Trudno nawet opisać z jaką niechęcią przygotowywałam się tym razem do wyjazdu do sanatorium. Po oficjalnym przełożeniu turnusu w lipcu, udało mi się jeszcze uniknąć wystawienia skierowania na koniec sierpnia i pierwszą połowę września, ale było wiadome, że nie mogę tego odkładać w nieskończoność. Stanęło więc na tym, że pojadę na początku października. Do wybranej przez siebie Biaweny, bo taka już ze mnie zrobiła się konserwa, że znane wcześniej otoczenie miało być gwarantem jako takiej strefy komfortu.
Poza tym wyjazd do Wysowej dawał jakąkolwiek szansę na załatwienie jedynki, czego doświadczyłam w wysowskich sanatoriach podczas poprzednich pobytów. I choć czułam, że prosząc ponownie Helenę o wstawiennictwo, przekraczam już granicę dobrego smaku, to jednak nie widziałam innego wyjścia. Pobyt w pokoju wieloosobowym w ogóle nie wchodził w grę. To nie jest nawet do pomyślenia dla osoby po takich przejściach, z takim rodzajem nastroju i wykonującej na co dzień taką pracę jak ja. Myśl o tym, że po wyjeździe ze szkoły zostanę obciążona następnymi problemami innych i to nieznanych mi ludzi, zwłaszcza gdy będę miała potrzebę pobycia w ciszy i samotności po prostu przerażała.
Okazało się jednak, że tym razem jedynka była znacznie trudniejsza do załatwienia. Trułam się tym przez kilka tygodni, poprzedzających wyjazd. Jeszcze w jego przeddzień, gdy dostałam zapytanie, czy jestem już spakowana „do wód”, zmartwiona przyznałam:
Coś Ty Madziu, wciąż odwlekam. Wczoraj dostałam info, że jedynka załatwiona na 90 procent, co dalej żadnej pewności nie daje.
No cóż, i tak nie pozostaje mi chyba nic innego, jak jechać i sprawdzić.
Tak więc następnego dnia, jadę, by sprawdzić. Dokładnie tą samą drogą, co półtora roku temu na wiosnę. Długą i męczącą mimo swego piękna. Staram się jednak nie myśleć o tym, co czeka mnie u jej celu. Podziwiam uroki okolicy pełnej zimowitów i marcinków w przydomowych ogródkach, zaskakuje mnie to, jak jeszcze jest zielona. Jakby jesień wciąż trzymała się od niej z daleka. Fotografuję widoczki po drodze, aż do momentu, gdy zapada wczesny zmierzch i światło jest już bardzo słabe. Ale jeszcze udaje mi się w jego ostatnich tchnieniach zobaczyć trzy łanie pasące się przy drodze w Hańczowej. Czyżby to były moje stare koleżanki?https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/09/weekend-w-beskidzie-niskim.html
A może to raczej dobre wróżki, które mają na mnie oko w tych stronach?
I okazało się, że tak, bo od spotkania z nimi wszystko nagle zaczęło się układać. Po wyjściu z autobusu zatrzymał się przy mnie z zapytaniem o drogę pan, który również zmierzał do Biaweny. No a potem zapakował moją ogromnie ciężką walizkę (Boże, co ja znowu tam zapakowałam?) do bagażnika swojego samochodu. Tak oto podjechała bez mojego wysiłku na samą górę omal pod drzwi sanatorium. Ja też.
I wkrótce potem mogłam donieść najbliższym:
Dojechałam, mam jedynkę (tu wklejka pięciu serc:), pani w recepcji powiedziała, że jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś się tak cieszył.
Właściwie, to mój pokój jest dwójką z przyzwoleniem na pojedyncze wykorzystanie. Z małżeńskim łóżkiem pomiędzy dwoma stoliczkami nocnymi i paździerzowymi mebelkami: półeczką, szafą, ławą, przy niej stoją dwa obite skajem na prawie:) biało krzesełka, w drugim kącie pokoju znajdują się mini lodówka, telewizor i czajnik. Ale jest jeszcze coś - tym razem dostałam nawet to, czego mi tak bardzo brakowało ostatnio w Biawenie. Balkon z widokiem. Czy mogło być lepiej? Przydzielony pokój jest po właściwej stronie budynku. Będę z niego mogła codziennie oglądać dolinę rzeki Ropy i góry Beskidu Niskiego.
I codziennie oglądam. W każdej możliwej chwili przed, po i między zabiegami. Dziękując za to szczęście Stwórcy oraz pasącym się w Hańczowej leśnym wróżkom z kopytkami na smukłych nóżkach. A także ludziom, którzy udowodniają, że życzą mi wszystkiego, co najlepsze - w szczególności Helenie, mojej wspierającej Rodzinie po tej i tamtej stronie życia, a także Edi, niosącej po raz kolejny moje intencje do Santiago de Compostella.
To taki piękny gest, który znowu wzruszył. Nie posiadałam się ze szczęścia, gdy w dniu rozpoczęcia roku szkolnego napisała mi, że następnego dnia pielgrzymuje dla mnie, albo może za mnie, w każdym razie z moimi prośbami i pragnieniami.
Edi, mam ich tyle, że aż się boję, że Cię przygniotą, ale wszystkie jutro wysyłam. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy, tak Ci dziękuję
Wysyłaj, mam do przejścia 31 km, to ogarnę – przyszła odpowiedź.
No więc robię fotkę i wysłałam. Elegancko spisaną, trochę przysłoniętą, by zachować co nieco intymności, listę intencji na cała stronę zeszytu i z dopiskami jeszcze po boku.
I poszło. Wraz z Edi. Przez północną część hiszpańskiej mesety w regionie Kastylia i León. Tyle, że chyba krótszą drogą niż była na ten dzień zaplanowana. Ale myślę, że taka trasa i tak wystarczyła, by Bóg zdążył wysłuchać wszystkich moich próśb.
Potem na fb Edi widzę wpis:
„Dzień 15, 2 września 2025, 20km
Hornillas de Camino - Castrojeriz.
"Poczułem, że piękna nie należy przeżywać, że pięknem należy żyć. Piękno musi być jak powietrze - potrzebne i nieuświadamialne, póki jest."
M.Wańkowicz”
Ale jakże małej jestem wiary, jeśli po tym fakcie wciąż stresowałam się wszystkimi sprawami, które zapisałam na liście? Chyba potrzebowałam wyraźnego dowodu, że teraz to sam Bóg się nimi zajmuje. Niestety, tak jak Tomasz, nie uwierzyłam, dopóki nie zobaczyłam.
A teraz dowód, w którym mieszkam w Wysowej, daje mi nadzieję, że wszystkie inne prośby również będą miały szczęśliwy finał. Że ułożą się sprawy Kacpra i Ani, że sądowa apelacja będzie dla mnie pomyślna, że ogarnę wreszcie remont i wszystko inne, co mam w swoim życiu do ogarnięcia.
I z takim nastawieniem rozpoczynam ten turnus. Momentalnie zapominając, jak bardzo nie chciałam tutaj być. Ze swojego wymarzonego balkonu patrzę na mgły, które rankiem uchodzą z gór i się uśmiecham. Jeśli pięknem należy żyć, to tutaj właśnie to robię...
P.s. Opis odcinka pokonanego przez Edi wg. strony: https://www.gronze.com/etapa/hornillos-camino/castrojeriz (tłumacz google).
"Do Hontanas pokonujemy dwa niewielkie płaskowyże długimi, samotnymi drogami gruntowymi, o tym samym malowniczym ukształtowaniu terenu, co poprzedni odcinek. Następnie wypłaszczamy (...), podążając wzdłuż doliny San Antón, aż dotrzemy do Castrojeriz lokalną drogą."
P.s.1
"Meseta, Meseta Iberyjska (hiszp. Meseta Central, z hiszp. – płaskowyż) – wyżynno-górska, środkowa część Półwyspu Iberyjskiego, w Hiszpanii i Portugalii. Meseta obejmuje obszar ok. 400 tys. km² w centralnej części Półwyspu" Iberyjskiego (https://pl.wikipedia.org/wiki/Meseta).
P.s.2 O poprzedniej pielgrzymce Edi wspominałam we wpisie (druga część - po gwiazdce): https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/05/wkrotce.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz