Tym razem wszystko w Biawenie było inaczej niż w zeszłym roku. To znaczy inaczej ze mną. Poprzednim razem miałam kłopoty z aklimatyzacją i z trudnością przyzwyczajałam się do sanatoryjnego życia przez pierwszy tydzień. Ogarnęłam je dopiero jakoś w połowie turnusu. Myślałam, że taka teraz u mnie norma przy samotnych pobytach. Ale okazało się, że nie. Czy powodem tego była radość z jedynki i cudownego widoku, czy też przedwyjazdowe założenie, żeby niczego z góry nie zakładać i nie oczekiwać, tego naprawdę nie wiem.
W każdym razie do sanatorium przybyłam z postanowieniem, że nic mnie obecnie nie ruszy – ani ewentualne kłopoty z przydziałem pokoju, ani rodzaj dziwnych zabiegów, przyznawanych przez ZUS, ani też organizacja, czy też raczej dezorganizacja planów kuracjuszy przez rozmaite decyzje zarządzających. Tym razem postanowiłam przyjąć i przetrwać wszystko ze stoickim spokojem.
Nastawiłam się też, że niczego nie będę od siebie przesadnie wymagać. Tak, przyjechałam tu po zdrowie, ale to nie znaczy, że muszę narzucać sobie reżim codziennego plątania się po okolicy bez względu na pogodę, szukania atrakcji każdego dnia, by nie mieć poczucia, że któryś mi umknął, czy też na przykład wtłaczania w siebie leczniczych wód aż do porzygania. Tego roku postawiłam na luz. A to oczywiste, że wyluzowanie jest zdecydowanie łatwiejsze w komforcie pokoju jednoosobowego niż wówczas, gdy trzeba dzielić niewielką przestrzeń z innymi osobami. Bardzo lubię moją tutejszą samotnię.
Z wyluzowaniem piję w niej co rano kawę przed śniadaniem, obserwując ze swojego okna (a mogę to robić nawet z łóżka:) jesienne mgły, chmury i zmieniający się w ich igraszkach ze światłem wygląd gór. Odpoczywam od życia, w którym codzienność zaczęła coraz bardziej przytłaczać, a potem wręcz przerastać. Jestem zadowolona, że teraz mogę skupić się tylko na sobie. Uspokajam oddech.
I wszystko nieoczekiwanie zaczyna się układać. Gdy Beata wypytuje o szczegóły mojej kuracji, to mogę zgodnie z prawdą napisać:
powiem szczerze, że nawet te zabiegi przydzielone zaocznie (bo przyjechałam późno) przez lekarza zdają mi się lepsze niż te, które mi ostatnio (...) przydzielił po konsultacji i badaniu.
Jestem pozytywnie nastawiona do kriosauny i basenu, które mam omal codziennie. Do tego z taką samą częstotliwością zapisano mi prądy oraz oczywiście dwie gimnastyki przyrządowe, w tym jedną w formie jazdy na rowerze (zawsze wybieram taki, w którym ruch nóg jest skorelowany z wymachami rąk). Gdy pani fizjoterapeutka proponuje mi, że tę drugą mogę wykonywać na ugulu, jestem w pełni usatysfakcjonowana.
Do tej pory miałam ogromny problem z gimnastyką indywidualną, którą kazano mi zawsze wykonywać na materacu. Wyglądało to w ten sposób, że na pierwszych zajęciach pokazywano mi kilka ćwiczeń, a potem do końca rehabilitacji byłam pozostawiona samej sobie. Nikt nie nadzorował tego, co robię. Nie wiedziałam, czy dobrze zapamiętałam ćwiczenia (a czasem ich nie zapamiętałam wcale) i czy prawidłowo je wykonuję. Byłam kompletnie zagubiona i niezadowolona zarówno z zajęć, jak i z siebie jako ćwiczącego.
Ugul daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wykonywanych na tym przyrządzie trzech ćwiczeń, polegających na wymachach nóg, nie sposób spartolić. Fizjoterapeutka mierzy też czas każdego z nich, co związane jest z koniecznością przepięcia pasów. Wiem, co mam robić i jak długo. A nawet zdaje mi się, że zaczynam już dostrzegać skutki powtarzalności w postaci rozciągliwości i wytrzymałości mięśni.
Zresztą ogólnie skuteczność tegorocznych zabiegów zakrawa prawie o cud. Po (chyba) kriosaunie przestały mnie boleć kolana, które tak mi ostatnio dokuczały (nawet przy codziennym stosowaniu maści przeciwbólowej), że zaczęłam się już poważnie zastanawiać, co będzie, gdy przestanę móc wchodzić po schodach na ostatnie piętra swoich szkół, gdzie umiejscowiono oba moje gabinety. Z każdym dniem robiła się z tego coraz cięższa wyprawa i w duchu modliłam się tylko, żeby żaden z uczniów nie przyuważył, jak niezdarnie, wręcz pokracznie, staram się w trakcie takiego wdrapywania oszczędzić sobie bólu, przenosząc ciężar na inne części ciała oraz na ściany i poręcze. Tymczasem w sanatorium wspinaczka na piąte piętro, gdzie teraz mieszkam, nie stanowi dla mnie większego problemu i czasem nawet wybieram ją w miejsce windy.
Dodatkowo przed każdym zabiegiem kriosauny mam mierzone ciśnienie. I te pomiary wykazały niezbicie, że systematycznie ulega ono obniżaniu. Właściwie to nie prawie cud, tylko prawdziwy cud.
Następny z nich wydarzył się podczas pierwszej fali energii elektrycznej na początkowej sesji prądów Tens. Wtedy nagle ustąpił ból pod prawym żebrem, który odczuwałam bardzo dotkliwie przez kilka ostatnich miesięcy. Od tamtej pory mam z nim spokój. Jestem w szoku, że wystarczyło tylko tyle, by pozbyć się tak uciążliwej dolegliwości. I to w trakcie zabiegu, który raczej traktowałam do tego wyjazdu trochę jako nieszkodliwy wypełniacz sanatoryjnego czasu. Na zasadzie – nie zaszkodzi, ale też i pewnie nie pomoże. Oczywiście odszczekuję wszystko, co wcześniej na jego temat powiedziałam/napisałam.
Do listy zabiegów dopisano mi też kilka sesji na łóżku wodnym MediJet – ot tak, żebym wreszcie mogła popróbować jego relaksujących właściwości, nad którymi rozpływali się wszyscy pacjenci mojego poprzedniego turnusu. No więc jak mogłabym nie być zadowolona z zabiegów…
W tym układzie już nawet mogę machnąć ręką na codzienny masaż wibracyjny na fotelu – to ta część kuracji, którą uważam za najbardziej chybioną w całych dziejach lecznictwa sanatoryjnego (o czym już zresztą kiedyś pisałam).
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/04/blog-post.html
Chociaż… Jednak w każdej sytuacji można przecież podjąć próby, zmierzające do jej polepszenia;).
Tak więc podejmuję taką próbę, gdy w końcu udaje mi się spotkać z moim lekarzem. No i tu też cud, bo pan doktor wysłuchał moich uwag i z nimi nawet nie dyskutował. Poprosił tylko, żebym wytrzymała na tym fotelu do następnej konsultacji, kiedy mi zamieni ten zabieg na inny. Wytrzymałam. I nawet, zanim się z nim pożegnałam, nastąpiła miła niespodzianka, bo nowy skład fizjoterapeutek nieco rozłożył fotel. Od poprzedniego usłyszałam tylko, że oni tu przyciskają jedynie dwa guziki i na tym się kończy wszystko w zakresie obsługi:). No cóż, obiecałam sobie luz w każdej sytuacji;).
Przy kolejnej wizycie u lekarza trochę się jednak spięłam. Zaczęło mi się wydawać, że mimo wcześniejszej obietnicy, gościu próbuje mnie zbyć. Ale może dzięki temu spięciu zyskałam na determinacji, bo pan doktor w końcu uległ. Jednak w systemie nie widział ponoć możliwości zamiany fotela na łóżko wodne, co byłoby najbardziej pożądane. No trudno i tak upierałam się, by zamienić niechciane zabiegi na cokolwiek innego. Nie chciałam robić niczego bezsensownego do końca turnusu. I w ten oto sposób na mojej sanatoryjnej karcie pojawiły się zabiegi laserowe w miejsce tych na fotelu.
Jestem zadowolona, że w końcu mogłam poczuć swoją sanatoryjną sprawczość. Do wszystkiego, co zafundował mi ZUS, dokupiłam jeszcze, jak zeszłym razem, okłady borowinowe na dwie partie ciała (choć tym razem ciężko mi było zdecydować się na oferty spoza Biaweny), masaż w ramach rytuału „Jesienne otulenie w SPA” oraz zajęcia aqua aerobicu z możliwością korzystania ze strefy wellness. I uznałam, że wystarczy. W każdym razie do tego, żebym poczuła się odprężona, dopieszczona, zadowolona.
I wtedy nagle przyszły wieści z domu. Złe. I całe to z trudem budowane poczucie dobrostanu runęło w jednej chwili jak domek z kart. Obróciło się w proch, którym najwyżej mogę posypać głowę. W akcie skruchy – może za to, że próbowałam utrzymać swoje szczęście w sposób tak mocny, zaborczy i zachłanny, że aż je chyba niechcący udusiłam. A przecież powinnam pamiętać, że „w życiu piękne są tylko chwile”… Tak jak to mi wyśpiewał (związany luźno z moim miastem przez jednego z muzyków) zespół Dżem, kiedy jechałam na moją pierwszą dniówkę w bieżącym roku szkolnym...