piątek, 13 grudnia 2019

MARCHE W PIELGRZYMCE - OFFIDA I LORETO

O ile opowieści z odwiedzonych przez nas miejsc świętych w Abruzji można nazwać tajemniczymi, dziwnymi czy nawet nieprawdopodobnymi, to historie z Marche są już naprawdę odjechane. No i przez to mam osobiście problem z traktowaniem ich do końca poważnie. Ale mimo tego bardzo zachęcam do udania się na pielgrzymkę w ten rejon Włoch, ponieważ opisywane tutaj miejsca są naprawdę wyjątkowo piękne, a tego typu doznania estetyczne mogą sprawić, że modlitwa będzie miała niezapomniany akcent.

OFFIDA

Pojawiła się na liście Pani Recepcjonistki z hotelu San Remo zaraz po Ascoli Piceno. Ale bynajmniej nie jako ośrodek kultu religijnego, lecz jako miejsce, gdzie wytwarza się piękne koronki:) Rzeczywiście mieliśmy okazję widzieć parę urokliwych okazów w sklepiku na głównym placu miasta (Piazza del Popolo). "Merletto al tombolo, czyli koronka klockowa, od XV w. jest w Offidzie rodzinną tradycją" czytam na stronie https://podroze.se.pl/swiat/europa/wlochy/wlochy-w-marche-odkryjesz-sekret-dlugiego-zycia/6326/
Z tego samego źródła pochodzi informacja, że Offida "jest jedną z 22 miejscowości w Marche należących do elitarnej grupy Borghi più belli d’Italia, czyli najpiękniejszych włoskich miasteczek." I przyznać muszę, że absolutnie zasłużyło ono na to, by znaleźć się w tym zestawieniu. Zauroczyło nas swoją bezpretensjonalnością i brakiem pompy pomimo posiadania naprawdę pełnego gracji i harmonii zabytkowego centrum, które na pewno jest powodem do chluby. 
O tym, że w Offidzie miał miejsce cud eucharystyczny dowiedzieliśmy się w Lanciano - kilka dni przed wizytą w Marche. Po zgłębieniu tematu zresztą okazało się, że miejsc tego typu jest znacznie więcej. Na mapie w Lanciano było ich zaznaczonych 6, a w internecie można przeczytać o wielu następnych.

Historia z Offidy nie brzmi urzekająco, wprost przeciwnie. Kto jest jej ciekaw, może poczytać na przykład ten artykuł:
https://bezale.pl/2016/08/03/w-offida-wlochy-rok-1280/
Dowie się z niego na zakończenie, że "srebrny krzyż z cudowną Najświętszą Hostią został umieszczony w sanktuarium Św. Augustyna w Offida, wysoko nad głównym ołtarzem."
Niemniej podczas naszej podróży mieszkańcy pytani o Miracolo Eucaristico wskazywali nam drogę na Piazza del Popolo. I tak trafiliśmy do Kościoła Santa Maria Assunta. Ucieszyliśmy się bardzo, widząc przy bocznym ołtarzu planszę ze wspomnianym srebrnym krzyżem - wydawało się więc, że dobrze trafiliśmy. Mimo to nie byliśmy w stanie ustalić, gdzie tak naprawdę jest miejsce ukazanego na fotografii oryginału. 
Zaczepiłam nawet w tym kościele przemiłą parafiankę i wskazując na krzyż zadawałam o niego pytania we wszelkich znanych mi językach. Pani z radością opowiedziała mi w zamian długą historię cudu eucharystycznego - powoli, wyraźnie i po włosku! Mój mąż wysnuł z tej opowieści jakieś przypuszczenia o remoncie i przenosinach krzyża, ale biorąc pod uwagę fakt, że on też nie zna włoskiego, to niestety uznać trzeba, że właściwie to nie udało nam się dowiedzieć niczego pewnego.
Zadowoliliśmy się więc udziałem w modlitwie różańcowej i we mszy świętej, tym samym realizując część zamierzeń, z którymi wyruszyliśmy w pielgrzymkę do Offidy. Myślę, że i tak bym wzięła w niej udział, nawet wiedząc wcześniej, że nie spotkam się tam z cudem eucharystycznym w takim sensie, jak to miało miejsce w Lanciano. Po prostu sama Offida warta jest zainteresowania podczas każdego pielgrzymowania po Marche.

LORETO

"Miasteczko stało się niezwykle popularnym miejscem kultu za sprawą jednej z najdziwniejszych legend Kościoła katolickiego. Według niej, w 1292 r., kiedy muzułmanie wyparli krzyżowców z Palestyny, orszak aniołów przeniósł dom Maryi z Nazaretu do Dalmacji, a kilka lat później - przez Adriatyk do Loreto" - przed wyjazdem do Włoch mąż stara się mnie zapoznać z historią miejsca, które planujemy odwiedzić (z przewodnikiem "Włochy Południowe" - R. Belford, M. Dunford, C. Woolfrey). A ja po prostu nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Przecież raczej żaden katolicki wierny nie potraktuje serio takiego przekazu. Nawet jeśli bierze poprawkę na fakt, że być może autorzy przewodnika starali się opowiedzieć o kultowym Loreto w jakiś pełen błazenady, prześmiewczy sposób. "W obliczu rosnącego sceptycyzmu Kościół zmodyfikował tę historię, twierdząc, że Święty Dom został przywieziony na pokładzie statku krzyżowców" - brzmi część dalsza tej opowieści. I w tym momencie rozstajemy się z przewodnikiem.

Sięgam po inne opracowania. Jeśli ktoś chciałby się z którymś zapoznać, to znajdzie jedno z nich na przykład na stronie https://ekai.pl/loreto-domek-matki-bozej-najwieksze-sanktuarium-maryjne-wloch/
Pojawia się już w nim bogata rodzina de Angeli, która zastępuje tradycyjnych aniołów. Czy to do mnie przemawia? No szczerze mówiąc, nie bardzo lubię takie opowieści, które nie poparte żadnymi faktami, zdają się być modyfikowane w zależności od kościelnych potrzeb oraz rozwoju racjonalności u wiernych. Rozumiem upływ wieków i to, że ciężko tak obszerną lukę w historii zapełnić konkretami, ale potrzebuję choć, jak w przypadku Manopello, jakiejś hipotezy, która trzyma się bardziej rzeczywistości niż baśni. I tak jak w kwestii Cudownej Chusty właśnie, prędzej bym uwierzyła w sytuacje, związane z chęcią posiadania, kradzieżą czy wyprzedaniem relikwi niż w powody anielskiego pochodzenia prosto z nieba. Tu na Ziemi kierujemy się motywami ludzkimi i to często dosyć prymitywnymi. I jeśli w Loreto jest naprawdę jakiś fragment domu z Nazaretu, to myślę, że stało się to w wyniku działania takich pobudek, a nie szlachetności, czy interwencji nadprzyrodzonej. W to właśnie wierzę.

Niestety wszystkie te podane oficjalnie i przeczytane wcześniej historie miały wpływ na loretańską pielgrzymkę, w którą się udaliśmy. Moje niedowiarstwo sprawiło, że miejsce przeżyć religijnych zastąpiły wrażenia estetyczne i kulturowe. Trudno mi więc było w Loreto o duchowe uniesienia, za to wszelkie inne przerosły najśmielsze oczekiwania, które miałam przed przyjazdem. Sanktuarium jest imponujące pod wszelkimi względami, piękno wygląda tam na nas z każdego wprost kąta, a obudowa Świętego Domu to absolutnie najprawdziwsze arcydzieło. Jak czytam na stronie
https://www.doojcapio.pl/przewodnik/podrodze/item/140-loreto
"w 1507 roku z polecenia papieża Juliusza II została zrealizowana marmurowa, bogato rzeźbiona obudowa całej relikwii według projektu Bramantego". 
Jestem zachwycona. Stwierdzam, że pewnie powinnam przeczytać cały podlinkowany tu tekst, zanim zderzyłam się z wiadomościami z przewodnika "Włochy Południowe" - może wówczas inaczej doświadczyłabym tej pielgrzymki. No ale już się stało i nie odstanie. Miejsc pielgrzymkowych jest na świecie bez liku, więc pewnie tak właśnie będzie, że jedne zrobią na nas większe, a inne mniejsze wrażenie duchowe. Niektóre wpłyną na pobudzenie naszej wiary, a jeśli pozostałe też z jakiegoś powodu uznamy za cenne, to i tak dobrze.
Moje odwiedziny Sanktuarium Świętego Domku przypominały bardziej wizytę w przepięknym muzeum niż pielgrzymowanie. No, ale przecież nie żałuję, że tam byłam. Cóż, wizyty w muzeach też mają swoją wartość. Podsumowując więc pokrótce, każdy powód jest dobry, by pojechać i zobaczyć Loreto.

sobota, 7 grudnia 2019

MARCHE Z POLECENIA - ASCOLI PICENO

Gdy w hotelu San Remo prosimy recepcjonistkę o informację na temat miejsc w okolicy wartych odwiedzenia, to dostajemy całkiem sporą listę. I to z podziałem na dwa rejony – Abruzję, gdzie przebywamy i Marche, z którym granica przebiega tuż obok. Oczywiście nie jesteśmy nastawieni aż na tak intensywne zwiedzanie w czasie, gdy pogoda wciąż jeszcze sprzyja plażowaniu. Ale chętnie dzielę się tutaj naszą listą – może ktoś inny chciałby skorzystać.


 ASCOLI PICENO

To numer jeden na liście naszej pani recepcjonistki i pierwsze z odwiedzonych przez nas miejsc w Marche. Od razu kierujemy się na  główny plac miasta (Piazza dell Popolo) z kościołem Świętego Franciszka, Palazzo dei Capitani i zabytkową kawiarnią Meletti. Jeśli ktoś potrzebuje więcej informacji, to na stronie https://www.kalejdoskoprenaty.com/2017/02/jak-zwiedzac-ascoli-piceno-wywiad-z.html można znaleźć wywiad z Małgorzatą, która od wielu lat mieszka w Ascoli Piceno.

Według jej słów „to “Miasto Trawertynu” - obszar otaczający miasto był od zawsze bogaty w trawertyn - białawy kamień, wyraźnie porowaty a jednocześnie nadzwyczaj odporny. Był wykorzystywany nie tylko do budowy zwykłych mieszkań, ale i małych dworków, budynków najwyższych władz kościelnych, nie zapominając o nawierzchniach placów. (...) Wspaniałym przykładem jest posadzka placu Piazza del Popolo, gdzie odbijające się od płyt trawertynowych promienie słońca tworzą wspaniałe efekty świetlne. Efekt jest jeszcze piękniejszy po deszczu - oceńcie sami”
Nam jednak trudno to zrobić - odwiedzamy miasto, gdy jest ładna pogodaJ Ale i bez deszczu plac prezentuje się imponująco. Wstępujemy do Kościoła Świętego Franciszka. Już jego fasada zachwyca. A do tego jest jeszcze ładna historia w tle.
Jak możemy przeczytać na blogu „Zdrowe pasje”: „Kościół Świętego Franciszka w Ascoli Piceno został zbudowany aby upamiętnić wizytę Świętego w mieście w roku 1215. Wizyta Świętego Franciszka w Ascoli Piceno wzbudziła wielkie wzruszenia wśród miejscowej populacji, a 30 młodych chłopców zdecydowało się iść śladami Świętego. W ten sposób powstał pierwszy zakon franciszkanów, zwany zakonem braci mniejszych (łac. fratres minores).
W kościele tym znajdują się relikwie ... Świętego Konrada. Hmm, jakby to powiedzieć - jest to postać z historią, której niestety nic nie potwierdza. Nawet strona Instytutu Studiów Franciszkańskich podaje, co następuje:
 Franciszkański historyk, Luke Wadding umieścił życiorys Konrada w swoim Annales minorum. Napisał go w oparciu o domniemane akta procesu informacyjnego nad cnotliwością życia. (...) Badacze wykazali jednak, że kolejność zdarzeń z jego żywota zbytnio przypomina biografię innego franciszkanina, Hieronima Masciego, późniejszego papieża Mikołaja IV, który żył w tym samym czasie. 
Niestety nie udało się dotrzeć do oryginału akt wykorzystanych przez Waddinga. Uznano zatem, iż żywot Konrada został napisany bez odniesienia do prawdziwych źródeł
Na zakończenie wizyty na głównym placu miejskim Małgorzata z Ascoli Piceno zachęca jeszcze do zwiedzenia kawiarni Meletti (za goszczącym wystawy Palazzo dei Capitani):
„To jedna z głównych atrakcji miasta i od wieków miejsce spotkań ważnych osobistości związanych z życiem kulturowym i społecznym, najczęściej i najchętniej odwiedzanym przez pasjonatów i turystów. Wybitni goście: Król Vittorio Emanuele, kompozytor Pietro Mascagni i Ernest Hemingway.
Szkoda, ze brakło czasu, by usiąść tam na kawie, czy słynnym likierze anyżkowym (Anisseta Meletti). Może straciliśmy niepowtarzalną okazję zaliczenia się tym sposobem w ten słynny, wywołany powyżej poczet? No ale chcielibyśmy jeszcze coś zwiedzić poza Piazza del Popolo. Podobno miasto zabytkami stoi.
Jak możemy przeczytać w innym miejscu wspomnianego wcześniej bloga („Zdrowe pasje”): „ nie bez powodów Ascoli Piceno nazywane jest miastem stu wież. W mieście znajduje się ogromna ilość zabytkowych wież. Nie sposób byłoby zwiedzić wszystko podczas typowej wyprawy turystycznej, nawet korzystając z usług przewodników, których można spotkać na miejscu i którzy organizują interesujące wycieczki. Samych zabytkowych kościołów, kaplic i kapliczek jest w Ascoli Piceno taka ilość, jakiej, na tak ograniczonym obszarze, nie spotkamy w żadnym innym włoskim mieście.
Nie wiem, czy to mnie pod wpływem zmagań z chorobą, czy też mojemu mężowi, który w związku z tym próbuje w pojedynkę ogarnąć całość wiedzy o Marche, wszystkie te informacje zlewają się w jedno. Faktem jest, że wybierając się na wycieczkę do Ascoli Piceno, spodziewamy się miasta stu kościołów! I to zaważy na jego eksploracji i postrzeganiu. Wydaje nam się bowiem, że w takim miejscu powinniśmy zwiedzić więcej budowli sakralnych niż tylko ten na głównym placu. 
Tymczasem wszystkie inne świątynie w centrum miasta (fakt faktem, jest ich sporo) w porze naszych odwiedzin są zamknięte na głucho. Z coraz większym rozczarowaniem, a potem już z rosnącą irytacją rozbijamy się o kolejne zaryglowane odrzwia. W końcu nasza wytrwałość zostaje nagrodzona. Trafiamy na otwarty Kościół Santa Maria della Carita. W dodatku jest w nim adoracja Najświętszego Sakramentu - na plakacie z informacją o tym znajdujemy dopisek „perpetua” (wieczysta – według tłumacza google).
O kościele czytamy na stronie gminy (tłumacz google): „Nazwa „della Carita” pochodzi od starożytnego szpitala już dołączonego do świątyni. Jest również powszechnie nazywany „della Scopa„ [Kościół Miotły – przyp.aut.], ponieważ bracia zaangażowani w szpital zdyscyplinowali się przy pomocy przyrządu w kształcie miotły.”
http://www.ilpiceno.it/ascoli_piceno/santa_maria_della_carita/
We Włoszech cudowne wydaje się to, że tutaj można znaleźć tyle niezwykłych historii, ile jest niezwykłych miejsc. A ja pozostaję ciekawa każdej z nich. Ruszamy więc dalej, by je poznawać.
I tak podejmujemy kolejną próbę, by zobaczyć choć trzeci ze „stu kościołów”. Ale gdy znów odchodzimy z kwitkiem spod kolejnych i kolejnych drzwi, to decydujemy się nieodwołalnie opuścić Ascoli Piceno. Co nam po jego zabytkach, jeśli nie możemy poznawać ich bliżej? I mimo, że miasteczko jest naprawdę piękne, a spacer umilają  nam dźwięki treningu ze szkoły baletowej w zabytkowej kamienicy koło której parkujemy, to jednak  czujemy się, jakby mieszkańcy poukrywali przed nami swoje skarby. Następnych niezwykłych historii musimy więc szukać w innych miejscach.


wtorek, 26 listopada 2019

ABRUZJA W PIELGRZYMCE - LANCIANO I MANOPELLO


Pierwsze dni w Abruzji nie pozostawiają czasu na opalanie. Przybyliśmy tu w celu pielgrzymkowym i nasze plany zwiedzania okolic Pescary to przede wszystkim dwa miejsca: Lanciano i Manopello. To pierwsze ze względu na cud eucharystyczny, to drugie z powodu niezwykłego odbicia oblicza Jezusa na słynnej w chrześcijańskiej tradycji chuście.
Miejsca te są tak niezwykłe, że nawet nie wiem, jak o nich pisać. Nie zwykłam obcować z nadprzyrodzonymi, niewytłumaczalnymi zjawiskami i jako osoba wierząca nawet ich jakoś specjalnie nie potrzebuję, szczególnie po to, by coś sobie lub innym udowadniać. Nie przybyłam więc ani do Lanciano, ani do Manopello, by zbierać dowody. Ale jeśli ktoś inny ich potrzebuje, to TAK! to są właśnie te miejsca. Niech obierze na nie kierunek i TAM! jedzie. Ktoś, kto szuka dowodów, znajdzie je właśnie w Lanciano i Manopello. I to tak wyraźne i namacalne, iż stojąc w ich obliczu, człowiek zadaje sobie pytanie, jak to jest, że nie przemawiają one do całej ludzkości? Przecież gdyby to były dowody z dziedziny na przykład biologii, czy fizyki, to nikomu na świecie nie przyszłoby do głowy podważanie zjawisk, których dotyczą. W sprawach wiary jest jednak inaczej: jedni tych dowodów nie chcą zauważać, inni  potrafią zaprzeczać nawet bezsprzecznym i naukowo potwierdzonym (co w obecnych czasach jest bezwzględnie wymagane) faktom. Ci, którzy mienią się racjonalistami zawsze „wiedzą lepiej” od tych, którzy zwą siebie wierzącymi (przynajmniej takie są moje wrażenia po przejrzeniu wypowiedzi jednych i drugich na internetowych forach). Lecz przekonywanie kogokolwiek nie jest moim celem. Niech każdy zrobi to dla siebie sam.
*
Ale może jest też ktoś, kto jeszcze nie słyszał o Lanciano i Manopello? Dalsza część tekstu będzie właśnie dla niego. Oto przedstawiam propozycję pielgrzymki do uznanych cudów chrześcijańskiego świata.
LANCIANO
My katolicy wierzymy, ze podczas każdej mszy świętej zachodzi niewidzialna przemiana (przeistoczenie) chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. Spożywając je, umacniamy przymierze z Bogiem. Ta „niewidzialna przemiana” na pewno jest trudna do objęcia rozumem i rodzi w wielu ludziach powątpiewanie. Nie wiem, czy w jego rozwiewaniu pomagają im cuda eucharystyczne, ale być może, że tak jest. Mówimy o  nich zazwyczaj wtedy, gdy przemiana staje się w jakiś sposób widzialna, choć natknęłam się też w tym temacie na przykłady opisów cudownych własności przeistoczonych hostii.  
O cudzie eucharystycznym w Lanciano mówi się, że był pierwszym potwierdzonym. Miał on miejsce ponad 12 wieków temu. Wtedy to podczas odprawiania mszy świętej przez pewnego mnicha, podobno przeżywającego kryzys wiary, hostia zamieniła się w prawdziwe ciało, a wino w krew Chrystusa. O szczegółach cudu możemy się dowiedzieć na przykład z wywiadu z ojcem Zbigniewem Deryło - franciszkaninem z Lanciano https://sanctus.pl/index.php?grupa=376&podgrupa=454&doc=403
Małe miasteczko we włoskiej Abruzji to obowiązkowy punkt programu dla każdego pielgrzymującego katolika, odwiedzającego tę okolicę. Via Michelin pokazuje nam, że miejsce docelowe jest oddalone od naszego hotelu nieco ponad 50 km, w tym większość drogi przebiega autostradą Via Adriatica. Jedziemy przez tereny jakby malowane kolorami ziemi: beże, ciemny piasek, jasne brązy. To wszystko przetykane roślinnością, której nie dotknęła jeszcze swymi barwami jesień. Na pobrzeżach pól drzewa i krzewy wciąż okryte są  ciemnozieloną szatą liści.

Lanciano jest miasteczkiem starym, jak wiele innych w tym rejonie. Mimo dobrego oznaczenia celu naszej podróży (brązowe tablice z napisem Miracolo Eucaristico), udaje nam się przeoczyć interesujący nas kościół (nie ma przy nim jakiegokolwiek tłumu) i zaczynamy zwiedzanie od Bazyliki. Może jest ona i najciekawszą świątynią w mieście, ale przecież nie dla niej przyjechaliśmy do Lanciano.
Do Santuario del Miracolo Eucaristico Frati Minori Conventuali weszliśmy wreszcie wraz z grupą anglojęzycznych turystów, najprawdopodobniej z Ameryki. Niesamowitym przeżyciem było dla nas uczestniczenie we mszy świętej, prowadzonej przez ich Duchownego. Młody człowiek, celebrujący nabożeństwo boso, przodem do ołtarza i z niezwykłym zaangażowaniem objaśniający swoim wiernym podczas kazania tajemnicę przeistoczenia („tym się różnimy od protestantów, że w to wierzymy”), a później modlący się ze łzami w oczach przed relikwiami Ciała i Krwi Jezusa, zrobił na nas piorunujące wrażenie.
Ja muszę się tutaj przyznać, że nie odrobiłam lekcji w postaci wcześniejszego przeczytania czegokolwiek na temat Sanktuarium. Toteż niestety nie wiedziałam nic o budowie relikwiarza. A ponieważ jest on naprawdę bogato zdobiony, to nie do końca chyba patrzyłam na to, co trzeba. Wstyd mi z tego powodu i trochę żal, bo pewnie mogłam wizytę w Lanciano przeżyć w głębszy i pełniejszy sposób. Myślę, że moje wspomnienia z Sanktuarium byłyby inne, gdybym wiedziała choć tyle:
„Relikwiarz z kościoła św. Franciszka w Lanciano ukazuje, za obudową z podwójnego szkła, nieregularny pierścień z ludzkiego ciała, średnicy 55 mm, okalający pustą przestrzeń, którą ongiś wypełniała hostia. Hostia skruszała z biegiem czasu. Obręcz z ciała ludzkiego, gruba na obrzeżach a cienka wewnątrz, uległa mumifikacji i jest ciemnożółta, bardzo twarda, co stwierdzono pobierając mikroskopijne próbki do badań laboratoryjnych.
W szklanym kielichu [doprecyzujmy – jest on zrobiony z kryształu górskiego – przyp.aut], znajdującym się w dolnej części relikwiarza, znajduje się 5 skrzepów krwi nierównego kształtu, także bardzo twardych, o łącznej wadze 15,85 gramów.” https://adonai.pl/cuda/?id=23

Wielkie wrażenie natomiast wywarło na mnie niewielkie muzeum poniżej świątyni, gdzie zaprezentowano wyniki badań naukowych Ciała i Krwi z Lanciano, włącznie ze zdjęciami mikroskopowymi w dużym powiększeniu na ścianach. Warto zobaczyć wszystkie dokumenty, które dotyczą cudu, by potem móc się o nim wypowiadać ze znajomością tematu. Nie można zarzucać kłamstw uczonym tylko dlatego, że stwierdzili coś, czego nauka nie potrafi wytłumaczyć.

MANOPELLO
„Już w starożytności chrześcijańskiej najpierw w Edessie, a potem w Konstantynopolu - czczono niezwykły Wizerunek Chrystusa, który miał być Jego prawdziwym Obliczem. Kiedy znalazł się w Rzymie, do Wiecznego Miasta przybywali pielgrzymi z Europy. W Rzymie zaczęto go nazywać Chustą Weroniki lub po prostu Weroniką, gdyż łacińsko-grecka zbitka słowa vera eikon oznacza „prawdziwy obraz” lub „prawdziwa ikona” - możemy przeczytać na stronie: https://www.niedziela.pl/artykul/54332/nd/Boskie-Oblicze-z-Manoppello
Niezależnie od tego, czym jest, wizerunek z Manopello robi ogromne wrażenie. W tradycji wschodniej mówi się o mandylionach, związanych z chustą Apgara, w przekazach katolickich pojawia się św. Weronika, jest też hipoteza, twierdząca, że Volto Santo (Święte Oblicze) odbiło się na całunie, którym była owinięta głowa Chrystusa po śmierci.
Ciekawe wydaje się to, w jaki sposób chusta trafiła do Abruzji. Autor książki „Boskie oblicze. Całun z Manopello”, który zajmował się rozwiązaniem tej zagadki, doszedł do interesujących wniosków.
Paule Badde twierdzi, iż wizerunek zwany vera eikon (tzn. prawdziwe oblicze), został wykradziony z bazyliki św. Piotra przed 500 laty, a przechowywany jest obecnie w Manopello.” https://www.fronda.pl/a/paul-badde-chusta-z-manopello-czyli-autoportret-pana,125469.html
Oczywiście mieszkańcy miasteczka mają inne wyjaśnienie tej sprawy.
„Jak głosi miejscowa legenda, Oblicze Jezusa trafiło tam w XVI wieku za sprawą „cudownej interwencji niebios”, przekazane przez ręce pielgrzyma anioła. Pierwsze pismo potwierdzające obecność w tym mieście bezcennej Chusty pochodzi z 1645 r. W dokumencie kapucyn o. Donato da Bomba opisuje jej dzieje na przestrzeni ponad 100 lat. Na skutek kradzieży i złego przechowywania uległa poważnym zniszczeniom. 
Od całkowitego zniszczenia uratował ją Donato Antonio de Fabritiis, który zdecydował się oddać relikwię ojcom kapucynom.
Więcej na temat chusty z Manopello można przeczytać na przykład tutaj: https://milujciesie.org.pl/chusta-z-manopello.html
Spotkanie z relikwią było dla mnie bardzo głębokim, osobistym doświadczeniem. Przybyłam do Manopello dręczona złym samopoczuciem nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim  z psychiką, przepełnioną smutkiem, zmartwieniami i troskami. Po prostu czułam w bardzo fizyczny sposób, że to, co z sobą niosę, aż mnie przygniata swym ciężarem do ziemi. Już nawet nie bardzo potrafiłam się modlić przed Świętym Obliczem, pragnęłam tylko, by za Jego sprawą stał się cud odbarczenia mnie i uwolnienia od tego, co dźwigam. Żadnych konkretów w Manopello nie przedstawiałam. A jednak poczułam nagle to samo, co podczas uzdrowienia w szpitalnej kaplicy – przeszywający mnie wzdłuż kręgosłupa prąd, biegnący z góry w dół.
- Coś ze mną zrobił, ale jeszcze nie wiem, co – próbuje o tym nieudolnie opowiedzieć mężowi. Kompletnie nie tak, jak bym chciała, ale takich doświadczeń nie sposób wyrazić słowami. Jedno jest pewne, pojawił się we mnie spokój, płynący z przekonania, że moje modlitwy, nawet te nie sprecyzowane, zostały wysłuchane.  Mogłam wyprostować plecy. Odejść w spokoju. I zabrać go w dalsze życie i w drogę.
Oto właśnie zaczął się mój najpiękniejszy dzień w Abruzji.


poniedziałek, 25 listopada 2019

LA VIE EST BELLE - październikowa Abruzja


Gdy na lotnisku w Krakowie przechodzę przez sklep „duty free”, to moją uwagę przykuwa tylko jeden produkt. „2 miejsce według najpopularniejszych wyborów wśród podróżujących” – głosi napis na półce, gdzie umieszczony jest zapach La vie est belle. Gdyby mnie ktoś spytał, co było na pierwszym, to nie umiałabym odpowiedzieć. W ogóle mnie to nie zainteresowało. Ale La vie est belle towarzyszy mi w podróżach już od chwili wprowadzenia na rynek (promocja w samolotach Ryanair:), wkradając się, nawet nie wiem kiedy, w orbitę moich pragnień. To dla tego zapachu chyba jestem gotowa zdradzić mój ukochany Un jardin sur le Nil, z którym nie potrafiłam się rozstać od czasu ostatniego rodzinnego wyjazdu w pełnym składzie (Wenecja – parę dni przed śmiercią Bartka).

*

Lot do Pescary jest krótki, ledwie starcza czasu, by przed lądowaniem podsłuchać rozmowy znawców włoskich tematów na temat pięknej pogody we wciąż czynnych podobno kąpieliskach Abruzji. La vie est belle – uśmiecham się sama do siebie. I zanim zdąży nas dopaść znużenie podróżą, już wypożyczonym na lotnisku czarnym Pegotem 208 dojeżdżamy do hotelu. Tym razem pobyt wykupiliśmy na włoskim Grouponie. W Grand Hotel Montesilvano & Residence, gdzie spędzimy pierwsze trzy noce, dostajemy upgrade do pokoju superior. Do tego z widokiem na morze! La vie est belle, czyż nie?
Choć przybyliśmy do Abruzji głównie w celu pielgrzymkowym, to widok słońca i plaży cieszy mnie ogromnie. Zdążyłam się już przeziębić podczas pierwszych październikowych przymrozków i słotnych jesiennych dni. Ale oczywiście zamiast tradycyjnego leczenia wybrałam leki w postaci światła i ciepła. I chociaż powrót do pełni sił w tym układzie trochę potrwa, to i tak będę obstawać przy tym, że dokonałam najlepszego wyboru.

*

Odbudowana po działaniach wojennych Pescara jest miejscem pozbawionym tego uroku starości, który charakteryzuje wiele innych włoskich miast. Niemniej sprawia przyjemne wrażenie – nadmorska dzielnica, będąca naszym stałym szlakiem z Montesilvano na południe, pełna klockowatych, nie za wysokich zabudowań pomiędzy zielenią, ma uporządkowany charakter, tworząc komunikacyjną szachownicę. W tej części miasta nie widać biedy, czy też zaniedbania.  Wydaje się, że mieszkańcy prowadzą tu wygodne i stateczne życie.
„Pod względem architektonicznym Pescara, poważnie zniszczona wskutek bombardowań w czasie II wojny światowej nie jest zbyt interesująca” - czytam w przewodniku R. Belforda, M. Dunforda, C. Woolfrey „Włochy Południowe”. Rzeczywiście tak ją odbieram.
Wcześniej próbowałam szukać informacji na temat miasta, przeglądając pozycję  „Włochy część środkowa” tych samych autorów (z dodatkiem M. Ellinghama), lecz na próżno, choć wydawałoby się po zerknięciu na mapę kraju, że to oczywista logika podziału. No ale pewnie ktoś, kto pisze książki na ten temat ma inną wiedzę i inne kryteria dzielenia niż tylko geografia:)
- Jak się żyje w Pescarze? – zagaduję Polkę prowadzącą tu sklep ze starociami o uroczej nazwie Portobello.
- Spokojnie – odpowiada dziewczyna, która związała się z Włochami czternaście lat temu. – Wcześniej mieszkałam w Rzymie, tam to dopiero było (w domyśle szaleństwo - przyp. aut.)...
 - Tu są bardzo ładne okolice - przekonuje pani z Portobello. - Wystarczy wyjechać w stronę L'Aquilli...
Tak, wkrótce mamy okazję wybrać się w taką wycieczkę i  przeżyć absolutne zauroczenie Abruzją. Gdy le monde est belle, to czy życie może pięknym nie być?

*
Kiedy po trzech dniach wyruszamy jeszcze bardziej na północ od Pescary, to zdaje mi się, że to mniej ciekawa (ładna) część Włoch. Ale może myślę tak dlatego,  że wycieczka do wnętrza Abruzji bardzo podniosła poprzeczkę w sensie kryteriów dla piękna świata. Po dotarciu na miejsce docelowe nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że bezpośrednia okolica Hotelu San Remo w Villarosa postanowiła być prawdziwą ozdobą tego mniej atrakcyjnego dla mnie terenu 💗
To miejsce zupełnie inne niż Montesilvano – żadnych turystów w październiku, więc można się cieszyć spokojem i niczym nie zmąconym nadmorskim wypoczynkiem. Kameralny, omal rodzinny klimat miejscowości sprawił, że od pierwszej chwili czułam się jej dobrze dopasowaną częścią. Miałam też wrażenie, że dostaliśmy tu najlepszy, najbardziej przestronny pokój w hotelu, prawie pozbawionym innych klientów. Dysponowaliśmy tam obszerną werandą, gdzie miło było się zasiedzieć, patrząc na rozświetlony październikowymi promieniami słońca świat. Cztery dni w San Remo zaspokoiły w pełnej rozciągłości moje potrzeby dotyczące ładnych widoków na morze, od którego dzielił nas tylko hotelowy ogród pełen pini, promenada oraz prawie nie uczęszczana o tej porze roku droga dojazdowa do pozamykanych obiektów turystycznych.
Tym razem wykupiliśmy pobyt  (również w promocyjnej ofercie włoskiego Groupona) w opcji all inclusive (czy raczej w miejscowej wersji tej formuły). Bardzo to przypominało wielkanocny program żywieniowy, którego doświadczyliśmy w Kalabrii. Teraz jednak już wiedzieliśmy, że w takim przypadku musimy od razu się upominać o małe (bardzo małe!) porcje. I jakoś daliśmy radę, choć i tak czuliśmy się karmieni ponad miarę. Ale za to, ile przy tym przeżyliśmy kulinarnych zachwytów! Już sama nie wiem, jak to podsumować – czy napisać, że to życie jest piękne, czy że raczej piękny jest świat, dostarczający tak wspaniałych doznań dla podniebienia.
W ten oto sposób miałam w tym miejscu wszystko, czego potrzebowałam do ukojenia nerwów i pokrzepienia ciała. Zwolniłam, by odpocząć. Zwłaszcza, że, oprócz pielgrzymki do Loreto, niewiele zaplanowaliśmy w tej części wycieczki. La vie et  le monde sont belle...
*
I wreszcie mam tu czas i możliwości, by spełnić marzenia o plażowaniu. Pan z obsługi hotelu wynosi mi specjalnie leżaczek z magazynu i wbija parasol w piach naprzeciwko naszego hotelu (w miejsce sprzętu plażowego uprzątniętego na zimę w dniu poprzednim:) Czuję się jak królowa – mam dla siebie całą plażę na wyłączność😄 I absolutny luz...
Piszę do przyjaciół o otaczającej mnie scenerii:
dzisiaj występ w rolach głównych mają: ja. słońce, leżak, parasol, dluuga piaszczysta plaża i szumiące morze
Bez widowni:)
Coś czuję, że to będzie najlepszy dzień w naszej podróży:)
Zobaczyliśmy bardzo dużo, ale teraz już chyba muszę zbierać siły na dalsze przebywanie na urlopie zdrowotnym:)
 I zbieram... Z bardzo dobrym rezultatem.
La vie est belle, belle, belle..... Mimo że czasem tak krótkie i okrutne. Wiele czasu mi zabrało dojście do wniosku, że takie połączenie jest możliwe.


*
Z taką myślą odjeżdżam z Villarosa. Wsiadam do samochodu, oglądając się wciąż za siebie – na zalany słońcem krajobraz z morzem i plażą na pierwszym planie. Już beze mnie. Opuszczony leżak wraz z opuszczonym parasolem żegnają mnie z poczuciem smutku i zagubienia wśród kilometrów piasku.

Perfumy La vie est belle zakupię sobie kilka tygodni później na lotnisku w Larnace – już na następnym wyjeździe. Jako prezent w dniu swoich urodzin. Kolejne spełnione marzenie... Choć tak naprawdę najlepszym, wymarzonym prezentem, który dostałam od życia, jest ten rok do spędzenia w podróży. I to chyba nie wymaga już żadnego podsumowania...







piątek, 8 listopada 2019

BRAK RÓWNOWAGI



W moim życiu brak równowagi. I widać to wyraźnie na tym blogu. Albo miesiącami nie poruszam tematów podróży, albo też właściwie mogłabym pisać tylko o nich. Jak teraz. Opisy wcześniejszych wyjazdów przerywam tylko uczestniczeniem w bieżących. Tak, ostatnio dużo podróżuję. Czyli marzenia się spełniają.


Urlop zdrowotny okazał się dla mnie błogosławieństwem. Wreszcie zrzuciłam z siebie cały stres, związany z codzienną pracą w szkole. I chyba dopiero teraz widzę, jak ciężkie to było brzemię.
Oczywiście, nie obyło się bez przykrej niespodzianki, związanej z rozstaniem ze szkolną praktyką. Okazało się, że podczas pobytu na urlopie zdrowotnym nie przysługuje mi dofinansowanie do studiów. I choć nie była to jakoś specjalnie duża kwota, to jednak jej utratę odczułam bardzo dotkliwie. Zdecydowałam się w tej sytuacji odłożyć studia do czasu powrotu do szkoły. Będzie to więc rok zupełnie niepotrzebnej przerwy w studiowaniu. I rok zwłoki we wprowadzeniu uprawnień psychologicznych do mojej pracy.





















Wcześniej wyczerpałam wszystkie możliwości, by się jeszcze nie żegnać ze swoją studencką grupą. Wiele osób stanowi tam dla mnie bezcenne źródło wsparcia. Nie przypadkiem jej nazwa na facebooku brzmi „Najlepsza Grupa”. Dokładnie taka jest.

Niestety wszystkie przepisy są przeciwko mnie. Nie mogę zaliczać tegorocznych przedmiotów awansem na rok przyszły. Otrzymana dwa tygodnie temu odpowiedź od Pani Dziekan chyba zamyka sprawę: „Informuję, że w nowym Regulaminie studiowania obowiązującym od roku. akd. 2019/2020 w przeciwieństwie do poprzedniego nie ma zapisu o możliwości realizowania studiów w trakcie urlopu. Mogę udzielić wyjątkowej zgody na maksymalnie 2 przedmioty realizowane w sem zimowym i 2 w sem letnim.
Bardzo mnie zdołowało to wszystko. I rozzłościło. W końcu, jakby nie było, nie wzięłam  urlopu zdrowotnego na głowę, uczyć się wciąż potrafię. 




















No ale cóż, w ostatecznym rozrachunku musiałam się pogodzić z faktem, że mój kontakt z SWPS ograniczy się tylko do dwóch przedmiotów w semestrze. I że skończę naukę później niż inni.
Trzeba się jakoś pocieszać, że wolnego czasu za to będzie więcej. Postanowiłam go dobrze wykorzystać.
 - Zawsze chciałaś podróżować – przekonywał mnie mąż.  – Teraz masz okazję. 
No i zaczęliśmy rezerwować kolejne podróże.


Wrzesień jeszcze odpuściliśmy i odpoczywaliśmy po 34- dniowych wakacjach na Bałkanach, a później, gdy nasze dzieci udały się na dwutygodniowe wczasy, doglądaliśmy ich zwierzaków wespół z naszymi. Wiki i Kacper wylecieli do Bułgarii jako ostatni z ostatnich klienci Neckermann Polska. Na szczęście się udało, choć to dla nas kolejne ostrzeżenie przed korzystaniem z profesjonalnych biur podróży. Dobrze, że potrafimy się bez nich obejść.

Już w październiku zorganizowaliśmy sobie podróże do Włoch i do Odessy. A teraz w listopadzie mamy plan z Cyprem i Libanem w rolach głównych. Ten rok szkolny zapowiada się naprawdę ekscytująco. Wkrótce znów spakuję walizki.

Ale póki co, przede mną jeszcze wyjazd do Katowic (na jeden z wybranych przedmiotów w ramach zgody dziekana). Tam zaś towarzyszą mi od września myśli, że gdyby Kacper wybrał SWPS, a nie Uniwersytet Jagielloński, to mielibyśmy szansę studiować wspólnie (może nawet na jednym roku, bo przecież nie wiadomo do końca, czy moje opóźnienie jeszcze się nie zwiększy). To dla mnie takie niezwykłe, że oboje możemy być studentami w tym samym czasie.
Jest z tym oczywiście związany i smutek. W ostatni weekend dzieciaki przeprowadziły się do Krakowa. Codzienne dojeżdżanie na uczelnię z domku nad garażem w niezrównoważone pogodowo jesienne dni okazały się porażką. Smutno mi. Ile jeszcze razy trzeba będzie przerobić to puste gniazdo, żeby wreszcie do niego przywyknąć?


Ale może rzeczywiście lepiej się nad nim nie rozwodzić? Nie ma potrzeby codziennie patrzeć właśnie w jego kierunku, gdy świat stoi otworem.. Życie musi iść do przodu i trudno to oporować bez końca. Chyba już przyszedł czas, by puścić hamulec... Nawet jeśli mam się przewrócić z powodu braku równowagi.


czwartek, 24 października 2019

MONASTYR RILSKI - BUŁGARIA

Zamieszczam tu przywołane wcześniej (w serbskiej Studenicy) wspomnienie nocy w Monastyrze Rilskim w Bułgarii pięć lat przed rozpoczęciem przygody z blogiem. Zarazem sięga ono początków naszej fascynacji przebywaniem w tego typu miejscach. Przytoczony fragment  obszernej wakacyjnej historii dotyczy powrotu z naszych rodzinnych wakacji w Grecji.




BUŁGARSKI EPILOG

To sam Bóg przywiódł mnie tutaj. Najpierw zapalił w mojej głowie myśl. Oznajmiłam więc swojej rodzinie, że chcę wracać z Grecji przez Bułgarię. Bo choć droga może trochę dłuższa niż przez Macedonię, ale za to zdaje mi się, że łatwiej znaleźć przy tej trasie tańszy nocleg tranzytowy. A dodatkowo (o co w tym wszystkim chodziło najbardziej), daje to możliwość zobaczenia zabytków zachodniobułgarskich. Z głównym naciskiem na Rilski Monastyr.
Odkąd zobaczyłam go w Internecie, po prostu nie dawał mi spokoju.  Jakbym odebrała przesłanie, że Pan Bóg mnie tam wzywa. Że to miejsce, w którym chce do mnie przemówić. 
No więc wyjeżdżając z Grecji, skierowaliśmy się na granicę z Bułgarią. Ale ponieważ nasza nawigacja kompletnie przestała z nami współpracować, żądając od nas wpisywania adresów greckimi literami, to niestety zgubiliśmy właściwą drogę. I ku naszemu wielkiemu zdziwieniu wjechaliśmy na przejście graniczne, nad którym powiewała macedońska flaga. Przełykając więc gorzkie poczucie zawodu, pozostało mi tylko zrezygnować ze swojego pragnienia. I poddać się wyrokom Opatrzności. 
Dobrze zrobiłam, bo Ona jednak czuwała nad realizacją mojego planu. A Jej ścieżki naprawdę są nie do przewidzenia.
Oczywiście macedońscy strażnicy cofnęli nas z granicy, gdy okazało się, że nie mamy przy sobie dowodu ubezpieczenia w postaci Zielonej karty. I choć przeszukaliśmy nasze bagaże co do centymetra kwadratowego, to nigdzie jej nie znaleźliśmy. Nie mogłam w to uwierzyć, nigdy dotąd podczas naszych podróży nie zgubiliśmy żadnego, nawet najbardziej nieważnego dokumentu. A tu takie niedopatrzenie! Niepoprawny błąd, który będzie nas kosztował... zawrócenie na granicę nie wymagającej takich formalności Bułgarii. 
Nie mogę powstrzymać uśmiechu zadowolenia:)
- Czy to ty wyrzuciłaś naszą Zieloną kartę? – i mojej rodzinie wraca dobry nastrój, gdy okazuje się, że obu przejść granicznych nie dzieli znów taka wielka odległość. Dodatkowo jedziemy przez piękne okolice, wzdłuż szosy rozciągają się cudowne widokowo zielone góry, jakich potem w Bułgarii będziemy jeszcze oglądać wiele. A po poboczach spacerują greckie żółwie przeróżnych rozmiarów.
Spoglądam w górę i z całego serca dziękuję temu, Który Wyrzucił Zieloną Kartę. Sama nigdy bym na to nie wpadła. 
A dzięki Niemu szybko zbliżamy się do  Rilskiego Monastyru. Już wiem, że uczestniczę w cudzie, a na ostatnim odcinku drogi, gdzieś za Riłą, Bóg zaczyna do mnie przemawiać całkiem otwarcie. 
Łapie nas nagły, ulewny deszcz, ale ściany wody, które leją się z nieba są poprzedzielane prawie pionowymi pasami słonecznych promieni – jak to w ogóle możliwe? Chwilę potem na niebie rozkwita tęcza, a gdy parkujemy pod bramą Monastyru wszystko to kończy się równie nagle, jak się zaczęło i wychodzimy z samochodu w niczym nie zmącony spokój górskiego późnego popołudnia. Jesteśmy jak w pępku świata – otoczeni zewsząd wysokimi górami, które są pokryte gęstymi lasami z wyjątkiem tylko niewielkich połaci najwyższych wierzchołków. Podeszczowe powietrze jest jak kryształ, od pierwszego wdechu można dotlenić wszystkie komórki. A po przekroczeniu bramy napawać oczy niesamowitym pięknem zabytku wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.
Przezorny zawsze ubezpieczony - choć może to słabo brzmi po historii z Zieloną Kartą, to mam przy sobie przewodnik po Bułgarii. Jakbym czuła już przed wyjazdem na wakacje, że zamierzenie się uda. Chociaż pewnie zawsze powinnam pamiętać, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.
„Choć z zewnątrz klasztor przypomina raczej groźną twierdzę, z pasiastych krużganków w środku emanuje atmosfera ciepła i gościnności. Wielki nieregularny dziedziniec otaczają cztery kondygnacje barwnych balkonów, z których wchodzi się do około 300 cel mnichów, a także magazynów, refektarza i kuchni. Z najwyższego piętra rozpościera się wspaniały widok na góry Riła.” 
To sam Bóg przywiódł mnie tutaj i teraz przemawia do mnie tymi obrazami. Mówi panującym tu nastrojem cichej zadumy, tego dnia (lub może o tej porze dnia) pozbawionej rozsadzającej ją gorączki zwiedzających tłumów (przed czym ostrzegał przewodnik). W każdą świętą twarz, w każde cudowne malowidło w podcieniach cerkwi, która dostojnie rozpostarła swe mury na dziedzińcu, są wpisane Boże słowa. Choć ja przede wszystkim odnajduję je w wiszącym na furcie pomieszczeń klasztornych cenniku:)
O tym, że mnisi prowadzą tu działalność hotelarską wiedziałam już wcześniej z internetu i przewodnika. Ale nie wierzyłam, że naszą rodzinę na to może być stać, więc nigdy nie brałam tego pod uwagę. Ponieważ nie śmiałam mieć takich marzeń, to nie planowałam noclegu w tym miejscu. A teraz wpatruję się w przypiętą pinezką do furty kartę z cenami i oczom nie wierzę. Wygląda na to, że  nocując w monastyrze, zapłacilibyśmy tylko niewiele więcej niż w mijanych po drodze hotelikach. A przecież ja dałabym za to dużo, dużo więcej. Za sen w łóżku, nad którym Pan Bóg bezpośrednio rozpościera ręce i możliwość modlitwy nazajutrz wewnątrz cerkwi, którą tego dnia zastaliśmy już  zamkniętą. Przestałam mówić do Boga, całym sercem zaczęłam Mu śpiewać.
Tym śpiewem modlę się po dwakroć, żeby raz wzbudzona nadzieja nie zmieniła się w ułudę. Zdaje mi się, że na mnicha, zajmującego się obsługą turystów muszę czekać wieki. Co rusz, nachodzi mnie zmartwienie, że jest za późno i nie przyjdzie już wcale. Chłopaki zaczynają się niecierpliwić i marudzić, nie mogą zrozumieć, dlaczego mi tak zależy, żeby spać właśnie tutaj. Przecież jest tyle innych miejsc po drodze. Ale wtedy Bóg przemówi przez serce i usta mojego męża, człowieka zdeklarowanego jako osoba niewierząca:
- Zostaniemy tutaj.
I zostaliśmy. Mnich wreszcie przyszedł i oznajmił, że są wolne pokoje. Wszystkie w takiej samej cenie: i te w starej części monastyru bez łazienki i ciepłej wody, jak i te w hotelu, który takie udogodnienia posiada. Wybór wydawał się prosty, szczególnie dla zakonnika i zanim tak na dobre nad tym pomyślałam, już podążałam za nim w stronę hotelową. Otrzeźwiło mnie dopiero gdy wyszliśmy przez bramę poza kompleks klasztorny. Stanęłam i wiedziałam, że kroku dalej nie postąpię.
- To tu – zdziwiony moją reakcją mnich zatrzymał się ze mną, wskazując na najbliższy budynek.
To prawda, że dzieliło nas od niego ledwie parę kroków, ale musiałabym je postawić na ZEWNĄTRZ murów klasztornych. Teraz już byłam bardziej niż pewna, jaki jest mój wybór. Słyszałam głos Boga.
- Chcę nocować w starej części monastyru.
Mnich momentalnie uznał, że ma do czynienia z wariatką – kto woli bez powodu rezygnować z łazienki, ciepłej wody i wygód, jakie nawet bez podnoszenia ceny mi zaoferował? Ale ja miałam powód i zaparłam się całą sobą.
Mnich rozeźlił się na dobre.
- Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? – fuczał na mnie w drodze powrotnej do monastyru. Zaproponował mi to, co miał najlepszego dla turystów, którzy może mają większe wymagania niż bułgarscy pielgrzymi, a ja tego nie przyjęłam. 
Rozpogodzi się dopiero rano, gdy przywitam go cała rozjaśniona szczęściem. Zbliżę się do niego prawie nie dotykając ziemi, wzlatując nad nią na skrzydłach uniesienia. Zobaczę wówczas, jak uśmiech powoli wpłynie mu na twarz i wreszcie ogarnie ją całą. Wiem, że zrozumiał i mi wybaczył.
Ale wieczorem nawet na mnie nie chce patrzeć, podając mi klucz do mnisiej celi na najwyższym piętrze otulonego krużgankiem korytarza.
- To najgorszy hotel w jakim byliśmy – orzeknie Kacper po wejściu do pokoju, trochę też zły, że odmiennie niż zwykle, nikt jego i Bartka nie pytał o zdanie w sprawie zakwaterowania. Myślę, że nasi synowie by się w ten wieczór dobrze zrozumieli z mnichem. Cóż, najwyraźniej do noclegu w klasztornej celi trzeba dorosnąć. 
Jest w niej dokładnie tak, jak opisuje przewodnik: „w zachodnim skrzydle (starszym) stoją po trzy lub cztery łóżka i niewiele więcej sprzętów, ale jest czysto. Wspólne ubikacje.” Niczego więcej nie oczekiwałam. Jestem szczęśliwa. Wyśpiewuję w duchu Panu hymny dziękczynne głosami ludzi i aniołów. I czuję, jak On nadstawia ucha z zawieszonego tuż nad monastyrem pociemniałego nieba.
Chwilę po tym zamykają się na noc klasztorne bramy. Do szóstej rano będziemy tu mieć Boga tylko dla siebie. To On mnie tutaj przywiódł. Oto jestem, mów do mnie Boże.
I Bóg mówił do mnie przez całą tę noc wielkim głosem. A także blaskiem gwiazd rozwieszonych nad górami, zalotnym miauczeniem licznych mnisich kotów i dalekimi odgłosami pieśni ich właścicieli. Spacerowaliśmy z mężem po krużgankach całe godziny nie mogąc się nasycić atmosferą duchowego spokoju i nieprzebranymi urokami tej świętej nocy: księżycem, który rozświetlał jej granatową czerń nad znajdującą się prawie pod naszą celą Bramą Dupnicką, dźwiękami dzwonów, regularnie zagłuszających wyciszenie tej ściśniętej górami doliny, a także nocnym chłodem, który w końcu zmusił mnie do przyodziania się przed świtem w kraciasty kocyk, przygotowany troskliwie przez mnichów. 
Ach, jak trudno było iść wreszcie spać, gdy ciało przepełniała niewysłowiona radość pobytu w takim miejscu i współistnienia tu z Bogiem. I jaki piękny (choć krótki:) był to sen, nad którym czuwali aniołowie i święci, zanim o świcie zbudziła mnie modlitwa pielgrzymującej cygańskiej rodziny za ścianą i popiskiwanie ptasich piskląt w gnieździe pod dachem.
„A rankiem byłam na modłach pierwsza, przez chwilę też jedyna – wtedy gdy duchowny wyszedł stukać w deskę, obchodząc świątynię ( wezwanie na modlitwę)” – napiszę po powrocie w liście do Dorotki, z którą nie udaje mi się spotkać przez całe wakacje. Swoją relację prześlę jej z zakupioną w monastyrze malutką ikonką cudotwórcy Iwana Rilskiego. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać bliższa znajomość ze specjalistą od cudów:)
„Przez chwilę więc byłam sam na sam z Bogiem, wzniosłam modły za wszystkich! moich przyjaciół i wierzę w to święcie, że w takich okolicznościach na pewno zostałam wysłuchana” – kontynuuję listowne zwierzenia. A potem, gdy zaczęli schodzić się pielgrzymi na poranne nabożeństwo, opatulona kocem w kratę modliłam się wraz z nimi. I czułam, że wszyscy Święci z wprost nieprawdopodobnej liczby ikon w tej cudownej cerkwi Narodzenia Pańskiego pomagali mi przedstawiać Panu moje prośby, nawet cudotwórca Rilski wstawił się w moich intencjach. To jest prawdziwy ekumenizm:)
A gdy Bóg już powiedział: „Niech się spełni”, zabrałam ze sobą tę dobrą nowinę dla najbliższych. Bułgarski Boży dar także i dla nich. I poszłam powitać nowy dzień, który wkrótce miał się zacząć wschodem słońca. Niejednym resztą:) Wystarczyło zmieniać co chwilę miejsce na krużgankach, by wciąż doświadczać zakrycia słońca przez pobliską górę i jego ponowne wyłanianie się zza jej zbocza. Miejsce, gdzie masz dla siebie niezliczone wschody słońca - czyż to nie najlepsza oprawa historii o cudach? 
Niedługo potem widzę jak z  mnisiego hotelu dla obcokrajowców, wykąpani we własnej łazience z ciepłą wodą, turyści zaczynają ściągać do hotelowej restauracji na śniadanie. Ale wszystko to za murami monastyru. Oni pozostaną ze wspomnieniem miłej, wygodnej wycieczki, a ja dostałam tu znacznie więcej, doświadczyłam czegoś prawdziwie cudownego. 
Wyjeżdżamy, gdy pierwsze autokary z wycieczkowiczami zjeżdżają na parking. A Pan Bóg macha nam na pożegnanie z okna naszej celi prawie nad Dupnicką Bramą.
„Nigdy nikt tak czule, a zarazem zajmująco do mnie nie pisał, jednocześnie mnie obdarowując. Wycałowałaś mi serce…” przychodzi odpowiedź od Dorotki. Właśnie wyjeżdża do Medjugorie i zabierze tam z sobą moje intencje. Jaki Bóg mógłby się temu oprzeć? Na pewno nie ten, który mnie gościł w Rilskim Monastyrze.
Gościna u Boga była dla mnie cudem. Czy nadużywam tego słowa? „Cud ( z łac. mirari = dziwić się)” – staram się sprawdzić znaczenie tego określenia w Wikipedii. „Potocznie mianem cudu określa się wszelkie niewytłumaczalne zjawiska.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Cud_(religia)
Mój niewierzący mąż wszystko to nazywa przypadkami: zgubienie Zielonej karty, zjawiskowe spektakle na niebie pod monastyrem i to, że póżnym popołudniem były w nim wolne miejsca noclegowe, choć przewodnik ostrzega, że latem często koło południa są już zarezerwowane. Nie będę się o to spierać. To człowiek decyduje, czy coś dla niego jest cudem, czy też nie. I gdzie przebiega u niego granica  niewytłumaczalności. Widać ja zamiast świat tłumaczyć, wolę się nim zadziwiać. Z tego powodu moja życiowa droga jest pełna cudów, czasem tak drobnych, że zauważalnych tylko dla mnie. I niech tak zostanie. Nie wierzę w przypadki. Wierzę w cuda, co zdarzają się tylko tym, którzy w nie wierzą. 


















*Cytowany w tekście przewodnik nosi tytuł "Bułgaria" i jest autorstwa Paula Greenwaya.

*O nocy w Studenicy można przeczytać w poście: