenka jest w jego pamięci.” (https://eksisozluk.com/gel-gel-kayikci--2503469)

Podczas tego pobytu w Stambule nie mamy ani okazji, ani czasu, by spotkać się z rebetiko. Ale dla Bosforu jest w naszej podróży specjalne, honorowe miejsce.

*

Nawigacja gogle usiłowała nas przeprowadzić na azjatycki brzeg Stambułu tunelem Eurazja. Ale my chcieliśmy w sentymentalny sposób powtórzyć trasę sprzed lat, przebytą podczas rodzinnej objazdówki po Turcji. I znów zobaczyć
zniewalający Bosfor z perspektywy rozwieszonego nad nim mostu.

Mam głębokie przekonanie, że ten widok wart jest dodatkowych 75 minut, które podobno zyskalibyśmy korzystając z tunelu. Ale to perspektywa pasażera. Mąż kierowca wygląda na mocno zmęczonego takim przedłużającym się przejazdem przez Stambuł.

Ale wreszcie mogę napisać do bliskich:

Pozdrawiamy już z Azji



Zmierzamy do Bolu. To nie jest miejsce, które byłoby polecane w jakimkolwiek turystycznym celu. Podobno lubią je jednak handlowcy, bo można tam zrobić niezłe zakupy. Ale dla nas to tylko przystanek na odpoczynek w drodze na Wschód Turcji.


W Bolu czeka nasz pierwszy nocleg w tureckim Hiltonie. Jestem tym bardzo podekscytowana. To zarazem nasza pierwsza przygoda z hotelami tej marki. I w tym miejscu chciałabym podziękować twórcy internetowego tekstu pod tytułem: „Hilton HHonors dla początkujących”. To dzięki autorom takich wpisów nasza podróż nabrała nowego wymiaru komfortu. Po zastosowaniu się do wskazówek ze strony: https://www.hotelspotter.pl/2016/05/poradnik-hilton-hhonors.html nie tylko dokonałam paru fajnych rezerwacji podczas pobytu w Turcji, ale też sporo zaoszczędziłam. Udało mi się bowiem kupić noclegi w większości Hiltonów za punkty nabyte w promocyjnej cenie.


To wszystko zawdzięczam również swojemu niepohamowanemu apetytowi na podróże. Promocja bowiem obejmowała swoim zasięgiem członków uczestniczących w hiltonowskim programie minimum trzy miesiące. Oczywiście taka marzycielka jak ja należała do niego już od kilku lat, mimo że w czasie ich trwania nigdy się u nas nie zanosiło na noclegi w żadnym luksusowym hotelu. To chyba najlepszy dowód, że cierpliwość popłaca, a marzenia jednak potrafią się spełniać.


Żeby nie było, że tego dnia będzie zupełnie nieturystycznie, to do Hiltona w Bolu postanowiliśmy dotrzeć drogą nad Jeziorem Abant. „Turcja w sandałach” opisuje to miejsce jako bardzo przyjemne i piękne – w sezonie letnim podobno pokrywają je lilie wodne, a temperatura nad brzegiem daje wytchnienie od wakacyjnych upałów.


Marzyła mi się taka relaksująca przerwa w czasie drogi na Wschód. Niestety na skutek korków w Stambule nasza podróż tego dnia trwała znacznie dłużej niż na to wskazywały obliczenia nawigacji google.  W końcu byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się nawet myśleć o dodatkowej godzinie w samochodzie (a tyle czasu musielibyśmy nadłożyć, żeby zahaczyć o Abant). Wizytę nad jeziorem (45 minut jazdy od Bolu) postanowiliśmy więc odłożyć na dzień następny. I usprawiedliwiwszy w ten sposób nasze turystyczne lenistwo, pognaliśmy czym prędzej na odpoczynek w hiltonowskich komfortach.


Hilton w Bolu rzeczywiście jest wygodny, choć nie oszołomił nas przesadnym luksusem. Funkcjonalnie – tak można w skrócie opisać wnętrze. Pokój dla osób z niepełnosprawnością pozbawiony został kącika wypoczynkowego, żeby zapewnić możliwość uzyskania ciągu komunikacyjnego dla ewentualnych wózków inwalidzkich. Sama nie wiem, czy to dobrze – w końcu ich użytkownikom (a także opiekunom) też by się przydał wygodny fotel. I to nie tylko biurowy do pracy, ale również i taki, w którym można by było spocząć i swobodnie rozłożyć się  po podróży. No ale może to tylko ja miałam zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do Hiltona.


To, co mi się w nim podoba, to widok z okna na góry w oddali i bezpośrednie sąsiedztwo meczetu (dla mnie to wciąż egzotyka). No i oczywiście śniadanko – wszystko mi tu bardzo smakuje.


Lecz zbyt pełne brzuchy nie są dobrymi sprzymierzeńcami w pozbyciu się lenistwa. Wprost przeciwnie - pozwalają bez żalu zrezygnować rankiem z zawrócenia z drogi na Wschód. Zamiast kierunku Abant wybieramy kierunek Safranbolu, które jest naszym kolejnym “must see” w podróży.


I wtedy zdarza się cud. Na naszej drodze pojawia się specjalnie dla nas zastępczy “Abant”:). Jeziorko Gölyüzü jest wymarzonym miejscem na relaksującą przerwę w podróży. Lustro wody pokrywają lilie wodne, a ciągnąca od niej lekka bryza sprawia, że temperatura nad brzegiem daje wytchnienie od wakacyjnych upałów. Mamy kolejny dowód na to, że marzenia jednak potrafią się spełniać. Jesteśmy tak zachwyceni, że aż odpalamy nowe karty pamięci i wreszcie uruchamiamy do tej pory skazany w podróży na wygnanie do bagażnika normalny aparat fotograficzny. I zadowoleni, że od teraz będziemy mieli lepsze fotki niż te z komórki, po sesji zdjęciowej ruszamy dalej - do miejsca, gdzie fotogeniczność Starego Miasta omal powali nas na kolana. Szkoda tylko, że nie uda nam się go utrwalić w lepszy sposób niż komórką z powodu odkrytej po powrocie awarii karty pamięci:(...


Ps. I tak to niestety wygląda:(








czwartek, 29 września 2022

5. TURCJA: Stambuł - Klimat Orient Ekspresu w budżetowym wydaniu



Mocno nas zaskoczył fakt, że świat poza granicą Unii Europejskiej okazał się bardziej uporządkowany i bogatszy niż ten, który mieliśmy okazję oglądać na ostatnich kilometrach w Bułgarii. Po wjeździe do Turcji drogi od razu zrobiły się szerokie i równe, a zabudowania przy nich wyglądały na dużo schludniejsze, okazalsze i nowsze niż u bułgarskich sąsiadów. Nie byliśmy świadomi, jak bardzo kraj docelowy naszej podróży rozwinął się w ciągu ostatnich lat, gdy nie zwracaliśmy na niego zupełnie uwagi.


Następne zdziwienie czekało nas, kiedy zgłodnieliśmy. W niepozornie wyglądającej knajpce przy drodze jedzenie przygotowywano omal na oczach klienta, wszystko wyglądało na mega świeże, a pomieszczenie prezentowało się bardzo czysto. Zamówiliśmy szaszłyki z grilla, a zastawiono nam prawie cały stół różnymi przystawkami i za to wszystko (a smakowało wybornie) zapłaciliśmy mniej niż za najprostszy posiłek w Bułgarii. A teraz najlepsze: właściciel porozumiewał się z nami  po angielsku i nie było najmniejszego problemu z płatnością kartą! Poczuliśmy się, jakbyśmy powrócili do cywilizacji - na dodatek bardzo przyjaznej dla obcych przybyszów.

Ale to wszystko nic wobec zdumienia, jakie czuliśmy, zbliżając się coraz bardziej do Stambułu. Ciągnąca się kilometrami zapowiedź miasta powodowała niemały zamęt w głowie. Mijaliśmy imponujące centra handlowe i biznesowe, nowoczesne osiedla mieszkalne, luksusowe hotele i place budowy kolejnych obiektów tego typu. Cóż powiedzieć, zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Nie taki obraz Stambułu zachowaliśmy w pamięci i trudno było pomieścić w głowie to, co tu przybyło w ciągu ostatnich niespełna dwudziestu lat. Miasto stało się metropolią, z nowej generacji przedmieściami, które zdawały się nie mieć końca.


Zarezerwowany nocleg mieścił się w dzielnicy Sultamahmed, wybranej ze względu na bliskość sztandarowych zabytków Stambułu. Błękitny Meczet i świątynia Hagia Sofia oddalone są od obiektu o 3 minuty spacerem” - wyczytałam w opisie hotelu na stronie Booking.com.  Uznałam, że to najlepszy z możliwych wybór, jeśli chodzi o męża.

I jeszcze: “codziennie na panoramicznym tarasie restauracji z barem serwowane jest śniadanie w formie bufetu. Zaledwie 2 minuty spacerem dzielą obiekt od wielu restauracji i barów.” Tak, to był najlepszy z możliwych wybór także ze względu na mnie:).


Przygotowując się do podróży wyczytałam również na jakimś forum, że obecnie Sultanahmed to miejsce przerobione na potrzeby turystów w zbiór obsługujących ich obiektów. Autor wpisu twierdził, że tam po prostu nie mieszkają już prawdziwi Stambulczycy i w związku z tym w takiej dzielnicy nie można podpatrzeć codziennego, zwykłego życia miasta.

Ale my nie stawialiśmy przed sobą aż tak dalekosiężnego celu. Zdawaliśmy sobie  sprawę z tego, że  jest on w ogóle niemożliwy do zrealizowania, gdy przyjeżdża się do Stambułu zaledwie na jedną noc. My po prostu chcieliśmy tylko odświeżyć wspomnienia sprzed dziewiętnastu lat.

Do Sultanahmed przebijaliśmy się przez dzielnice z zabudową dużo niższą, starszą i ciaśniejszą niż na przedmieściach. Przebijaliśmy się i przebijaliśmy.

- No nie, już dawno musieliśmy minąć Sultanahmed - co chwilę wydawało nam się, że droga do celu nie może trwać aż tak długo.

A jednak pytani o kierunek mieszkańcy wciąż pokazywali, że musimy jechać dalej naprzód. Naprzód i naprzód... Zapomnieliśmy już, jak olbrzymi jest Stambuł.


Do hotelu dotarliśmy wreszcie... wieczorem. Bo oczywiście zdążyliśmy się jeszcze pogubić po drodze. I na przykład dwukrotnie przekroczyć most Galata na Złotym Rogu. Ale jakoś bardzo na to nie narzekaliśmy. Podpatrywanie codziennego, zwykłego życia miasta, nawet jeśli tylko z okien samochodu, też okazało się bardzo ciekawe.


W Grand Ambiance Hotel zarezerwowaliśmy pokój dwuosobowy typu superior. Był on niewielki i może niekoniecznie w moim guście ze swoimi licznymi złoceniami, ale obiektywnie rzecz biorąc, przyjemny dla oka i czysty. Widok na tętniącą wieczornym życiem uliczkę pod oknami też można zaliczyć na plus. Lecz najmilsza w tym obiekcie okazała się obsługa - Kemal starał się jak tylko mógł, żebyśmy byli zadowoleni. No i byliśmy:)

Następną nieocenioną  zaletą hotelu, choć oczekiwaną, była lokalizacją - w skali od 1 do 5  przyznałabym mu piątkę z plusem. Dzięki temu nawet mój mąż z niepełnosprawnością ruchową w stopniu znacznym po całym dniu za kierownicą był jeszcze w stanie zrobić sobie ze mną wieczorny spacer pod Błękitny Meczet. Ukochaną przeze mnie Hagię Sophię zobaczymy dopiero następnego dnia już przy wyjeździe, lecz z tak ogromną kolejką turystów przed wejściem, że nie ośmielilibyśmy się choćby zamarzyć o wejściu do środka. Ale nawet to oglądanie jedynie z zewnątrz stambulskich skarbów podczas tej podróży było dla nas nie lada przeżyciem.

Na zakończenie tego dnia piszę więc wszystkim znajomym:

Wieczór w Stambule to klimat nie do opisania, ale zdjęcia poranne na pewno będą lepsze .

gały mi wychodzą z orbit - odpisuje Beata.


My też przyglądamy się temu światu z mieszanką oszołomienia, oczarowania i podziwu. Jeszcze długo w noc nie możemy zasnąć. Z ławeczek przed hotelem przenosimy się do pustej hotelowej restauracji i przez panoramiczne okna spoglądamy na rozświetloną część miasta za wodami Bosforu. To jedno z najbardziej magicznych wspomnień z naszej podróży.

Choć te poranne też nie są wcale gorsze:

oto ranek w naszym pokoiku - z okna widać minarety Błękitnego Meczetu - donoszę najbliższym.

Tak, w świetle dnia okazało się, że ponad dachami kamienic po drugiej stronie ulicy można dopatrzyć się fragmentu oglądanego przez nas wieczorem stambulskiego cudu. Nic nie mogło mi sprawić większej frajdy w Stambule. Chociaż... 

Już chwilę później mój zachwyt wzbudza...

śniadanko w hotelowej restauracji z panoramicznym widokiem.

Widać prawie cały Bosfor, Morze Marmara, azjatycką stronę miasta...

Nawet mnie tutaj odebrało mowę. 

Wszystko przepyszne i spożywane w powiewie morskiej bryzy. Nad głową krzyczą mewy, z Bosforu słychać syreny przepływających statków...

Takie inne życie, cudowne miasto, które nim aż kipi, ale bez nadęcia i z wielkim ciepłem.



Stambuł urzeka. Mam tu na myśli nie tylko fascynację wyglądem miasta i jego atmosferą, ale także namacalnością związków z historią. Po powrocie do domu uzupełniam wiedzę z tej dziedziny z pomocą internetowych źródeł, takich jak na przykład fragment książki pt. “Konstantynopol - Nowy Rzym”, który można pobrać na stronie https://www.publio.pl/konstantynopol-nowy-rzym,p185608.html/


Lektury zaskakują mnie informacją, że obecna nazwa miasta jest tak młoda. Dopiero niespełna wiek temu władze tureckie zaapelowały o nazywanie go Stambułem. Tym samym zrezygnowano z wielowiekowej nazwy Konstantynopol, nawiązującej do cesarza, który uczynił z tego miasta jeden z najważniejszych ośrodków średniowiecznego świata.

Zanim Konstantyn Wielki przybył na te ziemie, istniała tam  osada założona ok. 660 r p.n.e. przez przybyszów z Megary (miasto w Grecji niedaleko Aten) na terenie dawnego osiedla trackiego. Od imienia założyciela, którym był legendarny król Byzas (jeden z Argonautów) kolonia przyjęła nazwę Byzantion.

Omawiany tu tekst zawiera niezwykle celne motto Haliny Evert-Kappesowej: są miejsca przeznaczone przez samą naturę na to, aby przyciągały do siebie ludzi, aby na ruinach dawnego wciąż powstawało nowe życie”. I tak właśnie wygląda historia Stambułu.

 Tak, tutaj czuję się spadkobierczyn całej bizantyjskiej kultury - piszę jeszcze do znajomych po śniadaniu.

Bez Ciebie o Bożym świecie bym nie wiedziała - odpisuje mi uprzejmie tego samego dnia Beata.

Ja też chciałabym się dowiedzieć jeszcze znacznie, znacznie więcej o Stambule/ Konstantynopolu/Bizancjum. Najchętniej bym tu zamieszkała przynajmniej na parę miesięcy. Ale skupiam się na tym, co wydaje się w zasięgu możliwości i przed wyjazdem z miasta umawiam się z właścicielem hotelu, że wrócimy do niego na kilka dni, gdy będziemy kończyć naszą objazdówkę. Później okaże się, że nawet tego minimalnego planu ze względu na brak czasu nie uda się zrealizować.


Żegnamy się więc z Grand Ambiance Hotelem bezpowrotnie. Na miejsce w naszym pokoju już czekają w recepcji dystyngowane angielskie turystki. Mogłabym przysiąc, że jedna z nich to nowe wcielenie Agaty Christie. Może już wkrótce będziemy mogli przeczytać kolejną część “Morderstwa w Orient Ekspresie”? Byłabym zachwycona - historia z ikoną minionego luksusu w tle i z podmuchem orientalnej atmosfery od strony tureckiego odcinka książkowej podróży jest dla mnie nieprzemijająco pociągająca.


Odjeżdżamy z takim niedosytem, jakiego dawno nie doświadczyliśmy. Wszystkie tajemnice Stambułu i jego intrygujace podskórne wpływy na europejską cywilizację, w której dziś żyjemy, wciąż czekają, byśmy je w końcu odkryli. Ale tym razem nie zdążyliśmy nawet w pełni odświeżyć naszych wspomnień. Dobrze chociaż, że przy wyjeździe mieliśmy nadzieję na szybki powrót, bo inaczej chyba w tamtej chwili by mi zaczęło krwawić serce...




Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/10/zycie-nie-moze-byc-az-tak-straszne.html


P.s. Orient Ekspress - zapowiedzi na rok następny i jeszcze kolejny:

https://podroze.se.pl/swiat/ciekawostki-ze-swiata/orient-express-wyglada-oblednie-i-wraca-na-tory-znamy-trasy-legendarnego-luksusowego-pociagu/7579/

https://www.money.pl/gospodarka/wielki-powrot-legendy-orient-express-znow-wyjedzie-na-trase-pomoglo-odkrycie-w-polsce-6790420647099136a.html

https://kobieta.rp.pl/podroze/art39596851-pociag-do-ktorego-nie-mozna-wsiasc-w-dzinsach-w-2024-roku-wyruszy-w-nowa-trase

*

Polecam tu również fascynującą "biografię" miasta pióra Charlesa Kinga pt: "O północy w Pera Palace. Narodziny współczesnego Stambułu"