“I co ja robię tu?...” - w mojej nowej szkole nie ma klasycznych dzwonków, lekcje zaczynają urywki znanych przebojów, wybranych przez uczniów.
“12 ciężkich szczerozłotych koron moją głowę zdobi...” - śpiewa dalej Kuba Sienkiewicz, a moje nowe koleżanki i nowi koledzy wychodzą z pokoju nauczycielskiego na lekcje.
Przez chwilę, zanim zaparzy mi się kawa, zostaje sama w zaokrąglonym pomieszczeniu z rzędem wysokich okien. Większość z nich wychodzi na budynek kościoła w najbliższym sąsiedztwie.
Okazała świątynia cieszy oko ciepłym kolorem cegły. Jak można przeczytać w Wikipedii, Kościół Przemienienia Pańskiego “został wybudowany w latach 1904–1911 według projektu znanego polskiego architekta – Teodora Talowskiego, który był zwolennikiem stylów historycznych i specjalistą w opracowywaniu skrajnie romantycznych fasad. Kościół w Libiążu należy do jego ostatnich projektów”(https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Przemienienia_Pa%C5%84skiego_w_Libi%C4%85%C5%BCu)
Jeszcze się nie nasyciłam tym widokiem za oknami. Widać skrajnie romantyczne fasady wpasowują się w mój gust, bo mi się bardzo nasze sąsiedztwo podoba.
Tak, szkoła znajdująca się na tyłach kościoła jest katolicka. Dlaczego zdecydowałam się pracować właśnie tutaj? Odpowiedź jest banalna. Gdy zaczęłam szukać dodatkowej pracy, to było pierwsze miejsce z wakatem psychologa, o którym się dowiedziałam. A ja bardzo chciałam wreszcie rozpocząć praktykę psychologiczną, no i oczywiście dorobić trochę kasy, by podreperować domowy budżet. Czasy zrobiły się bardzo trudne i samo oszczędzanie przestaje wystarczać. Inflacja galopuje, drożyzna coraz większa, przyszłość finansowa maluje się w niepewnych kolorach.
Po zakończeniu zebrań z rodzicami nauczyciele mojej nowej szkoły dyskutują na najbardziej aktualne chyba w każdym gronie obecnie tematy: zbliżająca się zima, ceny opału nie do udźwignięcia, możliwość powrotu nauczania zdalnego, jako sposobu na zaoszczędzenie wydatków na energię, ponoszonych przez szkolnych włodarzy. Wydaje się, że wszyscy mają teraz w sobie niepokój z powodu kryzysu, który najprawdopodobniej dopiero zaczyna się rozkręcać. Robi się coraz później i coraz chłodniej. Z ciężkich, granatowych chmur raz po raz wylewa się deszcz. Od kilku dni jestem przeziębiona, no ale zaczynanie nowej pracy od zwolnienia lekarskiego jakoś mi się w głowie nie chce pomieścić.
Aż trudno uwierzyć, że to jeszcze lato. Nie pamiętam drugiego tak zimnego i mokrego września. Mimo to w pokoju nauczycielskim czuć ciepło płynące od tych dopiero co poznanych ludzi. Moje nowe grono pedagogiczne robi bardzo dobre wrażenie.
“Jest tyle różnych dróg,
co ty tutaj robisz?” - nie przestają pytać Elektryczne Gitary.
No cóż, chyba powoli przywykam.
W katolickiej szkole dzień zaczyna się modlitwą. Jestem osobą wierzącą, więc mi taki rytuał całkiem odpowiada. A do tego widzę jak na dłoni, w jaki sposób gromadzenie się, by się wspólnie modlić, buduje w nas wspólnotę. A dla mnie wspólnotowość jest nieocenioną wartością.
To miła odmiana po coraz większym szaleństwie, które się dzieje w mojej starej szkole. Niestety tam rok szkolny nie zaczął się dla mnie dobrze i chyba przestaję mieć nadzieję, że z czasem będzie lepiej.
W południe opuszczam szkołę katolicką prawie biegiem, bo muszę się mocno sprężać, by nie spóźnić się do starego miejsca pracy. Wychodzę na szkolne podwórze tuż po dzwonku, to znaczy po pełniącym jego rolę urywku przeboju:).
Samorząd uczniowski katolickiej szkoły dokonał właśnie wymiany na nowe, dotychczasowych utworów rozpoczynających i kończących lekcje. Wygląda na to, że nudy w tym względzie nie będziemy doświadczać - młodzież jest bardzo kreatywna w doborze muzycznego repertuaru. Ale znów słyszę głos Kuby Sienkiewicza:
“To już jest koniec
nie ma już nic
Jesteśmy wolni
możemy iść…”
No cóż, chciałabym, żeby tak było... Ale to jeszcze nie teraz. Prawdziwa wolność musi na mnie znowu trochę poczekać...


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz